17:41

Toyad siem bjeri za puważne tematy... Zanim ciśniesz zbuczkiem w koffankie, kobito.

Właśnie przeczytałam w ynternetach frapującą opinię, że Angelina Jolie jest be i fu, bo ROZBIŁA małżeństwo, i wogle żonatym facetom się do łóżka nie włazi. Nosz wredota jedna, wzięła i wbiła Bradziowi i Jen na chatę oknem pod osłonom nocy, wskoczyła im znienacka "na bombę" do wyra, wylądowała okrakiem na zdziwionym zaspanym Bradziu i TADAAAM, rozpad związku nastąpił w okamgnieniu. Lol...
A tak serio.

Lubię Angelinę. Na tyle, na ile można "lubić" kogoś, kogo się zna z mediów. Nie, nie jestem jakąś psychofanką. Po prostu uważam, że jest piękna (kwestia gustu), oryginalna, utalentowana, wyrazista, charyzmatyczna, odważna, niebanalna, a na swój sposób też dobra i wrażliwa. Aczkolwiek nie znam całego obrazu tej osoby, więc snuję przypuszczenia na podstawie fragmentarycznych informacji. Jednak przyznam, że dosyć ufam własnej intuicyjnej ocenie. Mniejsza z tym. 

Nie lubię łbów, które stać tylko na prostacką, parafialną perspektywę w ocenie ludzi i świata. Nie, nie pochwalam pakowania się z buciorami w cudzy związek, usankcjonowany bądź to przez urząd, księdza, księżyc w pełni, czy status na fejzbuczku, bądź zgoła bez żadnych glejtów. Ale nie uważam też, żeby chłop był w tym całym trójkątnym galimatiasie jakąś bezwolną marionetką, głupiutkim chutliwym zwierzątkiem, które spotkawszy podczas samotnego spaceru po lesie anonimową damską pupę wystającą z krzaków, bezmyślnie sobie na niej użył, skorzystał - niczym z bankomatu, ponieważ "taka jego natura". Owszem, są kobiety, które znajdują upodobanie w kokietowaniu cudzych facetów. Tylko, że jeśli chłop prawy, a w związku mu się darzy, to takie awanse będą po nim "spływać". Nałogowy ciuptajło będzie oczywiście zachwycony, pytanie, czy warto być partnerką kogoś takiego? Pozostaje też kwestia tego, czy aby związku nie toczy jakiś "robal" od środka, a jak toczy, to na ile proces rozpadu jest zaawansowany i czy w ogóle odwracalny. To już sprawa dwojga ludzi, czy uporają się z problemami, czy wykażą dobrą wolę - przy wspólnym naprawianiu, albo uczciwie stawiając sprawę - przepraszam, nie wyszło, do widzenia. 

Czasami nie warto bowiem uporczywie reanimować trupa. Żaden cyrograf z krwawą parafką, żaden ślub nie jest, stety niestety, paragonem na dożywotnią gwarancję obopólnej szczęśliwości. Sorry. Jeśli wydaje się komuś, że romantycznościowa przysięga przede Absolutem i setką świadków, piękna i droga kiecka oraz impreza z wielką pompą zapewnia dozgonną miełość i pomyślność wszelaką, to cóż... współczuję, bo egzystowanie w świecie tęcz i jednorożców jest może i przyjemne... do czasu, aż nie roztrzaskasz czółka z plastikowym diademikiem o skały zwane Rzeczywistością. Nie to, żebym była matrymonialnym czarnowidzem - SKĄD! Ale dobry związek czy dobre małżeństwo to coś, na co się tyra w trybie KONSTANT, i na co się tyra WSPÓLNIE. A nawet mimo to, warto mieć świadomość, że życie bywa czasem zwyczajnie przewrotne. Coś pójdzie nie teges. Ludzie się też przecież zmieniają. Następują okoliczności, których za Chiny Ludowe byśmy nie przewidzieli parę lat wstecz. Czasami orientujemy się, że przestaje nam być po drodze ze sobą. Pół biedy, kiedy to się dzieje symetrycznie. Często jedna strona bardziej cierpi przy rozstaniu - ale co wtedy? Pytanie, czy da się kogokolwiek uszczęśliwić na siłę? Pytanie, czy faktycznie kogoś kocham, skoro wolę go widzieć u swego boku w postaci uwiędłej mimozy, niż autentycznie kwitnącego przy kimś innym? Trudne te pytania, ale warto je przemyśleć. 

Czasami spotykamy na swej drodze potencjalnych towarzyszy życia w niewłaściwej kolejności. Wydaje nam się, że to chyba to, a potem się okazuje, że BUM, teraz to już na pewno to. Albo na odwrót - było TO, a myśmy mieli siano w przyłbicy i śmy przespali. I klops. Albo i nie klops. Wydaje mi się, że Brad jest jednak szczęśliwy ze swoją decyzją. Czas ją poniekąd uprawomocnił. Czasami człowiek szuka w życiu bliżej nie określonych kwadratowych kół, ale czasami faktycznie udaje mu się stworzyć mega udany związek dopiero "za kolejnym zamachem". 

Szanowna ynternautka szkalująca Angelinę zabłysnęła jeszcze moim "ulubionym" frazesikiem, tym o piesku, który nie weźmie, jak mu suczka nie da. Zaiste, balsam na zranione serca zgorzkniałych, zdradzonych kobiet, które winą za zaistniały stan rzeczy pragną obarczyć "tę trzecią", a nie biednego "zbałamuconego" przez zuom Lilith niewinnego misiaczka. Troszku żałosne. No, ale o ileż łatwiejsze i bardziej krzepiące, niż wzięcie na klatę faktów. Albo misiaczek jest zwykłym bucem erotomanem niewartym splunięcia, albo ziarno trafiło na podatny grunt z inszych, skomplikowańszych przyczyn, no i co z tym zrobić. Mam wrażenie, że króluje jednak prymitywna zaborczość emocjonalna i deficyt wyobraźni, plus kozioł ofiarny to zawsze taka wygodna opcyjka... O ja biedna, zraniona... Na szczęście znam też chwalebne wyjątki od skundlałej mentalności stadnej. Wyjątki, które stać na pogłębioną analizę tego, co poszło źle - jeśli "składowa nadprogramowa" wyzwoliła jakąś reakcję, na którą zbierało się od dłuższego czasu, a która być może stanowiła kubeł zimnej wody na łeb dla jednego lub obojga partnerów. Paradoksalnie, taki szpetny fakt jak zdrada, może naonczas obrócić się w coś pozytywnego. Jak otrzeźwiający choć bolesny policzek. Ale "szkapom dorożkarskim" to nie grozi, wolą się zafiksować na swoim ograniczonym polu widzenia.

/"Nic tak nie otwiera oczu i nie prostuje garba, jak nóż wbity w plecy"./

Przypominam, że cały czas piję do sytuacji, w której zdrada jest incydentalna i ma podłoże emocjonalne, a nie, że wot, chłop po prostu nie przepuści żadnej obwoźnej dziupli, która akurat zaoferuje mu swoje walory... Taki to zasługuje tylko na wystrzelenie go z buta na orbitę. W trybie instant. /Psychofag chromolony jeden... Pfu!/

Konkludując. Czy Angie rozpirzyła cudze małżeństwo? Heh... Taa, jest definitywnie winna okazania się dla Brada zbyt zajebistą, aby przez resztę życia poczciwe chłopię żałowało, że "dla zasady" przegapiło być może największą życiową szansę na prawdziwe doczesne szczęście we dwoje. Spekuluję, rzecz jasna :) Jednak myślę, że niejedna "suka" chętnie dawała by Bradziowi, Jen też przecież dawała (alboż i nie? i tu jest przysłowiowy pies pogrzebion??) a jednak świadomie wybrał Angelinę. Celebryty też ludzie som, nie półbogi. Popełniają życiowe wtopy i próbują się z nich wybuksować. Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Każdemu życzę samych lepszych skutków :)

***

Kuźwa, zara wychodzę na chwilę na miasto i muszę tak niefortunnie spuentować swój karkołomny wywód - może później mi coś jeszcze do łba wpadnie to klepnę...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger