11:44

No właśnie, Sabcia, nie szkoda ci życia?

Scenka rodzajowa, autentyk:

Domowa popijawka - kilka pracujących w jednej firmie babeczek. Jedna (dajmy na to, Milenka) świeżo rozwiedziona trzydziestka, dziecek brak, druga (powiedzmy, Aurelka) lat 33, ukiszona w kiepskim małżeństwie ("bo dziecko"), trzecia (eee, Sabinka) fest nieszczęśliwie (z przemocą fizyczną i alkopatolą w tle) zamężna Matca Polca po czterdziestce... Pierwsza "swoje przeszła", ale aktualnie raźno bierze życie za rogi, druga jeszcze robi dobrą minę do złej gry, a trzecia regularnie żali się na swojego arcybucowatego małżonka... 

Panie wyszły na balkon na fajeczkę. Posłuchajmyż dialogu:

Sabinka: Milka, ty już długo po rozwodzie?
Milenka: Około 1,5 roku.
Sabinka: Masz kogoś?
Milenka: Na razie nie.
Sabinka (z mieszaniną wyższości i politowania): I co, NIE SZKODA CI ŻYCIA NA BYCIE SAMĄ..?

Aurelka przybiera ten sam "współczujący" wyraz twarzy, co Sabinka. Milenka zalicza totalny zonk poznawczy wywołany ironią sytuacji i nie wie, czy zabić Sabinę śmiechem, czy strzelić jej "blaszkę" przez łeb na złapanie ogara.

Kurtyna opada.

SRSLY, WTF?

Od pewnego czasu stykam się z przedziwnym fenomenem bab, które uporczywie tkwią, męczą się i użerają w związku z jakimś ekstremalnym dupkiem żołędnym - niby wiecznie narzekają i jojcą... a z drugiej strony pławią się w absurdalnym samozadowoleniu. Ba... Puchną z dumy! Zapewne wizualizują już sobie na swej szlachetnie udręczonej skroni złoty wieniec męczeński i chwałę wiekuistą... Bo wprawdzie czasem zbierają po japie, czasem biorą na klatę chlusty pomyj ustnych, zderzają się ze ścianą sfochanej obojętności, ale trwają. Bo choć misiaczek zaliczył trochę skoków w bok, to wszystkiemu winne podłe baby, lubieżne harpie, co go zbałamuciły. Och, jakie to piękne jest, taka płomienna miełość, gdzie ktoś robi sobie z ciebie wycieraczkę do unurzanych w gnoju gumofilców, a nazajutrz przyniesie bombonierkę i uwiędłego goździka - jakie poetyckie, tragiczne, romantyczne, zupełnie jak w filmach! Ach, topos "trudnych relacji"... Przez ciernie do gwiazd! Miełość kicks ass - chwytają za jajca wyświechtane koelizmy pisane helveticą na czarno-białych fotografiach. Ckliwe a rzewne piosnki o łobuzach, co to rzekomo kochajom najbardziej... Czasami też trza zaciskać zęby i trwać w zlodowaciałym stadle "dla dobra dzieci" - fundując im jakże prześwietny wzorzec małżeństwa i rodziny, prawdaż... Bo "co ludzie powiedzą"? Taki był spektakularny ślubik kościelny i weselicho na pięć wsi... Bo - wspólny dom, kredyt, firma. Bo "on jest magnatem karmy dla kotów i wybieram złote klamki za cenę śmierci cywilnej". 

Cóż... wyleczyłam się z misji uszczęśliwiania obcych, dorosłych ludzi na siłę. Każdy może "umoczyć" kopyto w jakimś łajnie. Ale decyzję delikwent(-ka) musi podjąć autonomicznie. Jeśli wybierze ów miełosny wieniec męczeński, to spoko, jest to osobisty wybór, ale niech nie oczekuje za to oklasków, orderów i pomników oraz sławy pośmiertnej. I niech nie syczy zjadliwie, kiedy ktoś inny zrewidował ciulowy dlań stan rzeczy i ułożył sobie sprawy osobiste na nowo. I jest szczęśliwy. Samemu czy z kimś, wszystko jedno. Znam singli z odzysku płci obojga, którzy z ulgą pożegnali psychiczną kulę u nogi i powitali coś tak bezcennego, jak święty spokój, samosterowność i życie w zgodzie ze sobą. Nie ma jednego słusznego przepisu na szczęście (poza doświadczaniem tu i teraz oraz poczuciem własnej mocy sprawczej), a kierowanie się w tej materii cudzymi receptami to droga na skróty do niechybnej porażki...

Disclaimer - żebym była dobrze zrozumiana. Nie jestem tu koryfeuszem ewakuacji tyłka z poważnej relacji przy byle napotkanej po drodze trudności, nie namawiam do pochopnych rozstań ani nic z tych rzeczy! Zmiany i kryzysy są naturalną koleją rzeczy - o ile nie trwają wiecznie i wiodą na jakiś wyższy level. Wiem też, że temat może być równie dobrze rozpatrywany z męskiego punktu widzenia i wówczas delikwent morduje się z przyciężkawym życiowo, tudzież wrednym babonem. Piszę jednak o rzeczach, które z racji doświadczenia są mi nieco bliższe; nie znaczy to, że nie mam świadomości istnienia drugiej strony medalu.

Poruszany przeze mnie wątek dotyczy sterczenia, niczym widły w gnoju, w relacji jednoznacznie toksycznej lub zgoła martwej. W mojej prywatnej ocenie jest to po prostu marnowanie sobie życia (i często dzieciom, dla których później emocjonalne pustkowie lub wieczna szarpanina będzie "normą", jedynym punktem odniesienia) - na własną odpowiedzialność. Wkurza mnie tylko, jak taka umęczona "ciepełkiem rodzinnym" u boku przemocowca zgorzkniała matrona oczekuje od otoczenia nieomal czci, zaś od dzieci żąda wdzięczności za swoje pogrzebane marzenia z młodości, zaczyna też głośno moralizować i potępiać te osoby, które ośmieliły się zmienić swoją beznadziejną sytuację, zawalczyć i jeszcze wygrać kawałek życia. Byłam niestety osobistym świadkiem takiego bóldupienia pewnej starszej pani, która w swojej opinii bohatersko się poświęciła dla dobra rodziny, znosząc latami liczne upokorzenia i "razy" ze strony mężusia - a teraz jest wielce zdziwiona, że dorosłe już dzieci mają problemy natury psychologicznej (DDD) i ani myślą być jej wdzięczne za to wieloletnie cierpiętnictwo w domowym piekiełku - wręcz przeciwnie... A najgorsze szambo frustracji wybiło na widok sąsiadki w porównywalnym wieku, która do dziś prowadza się za ręce ze swoim mężem i szczebioczą jak młode zakochańce... takiego potoku jadu wywołanego cudzym szczęściem nigdy chyba nie słyszałam... :/ Zawiść i resentyment to przykre przypadłości nieszczęśliwych ludzi.

A ja będę się upierać, że każdy jest (przynajmniej w znacznym stopniu) kowalem własnego losu. Tego matrymonialnego też. Jeśli ktoś świadomie decyduje się na dogorywkę w kiepskim towarzystwie - heja banana, krzyż na drogę, tylko niech nie obarcza innych własnym emocjonalnym balastem. Od ciebie, drogie udręczone indywiduum, zależy, czy będziesz trwożliwie truchtać na krótkim łańcuchu, reanimować trupa, żyć w stęchłym mauzoleum, a może zakurwisz triumfalnego dęsa nad mogiłą wyschłego truchła i ruszysz dziarsko dalej.

Wracając do anegdotki ze wstępu. Nie muszę chyba specjalnie pojaśniać, że Milenka niczyjego współczucia nie potrzebuje, paradoksalnie, to ona może współczuć koleżankom, że ich jaja kończą się na skomleniu jak to im źle, a swoją wartość wciąż uzależniają od nabzdyczonego nosiciela portek, w które są wczepione pazurami.

13:53

Zarzynanie polszczyzny...

Powiem wprost - rażą mnie błędy językowe w moim otoczeniu. Nie jestem szajbniętą purystką językową - na sporadyczne błędy staram się przymykać oko, ale notoryczne niedbalstwo językowe w mowie i piśmie doprowadza mnie do szału. Otrzymałam kiedyś służbowego maila od osoby piastującej dość wysokie stanowisko związane z działem PR firmy - roiło się w nim od elementarnych baboli, zaś składnia była tak kulawa, że adresat (niestety, zbiorowy) miał poważne trudności w zrozumieniu, "co poeta miał na myśli"... I - nie, to nie było pisane "na szybkości" do pracowników, tylko były to oficjalne treści skierowane do obecnych i potencjalnych klientów, mające publicznie reprezentować naszą firmę... Szczerze? Dla mnie to jest już żenada po całości. Za przejaw mentalnego wieśniactwa uważam małostkowe czepialstwo ("dla zasady") i punktowanie każdej literówki w dyskusji opartej na siłę argumentu - ale w momencie, gdy czyjaś wypowiedź jest naszpikowana błędami tak, że aż zęby bolą, to przepraszam bardzo, ale w moich oczach taki interlokutor traci powagę i autorytet... 

Nie każdy musi być od razu Janem Miodkiem. Niektórym ogarnięcie zasad przychodzi z łatwością, innym z oporem. Jednak znałam i znam sporo osób, które - mimo pewnych problemów - ambitnie dążyły do możliwie prawidłowego posługiwania się mową ojczystą. Dlaczego? Bo warto ją pielęgnować - jest piękna i bogata. I niefrasobliwe kaleczenie jej stanowi według mnie prostactwo i brak szacunku - dla rodzimej kultury, dla bliźnich, a także dla siebie. 

Chciałam jednak przy okazji poruszyć inny problem - czy, i jak, zwracać ludziom w takich sytuacjach uwagę..? Chodzi mi głównie o osoby w naszym otoczeniu, które darzymy sympatią i nie chcielibyśmy ich urazić, a jednak każdorazowo doznajemy bolesnego szczękościsku słysząc "półtorej roku", "wziąść", "głęboki dekold", "ładny perfum", "ubierz buty". Wiadomo, że buractwem jest pełne wyższości poprawianie kogoś "przy ludziach"... A w cztery oczy? Pół żartem, pół serio? Hmm... Też śliska sprawa - w przypadku bliskich znajomych raczej nikt się nie obrazi, ale np. współpracownicy, którzy na co dzień raczą nasze uszy takimi wstawkami? :/

Mój sposób jest taki, że jak ktoś zasadzi takiego kwiatka, to ja za chwilę (możliwie swobodnie i bezpretensjonalnie) wplatam go "jak gdyby nigdy nic" we własną wypowiedź (rzecz jasna w formie poprawnej). Takie tam, korygujące echo. Zauważyłam, że często rozmówca się z uśmiechem reflektuje... :) a przy okazji jest to sposób dość dyskretny i nienapastliwy. Jak nie załapie aluzji, to może choć podprogowo "osłucha się" z poprawną formą i z czasem się na nią przerzuci.

Każdy popełnia błędy, ja oczywiście również - i oficjalnie proszę o poprawianie* mnie, nie będę się fochać. Nie postuluję tym postem dążenia do hiperpoprawności, ale apeluję gorąco o wzmożoną codzienną motywację i dbałość w używaniu ojczystego języka - poprawna polszczyzna nie jest jakąś fanaberią nadętych wykształciuchów, lenistwo i niechlujstwo w tym zakresie to po prostu - moim zdaniem - wstyd, coś, co odstręcza podobnie jak niechlujny wygląd i ordynarne zachowanie. Proszę mi tu nie wyjeżdżać z argumentem o DYSortografii czy dysleksji, bo z pewnością  taka przypadłość nie dotyczy lwiej części społeczeństwa, a mam nieodparte wrażenie, że niedbalstwo językowe - owszem.



* - Aaa, tylko nie poprawiajta mnie w zakresie używanych tu specyficznych toyadzich zabiegów stylistycznych, gdyż-ponieważ-albowiem są one stosowane z rozmysłem i są całkowicie dopuszczalne w ramach tfurczej wolności, o.




***

A teraz - specjalnie dla masochistów - moje ulubione perełki:

Trza było dziś wziąść i ubrać dziecią buty zimowe. Pomalowałam włosy na jasny bląd i ubrałam sukienkę z dekoldem, wypsiukałam się ładnym perfumem. Za półtorej miesiąca kupię dwie litry. Bo tam pisze, że to fajne. Bynajmniej ja tak uważam. Ale nie ma już dla niej nadzieji. Idę namszę w niedzielę. Kogo jest ta torebka? Ja umię i rozumię, oni umią i rozumią. Kosztowało jedynaście złoty. Ładną masz urodę. Proszę panią, po ile ten pomarańcz? Rok dwutysięczny siódmy. Trzynasty kwiecień. W każdym bądź razie. W cudzysłowiu. Dlaczemu? Temu, że tak lubiałam. Używaj kondona. Pilnuj te dziecko. Beszczelność. Mieliśmy kontrol w tramwaju. 

Ament.

11:49

Galopująca mizantropia i inne takie.

Galopująca mizantropia i inne takie.
Hejka.

Ostatnio przechodzę jakieś apogeum galopującej mizantropii, no po prostu mam ludziowstręt jak cholera... ale żeby taki całkiem idiopatyczny, to nie powiem :<
I popadłam w totalne znudzenie internetami, a w szczególności społecznościówką. Wciąż lubię se popatrzeć na wysublimowane estetycznie obrazki i poczytać inspirujące treści, ale zniechęca i przytłacza mnie to całe mooorze szitowia, przez które się trzeba przedzierać. Juciub wysrywa mi co rusz propozycje makijaży "na co dzień", w których czułabym się jak klaun, propozycje filmów jutuberek "urodówek", które ze skóry już po prostu wychodzą, żeby zainteresować publikę... mój osobisty hit - przycinanie sobie włosów na głowie i klejenie ich nad oczami w charakterze brwi(!), albo te wszędobylskie ohydne góry lakieru na pazurach, ambitne "wyzwania" pokroju "pisiont warstw samoopalacza"... eee, jakiś festiwal masowego zdurnienia, czy ki czort? I to robią lasie, których kontent był kiedyś naprawdę całkiem sensowny... A teraz? Stare baby Dorosłe kobiety upychają do miniaturek infantylne kiczowate ikonki, trzaskają (w swoim mniemaniu chyba słitaśne?) minki jak z jakiejś żenującej pantomimy dla niedorozwiniętych umysłowo... :/ 

Nie, nie, nie.

Wybaczcie mi tę fazę na bycie takim rozjuszonym negiem - to przejściowe, wooot... taki tam kryzysik przed kolejnym skokiem rozwojowym, fin de siecle, czy cuś... na szczęście jestem na tyle cywilizowana, że nie piszę nigdzie hejterskich komciów - ale com se poansubowała, to moje... :) A tera jeszcze mam potrzebę se ulać na blogassku, bo blogassek to także namiastkowa forma kozetki...

Czuję obecnie uogólnioną, przemożną potrzebę redukowania, oczyszczania i upraszczania. Rzeczy, ludzi, bodźców. Moja szafa drastycznie schudła - a ja paradoksalnie nagle "mam co na garba wciągnąć". Moje estetyczne sympatie zdecydowanie odpływają od udziwnień i "nabżdżenia wszystkiego na bogato" i dryfują w kierunku surowej ascezy kolorystycznej, klasyki, jakości, prostoty, ponadczasowości - ale niekoniecznie spospolicenia - chyba wręcz przeciwnie, bo szykowna prostota niesamowicie koi oczy na tle nawału pstrej, modnej, taniej sezonowej tandety. Wreszcie pojęłam, że to ubiór ma być subtelnym dopełnieniem dla mnie, a nie mnie przytłaczać - paradoksalnie w oszczędnych rozwiązaniach stylówkowych czuję się dobrze "wyeksponowana" jako JA; coraz mniej we mnie imperatywu substytuowania sobie "charyzmy" przekombinowanymi ałtfitami i toną dodatków. Im mniej mam czasu, tym bardziej go sobie cenię i żal mi go tracić na:

- konsumowanie pokładów kałtentu z mediów wszelkiej maści (celebrycki lajf, szybka moda, ploty, sensacje, wiadra pomyj, wojenki i pyskówy od polityki po wybory żywieniowe)
- jałowe lub zgoła szkodliwe relacje, oparte wyłącznie na jednostronnych staraniach i wiecznych ustępstwach
- psującą krew, frustrującą robotę
- niezadowalające estetycznie otoczenie
- "perfumy" - a raczej pachniuchy za dwie dychi, obowiązkowo z nutą kociej kuwety (sorry, nie jestem snobką, ale musiałby mi naprawdę kolosalny mamut nastąpić na narząd powonienia, abym nie wyczuła różnicy pomiędzy bazarowym psikadłem a markowymi perfumami)
- gromadzenie klamotów, o które potem się potykam i mam wincyj do sprzątania
- noszenie "po domu" starych skulkowanych łachów
- trzymanie pięknych ubrań i przedmiotów na "specjalne okazje" (ciekawe jakie, własny pogrzeb i stypę..?)
- odkładanie marzeń i planów na "kiedyś"
- pielęgnowanie Wewnętrznej Dziadówki (stanowczo uważam, że "chytry dwa razy traci" i "co tanie, to drogie" - tak strasznie żal ściska dupkę, żeby jednorazowo zainwestować grubszy hajs w porządne buty na kilka sezonów, pięknie odszyty płaszcz, torebkę lub dobre serum do twarzy, ale za to ochoczo szastamy groszem na kolejne bzdury - trzeci rozświetlacz, piąte szamponidło, dziesiątą odżywkę do włosów, kolejny peeling na promce w ross, wór "całkiem niezłych, za tę cenę" łachów z lumpa, okazyjne chińskie sandałki z plastiku etc.) 

Chaos na zewnątrz lubi się podstępnie wkradać do umysłu, niestety... Na mnie takie kiepskie feng shui działa z mocą wołu - nic mi się nie chce, nie potrafię zebrać myśli ani wykrzesać z mózgownicy jakiejkolwiek kreatywnej iskierki... Jestem rozdrażniona i zmęczona. Regularne oczyszczanie przestrzeni jest niesamowicie terapeutyczne, jednak trudno uporządkować swoje życie "z wtorku na środę", dlatego u mnie ten proces zachodzi w "rzutach", przypomina torsje przy zatruciu - i właśnie na uczucie strucia polecam solidną serię chlustającycyh womitów :)

Pozdro szejset, odezwę się wkrótce!



Toyad & Weltszmerc.

...ale moje brwi nigdy nie będą minimalistyczne :P










Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger