16:04

Toyad Jaskóła wiosny nie czyni. Za to odczynia zimę!

Toyad Jaskóła wiosny nie czyni. Za to odczynia zimę!
Jeeesteeem!!! :D



Tęskniliźwa? Jo tys! :D

Jak się domyślacie, absencja toyadzich wypocin w ynternetach miała podłoże w stylu "w wuj się dziao" :) Musiałam się "wylogować do życia", jak to mówią. Jakoś tak kijowo się składało, że jak miałam wenę do snucia pisarskiej przędzy z czeluści...yyy, powiedzmy, mózgu, to akurat nie miałam fizycznej możliwości wyklepania postu, a jak miałam przed nosem klawiaturę, to i wenę diabli brali. Wot, życiówka.

A dzisiaj som toyadzie CZYDZIESTE (słownie 30) urodziny. Absolutnie nie czuję się jak stary smutny babsztyl, szczerze mówiąc, czuję się zajebiaszczo, zwłaszcza jak sobie przypomnę to GUPIE, zakompleksione, zbuntowane stworzenie sprzed dwunastu lat, to doprawdy, nie cofnęłabym się w czasie... :)

***

Chodziło mi od dłuższego czasu po głowie takie tam pierdolomento parenetyczne. O tym, że o ile stosunkowo łatwo jest się uodpornić na psucie krwi przez negatywne działania czy komentarze obcych ludzi, o tyle nabranie "twardej skóry" względem toksycznych bliskich bywa baaardzo trudne. Z reguły chodzi o rodziców, ale nie tylko... Najgorsze jest to, że 'ewakuować się' spod szkodliwego impaktu można dopiero w pewnym momencie, zazwyczaj jako młody dorosły. Zazwyczaj taki młody dorosły wlecze już za sobą w roli wątpliwego posagu skoślawioną samoocenę, zaburzenia emocjonalne, trefne wzorce i inne dziadostwo, co gorsza - najczęściej to wszystko pozostaje nieuświadomione. Lub zaledwie mgliście uświadomione. A potem seryjka, przykładowo, potwornie kiepskich krzywdzących związków i WRESZCIE zaczynia delikwent lub delikwentka wnikliwiej rozkminiać: co jest ze mną nie halo. I bywa, nierzadko niestety, że korzenie "nieradzenia sobie" w dorosłym życiu sięgają dawnego rodzinnego "ciepełka". Najtrudniej i najboleśniej się dociera do tego źródła prawdy, raczej wszystkie dorosłe dzieci gorąco chcą wierzyć, że bliscy "chcieli dla nas dobrze", "starali się jak potrafili najlepiej", "przecież nie było jakiejś patologii", "tylko się martwili" itp. A tu zonk. Abstrahując od pobudek (one też mogą wynikać z matrycy), pewne mechanizmy ćwiczone latami na młodym organizmie i psychice skutecznie ryją beret. 

Nie jestem pojebologiem z glejtami, jeno obserwatorem chałupniczym, więc nie będę się rozwodzić i mądrować ponad to, co wyczytacie, chociażby, u Susan Forward we flagowej dla zagadnienia pozycji pt. "Toksyczni rodzice" - jakiś czas temu po necie hulał pdf za free, nie wiem jak jest teraz. Polecam Waszej uwadze, jeśli czujecie, że "coś może być na rzeczy". 

Ja się chcę tylko naświetlić swoje skromne stanowisko w tej kwestii. Najważniejsze - fizyczna ewakuacja z pola rażenia toksycznej osoby. ASAP! Czasami to wystarczy. Jeśli nie, należałoby zmierzyć się z własnymi demonami z dziecięctwa... na własną rękę, obierając samego siebie z warstw złudzeń niczym cebulę (oj bedo wzy, bedo), tudzież przy pomocy akuszerki - terapeuty. Zrozumiawszy, powściekawszy się, przebolawszy, można wreszcie zostawić swój uprzykrzający żywot tobołek i nie wlec go za sobą ad mortem defecatum. Jedna z najsłabszych opcji - to trafić na trop swojego problemu i... - na tym poprzestać, robiąc z siebie skrzywdzoną sierotkę, zasłaniającą się trudnym dzieciństwem i wiecznie nad sobą bolejącą. Dość wygodna opcja, ale - na dłuższą metę -mało satysfakcjonująca.

Pewnie nie da się całkowicie uniknąć błędów wychowawczych. Ale zależy mi przede wszystkim na tym, żeby traktować swoje dziecko jako niezależne indywiduum, a nie przedłużenie moich własnych wyobrażeń, ambicji i kompleksów. Ważny jest balans między rozsądnymi granicami a wolnością i beztroską. Przestrzeń również na błędy. Prawo do uczenia się na nich. Komunikacja. Jako rodzic - staranie się być autorytetem, a nie żądanie wyłącznie psiego posłuszeństwa. Świecenie dobrym przykładem... Zamiast samej stać jak za karę przy garach i potem wielce się dziwować, że córki "nie ciągnie" do gotowania, może warto byłoby spiąć tyłek i pokazać, że gotowanie (zwłaszcza wspólne) może być świetną zabawą? Przyznawanie się do swoich błędów też nie ujmuje rodzicowi majestatu, wręcz przeciwnie. Prawdziwa zmora - "poświęcanie się" dla dziecka rozumiane jako cierpiętnicza i pełna frustracji postawa teatralnego i okupionego późniejszymi wypominkami zaniedbywania swojego (jako rodzica) dobrostanu psychofizycznego. Inna zaraza - podkopywanie w dziecku wiary w siebie, porównywanie go do innych (oczywiście na korzyść innych), wpajanie postawy typu "bo co ludzie powiedzą", teksty pokroju "póki mieszkasz pod moim dachem i jesteś na moim garnuszku, masz tańcować jak ja ci zagram". Można by w sumie wymieniać w nieskończoność :)

Enyłej. Rodziny się nie wybiera. Nie jesteśmy odpowiedzialni za czyjeś porażki pedagogiczne wynikające czy to z niewiedzy, czy nawet złej woli. Natomiast warto by dołożyć starań, by nie powielać kijowego schematu na własnej progeniturze, prawda? I tym oto, względnie optymistycznym, akcentem, pragnę zakończyć ten smętnawy post. Rzadko się czepiam przyciężkawych tematów, ale ten jest dla mnie jednym z istotniejszych.

***

Nadciąga już wiosenka, czuć ją momentami w powietrzu bardzo wyraźnie :) Cieszę się jak cholera! :D Ostatnio pieczołowicie kompletuję swoją 'capsule wardrobe' - względnie zgodną z moim (jesiennym) typem kolorystycznym, a przynajmniej się z nim nie gryzącą. Pożegnałam się już z iluzją, że kiedykolwiek będę korzystnie wyglądać w chłodnych odcieniach turkusu, szafiru, fuksji itd... :) Ale o tym będzie osobne pościwo!

Do wkrótce!
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger