19:15

Omg... wtf...

Omg... wtf...
Loooong time no see... :>

A zatem się melduję. Żywiu w dobrem zdrowiu, miewam się... eee, całkiem całkiem :)

Wkrótce postaram się nadrobić zaległości na blogasssku, ale jakoś tak teraz tuż przed końcem roku potrzebowałam wyhamować. 

Tak czy siak! Hej! Wiem, że już po świętach, ale tego, no. Wszystkiego lepszego życzę w nadchodzącym roku, czy coś :) No i... rychłego zrzucenia poświątecznego kałduna primabalerony (sobie głównie życzę haha). 

No dobra, muszę zmykać na ten moment. Zamieszczam foty okolicznościowe mojej fizys. Toyad Mikołajica!





16:39

Dylu dylu...

Dylu dylu...
Hah, wspominałam niedawno, że wytaczam rozmaite "działa" przeciwko "depresji sezonowej". Bo, karwia, ja powinna żem była naturalnie wykwitnąć pośród rajskich plaż jakichś Hawajów abo Samoa...;/ Śledzę na insta jakieś barwne nimfy z tego typu plenerami w tle (wot, dzisiaj popląsam w sadzawce przy malowniczym wodospadzie, patrzcie jakie mam fajne pareo i opaleniznę) i szlag mnie trafia, gdy skonfrontuję to z mokropiżdżącym szaroburym syfem zza mojego okna. No ale cóż :) W każdym razie, Pan Los ufajdał mię akurat w tym punkcie globu... wprawdzie zawsze mogło być gorzej, ale prawda jest taka, że jak się postaram, to jeszcze wyjadę, chociażby na wczasy, w któreś z tak bosko pięknych miejsc, o!

A na tymczasem, zaopatrzyłam się w iluminację do pokoju. Zawsze chciałam i na chceniu mi schodziło. Dzisiaj po prostu postanowiłam, nabyłam, obwiesiłam okolice okienne i się jaram w opór. Śliczności! I jaki klimacik! Takie to proste, niedrogie, a od razu jakoś tak... milej :) Rzęsisty blask rozświetla ponure popołudnia i wieczory. Jeszcze mi tylko brakuje do pełni ukontentowania lampy Ashleigh&Burwood, ale chwilowo stać mnie tylko na kadzidełka Nag Champa... :D

Aa, ostatnio ogarnęłam parę naszyjniorów hendmejd. W sensie, że ja je ugniotłam własnemi ręcami :)



Foty robione telefonem, tłumią urok wisiurów... ;) Są kolorki, jest okejka. Dobra terapia na jesienno-zimowe smuty, swoją drogą!

20:58

Trwogi i nadzieje końca wie... roku.

Trwogi i nadzieje końca wie... roku.
Aaa, zrobiłam se prezenta falstarta z okazji, że niby Mikołaj... :) Szarpłam się przeto na serum ewokujące porost fieran ocznych Long 4 Lashes Oceanic... 8 dych, AŁA! No, ale rzekomo wydajne bardzo, a efekty rzucają publikę na kolana, więc dufam, że koszta się "zamortyzują". Mówiąc lapidarnie, pokładam w tym horrendalnie drogim gówienku doprawdy spore nadzieje i lepiej, żebym za parę miesięcy była zachwycona rezultatami. No!

Grunt, to dobra afirmacja, c'nie? Płacę kokosy, to wymagam, i ni ma bata w tej materii.

Jutro w brzasku zórz popełnię startowe foto do dokumentacji przebiegu "kuracji". Powieky mie ze starości wyłysiały, albo po prostu zakup Ardell Demi Wispies UNAOCZNIŁ mi z finezją łopaty nadupcającej o beton, jak to wachlarzyki przy gałach przydają człekowi powabu. Kminiłam w kierunku metody 1:1 i pochodnych, ale odstręcza mię przesadzony "efekt transwestyty" (wiadomix, że wiele zależy od kunsztu i warsztatu Pani Rzęsującej), możliwość doszczętnego zrujnowania moich własnych lichych kłacząt, uzależnienie od regularnego uzupełniania, no i, nie oszukujmy się, tania impreza to to nie jest.

Takżetego. Dam szansę temu nawozu... Fingers crossed! ^^

Aaa.

W temacie ubrwienia. Ostatnio z instagrama jakiejś makijażystki dowiedziałam się o tzw. 'scouse brow', czyli niepożądanym(!) efekcie podkreślania brwi, polegającym na zbyt siermiężnym zaznaczeniu zwłaszcza jej "początku". I faktycznie, odnotowywałam czasami, choćby i na sobie, niezbyt korzystny, graficzny wygląd brwi pomalowanych zbyt mocno, zbyt grubo i zbyt ciemno, szczególnie u samej "nasady" przy nosie. Ale przy gęstszych naturalnie włoskach moim zdaniem nie wygląda to źle. Jednak faktem jest, że warto mieć na to baczenie - gąsienice na czole mają wyglądać JAK ŻYW...PRAWDZIWE, a nie jak wytatuowane a już boszebroń naklejone ;)

Hmm. Tak się teraz zastanawiam nad tą focią... To już 'scouse' czy jeszcze nie? :| Bad bad scouse..? Zapewniam, że włoski po hennie mam całkiem gęste i wyraziste same w sobie, a cieniem podkreślam tylko zarys łuku... ale może ZBYT? Może kontrast ze skórą za duży i powinnam spróbować jaśniejszego cienia..?


Bo, kurczę... odkąd spadłam z konia jak Paweł Apostoł...no dobra, wcale nie spadłam... ale olśniło mnie znienacka, że przeskubańce są be i fu, jestem gorliwą apostolicą i koryfeuszką ciemnej, wybujałej i wyrazistej oprawy oczu. Ale może przeginam w drugą mańkę? Żesz foook...

Probsy córky młyniarza, lol. Sorry, już się ogarniam! :)

***
Edit: Wgryzłam się w temat i odrobinę odetchnęłam... ;) Jest pryncypialna różnica między High Definition Brow a Scouse Brow: brwi mocno podkreślone, mimo że dominują w twarzy, to opierają się jednak na widocznych, mimo podkreślenia np. cieniem, kłaczkach, zaś brwi 'liverpoolskie' są totalnie płaskie, lustrzane względem osi twarzy, jednolite, ostre, nierzadko czarne, całkowicie przytłaczają twarz i nadają jej komiczno-demonicznego charakteru. Klasyką gatunku jest, że są napaćkane po prostu na gołej, uprzednio wyskubanej z kłaczków, skórze... Yuk.

Na powyższej focie jest mocno podkręcony kontrast. Brwi wyszły mi może ciemne i przyciężkawe, zdecydowanie nie "na codzień", ale na wieczór mogły by oblecieć chyba... nie? Np. na czarnom msze! xD Wot, dżołk. Na codzień maluję się o wieeele delikatniej, tudzież wcale... :)

Cara ma naturalne gąsienice:


Audrey... niby mocny graficzny zarys jest, ale kłaczki też są, a całość wygląda okej:








20:01

Ćmy nocne na łoczi. Se przyklej. Dzieffczyno.

Ćmy nocne na łoczi. Se przyklej. Dzieffczyno.
Łojezu. Wreszcie, po tylu miesiącach jałowego toczenia śliny przy oglądaniu 'bjuti gurus on jutjub', weszłam w posiadanie własnych Ardell Demi Wispies. Mimo, że jestem wymęczona choróbskiem (tak, jeszcze mnie trzyma, zaraza jedna) i wyglądam odrobinę kał-like, od kopa je przykleiłam do swych powiek (nooo...za drugim podejściem dopiero mi się udało optymalnie wycyrklować punkt przyczepu paska, ale spoko) iii... Holender jasna. To jest konkretnie to, co określam jako EFEKT WOW! Jako, że nie lubię zdjęć z lampą, a mrokness zapada o tej porze roku boleśnie wcześnie, siupnęłam 3 mini filmiki z gatunku samojebki ruchome:




Sasasa! Oooj, aż się napaliłam na oczne kłaky 1:1... Dżizas... Jak rzęsy ROBIOM z ludzia lachonarium, to po prostu mózg w poprzek staje :O

20:36

Hajlajtery, blaszery, lipglosy i moje zmięte włosy.

Hajlajtery, blaszery, lipglosy i moje zmięte włosy.
Foćka zbiorcza moich skromnych nabytków z Cocolity:


Makeup Revolution - Vivid Baked Highlighter - Peach Lights - zaprawdę, zaprawdę...najpiękniejszy rozświetlacz jaki miałam! 15 zł
Makeup Revolution Vivid Baked Blush - Hard Day - śliczny różo-rozświetlacz, odcień, rzekłabym, beżobrązowo-różany... 12,50 zł
Bourjois róż wypiekany Lilas D'Or - piękny odcień, cieplejszy niż Rose D'Or i bardziej naturalnie wygląda na mojej fizys. Pachnie korzennie.
L'Oreal Color Riche Le Gloss - Temptress' Shine - świetny, nielepiący błyszczyk z miedzianymi drobinkami, posiada wspaniały aromat karmelu, 10,90 zł

Bardzom zadowolona, głównie z Makeup Revolution, która to firma okazuje się być tania i dobra :) Skuszę się chyba jeszcze na ten bardziej złotawy rozświetlacz, albowiem te "piczowe lajty" to tak bardziej w ranną zorzę wpadają, niźli brzoskwinię. Odcień różu 'Hard Day' jest natomiast niezwykle naturalny i nienachalny - jest róż, ale tak, jakby go nie było, a była zdrowa promienna cera ^^

***

Moje włosy po przycięciu zdecydowanie ożwawiały, co demonstrują zwiększoną tendencją na samoistne "pogięcie" (dzisiaj po myciu):


Tak mi się coś wydaje, że one mają ochotę się wić! Od spodu miewam całkiem ładne skręty, bywa, że wręcz ruloniki, natomiast z wierzchu już gorzej, muszę im pomóc ugniataniem. Hmm. Wypadałoby poczytać o wydobywaniu skrętu, ponoć to jest całkiem możliwe w przypadku włosów, które nie mogą się zdecydować czy są proste czy falowane... 

Ok, zmykam się kurować czosneczkiem.

Aaa, jeszcze taka dygresja - cholera, ja nie wiem co jest ze mną nie elo, chyba mam jakieś niezbyt pańskie nozdrza... ale kiedy specjalnie wybrałam się, podjarana jak dziecko, do Starej Mydlarni obwąchać słynne Yankee Candle, rozczarowałam się niemożebnie. Wot, nooo, świece zapachowe. Nic, NIC specjalnego, może poza ceną i polorem hajlajfu z jutuba... ;P Albo faktycznie ze mnie taki tępym dłutem ciosany plebejusz, że nie rozróżniam woni ambrozji od byle odświeżacza z klopa. Nie wiem...




18:21

Hoo am Iy??

Hoo am Iy??
No i co... jakieś paskudne grypiszcze rozłożyło mię na łopaty, wykorzystując moment swoistej ...konfuzji psychosomatycznej. Damn! :/

Wczoraj w południe zdążyłam zaliczyć wizytę u fryzjerki zaznajomionej. Upierniczyła mi srogi kawał fryzury, ale jestem ukontentowana, bo mam już ok. 90% swoich zdrowiutkich naturalek, a odrośnięta grzywka została sprytnie zaaranżowana z resztą włosów poprzez subtelne wystopniowanie (żadnego strzępienia i degażówek), tył wygląda teraz o niebo lepiej i... gęściej. Teraz muszę je przez zimę podgonić z przyrostem, pewnie jakimiś dropsikami Calcium Panthotenicum lub Maxi Krzem. Może za jakiś czas zatęsknię za subtelnymi jaśniejszymi refleksami, ale farbowania całości już nie planuję - dopóki nie mam siwych... :) 

Ostrzegam, foty by webcam sprzed pięciu minut - zagrypiony bezmakijażowy Toyad w podomce:



:)

Z inszej beczki... Jak tam postanowionka i cele na nadchodzący rok?? :P Co z zeszłorocznymi..? U mnie całkiem nieźle, może bez jakiegoś szału, ale parę istotnych spraw ogarnęłam. Mam nadzieję, że 2015 uczynię swoją superbiczą... ;> Właściwie, to czemu by nie zacząć jechać z koksem jeszcze przed styczniem? :P

***

No i ten... przypomniałam sobie ostatnio o pewnej piosnce, której - jak na ckliwą, nie czarujmy się, POŚCIELÓWĘ - trudno jednakowoż odmówić uroku, a i wideło ładniutkie:


Posłuchały? Świetnie. A tera prędziutko na odmulenie jakiś Schranz :D








17:41

Toyad siem bjeri za puważne tematy... Zanim ciśniesz zbuczkiem w koffankie, kobito.

Właśnie przeczytałam w ynternetach frapującą opinię, że Angelina Jolie jest be i fu, bo ROZBIŁA małżeństwo, i wogle żonatym facetom się do łóżka nie włazi. Nosz wredota jedna, wzięła i wbiła Bradziowi i Jen na chatę oknem pod osłonom nocy, wskoczyła im znienacka "na bombę" do wyra, wylądowała okrakiem na zdziwionym zaspanym Bradziu i TADAAAM, rozpad związku nastąpił w okamgnieniu. Lol...
A tak serio.

Lubię Angelinę. Na tyle, na ile można "lubić" kogoś, kogo się zna z mediów. Nie, nie jestem jakąś psychofanką. Po prostu uważam, że jest piękna (kwestia gustu), oryginalna, utalentowana, wyrazista, charyzmatyczna, odważna, niebanalna, a na swój sposób też dobra i wrażliwa. Aczkolwiek nie znam całego obrazu tej osoby, więc snuję przypuszczenia na podstawie fragmentarycznych informacji. Jednak przyznam, że dosyć ufam własnej intuicyjnej ocenie. Mniejsza z tym. 

Nie lubię łbów, które stać tylko na prostacką, parafialną perspektywę w ocenie ludzi i świata. Nie, nie pochwalam pakowania się z buciorami w cudzy związek, usankcjonowany bądź to przez urząd, księdza, księżyc w pełni, czy status na fejzbuczku, bądź zgoła bez żadnych glejtów. Ale nie uważam też, żeby chłop był w tym całym trójkątnym galimatiasie jakąś bezwolną marionetką, głupiutkim chutliwym zwierzątkiem, które spotkawszy podczas samotnego spaceru po lesie anonimową damską pupę wystającą z krzaków, bezmyślnie sobie na niej użył, skorzystał - niczym z bankomatu, ponieważ "taka jego natura". Owszem, są kobiety, które znajdują upodobanie w kokietowaniu cudzych facetów. Tylko, że jeśli chłop prawy, a w związku mu się darzy, to takie awanse będą po nim "spływać". Nałogowy ciuptajło będzie oczywiście zachwycony, pytanie, czy warto być partnerką kogoś takiego? Pozostaje też kwestia tego, czy aby związku nie toczy jakiś "robal" od środka, a jak toczy, to na ile proces rozpadu jest zaawansowany i czy w ogóle odwracalny. To już sprawa dwojga ludzi, czy uporają się z problemami, czy wykażą dobrą wolę - przy wspólnym naprawianiu, albo uczciwie stawiając sprawę - przepraszam, nie wyszło, do widzenia. 

Czasami nie warto bowiem uporczywie reanimować trupa. Żaden cyrograf z krwawą parafką, żaden ślub nie jest, stety niestety, paragonem na dożywotnią gwarancję obopólnej szczęśliwości. Sorry. Jeśli wydaje się komuś, że romantycznościowa przysięga przede Absolutem i setką świadków, piękna i droga kiecka oraz impreza z wielką pompą zapewnia dozgonną miełość i pomyślność wszelaką, to cóż... współczuję, bo egzystowanie w świecie tęcz i jednorożców jest może i przyjemne... do czasu, aż nie roztrzaskasz czółka z plastikowym diademikiem o skały zwane Rzeczywistością. Nie to, żebym była matrymonialnym czarnowidzem - SKĄD! Ale dobry związek czy dobre małżeństwo to coś, na co się tyra w trybie KONSTANT, i na co się tyra WSPÓLNIE. A nawet mimo to, warto mieć świadomość, że życie bywa czasem zwyczajnie przewrotne. Coś pójdzie nie teges. Ludzie się też przecież zmieniają. Następują okoliczności, których za Chiny Ludowe byśmy nie przewidzieli parę lat wstecz. Czasami orientujemy się, że przestaje nam być po drodze ze sobą. Pół biedy, kiedy to się dzieje symetrycznie. Często jedna strona bardziej cierpi przy rozstaniu - ale co wtedy? Pytanie, czy da się kogokolwiek uszczęśliwić na siłę? Pytanie, czy faktycznie kogoś kocham, skoro wolę go widzieć u swego boku w postaci uwiędłej mimozy, niż autentycznie kwitnącego przy kimś innym? Trudne te pytania, ale warto je przemyśleć. 

Czasami spotykamy na swej drodze potencjalnych towarzyszy życia w niewłaściwej kolejności. Wydaje nam się, że to chyba to, a potem się okazuje, że BUM, teraz to już na pewno to. Albo na odwrót - było TO, a myśmy mieli siano w przyłbicy i śmy przespali. I klops. Albo i nie klops. Wydaje mi się, że Brad jest jednak szczęśliwy ze swoją decyzją. Czas ją poniekąd uprawomocnił. Czasami człowiek szuka w życiu bliżej nie określonych kwadratowych kół, ale czasami faktycznie udaje mu się stworzyć mega udany związek dopiero "za kolejnym zamachem". 

Szanowna ynternautka szkalująca Angelinę zabłysnęła jeszcze moim "ulubionym" frazesikiem, tym o piesku, który nie weźmie, jak mu suczka nie da. Zaiste, balsam na zranione serca zgorzkniałych, zdradzonych kobiet, które winą za zaistniały stan rzeczy pragną obarczyć "tę trzecią", a nie biednego "zbałamuconego" przez zuom Lilith niewinnego misiaczka. Troszku żałosne. No, ale o ileż łatwiejsze i bardziej krzepiące, niż wzięcie na klatę faktów. Albo misiaczek jest zwykłym bucem erotomanem niewartym splunięcia, albo ziarno trafiło na podatny grunt z inszych, skomplikowańszych przyczyn, no i co z tym zrobić. Mam wrażenie, że króluje jednak prymitywna zaborczość emocjonalna i deficyt wyobraźni, plus kozioł ofiarny to zawsze taka wygodna opcyjka... O ja biedna, zraniona... Na szczęście znam też chwalebne wyjątki od skundlałej mentalności stadnej. Wyjątki, które stać na pogłębioną analizę tego, co poszło źle - jeśli "składowa nadprogramowa" wyzwoliła jakąś reakcję, na którą zbierało się od dłuższego czasu, a która być może stanowiła kubeł zimnej wody na łeb dla jednego lub obojga partnerów. Paradoksalnie, taki szpetny fakt jak zdrada, może naonczas obrócić się w coś pozytywnego. Jak otrzeźwiający choć bolesny policzek. Ale "szkapom dorożkarskim" to nie grozi, wolą się zafiksować na swoim ograniczonym polu widzenia.

/"Nic tak nie otwiera oczu i nie prostuje garba, jak nóż wbity w plecy"./

Przypominam, że cały czas piję do sytuacji, w której zdrada jest incydentalna i ma podłoże emocjonalne, a nie, że wot, chłop po prostu nie przepuści żadnej obwoźnej dziupli, która akurat zaoferuje mu swoje walory... Taki to zasługuje tylko na wystrzelenie go z buta na orbitę. W trybie instant. /Psychofag chromolony jeden... Pfu!/

Konkludując. Czy Angie rozpirzyła cudze małżeństwo? Heh... Taa, jest definitywnie winna okazania się dla Brada zbyt zajebistą, aby przez resztę życia poczciwe chłopię żałowało, że "dla zasady" przegapiło być może największą życiową szansę na prawdziwe doczesne szczęście we dwoje. Spekuluję, rzecz jasna :) Jednak myślę, że niejedna "suka" chętnie dawała by Bradziowi, Jen też przecież dawała (alboż i nie? i tu jest przysłowiowy pies pogrzebion??) a jednak świadomie wybrał Angelinę. Celebryty też ludzie som, nie półbogi. Popełniają życiowe wtopy i próbują się z nich wybuksować. Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Każdemu życzę samych lepszych skutków :)

***

Kuźwa, zara wychodzę na chwilę na miasto i muszę tak niefortunnie spuentować swój karkołomny wywód - może później mi coś jeszcze do łba wpadnie to klepnę...






11:25

Toyad's Dreamcloset. Boho zajawki na sezon niemile piżdżący :)

Toyad's Dreamcloset. Boho zajawki na sezon niemile piżdżący :)
Wbiłam do Res z cichą nadzieją lumpeksowego podboju - wczoraj odbierałam kosmetyki z Cocolity i potem miałam jeszcze parę spraw na mieście, toteż wdepłam akurat na Niu Arajwal do lumpa w dawnym Domarze. Babsztyli chmara, czas mnie gonił, ale zdołałam ucapić... bezrękawnik z popielatego yeti o kroju ramoneski, nosz cudo, właśnie się moczy w pachnącym płynie, mrał. No i jeszcze maxi spódnicę w etnicznych wzorach. gdyż ponieważ również żywię sentyment do takowych. Jak skompletuję cały połów (zgadza się, jeszcze nie sfinalizowałam misji), zapodam dokumentację nowych ajtemsów. Tymczasem...

...pracuję nad swoimi jaranko-tablicami z różnych dziedzin lajfu, no i chciałam scalić w sensowny kolektyw wyszperane w internetach foty kompatybilne z moją wizją jesienno-zimowej konfekcji idealnej. Toyadziej, ofkors. Tylko, że świat żeniby cywilizowany przez fall/winter fashion rozumie zazwyczaj to, co w Polszy nadało by się co najwyżej na późną wiosnę... :/ No ale. Prawda jest taka, że w zimie  i tak niewiele nacudujesz z codziennymi outfitami, mus posiadać porządnie ocieploną okryjbidę i bucisze, do tego czapu, szaliku, rękawicu i wio. Można niby poszaleć z kolorami czy wzorami dodatków, ale mało kto się na to porywa, bo jednak w naszych rodzimych saganach i sakwach króluje pragmatyzm. Przez co ulice w czasie smętnych jesienno-zimowych dni są tym bardziej smętne, bo jedna bura postać łudząco podobna do drugiej. Czerń, granat i szarości. Czasami zdarzy się paradny karmin. 

Nie musi być od razu oczojebnie! Wystarczy jeden ciekawy motyw, fason, faktura, wzór, ozdobny duperszwanc, dyndałek, cosik. No, ale jednak kolorów też nie warto ignorować - mocarne są, zaiste. 

Ok, do rzeczy. Co mnie jara na chwilę obecną?

Wszelkie balbińsko miziaste futrzaki. Jak Wielki Ptak z ulicy Sezamkowej. Yeti. Nie jestem przekonana, czy na poniższych fotach są same faux fur, a wręcz jestem przekonana, że nie... no i właśnie... Ja bym, owszem, miała psychiczne opory przed wdzianiem prawdziwego futra. Z drugiej strony... przecież preferuję skórzane buty i torebki - i nie chodzi o fanaberię, ale o prozaiczną sprawę jakości. Posiadam kilka par butów, które pamiętają końcówkę mojej szkoły podstawowej (glany, workery, adiki, sketchersy) i choć zajeżdżałam je tyle lat, wciąż z powodzeniem nadają się do użytku. W glanach zlazłam Tatry, Bieszczady, potykałam się o krawężniki, i poza subtelnymi odrapaniami do zapastowania - są absolutnie idealne. Natomiast obuwie ze skóry ekologicznej ZAWSZE kwalifikowało się do wywalenia po jednym sezonie, a niekiedy i tegoż nie przetrwało... :/ Z kolei przy futrzakach sztucznych element trwałości/jakości jakby nie stanowi takiego kluczowego zagadnienia. Dla mnie przynajmniej... Poliester z powodzeniem zastępuje mi norki czy lisa. Co o tym myślita?? Tak czy siak, wizualny efekt, stety niestety, do mnie przemawia.











Przemawiają do mnie też wszystkie malownicze dodatki, elementy dziergane, pstrokate, wyszywanki itd. Spódnice maxi! Loff!




















Tja. Takżetego. 

Kuszą mnie martensy w jakimś widocznym z kilometra kolorze (hmm, magenta? turkus?), no i koniecznie jakieś odjechane nakrycie głowy muszę skombinować. Ach, no i KIEDYŚ masthewem będzie najbardziej wielka i pstra toreb z Bright Boho... :))) I będę śmigać, a jesienno-zimowa deprecha może mnie pocałować w zad.

12:36

Havira zasmrodzona grzankami.

Havira zasmrodzona grzankami.
Wózkara Toyad parę dni temu wybrała się po "gabarytowe" sprawunki do Biedry, pakując Dziecinę w wózek Mutsy Transporter kolor purple. W trakcie przecinania ulicy, stelaż, na prostej drodze kurna, się wziął i złamał... Musiałam dziadostwo doholować z powrotem na chatę i znowu dylać do Biedry z płóciennymi siatami i małym Wijem uwieszonym kapoty, potem nazad objuczona jak wielbłąd, a Wij, znużony przechadzką, "wynegocjował" przejażdżkę na matczynym biodrze. Oł je. :) Teraz, pojadając grzanki, czekamy niecierpliwie na kuriera z ustrzeloną na Allegro (okazyjnie) zastępczą spacerówką o odpowiednio pojemnym koszu na zakupy... Wrak mutsiaka straszy tymczasem na korytarzu, ogołocony z akcesoriów, które zamierzam spieniężyć na aukcjach. A co. 

Ha, a wczoraj po raz pierwszy dokonałam perfekcyjnej pasty cukrowej do depilacji. Warowałam nad nią i nie spuszczałam z niej oka, wyszła idealna - stała, ale plastyczna, idealnie się wyrabia w łapkach, idealnie odkłacza teren. Żadnego tam cackania się z kawałkami materiału, żadnego zagrożenia poparzeniami. Proporcje walnęłam w sumie klasyczne - 2 szklanki cukru, cytryna, wody tyle co soku z cytryny, ALE spotkałam się gdzieś z cynkiem, żeby dodać odrobinę soli, no i dodałam. Nie wiem, czy to coś zmieniło, ale w każdym razie - jestem mega zadowolona z produktu końcowego. No i z efektów. Tak. Smyram się teraz kompulsywnie po miziastych przedramionach (zachwyt bursztynową kulką rwącą sierść był tak wielki, że wydarłam chyba wszystko co się dało), ach. 

Jako, że nie uważam, abym była jakoś tragicznie szpetna nawet bez mejkapu, często się bez niego obywam, jednak co jak co, ale pod oczy musi być porządny korektor, bo mam mega siniory, a jakoś na stare lata nie chce mi się lansować na heroinową lejdi... Skończył mi się akurat Collection 2000 Lasting Perfection - dobry, owszem, ale mało wydajny i ciężko nim stopniować krycie. Wróciłam do starego, a sprawdzonego w bojach kamuflażu Artdeco - jak się go zamówi na Allegro, to wcale nie wychodzi specjalnie drogo, tym bardziej, że jest ledwo do zajechania jeżeli chodzi o wydajność. Porównywanie tego kamuflażu z Catrice do Artdeco dla mnie jest bezcelowe - nie ma startu do droższego odpowiednika, warzy się na skórze, włazi w załamania, jakiś taki tłustawy jest. Artdeco - bardziej zbity, treściwy, trwalszy o całe niebo. No i wybór kolorów rewelacja. Ja sobie wybrałam dwa - nr 13 - jaśniuteńki do rozświetlania najciemniejszych punktów, i nr 06 - naturalny beżyk. Miksuję obydwa palcami i wychodzi super. Oko mam promienne jakbym spała tysiąc lat!

A, no i kapnęłam się, że sklepina o nazwie Simply to pomiot Auchan i udało mi się tam znaleźć słynną maskę nawilżającą kudły - Gloria. Za niecałego piątaka. Świetna jest! 

Odkąd Niki przekonała mnie do spróbowania OCM, w mojej łazience nie ma micela. Olejowe oczyszczanie fizys służy mi jak mało co! Porzyska zredukowane, koloryt ujednolicony, skóra gładka i czysta, nie wysuszona i - uwaga - znacznie mniejsze przetłuszczanie! Efekt WOW po prostu :))) Dzięki, Niki!

Wkrótce jadę znowu do Rzeszowa i jeszcze zahaczę o Kraków. Fajno... W sumie ostatnio doszłam do wniosku, że nawet pasuje mi taki styl życia "nomady", aczkolwiek jedna konkretna przystań by się przydała. Zawsze mi się marzył taki wymalowany w pstre kfiotki i różne psychedeliczne wzorki van, albo chociaż spora przyczepa kempingowa. Mobilność i samowystarczalność, życie w drodze. Fajnie mieć marzenia, prawda? Zauważyłam, że marzenia lubią się spełniać - nawet te największe i z pozoru mało prawdopodobne... jednak - zazwyczaj z pewnym opóźnieniem, tzn. - nie na pstryknięcie palcami... :) 

P.S. Uwielbiam ten kawałek. Odgrzewam ostatnio namiętnie takie stare kotlety...



12:24

Atrakcyjna urna na prochy zamiast pierdzionka zrękowinowego? Hał romantik! :/

Albo lanserska miejscówa na cmentarzu, jak w filmie 'Barney's version', który niedawno oglądalim i podobałosie...

Yyy...

A ja o kłakach dzisiaj chciałam. Przeczytałam ostatnio na blogu Anwen wpis dotyczący immanentnej tendencji i/lub presji otoczenia, aby po porodzie ścinać/skracać włosy. Albowiem - rzekomo - długie hery:

- są niewygodne/niepraktyczne
- są czasochłonne i upierdliwe
- obciążają cebulkę i włosy chętniej wypadają
- a po rozmnożeniu łysienie jest mandatory
- zwłaszcza jak karmisz cyckiem
- (tera z grubej rury) długie włosy są "niepoważne" i dobre dla płochych panien z sianem w przyłbicy, matce NIE WYPADA niefrasobliwie paradować z długim lokiem

Pręgierz opinii publicznej to dziś na szczęście "tylko" długie i rozdwojone ozory wrednych i intelektualnie hermetycznie zapuszkowanych babsztyli, których drażnią rebeliantki względem etosu szarej a nobliwej raszpli o zgryźliwie skrzywionych wargach grubości sznurowadeł. Dajmy jednak pokój biciu piany o aspekt "obyczajowy" i skupmy się na względach pragmatycznych :)

Postanowiłam się wypowiedzieć, a co. Przerabiałam 1,5 roczne karmienie "naturalne" prawie na nonstopie., więc mam teoretycznie prawo świecić glacą, a jakoś nie świecę. Choć moje włosy z natury są raczej przeciętnej/normalnej gęstości i grubości, a sporo przeszły w wyniku przechodzenia z rudości marchewkowej via ciemny brąz do platyny, a potem nazad do naturalek, więc wiem, o czym gadam :)

W ciąży dorobiłam się niezłej szopy do połowy pleców - włosy rosły mega szybko i prawie wcale nie wypadały. Rewelacja. Po porodzie... miałam ważniejsze sprawy do ogarnięcia, dopiero jak ochłonęłam, zapragnęłam radykalnej zmiany - wymyśliłam se jasny blond. W trybie na wczoraj! Przy farbowanym średnim brązie. Położonym na wściekłą marchew. Dawaj! No i faktycznie, w przeciągu miesiąca (poszły ze trzy rozjaśniacze...) byłam blondyną. Ale znudziło mi się rychlej, niż przypuszczałam, w ogóle jakoś tak mi odwaliło w kierunku naturalnego koloru i doznałam wszechstronnej epifanii dotyczącej świadomej i naturalnej pielęgnacji i trybu życia w ogóle. Wiem, brzmi nieco patetycznie, ale cóż. Olałam farbowanie (ostatni raz - sierpień 2013 - L'Oreal Sublime Mousse naturalny brąz od skalpu do połowy długości, żeby stworzyć na tej mojej nieszczęsnej platynie efekt ombre i móc zapuszczać naturalki). Obkupiłam się w przyszybszacze porostu, wcierki, suple, herbatki itd. Jako, że skutki rozjaśniania lubią wychodzić po czasie, musiałam regularnie ścinać suche końcówki. Niemniej jednak, kłaki pozostawały długie za ramiona. Wypadanie wzmożone wzięłam po prostu za wylezienie tej sierści, która nie wylazła w czasie pączkowania. I tyle.

Natomiast w kwestii fryzury przy małym dziecku nie wyobrażam sobie większej wygody, niż długie włosy umotane w "szoguna" na czubie. Żałuję tylko, że w ogóle zdecydowałam się na grzywkę. Za taki koczek ciężko chwycić, nic się nie majta irytująco przy twarzy, niezbyt widać podniszczone końcówki, nie trzeba codziennie myć i układać, pełen luzik. Odżywki i maski nakładałam sobie np. wiedząc, że kilka godzin spędzę w domu, np. gotując jadło lub cokolwiek, schły sobie same zazwyczaj. Pyk pyk, niejako mimochodem. Przecież to nie wymaga siedzenia i wpatrywania się godzinami w parujący łeb w lustrze... kwestia umiejętności zarządzania sobą w czasie, i to na poziomie rudymentarnym. Na "czarną godzinę" miałam pod ręką zasypkę dziecięcą i szczotę z włosia dzika, która odświeżała mi łeb w trybie instant. Żadnej filozofii :) Natomiast parę razy w życiu miałam krótkie włosy, i... NIGDY, K., WIĘCEJ. Codziennie rano - zmierzwione wypióry powyginane we wszystkie strony i przetłuszczone uklepane "gniazdo" od poduszki. Fuj. Bez umycia i układania (przy użyciu suszarki, żeby nadać objętość) nie było mowy o wyruszeniu na spontanie po mityczne bułki. Pomijam, że wiatr powieje, masz kłaki w buzi, w oczach, chłoszczą po nosie itd. Dziecko ma za co chwytać. Ponadto wypadałoby latać do fryzjera co miesiąc na odświeżenie kształtu strzyżenia. Dla mnie TO jest upierdliwa opcja :)

Aczkolwiek uważam, że każdemu służy co innego po prostu... Nie próbuję tu absolutnie zdyskredytować krótszych fryzur albo forsować wyższości dłuższych! Co kto lubi, ale niech sam wybiera, a nie przy wtórze ciocinych "mundrości" i na podstawie z ciocinego tyłka wytarganych życiowych prawideł... Ja się wypowiadam na podstawie własnych doświadczeń - zadają one ewidentny kłam pewnym mitom, i tyle. Od zawsze długie włosy były istotną częścią toyadziej tożsamości, dlatego czułabym się źle i nieswojo, rezygnując z nich w imię... tychże mitów i pierdymałów :) A owszem, co najmniej dwie osoby z rodziny próbowały na mnie cisnąć, żebym ścięła włosy na krótko, bo "i tak po co ci one TERAZ"... dziękować niebiosom za mój krnąbrny charakter, bo czułabym się bez tych włosów, jakby mi ktoś nasrał na ufnie wyciągniętą dłoń. Nie warto ulegać jakiejś zbiorowej histerii, owczemu pędowi :) 

Swoją drogą, ja mam jakąś taką fazę jak Samson - moja MANA jest we włosach, zaś obecnie przekraczają one magiczny Rubikon, po którym będą tylko rosnąć w siłę i piękno...;) Grzywka odrosła, zbieram plony zeszłorocznej intensywnej dbałości o skalp (grubszy kucyk dzięki bejbikom!), wkrótce zetnę ostatnie ślady rozjaśniania i zapomnę o porozdwajanych końcówkach. Uwielbiam swój naturalny szatyński odcień, nie tracę kasy i czasu na maskowanie odrostów. Pielęgnacja weszła mi w krew i stanowi nieobciążającą rutynę, jeśli nie wręcz pewien relaksacyjny rytuał. Córka uwielbia bawić się moimi rozpuszczonymi włosami i robi to niezbyt brutalnie :)

Podsumowując. Jeśli preferujesz długie hery, a zaciążysz - nie martw się na zapas o łysienie, wszak stres znacząco sprzyja utracie włosia ;) Ze wzmożonym wypadaniem trzeba się liczyć, ale prawdopodobnie przejściowo, nigdzie nie jest powiedziane, że musisz się od razu przeistoczyć w Smeagola, jest doprawdy spora szansa, że zachowasz przyzwoitą czuprynę bez konieczności obsmyczania się na rekruta/pieczarkę. Nie zaszkodzi prewencja: sensowne odżywianie organizmu(!), delikatny masaż skóry głowy, wcierki, suplementy (Calcium Panthotenicum, Maxi Krzem). Nie wiem, jak wygląda jedynie słuszna naukowa prawda na temat "cięższości" włosa długiego sprzyjającej rzekomo wypadaniu... ale gdyby rzeczywiście ciężkość włosa miała tak znaczący wpływ na wypadanie, to chyba w ogóle włosy powinny nam spłynąć z czaszuni podczas mycia, jak "nabiorą wody"? Nie wiem, nie znam się.

Wot, wsjo. Jedyne, co mi łazi po głowie, to dredy. Nie muszę mieć wymuskanych śliczniusich fioków, ja muszę mieć potężną grzywę, o której wiem, że jest moja, troskliwie uhodowana, zdrowa, i mocarna. Że jest jakimś symbolem mojej historii, blablabla, dobra, kończę, bo zaczynam grzęznąć w neozabobonizm...;)

***

P.S. Telefonek leży dalej zdechły, ale spoko, ja już mu nakręcam spektakularną rezurekcję, trzymajta kciuki proszę!


17:50

I jus mos. Albo i ni mos. Izi kam, izi goł.

I jus mos. Albo i ni mos. Izi kam, izi goł.
Krótka bajeczka o tym, jak Toyad ukatrupił swoje ukochane halo. 

Telefon, znaczy. 

Dzierżył go świtem bladym w zaspanej dłoni, opierając się malowniczo o ścianę w nocnych szarawarach, drąc japiszona w ziewie, podczas gdy nieopodal toyadzi niemąż, zapragnął akurat, nieświadom bo plecami odwrócon, zrobić dziecięciu karuzelę. No to zrobił, przy okazji słodkie małe pulchne stópiszony z impetem wybiły Toyadowi Szajsunżka z garści, zaś Toyada z porannej niemoty - definitywnie. Padłam na kolana, tkliwie pozbierałam biedactwo, paczam, ani dryski. Z wierzchu nic się nie stało. Ale niestety, to tylko pozór. Ekran zasnuł się po chwili akwarelowym, niebiesko-fioletowo-różowym zafarbem. Mówiąc lapidarnie, GÓWNO WIDAĆ. Gwarancję mogę sobie w zadek wetknąć, bo to uszkodzenie mechaniczne i nie honorują w takich przypadkach. Naprawa tego dziadostwa kosztuje tyle, że w sumie nie wiem, czy już nie lepiej opchnąć na złom przez Allegro i dołożyć do czegoś nowego. Tyla, że ja bardzo polubiłam tę protezę prawej dłoni, przywiązałam się do niej, jak pies do budy kuźwa, aż mi wstyd, bo aspiruję na wannabe taoista, a tu taki lament za przedmiotem zbytku materialnego.

Chlip, karwia, chlip. ;(((

To se poużywałaś łąjzo na Insta... Bozia za próżność pokarała, pewnikiem ów oszołom z jutuba mioł recht, i tera Karma InstaNT nakichała tobie w misę. A masz!

...

Eee tam. :)

Coś wykminię! A co by nie! THIS... IS... SPARTAAAA!!!


17:11

Japo Kalipsa już się z gąskom wita, a laski czujom potrzebę szpony malować...

Japo Kalipsa już się z gąskom wita, a laski czujom potrzebę szpony malować...
Taż-to-szok!!!

Hehe, podobny komentarz spotkałam gdzieś ostatnio na jutjubie... Jakiś oszołom pienił się obficie, że upadek cywilizacji i dzień sądu borzego już za pasem, a próżne baby ośmielają się jeszcze czuć potrzebę malowania paznokci i generalnie zajmowania się czymś tak moralnie zgniłym jak tematyka związana z urodą. Zamiast tarzać się w burym popiele, rwać te doczepiane fioki ze łba oraz rzęsy Ardell z powiek oraz drzeć fensi łachi z klati. Hiehie. Mnie już takie kwiatki pachnące ciasnotą światopoglądową powoli przestają dziwić... odwrażliwiam się chyba na wkurzające rzeczy, na które mam znikomy wpływ :)

***

Wspominałam parę dni temu o odrobakowieniu przy pomocy ziółek. Ano, musi coś się uhodowało w kiszkach przez lato, na tych niekanonicznych pierożkach, albo dopadła mnie po przyjeździe jakaś Klontfa Syrenkie, w każdym razie, nom, przetargało mnie flakami i to solidnie. Przepraszam za obskurny może ekshibicjonizm, ale ja już tak mam :) Na szczęście już jest okejka, kontynuuję żłopanie naparu z piołunkiem w składzie i czuję, że to był baaardzo dobry pomysł. Ewentualna fauna została przetrzebiona.

W tak zwanym międzyczasie moje Pacholino ruchliwe ponad miarę wszelaką przywaliło mi podczas zabawy niechcący łepetyną w kichawę i tym oto sposobem kichawa uległa złamaniu po raz... eee...niech policzę, czwarty :) Na szczęście nic poważnego, tylko lekka opuchlizna i zasinienie nosa i pod oczami, żadnego przemieszczenia, luzik. Ehh, mój nos to dla mnie newralgiczny punkt, zawsze magicznie przyciągał wszystkie piłki na wuefie, płoty, drzewa podczas saneczkowania itd. :/ Dlatego wygląda jak wygląda, chociaż na to, co przebył ze mną, to i tak ma się wizualnie nieźle, byliw mi.

***

Ach, Toyad uruchomił dla publiki swojego instagrama, dopiero się wprawiam w sumie, choć konto mam dość długo, ale nie czaiłam klimatu jakoś. Teraz powolutku zaczynam czaić, ale wybaczta póki co wybitnie głupawkowaty charakter tegoż :) Link gdzieś po prawej, koło Fejzbuczyna.

Meh... :)

***

A tutaj focia trochu jak nie Toyad - miał być błysk gila w nosie a'la znany motyw z Blair Witch Project, a wyszło ciut wampirzo i creepy... ;) Albo tak se tylko schlebiam, ale niech tam.



21:14

Toyad rzondzi se przy garach: zupa z soczewicy!

Toyad rzondzi se przy garach: zupa z soczewicy!
Machnęłam zupę taką jak lubię - żadne tam cienkie siuśki z pływającymi farfoclami gdzieniegdzie, tylko konkret zupa, w której łycha grzęźnie jak suchoklates w ruchomych piaskach! ♡

Skład:
Soczewica zielona (czerwona też spoko)
Dwie kostki bulionu, u mnie tego z Rossmana
5 zębów czosnku (a co se będę żałować...)
Przecier pomidorowy (słoiczek)
1,5 marchewki, pokrojonej w plajstry
Oliwy chlust
Cebula średnia czerwona porąbana w kostkie
Czosnek niedźwiedzi (opcjonalnie, chciałam zużyć resztę z opakowania)
Czosnek w proszku (opcjonalnie, ja dodaję na końcu, bo uwielbiam mocno czosnkowy aromat)
Ziemniaki (można, nie trzeba)
Opcjonalnie, kabanosy/boczek/kiełbasa

Soczewicę opłukać chłodną wodą.  Zeszklić cebulę i czosnek, marchewkę (plus ewentualnie ziemniory). Dodać soczewicę i bulion, i przecier, i gotować do miękkości. Zblendować na krem, albo zostawić w spokoju. Polecam zblendować... :) Doprawić do smaku według upodobań. Tyle :)

Wygląda troszku jak... zielonkawa kupa, ale smakiem jakże rekompensuje! :)))


19:45

Goodbye sweet summer...

Goodbye sweet summer...
Fociszki zy wczoraj i zy dzisiaj. Zy trawy. Spode rozłożystej jako biodra Wenus z Willendorfu jabłonky. Przepraszam, że nie uwydatniłam swoich felerów i defektów, blizn po trądziku młodzieńczym, sińców pod oczami, "kóz" malowniczo nawisłych w kichawie jako stalaktyty itd. Ba, wręcz zmachałam konkretny mejkap i użyłam filtra z Retriki! O, biada, biada, przeklęte pokolenie od samojebów, harmagedon, łaaa, apokalipsa.

Hiehiehie... :)









23:35

Baba babie lupus.

Gdzieś kiedyś, na fejsiku, byłam naocznym świadkiem jakiejś dysputy, w której pewna pani rzuciła szalenie mundrym koelizmem dla ubogich, że ot, uroda nigdy nie idzie w parze z inteligencją. Cóż, pozostaję głęboko sceptyczna, czy popisem wybitnej inteligencji jest publiczne skrybolenie tak żałosnych sloganów... stereotypy są niestety na użytek ludzi, których myślenie boli, i wolą skorzystać z "gotowca". No kij, że mega słabego... Równie dobrze możnaby odbić piłeczkę alternatywną "maksymą", że brzydota zwykle idzie w parze ze zgryźliwością... :) Tylko w ogóle co to za poziom argumentacji?? Piaskownica!
Enyłej. Nigdy się chyba nie przestanę dziwować tej... bezinteresowności i szczodrości, z jaką ludzie wbijają sobie nawzajem złośliwe, wredne, chamskie szpile. Totalnie niepotrzebne. Szkodliwe. Byle komuś nafajdać do ogródka,  a co! Co mu się będzie ta trawa tak bezczelnie zielenić! Pfu!
Ohyda. Obrzydlistwo. Robactwo mdłe i nikczemne.
Sztuką jest zadbać tak o własny życiowy ogródek, aby móc się nim w pokoju ducha delektować, zamiast kukać zawistnie przez płot do sąsiada i ukradkiem ciskać cuchnącymi bobkami między jego pachnące klomby. Jak małpa. Cóż za niskie pobudki, jaka nędzna satysfakcja... nigdy nie pojmę, co takim osobom przyświeca... Schadenfreude...
Homo homini lupus. A już baba babie... :/ Jeeżu. Borze wszechlistny!
Przykładowo. Trzaśnie se któraś dziewoja udatny wyjątkowo mejkapik, jest wyspana, rześka jak alpejski świt, ma dobry dzień,  jest zakochana, strzeli se przeto wybitnie korzystnego samojeba telefonem, ucieszy się, przetarga przez insta filterek dla spotęgowania efektu, jara się w opór, wrzuca nieśmiało na portalidło społecznościowe, iii... Już.  Już,  kuźwa, hieny leco... życzliwe pindy już się strzępią, żeeee TY TAK W REALU NIE WYGLĄDASZ, NIE JESTEŚ DO SIEBIE WCALE PODOBNA, że KILO FOTOSZOPA, że DZIÓBEK TAKI PRETENSJONALNY SŁITAŚNY, że wogle to se chyba wary cichcem powiększyłaś, ty gupia PRÓŻNA kretynko, a WIADOMO że TYLKO NATURALNE PIENKNO surowe jak nieciosany pniak SIEM LICZY, o! O! I swojski smród spod pachy, ejmen.
/...najlepiej niech ktoś ci zrobi fotę z zaskoczenia na mega kacu, z przymrużonymi oczami i półotwartą paszczą, jak siedzisz na klopie, wyglądając jak ułom mentalny, ustaw se je na profilowe, i wtedy jakoś żadna milusia KOLEŻANECZKA nie będzie sapać, że zdjontko Ciebie nie przypomina... Gwarantuję. :)
Uff.
I szczerze mówiąc nie wiem po co ja to wszystko tutaj piszę, nie zawrócę kijem Wisły, nie nauczę świni tańca. Pomerdam trzcinką w psiej kupce, co najwyżej. Generując przejściowy obłoczek odoru...

20:01

Trofiejne! Czyli lumpex haul by Toyad.

Trofiejne! Czyli lumpex haul by Toyad.
Jako, że wrzucam tera trochę na luz z kupowaniem łachów w szmatlandiach, zapodaję ostatnie zdobycze. Część jeszcze kwalifikuje się do "letnich", ponieważ kupiłam je parę tygodni temu - trzasnęłam foto i powędrowały razem z resztą lekkiej konfekcji do specjalnego pudła i na szafę, chlip. 

No dobra. 

Kiecka w kfiotki, romantycznościowa taka, nie pamiętam firmy, ale chyba Topshop albo Atmosphere:



Długa orientalna kieca z jakimiś ozdobnymi duperszwancami z mosiądzu:


Wybaczcie tę pozę... :) Ramoneska z naturalnej skóry Amisu, nabyta na Allegro za śmieszne pieniądze (70 zł z przesyłką), plus cudowna spódnica z lumpa za złotówkę oczywiście.


Tiszerciwo z pandziochami, słitaśne:


Top z fiołkowego aksamitu New Look:


Sweterek brudnoróżowy:


 Topiszcze w paisleye z drewnianymi guziczkami i koralikami:


Koszulina z jakąś wodną lafiryndą dystrybuującą miecze:


Tunisia George z hafcikiem hipisiarskim:


Mgiełkowata topina:

Mgiełkowata bluzka, którą odpaliłam kumpeli, bo jej bardziej pasują takie "drapieżne" motywy:


Tiszerciwo z Ramones:


Tunisia letnia H&M:


Mgiełkowate giezło, w motyw dżunglowo-paprotkowo-palmowy(???), trochę zalatuje słynnym zielonym przyodziewkiem DżejLo sprzed lat, kolor mega intensywny, czego fota z komóry niestety nie oddała:


Absolutny cudak, ale MUSIAŁAM, po prostu musiałam nabyć.. Kudłata kurtała Atmosphere, za nową z kompletem metek dałam 25 zł:



Holograficzne portki - rurasy z H&M:


Panczurskie w stajlu rurki Vero Moda:


Boot Cuty z H&M:


Top New Look z jakimś azteckim bohomazem:


Czarne klasyczne mega-rurki BikBok:


Maxi sukienka na lato:


Miętowa bluza z kapturem:


Ha! Indyjska tunika w mega antydepresyjnych kolorach, dylam w niej po domu i czuję się jak w aśramie Śakti:


Ołwersajzowy Tee z Atmosphere, brzoskwiniowy:


Haha, zajebiaszcze portki od pidżamki w sowy. Wiem, że infantylne, ale jak przyjeżdżam do rodziców, to wybaczta, ale uwielbiam się czuć jak wesoły dzieciak:


Cudowny musztardowy sierściuch!


Czarne golfisko na zimę:


Szmaragdowy kardiganek Intimissimi, na żywo zieleń jest intensywnie morska, piękna po prostu:


Tuniko swetrzysko niebieskie:


Kangurka w róże Topshop:


Kilka gór od bikini na przyszłe lato:





Jeszcze trochę rzeczy mam w praniu, uzupełnię foty na dniach :)

***

Edit:

Kiecka Dorothy Perkins:


Portki eleganckie Warehouse:


Grafitowy longsleeve z czaszunią:


***


Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger