14:44

ALE ŻE CO.

Hejka, 

wita Was noworoczny Toyad przywalon w 2017 plagami egipskimi "naaa dzień dobryy", ale spoko, jak coś się kijowo zaczyna, to może później będzie już jeno lepiej... :D

Wszędy czytam o noworocznych postanowieniach - że albo koniecznie robić i sukcesywnie wykreślać, albo borzebroń nie robić, bo niedajborze nie uda się wszytkiego skreslić i będziem rwać włosy z głowy... Dżizas, ale po co zaraz odbijać się od ściany do ściany z tymi skrajnościami. Ja tam lubię mieć miękki zarys planów, ale staram się je wyznaczać realistycznie i podchodzę do nich elastycznie. Nie wyznaczam sobie celów z czapy, typu "będę miszczuniem pole dance za dwa miesiące". Wybieram maksymalnie po 4-5 kluczowych rzeczy z różnych dziedzin egzystencji, nad którymi NAPRAWDĘ chcę popracować i motywacja startowa jest JUŻ na przyzwoitym poziomie. No i w sumie co roku znakomitą większość spraw popycham do przodu, więc - u mnie to działa. Zdaniem niektórych Nowy Rok to absurdalna pora na robienie jakichś postanowień. Ale to zależy, jak do tego podejdziemy - nie wydaje mi się niczym złym cykliczne podsumowywanie swojego żywota. Ot, taki bilans, co dobrze hula, a co średnio. Wszak lepsza ręka na pulsie niźli w nocniku. Nie chodzi  o to, żeby poddać się owczemu pędowi na jakieś "postanowienia" - to cele są dla nas, a nie my dla nich.

Po dwóch miesiącach pooperacyjnego unieruchomienia i kiszenia się w domu zaczęłam wreszcie samodzielnie się przemieszczać - i co? Oczywiście odporność moja jest na poziomie zerowym i pierwsza lepsza wizyta w jakimkolwiek skupisku ludzkim czy zbiorkomie owocuje upierdliwą infekcją. Styczeń upływa mi zatem na doleczaniu grypopodobnych świństw i mobilizowaniu pracy systemu odpornościowego... :/ 

Ach, no i ostatnio - po bodajże 10 latach bez kropelki krwi z nosa - miałam ze 4 masywne krwotoki z kichawy.  Co rozumiem przez "masywne"..? Buchanie farbą jak przy świniobiciu przez ok. 20 minut. Z obydwu nozdrzy. Cała gardziel zalana mimo zalecanego pochylenia do przodu. MASAKRA. Domyślam się, że to efekt leków przeciwzakrzepowych i małopłytkowości przy infekcji, ale jak tylko się w miarę przekuruję, to wybieram się do laryngologa na "przypalankę" czyli zamykanie felernego naczynia krwionośnego.

Marzę o wiosennych spacerach już... Marzę o tym jednym, pierwszym dniu, kiedy wczesnym popołudniem robi się już tak bardzo ciepło, że wracając z pracy targasz swoje okrycia wierzchnie przewieszone przez ramię :)

***

Jakoś tak... na stare lata jestem o wiele lepiej rozeznana i bardziej ukierunkowana w zakresie własnych potrzeb m.in. "urodowych", na tyle, że można to pomylić z umiłowaniem minimalizmu - ale to raczej selektywny maksymalizm. Owszem, doceniam komfort związany z prostotą i oczywistością wyboru. Minęła era miotaniny w eksperymentach. Łachy już od dawna mnie nudzą (poza rzadkimi połowami pereł w lumpach lub online) - nie podniecam się wyprzedażami akrylowych "glutów" z inditexu... :/

Nie mam też ochoty na cudowanie z paznokciami (ot, kładę jeden kolor na wszystkie), przestałam rozjaśniać włosy (wkrótce trza będzie jedynie zatonować przejście między odrostami a resztą blondasów). Makijaż na dni wychodne - mój liczący ok. 15 lat (tak! taka żech już stara) "signature look" czyli zamaszysta krecha i ciemna brew, reszta mi lata, bo gęba dzięki kuracji olejem lnianym wygląda na tyle dobrze, że nie wymaga pełnej szpachli. Od wielkiego dzwonu usta pomaluję... A tak poza tym zaliczyłam swoisty odrzut od tematyki makijażowej - może zmęczenie materiału jednakowymi maskami z yt i insta, gdzie wszystkie ryje na jedno kopyto i tragikomiczny już kult wypełniaczy w ustach. Zatęskniłam za jakimiś artystycznymi makijażami lub "nagimi" naturalnymi twarzami, które są JAKIEŚ. Może mają "skazy", ale przynajmniej są zapamiętywalne.

Jezu, a może ja dziadzieję? Nah, raczej ewoluuję do wysublimowanego koneserstwa. 

Nie potrzebuję pstrokatych jednosezonowych szmat, jednosezonowych butów, sryliona mazideł w srylionie odcieni, ani łazienki zastawionej "jakże niezbędnymi" produktami do ciała i włosów, za to...

Wkręciłam się w fazę na zapachy. Perfumy w sensie. Oooch! Uwielbiam! Są dla mnie jak lampy z zaklętymi dżinami nastroju... Magiczne eliksiry. Wspomnienia lub marzenia w płynie. Każdy "wolny grosz" skrupulatnie przeliczam na flakonik lub choćby odlewkę. Po co komu nietanie rzęsy 2:1, skoro rzęsy wypadną, a piękna flaszunia będzie dumnie stała na toaletce wiele miesięcy, a może i lat? :P Taaak, i tu mnie macie z moim "minimalizmem"... No cóż :) Przynajmniej kupuję coś, co pobudza zmysły i wyobraźnię, jest piękne i trwałe - a ostatecznie stosunkowo łatwo to spieniężyć, jeśli się znudzi/okaże nietrafione (racjonalizacja mode on). 

Takżetego... No. I właśnie. Nie palę, nie ćpię, nie piję (za często) to se przynajmniej popachnę luksusowo! :3


Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger