13:28

Wyglądowe wtopy młodocianego Toyada.

Hejka.

Niedawno przeglądałam stare, staaare foty, swoich wizualnych "faz" z ostatnich 10-15 lat. Dobrze tak z dystansu ocenić swoje wzloty i upadki zewnątrzpowłokowe. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi najgorszymi strzałami w kopyto w zakresie własnego wyglądu. Jedziem.

1.) Przekombinowane, "modne" fryzury.

Jak patrzę na te swoje dawne wycudowane asymetrie, wygryzione grzywki, nastroszone strzępiate pióra, cieniowanki i podgolenia, to mnie na womit zbiera... :D

CO JA SE MYŚLAŁAM, SERIO. :/

Morał: Chwilowe trendy robią nam krzywdę i dodatkowo kompromitują po latach, klasyka - nigdy. W okresach, kiedy miałam nieskomplikowaną, klasyczną fryzurę, wyglądałam stanowczo najkorzystniej.W pierwszym dowodzie osobistym mam fotkę w koszuli i z taflą naturalnych włosów. Wygląda totalnie ponadczasowo, jakbym strzeliła ją wczoraj.

2.) Chałupnicze koloryzacje.

Litania fakapów:

- wypłowiałe "seksi" rudzizny
- czerwoności a'la ciocia Jadzia
- fojolety, bo przecież jestem taka krejzi
- cieplutko-sraczkowate brązy z rdzawym podtonem, a do tego chłodny naturalny odrościk
- przytłaczający, postarzający, jednolity ciemny brąz z pogranicza czerni (w zestawieniu z typowo słowiańskim umiarkowanym kontrastem w oprawie oczu, brawo)
- eksperymentalne cętko-ciapy, które miały być refleksami, ale nie pykło, wyszedł szylkret
- okropny kurczakoblond, dopóki nie posiadłam wiedzy z zakresu uzyskiwania szlachetnych, chłodnych, perłowych blondzików

Morał: Oszczędzanie na profesjonalnych usługach zazwyczaj nie jest tego warte (wyjątkiem był mój skandynawski blondzik, za którym tęsknię, ale nie chcę dobijać cebulek). Najbardziej się sprawdza wszystko, co oscyluje wokół natury, ewentualnie subtelne "baby lights" lub profesjonalne blondy. Obecnie delektuję się naturką na czerepie i korzystam na maksa z faktu braku siwych włosów.

3.) Przeskubane brwi.

Dżizas. Mało jest rzeczy, które TAK szpecą twarz, jak spiergolone brewy! Teraz raz na pół roku wyrwę sobie jakiegoś zbłąkanego kłaka i to jest wszystko. Z obskubanymi nitkami (tzw. spermbrows) wyglądałam jak bizantyjska Mater Dolorosa... Brrr.

Morał: Jak coś jest dobre, to nie ruszać, a jak nie jest dobre, to iść do speca.

4.) Topornie podkreślone brwi.

Przeskubańce to jedno, ale z drugiego krańca spektrum straszą nas SCOUSE BROWS. Oooch... Jeśli nie mamy z natury super gęstych, ciemnych, puszystych brwi, to ta ich grubsza część powinna być zarysowana bardzo delikatnie, w przeciwnym razie uzyskamy efekt flamastra, takie jakby kanciaste "młotki"...

Kiedy WRESZCIE ogarnęłam, że te "zaczątki" brwi u nasady nosa powinny być puchate i o wiele subtelniejsze niż "ogon", to był kamień milowy w wyglądzie i harmonii całej mojej fizys. Bez kitu. Lifechanging.

Swoją drogą zabawne - do dziś obserwuję samozwańcze instagramowe "mejkap artist", które walą klientkom takie siermieżne brwiska, żyjące własnym życiem.

Morał: NIE RYSUJEMY JEDNOLITYCH MŁOTKÓW U NASADY NOSA.W naszej szerokości geograficznej, jeśli nie jesteś brunetką o głębokim kontraście, lepiej jest też wystrzegać się zbyt ciemnych lub zrudziałych brązów, odcień TAUPE wygląda 100 razy korzystniej.

5.) Agresywne, przytłaczające kolory i kontrastowe wzory.

Miewałam fazy na kolory i wzory, które nijak nie współgrają z moim typem urody - neonowe fuksje, turkusy, szafiry, fojolety, limonki itp. Albo faza na mhroczną stylówkę - mocne kontrasty, czerń z czerwienią, no masakra...

Morał: Analiza kolorystyczna to spoko rzecz. A jak nie masz hajsu, to trzym się neutrali i nie rób sobie krzywdy. Ulubione kolory możesz wybierać do dodatków, ale blisko japy musi być korzystny/neutralny odcień.

6.) Wiwat poliestrowe gluty i cygańskie biżuty!

Kiedyś chciałam dużo, tanio i oczojebnie, a teraz - wolę umiarkowaną ilość, dojebanych jakościowo, niekrzykliwych ajtemsów :)

Morał: Jakość nie jest "głośna", ale przemawia dobitniej, niż pstrokate piórka z dzwoneczkami w doopie. Wolę inwestować w zacną 'capsule wardrobe' i okrasić ją strategicznymi insygniami typu buty, torebka czy skromna a szlachetna biżuteria (żadne tam obłażące badziewie z H&M czy innej Bershki).

7.) Fikuśne wzoreczki na pazurkach, oooł jeeea.

Punkt kontrowersyjny nieco... :P To chyba "faza" wielu kobiet, które zachłysnęły się możliwościami hybrydowego manikiura... ;) Byle nadziubdziać słitaśnych duperszwanców, najlepiej każdy pazur inny ^^ Nadal podobają mi się abstrakcyjne, minimalistyczne zdobienia w typie "Korean Minimal Nail Art", ale do tego musi być odpowiedni anturaż. Najlepiej minimalistyczny, monochromatyczny i surowy.

Morał: Wiadomix, że wszystko jest kwestią gustu. Ja doskonale rozumiem, że pazurowe zdobienia wymagają manualnego kunsztu i w ogóle, ale... to nijak ni zmienia faktu, że nienachalnej klasyce w perfekcyjnym wykonie o wiele bliżej do "hajendowego" efektu. Coraz mniej mi po drodze z "uroczym kiczykiem", choćby nie wiem, jak pracochłonny i pomysłowy był. Nope.

***

A teraz dla odmiany coś, czego cieszę się, że uniknęłam. Dłuuuga i ostra faza na tatuaż przeszła mi jak ręką odjął, kiedy parę lat temu spędziłam pewien słoneczny czerwcowy tydzień w Berlinie... Ze świecą było szukać osoby niewytatuowanej, niezależnie od wieku. Niektóre taty serio intrygujące, misterne i piękne (100% szacun i podziw), ale przygniatająca większość - "blah" albo "meh". I tak, wiem - być może rozciapany motylek na ramieniu jest głęboką metaforą jakiegoś ważkiego wydarzenia. Whatever. Ja widzę, co widzę - rozciapanego motylka...

Podsumowując - wiela, wiela lat, prób i błędów, zajęło mi dojście do wniosku, że pewne rzeczy mi po prostu nie służą, a im bardziej mam sama ze sobą poukładaną relację, tym jakoś... mniejsza ochota na cokolwiek, co rozpaczliwie wrzeszczy o atencję :) Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest apoteoza bycia wtopionym w tło pospuchem, wręcz przeciwnie - dopóki wszystko dookoła wrzeszczy o uwagę i społeczeństwo kojarzy "bogactwo" raczej z ilością niż jakością, bycie modnym z chwilowymi trendami z sieciówkowych wystawek... dopóty stonowany, ponadczasowy look będzie się pozytywnie wyróżniał.

Takie tam moje luźne refleksje. MOJE. Kurczę, żyjemy w takich dziwnych czasach, że człowiek instynktownie się już asekuruje wyrażając jakąkolwiek własną opinię, bo zaraz zrobi się z byle czego wielki ferment w komciach...

Np. moja ulubiona Alyona ma bardzo ciekawe spostrzeżenia w temacie wyglądania z klasą oraz o lansowanym obecnie 'pornstar vibe'. Oczywiście, jak komuś leży taka stylówka, to super - ale to kwestia dopasowania jej do naszego lajfstajla i tego, jaki komunikat chcemy przekazywać. Bo pitu pitu, że nasz wygląd nie przekazuje absolutnie żadnego komunikatu, jest mocno oderwane od rzeczywistości. Spróbuj pójść na spotkanie biznesowe w poplamionym dresie - powodzenia. Osobiście nie wyobrażam sobie też, żeby taka Meghan czy Kate wyskoczyły w kabaretkach do neonowej mini i butów na platformie. Jak najbardziej można mieć wywalone na konwenanse i manifestować to strojem, ale nadal jest to rodzaj komunikatu, prawda? :)

Uważam, że mało jest w internetach tak przenikliwych, wrażliwych, ciepłych, empatycznych i taktownych osób, jak Aly. Ale gdzie tam - pikiety zbulwersowanych nie mogło zabraknąć! A wystarczy rzut gałką na awatarki i hmm... triggered much? :D Oto rzeczony filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=LpkN6nUe0zU

I fajne jest to, że "pożyczanie"/ przemycanie wyizolowanych elementów może wręcz służyć naszej estetyce, ale 'total look' kojarzy się już jednoznacznie. Co ciekawe, w komentarzach przewinęła się wyluzowana kobitka, która potraktowała filmik jako cenne sugestie odnośnie wykreowania "przeseksualizowanego" wizerunku, ponieważ akurat na takim jej zależy :) No i spoko. Można mieć jaja i dystans? Można.

P.S. Wiem, że pewnie chceta obczaić te foty, lol... Może jakieś zeskanuję i wrzucę, jak będę w domu rodzinnym :D

14:57

Nie bądź bezwładnym paprochem w kosmicznej rzece życia.

Nie bądź bezwładnym paprochem w kosmicznej rzece życia.

 

Hhhhhhhmmmmm. Ostatnio łazi mi po głowie tyle rzeczy, a nie wiem jak je "ugryźć"!

Np. czytam sobie różne okołokołczingowe książki (guilty pleasure, ale przy okazji wmawiam sobie, że w ten sposób szlifuję inglisz) i mam mieszane uczucia, bo z jednej strony:

a.) uważam, że MIMO WSZYSTKO większość z nas jest kowalem swojego losu i do miejsca, w którym się znaleźliśmy, w znaczącej mierze doprowadziły nas nasze własne decyzje (lub ich brak, który też jest jakąś decyzją)

...ale z drugiej strony:

b.) nie da się ukryć, że baaardzo często (zbyt często) nasze decyzje podejmujemy według podświadomych uwarunkowań, na które składa się "oprogramowanie", które nam wgrano we wczesnym stadium żywota.

I teraz tak. Z jednej strony wkurza mnie mit merytokracji i cudownej drogi od pucybuta do milionera (niezawodna recepta na sukces wg złotoustych kołczów), bo ludzie NIE startują z tej samej pozycji w życiu.

Z drugiej strony, to też nie jest tak, że jak ktoś urodził się w niezbyt fortunnej (pod jakimkolwiek względem) i ździebko dysfunkcyjnej rodzinie, to umrzy przegrywem, bo jednak głęboko wierzę, że nie jesteśmy totalnie bezwładnym śmieciem w kosmicznej rzece życia.

Statystyki statystykami, a jednak osobiście znam mnóstwo osób, które dokonały ogromnego "przesunięcia" w swoim życiu, wbrew okowom w postaci uwarunkowań z domu rodzinnego. Nie neguję badań socjologicznych, ale gdyby wszyscy założyli bezwzględny, ponury determinizm, w sumie równie dobrze można by było się położyć i czekać na śmierć. Na kanapie z paką chipsów i piwskiem w garści.

Przygniatająca większość osób uwikłanych w przemocowe relacje nigdy się z nich nie wygrzebie - tako rzeczą staty. Tylko, że staty ulegają modyfikacjom - właśnie przez indywidua, które podejmują z głębi jestestwa świadomą decyzję, by nie być kolejną smętną statystyką. Może po drodze wiele razy upadną, zrobią krok wstecz, ale podjęta decyzja wskazuje kierunek, przyświecając im jako gwiazdo betlejemsko :)

Fajnie jest doceniać fakt, że nie jesteśmy 100% self-made, ale z kolei niedocenianie wolnej woli oraz mocy sprawczej pojedynczego człowieka jest czymś, co wzbudza mój protest i wolę postrzegać wszelkie szczytne "wyjątki od reguły" jako inspirujące wzorce osobowe, zamiast dyskredytować je jako nic nie warte "dowody anegdotyczne".

Nie wiem, czy to, o czym piszę, brzmi w miarę sensownie dla Was :)

W każdym razie, mam nadzieję, że coraz więcej osób będzie świadomie dzierżyć ster, zamiast być popychanymi przez "okoliczności".

Rzecz w tym, że postawa "ofiary losu" jest w pewnym sensie opłacalna psychologicznie - spycha odpowiedzialność za siebie i swoje wybory na czynniki zewnętrzne. Wiem, że nie zawsze mamy kontrolę i wybór - ale jednak w 9 przypadkach na 10 go mamy, a to już wystarczy.

Czasami żałuję, że nie mogę wsiąść w wehikuł czasu i sprzedać parenetycznego liścia w dziób młodszej sobie. Gnębi mnie przeświadczenie, jak wiele kardynalnych fakapów popełniłam i ile czasu poszło na to. Prawdą jest, że nic bardziej nie boli nad stracony czas... Z drugiej strony - czy czas poświęcony na cenną naukę na własnych błędach można uznać za zmarnowany? No właśnie. Oto zagwozdka. Może to była wysoka, ale konieczna cena za te lekcje, dzięki którym dzisiaj miewam się świetnie.

Nie bójmy się zrzucać starej skóry, kiedy zaczyna nas uwierać. Ot co.

To by było na tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze kazanie Toyada Koeljo :D


*

20:52

Narcystyczny rodzic - lista kontrolna.

Narcystyczny rodzic - lista kontrolna.
 *

Hej!

Dzisiaj wjeżdżam z przyciężkawym tematem, niekomfortowym dla wielu osób. Każde dziecko ma naturalną skłonność do idealizowania, wybielania, bronienia swoich rodziców za wszelką cenę - najczęściej wszystkie dysonanse poznawcze czy "rysy" na ich wizerunku są usprawiedliwiane i racjonalizowane, a poczucie krzywdy czy zaniedbania spychane w głąb podświadomości i przykrywane haftowaną ściereczką. Na lata. Na dekady. I dziwujemy się wielce, że mamy zawsze pod górkę w relacjach z innymi ludźmi, że ciągle coś się pierdzieli w naszym życiu uczuciowym lub zawodowym, że boimy się realizować swoich pomysłów, że niedoszacowujemy swojej wartości... ale do głowy nam nie przychodzi, skąd to się wzięło. A często wystarczy zejść do tej ciemnej piwnicy i sprawdzić, co się kryje pod tą nieszczęsną szmatką.

Tyle tytułem wstępu.

To będzie krótka, konkretna lista kontrolna cech lub zachowań typowych dla narcystycznego rodzica. Taką formę lubię najbardziej, bez cackania się i lania wody litym tekstem. Zatem - jedziemy.

1.)  WYŁĄCZNIE WARUNKOWA MIŁOŚĆ.

...udzielana w dawkach iście aptekarskich. Narcystyczny rodzic to osoba o wątłym realnym poczuciu własnej wartości, za to z rozdmuchanym, żarłocznym Ego. Nie wie, kim jest i podejrzewa, że nie zasługuje na miłość, dlatego obsesyjnie musi przeglądać się w "lustrach" - czyli oczach i opiniach innych ludzi. Jego "reputacja" to wszystko, co ma. Innymi słowy, wewnętrzna samoocena leży i kwiczy, dlatego musi być z nawiązką wyrównana zewnętrzną walidacją.

Narcyz traktuje swoje dziecko jako bardzo cenne źródło narcystycznego zaspokojenia i pompowania swojej samooceny. Jeśli dziecko jest słodkie, ładne, urocze, posłuszne, dobrze się uczy i osiąga jakieś "sukcesy", którymi można się pochwalić przed ludźmi - wówczas w nagrodę otrzymuje coś na kształt "miłości" i atencji. Ale jak tylko dostanie np. czwórkę zamiast piątki, albo ośmieli się mieć inne zdanie na jakiś temat czy w jakikolwiek sposób akcentować własną niezależność - ŁOOO... PANIEEE. (Pseudo)miłość i (pseudo)akceptacja natychmiast jest wycofywana, a charakter dziecka wszelkimi sposobami trzeba "złamać" i nagiąć na własną modłę.

Narcystyczny rodzic nie kocha dziecka bezwarunkowo. Zawsze "kocha" je doraźnie, wydziela skąpe ochłapy czułości za konkretne zasługi, które sprowadzają się do łechtania rodzicielskiego Ego. Wszelkie odstępstwa od wyidealizowanego obrazu potomka są surowo karane i piętnowane. Dziecko nie jest akceptowane takim, jakie jest, tylko na tyle, na ile "SPEŁNIA OCZEKIWANIA" rodzica.

Co jest, rzecz jasna, przedsięwzięciem skazanym na porażkę...

2.) CHEŁPIENIE SIĘ OSIĄGNIĘCIAMI DZIECKA JAK WŁASNYMI.

To jest pochodna punktu pierwszego. Twoja "fajność" jest automatycznie przedłużeniem "fajności" rodzica i (w jego opinii) wyłącznie jego zasługą, więc przypisuje sobie cały splendor. Dla narcystycznego rodzica możesz być "Złotym Dzieckiem", ale to nie oznacza, że w jednej chwili nie zostaniesz zdegradowany do roli "Kozła Ofiarnego", kiedy tylko przestaniesz spełniać oczekiwania i wpisywać się w wielkościowe wyobrażenia rodzica. Najprawdopodobniej czeka cię przykry chaos naprzemiennych skrajności w relacji z narcystycznym rodzicem. Od entuzjazmu do pogardy - w ułamku sekudy.

Całe istnienie dziecka ma być podporządkowane schlebianiu Ego rodziciela.

Często jest tak, że np. matka, która zawsze marzyła o balecie, ale nie zrobiła żadnej kariery, leczy swoje kompleksy, pchając na siłę córkę na deski szkoły baletowej. Ignorując przy tym całkowicie preferencje własnego dziecka. Syn rodziny o tradycjach lekarskich chce się wyłamać i być artystą..? Dla narcystycznego rodzica to jest wręcz niewyobrażalne i zrobi wszystko, żeby mu to uniemożliwić. A niedajbosze miej nieprawomyślną orientację seksualną...

Przycinanie dziecka do ubranka, zamiast odwrotnie - jest to świetny przepis na "stworzenie" bezwolnego, wewnętrznie pogubionego zadowalacza innych (people pleaser), który nie potrafi podejmować suwerennych decyzji, nie wie, czego tak naprawdę chce, a jeśli wie, pokornie z tego rezygnuje na rzecz cudzej wizji tego, co chcieć powinien.

Jest to przepis na wychowanie głęboko nieszczęśliwej osoby.

3.) WIECZNE WYRZYGIWANIE I "JAJA W IMADLE".

Ulubionym narzędziem manipulacji i przymusu jest skrupulatne wyliczanie, czego to rodzic dla ciebie nie zrobił - np. łaskawie nie usunął ciąży (wiem, że to ohydne, ale to autentyk używany zaskakująco często...), podcierał tyłek, karmił, posłał do szkoły i zapewnił dach nad głową. W związku z powyższym dziecko MUSI tańczyć tak, jak mu rodzic zagra, inaczej jest niewdzięcznym, egoistycznym potworem.

Narcyzi uwielbiają wyrzygiwać swoim dzieciom swoje "poświęcenie", żądając w zamian absolutnego posłuszeństwa i całowania w pierścień na klęczkach. "To dla ciebie latami wypruwam sobie żyły...", "Gdyby nie ty, dawno bym awansowała...", "Dopóki mieszkasz pod moim dachem..." to ulubione "chwyty" retoryczne, żeby wymusić czołobitność, służalczość i podporządkowanie się.

Dziecko nie prosiło się na świat i zdrowe rodzicielstwo polega na odpowiedzialnym dźwignięciu tego faktu "z dobrodziejstwem inwentarza". Skoro kariera najważniejsza, to może macierzyństwo czy tacierzyństwo nie jest najlepszym pomysłem w danym momencie? Dziecko nie jest odpowiedzialne za kiepskie wybory swoich rodziców! Wyrzygiwanie to nic innego, jak komunikat "no cóż, bez ciebie moje życie byłoby lepsze/łatwiejsze, ale skoro już tu jesteś, to musisz mi to wynagrodzić"... :/

I teraz tak. Ja nie jestem fanką źle pojętego "wychowania bezstresowego", uważam, że dyscyplina jest konieczna, ALE. Autorytetu nie buduje się zamordyzmem. 

Jednym z elementów zdrowej strategii wychowawczej jest pozwolenie dziecku na zbudowanie silnej, stabilnej samooceny (nie mylić z samouwielbieniem, ponieważ ono paradoksalnie wypływa z niedowartościowania), a także nauczenie dziecka samodzielności i podejmowania autonomicznych decyzji, i tego, że wszelkie decyzje mają konsekwencje. Dać mu prawo do błędów.

4.) NIERESPEKTOWANIE GRANIC I BRAK PRYWATNOŚCI.

Według narcystycznego rodzica dziecko jest jego przedłużeniem, a nie oddzielnym bytem osobowym, a zatem - nie ma prawa do własnego zdania, własnych upodobań, własnych spraw i tajemnic, zarządzania własnym czasem.

Narcystyczny rodzic to uosobienie patologicznego wścibstwa i chorobliwej kontroli - nie zawaha się przed czytaniem osobistych notatek czy pamiętników dziecka, przeglądaniem jego telefonu, prześwietlaniem jego aktywności w sieci itp. Musi wszystko wiedzieć w sposób dalece wykraczający poza zdrowe zainteresowanie i troskę o bezpieczeństwo dziecka. Przykłady: włażenie do zamkniętego pokoju czy łazienki bez pukania (bo przecież "to MÓJ dom"), grzebanie w rzeczach osobistych (bo przecież tajemnice są złe), wymontowywanie drzwi z zawiasów żeby "pilnować" dorastającego syna czy córkę przed oglądaniem porno czy masturbacją, żądanie naocznego dowodu, że córka nie rozpoczęła jeszcze współżycia (tak, to też się zdarza i brak mi słów, jak upokarzające i obleśne to jest...).

Później takie dorosłe dziecko jest doskonałym celem dla wszelkiej maści psychofagów i przemocowców, ponieważ "przywykło" do deptania własnych granic i godności, więc jest mała szansa, że zaprotestuje... To jest tak cholernie przykre.

5.) CIĄGŁE PORÓWNYWANIE Z INNYMI.

Dziecko nigdy nie czuje się DOŚĆ DOBRE. Bo zawsze czyjaś córka czy syn osiągnął coś więcej, dostał się na lepsze studia, ma bardziej prestiżową pracę, wiecej zarabia, ma lepszego męża/żonę, buduje dom zamiast mieszkać w mieszkaniu, cośtam cośtam... Zawsze poprzeczka jest ustawiona na jakiejś absurdalnej wysokości.

6.) SKRYTA ZAZDROŚĆ I RYWALIZACJA.

Nie wiem czemu, ale zazwyczaj spotykam się z zazdrością matek względem córek. Narcystyczne matki skrycie zazdroszczą córkom np. uczuć i atencji ze strony ojca, młodości, urody, tego, że mają całe życie przed sobą i wszelkie możliwości są dostępne, spełnienia w życiu prywatnym czy zawodowym, niezależności itp. Ta podświadoma zawiść sprawia, że wkrada się resentyment, a córka jest wiecznie krytykowana z góry na dół: źle się ubiera, jest za gruba lub za chuda, nie umie dobrze gotować, nie potrafi prowadzić domu, nie powiedzie jej się z własnym biznesem, nic nie osiągnie w życiu itd. Matki-narcystki często też żyją mitem złotego wieku, serwując córce rozmaite anegdotki z przeszłości opiewające ich rzekome sukcesy, walory intelektualne oraz fizyczne, że były adorowane przez tabuny chłopów, jaką to oszałamiającą karierę prawie-że-zrobiły (gdybyś się nie urodziła) itd. Przykład: ktoś z otoczenia chwali piękne rzęsy córki, a matka natychmiast wygłasza umniejszająco "bez przesady, ja za młodu miałam jeszcze dłuższe, ale wypadły mi po porodzie...".

7.) INFANTYLIZACJA I UCZENIE BEZRADNOŚCI.

Czasami narcystyczny rodzic obiera taktykę traktowania swojego dziecka jak życiowej kaleki, wyręczając dziecko we wszystkim (także nastoletnie), dzięki czemu może przedłużyć swoją kontrolę nad nim. Nasącza je przekonaniem, że "świat zewnętrzny" dybie na dziecko, jest groźny i niebezpieczny, że lepiej trzymać się maminej kiecy. Wmawia np. osiemnastoletniej córce, że jak wyjedzie na studia do innego miasta, to marnie zginie bez ochronnych skrzydełek rodziców. Pod pretekstem "pomocy" i "ochrony" uzależnia dziecko od siebie i jeszcze ciaśniej zawiązuje sznur "wdzięczności" i poczucia winy.

Jeśli dziecko wyrazi jakąś mocną opinię, która jest nie w smak rodzicowi, niejednokrotnie usłyszy, że NA PEWNO jakaś osoba trzecia podsunęła mu taki pogląd (czyt.: samo jest przecież baranem bez własnych przemyśleń, prawda?).

8.) ODGRYWANIE OFIARY I ODWRACANIE KOTA OGONEM.

Narcyz NIGDY nie przyzna się do błędu, nawet, jeśli jest on ewidentny. Za wszelką cenę będzie bronił z pianą na ustach swojego "nieposzlakowanego" wizerunku.

Jeśli dziecko zaczyna "się stawiać" poprzez zdrowy bunt lub używanie trafnych argumentów, narcyz dostaje szału. Natychmiast odbija piłeczkę i uderza w ton osoby pokrzywdzonej, przyjmuje postawę męczeńską, zaczyna się teatrzyk - wyrzygiwanie i wpędzanie dziecka w poczucie winy (patrz punkt trzeci).

Projektuje na dziecko własne negatywne cechy/zachowania (np. zarzuca agresję, kłamstwo, egoizm i niesprawiedliwość).

9.) BRAK EMPATII I CHŁÓD EMOCJONALNY.

Narcystyczny rodzic traktuje dziecko instrumentalnie. Owszem, może mu zapewnić wypasione warunki "zewnętrzne", ale nie odpowiada na jego potrzeby uczuciowe. Nie interesuje się prawdziwymi zainteresowaniami, pasjami, marzeniami, rozterkami i problemami swojego dziecka, bagatelizuje je, albo przytakuje bez zainteresowania, udając, że słucha.

10.) ZEW DULSZCZYZNY, CZYLI "CO LUDZIE POWIEDZO" I KULT POZORÓW.

Ludzie narcystyczni mają za priorytet to, jak są odbierani na zewnątrz. Bliscy mają być przedłużeniem ich zajebistego wizerunku i mają chodzić jak w zegarku pod dyktando toksyka. Zachowanie pozorów przed sąsiadami jest ważniejsze niż cokolwiek innego, w tym dobrostan psychiczny i szczęście członków rodziny.

Jeśli złamiesz klauzulę lojalnego milczenia albo - o zgrozo - zdystansujesz się od narcyza, będzie to odebrane jako zdrada, a ilość łajna, którą zostaniesz obsmarowany w oczach "innych" będzie zatrważająca. Ale - izolacja od toksyka, a co najmniej dystans, są niezbędne dla ratowania swojej psychy przed pójściem w drzazgi. Czasami niezbędna będzie pomoc doświadczonego w te klocki psychoterapeuty. Im wcześniej, tym lepiej.

Dzieci narcystycznych rodziców (zazwyczaj jeden jest narcystyczny, a drugi jest wycofanym i niedecyzyjnym satelitą) są często łatwym łupem różnej maści zaburzeńców i wampirów emocjonalnych, którzy bez pudła potrafią odłowić taką zbłąkaną jałówkę, przyzwyczajoną do codziennej walki o ochłap przychylności, ciepła, biorąc każdy strzęp za miłość, której tak bardzo im brakuje. Dlatego - jeśli coś z powyższych punktów brzmi Wam niepokojąco znajomo, radzę się poważnie pochylić nad tym tematem.

Polecam zwłaszcza kanały YT Magdaleny Szpilki i Wilczycą Być.


* Photo by Wladislav Glad on Unsplash


19:40

(Post)urodzinowy post :)

(Post)urodzinowy post :)
*

Hej!

Ot, okołourodzinowe pościwo.

Od wczoraj Toyad liczy sobie 34 lata :)

Jak widzita, alive and kicking!

To taki wiek, że dla siks jestem już starą rajfurą, a dla starych rajfur jeszcze siksą... ;) Jeżeli o mnie chodzi, czuję się ładniejsza i mędrsza niż kiedykolwiek wcześniej. Moja mentalna siwa broda taoistycznego mistrza sięga mi już po cycki. Jako dwudziestolatka może i ważyłam te niecałe 50 kg i miałam więcej włosów na głowie, ale to tyle "przewag"... Tak naprawdę moim największym błędem życiowym było...  niedoszacowywanie własnej wartości. Oglądanie się na opinie i aprobatę osób, na których obecnie nawet nie spojrzałabym dwukrotnie. Tfu! Oooj, jak wiele się pozmieniało. Kocham siebie w opór, uwielbiam swój introwertyzm, swoje fazy wszelakie, swój świadomy sybarytyzm, swoją wrażliwość, przenikliwość, żyłkę obserwatorską, inteligencję żywą jak rtęć i oryginalne poczucie humoru. Dobrze wiem, kim, jestem i wiem, na co nie zamierzam już nigdy tracić czasu. A tym, bardziej - na kogo.

I wiem, że za 5-10-15 lat będę jeszcze bardziej świadoma i zaawansowana w budowie swojego osobistego imperium na tym padole, niż dziś.

Ale! Przy okazji chciałabym podzielić się swoimi osobistymi refleksjami o młodości fizycznej i mentalnej.

Wiem, jak wyglądają moje rówieśniczki, a nawet znajome 40 i 50. I jak czytam, że gimby robią hajp, bo jakaś blogerina NIE WYGLUNDA NA 27 LAT to ryczę ze śmiechu... Po pierwsze, nie ma co w ogóle porównywać dzisiejszych trzydziestolatków z naszymi rodzicami w wieku trzydziestu lat. To jak porównywanie Syberii do Riwiery. To były zupełnie inne czasy, inne realia, inne standardy... Dzisiejsi 30+ to jeszcze mentalne świeżynki, mają niesamowicie pojemne umysły, ich świat nie zamyka się w robocie i mozolnym pchaniu egzystencjalnego wozu. Mało tego - dopiero nabierają wiatru w żagle i rozpędu, dzięki szeroko otwartemu "oknu" na świat jesteśmy wiecznie głodni rozwoju, spełniamy kolejne cele i odhaczamy marzenia z 'bucket list', bo często wreszcie mamy środki (i jaja) ku temu. Dbamy o siebie i z wiekiem zamiast kapcanieć, nabieramy interesującego tłista, wyrafinowango "sznitu", przybywa nam mocy manicznej, staminy, charyzmy - nazwijta to jak chceta. Dawno pozbyliśmy się szczenięcej chęci przypodobania grupie i wtopienia się w homogeniczne tło (tak samo zagubionych jak my sami indywiduów, asekurancko wybierających przeciętność).

Mówię oczywiście o pewnej rześkiej niczym alpejska bryza tendencji, nie o wszystkich. W zasadzie, mam dość marne zdanie o "większości", nie lubię mentalności tłumu, kojarzy mi się ze stadem śniętych baranów bezkrytycznie powielających zewnętrzne schematy. Działających pod dyktat "byle nie odstawać, bo co inni powiedzą". Powtarzających nieszczęśliwe związki swoich rodziców, wychowujących dzieci tak samo, jak oni byli wychowywani. Błędne koło. A wystarczy się czasami przebudzić, przecknąć, nierzadko w zderzeniu ze ścianą :)

Jeśli chodzi o powłokę zewnętrzną - uważam, że można wyglądać dobrze lub źle  niezależnie od wieku. Z wiekiem wymaga to po prostu większej świadomości, chęci i starań. I tutaj znowu - większość ludzi unika jakiegokolwiek wysiłku, więc wygląda jak wygląda. Wiecie co najbardziej moim zdaniem postarza? Ten gnuśny, ponury, zacięty wyraz twarzy. Serio. I o ile bitchface w moim odczuciu wygląda czasami nawet sexy (rozumiany jako taki lekko nieobecny, zrelaksowany, ale z subtelnym wajbem supremacji, 'unimpressed, unamused' wyraz twarzy jak u filmowej Scarlett O'Hara lub Rihanny), o tyle TA mina jest daleka od relaksacji i nieobecności - jest ścierpła, kwaśna, chytra, pazerna, skurczona - ściśnięta jak pusta butelka z plastiku. Mam swoją teorię, że taka twarz utrwala się od negatywnego dialogu wewnętrzego, zawiści i jadu :) Pisałam nawet kiedyś pościk w tym temacie:

http://www.teonanakat.pl/2017/04/hipertofia-gruczoow-jadowych-pobrzydza.html


Z drugiej strony, ludzie nie potrafią samodzielnie trafnie oszacować tego, na ile lat wyglądają. No za cholerę. Wszędzie w tym temacie, od jutuba po instagram, 95% komentatorek twierdzi, że wygląda o wiele młodziej niż wskazuje metryka. Potem wchodzisz na profil i BAM! Nooo... no, erm, nie.

Anegdotka: Kiedyś byłam przekonana, że jedna z babeczek ode mnie z dawnej pracy jest minimum koło pięćdziesiątki. A ona pewnego razu oznajmiła z dumą, że ma 36 lat ale WIE, ŻE WYGLĄDA MŁODZIEJ - kopara mi opadła. Zresztą nie tylko mnie. Dyplomatycznie przytknęliśmy kubki z kawą do ust. Zastanowiłam się później, CO sprawia, że odbieraliśmy tę kobitę jako aż tyle starszą - i ewidentnie była to pewna powolność, ociężałość ruchów związana z nadwagą, która "rozlała" też kontury twarzy, co dodaje optycznie lat. I jeszcze - styl ubierania a'la ciocia na działce (kwietne, przepocone poliestry). Skrupulatnie zanotowałam w umyśle, że sprężyste, elastyczne ciało i przyodziewek "na czasie" daje więcej młodzieńczości, niźli brak zmarszczek. Koniec anegdotki.

Jasne, kiedy ktoś często trafia na reakcje szoku i niedowierzania, notorycznie wyskakuje z dowodziku przy zakupie alkoholu i sąsiednie gimby mówią mu "cześć" zamiast "dzień dobry", to coś jest na rzeczy i można założyć, że wygląda się młodziej :) Ale... dla mnie i tak wyglądanie w wieku, powiedzmy, 33 lat na 27, to żaden kolosalny "wyczyn". Sztuką jest mieć 64 i wyglądać na 40, jak pani z kanału YT Melissa55.

Poza tym... nie rozumiem do końca tej obsesji z NIE WYGLĄDANIEM NA SWÓJ WIEK. Co jest, do jasnej Anielki, złego czy zdrożnego, w wyglądaniu na swój wiek, kiedy wygląda się po prostu dobrze??? Można mieć 70 lat, wyglądać na 70 lat i wciąż zachwycać urodą. Można mieć 27, wyglądać na 17... i co z tego :/

Ostatnio obserwowałam w tramwaju przepiękną kobitę, ewidentnie mocno po 65., ale nie mogłam gał z zachwytu oderwać. Siwiuteńkie długie włosy, proporcjonalna sylwetka, pogodny wyraz oczu i figlarny uśmiech (rozmawiała z koleżanką), taka trochę boho-elegancja, energiczny sposób poruszania się. No po prostu balsam na oczy i inspiracja <3

A zatem:

- mus pilnować strumienia świadomości i chronić go przed toksynami wszelakimi

- trza zwlec zimowy zad sprzed ołtarza z netflixem i wrócić do treningów!!!

- wierzę w strategiczną pielęgnację, ale powoli zaczynam interesować się bardziej profesjonalnymi zabiegami na japę

- nawadnianie, nawadnianie i jeszcze raz nawadnianie

- nie popłynąć na źle pojętej "wygodzie" i lenistwie w zakresie stajla, wysilić się czasem trochę

Ejmen!

* Photo by Jason Leung on Unsplash

11:05

11 sygnałów, że masz do czynienia z "Judaszem" :)

11 sygnałów, że masz do czynienia z "Judaszem" :)


Kilka wskazówek, jak rozczaić zawistnego i fałszywego człeka w otoczeniu, który dla niepoznaki mieni się Twoim ziomkiem. Ja na szczęście od dawna już cyzeluję swój czas i uwagę, ale za czasów syndromu Polyanny dałam się parę razy naciąć... Więc myślę, że to się może przydać moim młodszym Czytelniczkom.

* Przyjmuje się, że to zazwyczaj baby są tymi wrednymi i zazdrosnymi o konkurencję żmijami. Częściowo się zgodzę, jednak z moich obserwacji wynika, że niektóre współczesne "mendżajny" przewyższają samice w byciu atencyjną, wyrachowaną drama queen... :/ Takżetego...

1.) Jest dobrze, dopóki jedziecie na jednym wózku.

A kiedy Tobie się poszczęści, nagle "towarzysz niedoli" traci humor i ochotę na Twoje towarzystwo. Może sprawiać wrażenie dziwnie urażonego, sfochanego, wycofanego, pojawiają się elementy pasywnej agresji, np. uszczypliwe komentarze (w formie "żarcików").

2.) Plotkuje o swoich innych "ziomkach", ale i tak się z nimi buja.

Obgaduje przy Tobie nieobecne na spotkaniu osoby, np. mówi, że ta Maryśka to wygląda już jak stara matrona, a potem w komciu pod zdjęciem na fejsie pisze "Och, Marysiu, nic się nie zmieniłaś, wyglądasz na szesnaście lat!", a w bezpośrednim towarzystwie tych osób wydaje się słodki dla nich jak miód... Możesz mieć podejrzenia graniczące z pewnością, że Tobie także tyłek obrabia za plecami.

3.) Nie cieszy się SZCZERZE Twoim szczęściem.

Kiedy oznajmiasz radośnie o zdanym egzaminie/podwyżce/super pracy/ślubie/ciąży, ta osoba niby gratuluje, ale dość sucho i oschle, a uśmiech ma sztuczny, jakby przyklejony. W oczach dostrzegasz zimny błysk sztyletów.

4.) Traktuje Waszą znajomość jako wieczne pole do rywalizacji.

Zawsze musi Cię przelicytować. Kiedy zostaje w tyle pod jakimś względem, natychmiast odbija się to na Waszym kontakcie. Pojawia się  złośliwość, robienie łaski, lodowaty dystans. Kiedy to tej osobie wiedzie się obiektywnie lepiej, wszystko wraca na "właściwe" tory, a Ty wracasz do łask :) Te osoby nie znoszą, kiedy ktoś je przyćmiewa, idealnie by było, gdyby reszta stanowiła szare tło dla nich samych.

5.) Rozszyfruj enigmę, czyli OBRAZA MAJESTATU.

Żyjesz sobie, wszystko spoko, nie wadzisz nikomu, pewnego razu z głupa zagajasz CO TAM JAK TAM i wyczuwasz... FOCH. Kiedy pytasz, o co kaman, nie dowiesz się - masz się DOMYŚLIĆ. Masz się zamóżdżać i  zastanawiać, bo konkretów się nie dowiesz (bo racjonalnych przyczyn prawdopodobnie nie ma - a trudno, żeby zawistnik przyznał się do zawiści, prawda?).

6.) Nie wspiera Cię.

Kiedy wpadasz na jakiś odważny, ciekawy pomysł, który może zmienić Twoje życie na lepsze, natychmiast wynajduje srylion powodów, dlaczego Ci się nie uda, dlaczego lepiej sobie odpuścić, będzie piętrzyć jakże "obiektywne i racjonalne" przeszkody... A intuicyjnie czujesz, że to nieszczera troska.

7.) Z satysfakcją obserwuje, jak podejmujesz fatalne decyzje.

Dajmy na to, że masz wartościowy związek, ale jesteś na imprezie i jakiś mega atrakcyjny egzemplarz ludzki do Ciebie podbija. Prawdziwy ziom nie będzie patrzył spokojnie, jak narażasz swój związek - fałszywy ziom będzie miał ubaw po pachy i podsycał Twojego "ducha przygody", żeby później napawać się gruzami Twojego życia osobistego.

8.) Kopiuje Cię.

Kiedy zmieniasz styl ubierania, za chwilę ma taki sam. Kupujesz coś, a potem u tej osoby widzisz to samo. Wspominasz mimochodem, że ten Zenek z sąsiedniego działu to przystojny i fajny, ona mówi, że "eee taki sobie", a za tydzień widzisz ich razem.

9.) Wbija szpile z resentymentu.

Dostałaś mega drogi prezent od chłopa? Usłyszysz "BEZ URAZY, ale ja to bym nie mogła takich  rzeczy przyjmować, czułabym się jak dziwka". Kupiłaś sobie wreszcie coś wymarzonego, luksusowego, a słyszysz "W życiu bym nie dała tyle kasy za to." Pokazujesz nową sukienkę, w której czujesz się mega sexy, a słyszysz "hmm, chyba Cię pogrubia ten fason, nie uważasz?" Kiedy mówisz, że zapisałaś się na fitness, żeby wreszcie uporać się z nadwagą komentuje "po co, przecież dobrze wyglądasz, dzieckiem się lepiej zajmij" - Czaicie motyw :)

10.) Ma paranoję.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą :) Kiedy rzucasz coś w stylu "niektóre osoby są mega fałszywe" natychmiast się obrusza "pijesz do mnie?!!" Kiedy zaśmiejesz się z inną osobą, od razu myśli, że obgadujecie JĄ. Wszystko bierze do siebie. Dorabia swoją "ideologię" do każdego Twojego gestu czy słowa.

11.) Z wtorku na środę zostajesz wrogiem publicznym #1.

Jeśli mimo szpili i "przestróg" osiągasz jakieś sukcesy, "szczujesz" w social mediach swoimi radosnymi fociami z tropikalnych wyjazdów, nie zdziw się, jak staniesz się czyjąś solą w oku. To Twoje nieznośne "epatowanie" zadowoleniem sprawi, że fałszywy ziomek rozpocznie 'smear campaign', rozpowiadając wszem i wobec z pozorowaną troską i smutkiem, że Ci teraz odwaliło, "ZMIENIŁAŚ SIĘ" (klasyk), teraz to nie pogada bo zadzierasz nosa... itp., itd.

Ok, a co zrobić po detekcji szczura w ekipie? Myślę, że wiecie :)

*
Photo by David Clode on Unsplash

21:43

Co by Toyad powiedział młodszej sobie?

Co by Toyad powiedział młodszej sobie?

Elo!

Jak w tytule :) Lecim!

1.) Twój czas, uwaga i energia to Twój absolutnie największy kapitał. Inwestuj go mądrze i baaardzo selektywnie.

Jak się jest bardzo młodym, to wydaje się człekowi, że ma w zanadrzu dłuuugą wieczność i 9 żyć, jak kot. Toteż mitręży radośnie czas i atencję na pierdołach, roztrząsa romanse celebryckie, scrolluje jakieś głupawe obrazki, zadręcza się byle badziewiem, angażuje się w gównoburze.

Poirytował Cię jakiś random w zbiorkomie? Stara, dobra zasada - jeśli coś nie będzie miało znaczenia za pół roku, nie jest dzisiaj warte Twoich nerwów.

2.) Otaczaj się ludźmi, którzy wnoszą coś dobrego i cennego do Twojego życia. Ludzie, z którymi spędzamy najwięcej czasu, mają na nas najwięjkszy wpływ - uważaj, z kim przestajesz.

Jeśli ktoś nie poprawia Twego bytu w jakikolwiek sposób, to znaczy, że go pogarsza. Brak progresu to regres. Niestety, jako młoda siksa miałam zapędy mesjańskie - ciągnęło mnie do ludzi "z problemami", pseudoartystycznych udręczonych "poetów przeklętych" ze zrytym deklem, zblazowanych defetystów bez planów i ambicji. Dzisiaj widzę ten mroczny okres w swojej młodości jako totalną stratę czasu, na szczęście w porę się ogarnęłam i wymiksowałam. Wtedy moje życie ruszyło z kopyta, a tamta ekipa? W większości nadal kisi się w tym samym dołku z gówienkiem, co X lat temu i wiesza psy na tych, co zlali tak "zacne" towarzystwo i zrobili coś ze sobą. Oh well. Bless yo hearts.

3.) Nie bój się snuć zamaszystych wizji :)

'Shoot for the moon. Even if you miss, you'll land among the stars.' -
Norman Vincent Peale.

To jest tak bardzo prawdziwe... Marzenia się spełniają - prędzej, czy później. Nawet te "nieprawdopodobne" - uwierzcie mi. Kiedy patrzę na swoje życie z dystansu, widzę mnóstwo niezwykłych splotów wydarzeń, niesamowitych "zbiegów okoliczności", które nagle skokami milowymi przybliżały mnie do czegoś, czego pragnęłam. Więc zamiast marzyć o nowych portkach, nie ograniczajta się - im większy rozmach Waszej wizji, tym więcej z tego osiągniecie. Wiem, co mówię. Miejcie jaja, żeby coś CHCIEĆ od życia :)

Gdyby NIC Cię nie ograniczało, jak wyglądało by Twoje idealne życie? Począwszy od tego, w jakiej pościeli śpisz, o której wstajesz, gdzie mieszkasz itp. Wszystko. Im bardziej żywa wizja, tym skuteczniej i prędzej ją wdrożysz.

4.) Nie słuchajcie nikogo, kto Wam pitoli, że życie jest ciężkie, że trza z mozołem nieść swój krzyż/pchać swój wóz, że starość to choroby i ponura jesień egzystencji, blablabla. Erm, nope.

Wielu ludziom zależy na tym, aby inni siedzieli na tyłkach przez cały czas w tym samym miejscu co oni i BROŃBOSZE nie mieli lepiej. To, że oni mają kiepsko im tak nie przeszkadza, dopóki ktoś obok się nie wypuści i nie udowodni, że można lepiej, inaczej. To zmusza do zrewidowania własnych poglądów, może do podjęcia jakiegoś wysiłku, a większość tego nie lubi :)

To, jakie będzie TWOJE życie, zależy wyłącznie od CIEBIE. Uwierz mi, Twoje idealne życie istnieje, out there somewhere... :)

Ostatnio mnie olśniło, że emeryturkę zamierzam spędzić wesoło, np. grzejąc się jak jaszczurka na jakiejś plaży pod palmą, sącząc jakąś ambrozję tudzież trunek. Bo czemu nie? Starość też może być fajna! Byle zdrowie pozwoliło, ale na to mamy całkiem spory wpływ :)

5.) Inspiruj się odpowiednimi ludźmi.

Jeśli gdzieś w Tobie tli się przeczucie, że możesz mieć zajebisty związek, w którym ktoś traktuje Cię z należnym szacunkiem, że możesz zostać tancerką/fotografę/czymkolwiek zechcesz, zarabiać X hajsu, mieszkać na egzotycznej wyspie sącząc kolorowe drinusie, a ktoś z otoczenia mówi ci, że HAHAHA NIGDY Ci się to nie uda, to przede wszystkim - czy ta osoba jest w miejscu, do którego Ty dążysz? Nie? To niech łaskawie zawrze jadaka.

Kiedy byłam w toksycznym związku kilka osób, w realu i wirtualu, próbowało mnie usilnie przekonać, że ŻADEN związek nie jest tak naprawdę udany, że ZAWSZE trzeba się ze sobą użerać, że wina ZAWSZE leży pośrodku, że w ogóle żyję w świecie tęcz i jednorożców jeśli mi się wydaje, że można być, a nie bywać SZCZĘŚLIWYM.

Kto mi takie kocopoły bajdurzył? Zgadnijta. Osoby, które kurczowo tkwią, użerają się i każdego dnia godzą się na smętne badziewie w tej materii. Minęło parę ładnych lat. Nie posłuchałam kocopołów :) I dziś jestem mega, MEGA szczęśliwą żoną mega, MEGA fajnego męża :) Ale! Nie ma szans na dobry związek, jeśli uprzednio nie ma się dobrego związku z samym sobą. Bycie z kimś nie polega na uwieszeniu się na drugiej osobie i na oczekiwaniu, że KTOŚ nada naszemu żywotowi sens, cel i wartość. To wszystko musimy znaleźć pierwej w sobie.

6.) Jeśli wyrosłaś pośród mentalności BRAKU i wiecznego niedoboru, czym prędzej się jej wyzbądź. Zrzuć, jak wąż skórę.

Kiedy jakaś Vlogerina chwali się, że kupiła torebkę np. Celine za ciężkie cebuliony, zastanów się, jak reagujesz. Jeśli zalewa Cię jucha i masz ochotę jej napisać, że jest idiotką, że wydaje tyle hajsu na torebkę i że POWINNA wydać ten hajs na to czy tamto (standardowo ci, co sami nie mają, a tak rwą się do rozporządzania CUDZYMI pieniędzmi proponują rozdanie ich ubogim:))). Jeśli czujesz przemożną chęć napisać zgryźliwy komentarz, że jak ona śmie się przyznawać do szastania hajsem skoro wielu ludzi w tym kraju zarabia najniższą krajową i żyje od pierwszego do pierwszego. Jeśli masz tego typu odruch - ogarnij się. Przede wszystkim, każdy ma święte prawo robić z własnymi pieniędzmi, co mu się żywnie podoba. Nawet zatknąć psu w dupę, jeśli taka jego wola. Po drugie zastanów się, czy RZECZYWIŚCIE Twoja reakcja jest podyktowana autentyczną troską o ubogich, czy aby nie złością i zawiścią, że KTOŚ MA? Nawet, jeśli nie jesteś typem osoby lubującej się w produktach drogich i luksusowych, uszanuj to, że KTOŚ MOŻE SIĘ LUBOWAĆ. I to jest jego święte prawo. Tak samo jak Twoje - do wydawania WŁASNYCH funduszy na cele charytatywne.

Ubolewam nad tym, że wciąż w naszym kraju na dostatek materialny i ludzi dobrze sytuowanych patrzymy spode łba, podejrzliwie. Resentyment w opór... Pakuje się nam od najmłodszych lat, że pieniądze są co najmniej dwuznaczne moralnie, nieczyste. Ze nie dają "szczęścia". Nic nie DAJE szczęścia, bo szczęście jest w nas. Pieniądze natomiast dają sporo wolności, niezależności i spokoju, i są jednym z istotnych narzędzi do spełniania swoich szczytnych, materialnych i niematerialnych celów/marzeń :)

7.)  Dowiedz się kim jesteś i znaj swoją wartość. NIGDY nie "przepraszaj że żyjesz".

Zacznij wychodzić z założenia, że kiedy spotyka Cię coś dobrego/miłego, to nie jest żaden przypadek - po prostu ZASŁUGUJESZ NA TO.

Zacznij się wreszcie kuźwa traktować jak najważniejszą, najdroższą osobę w życiu - bo dokładnie tak jest. I wtedy myk! Zaczniesz generować odpowiedniego wajba. Porządna, zdrowa miłość własna to absolutna podstawa czegokolwiek. Musisz poznać siebie na wskroś i działać w zestrojeniu z własną esencją. Dżiiizzz, brzmię trochę jak Wróżka Zenon, ale musicie mi wybaczyć ;)

Kiedy ktoś mówi Ci komplement, na miłość boską przestań stawać w pąsach, krygować się i tłumaczyć, tylko zwyczajnie podziękuj. Kiedy włazisz do jakiegoś nowego pomieszczenia, zachowuj się, jakbyś była szefową tej miejscówki ;) Itp, itd. Czaicie.

WAŻNE: Jeśli jesteś DDD - Dorosłym Dzieckiem z rodziny Dysfunkcyjnej, proszę, nie zwlekaj z terapią. Różne zeschnięte gówna z dzieciństwa trzeba posprzątać, kody i schematy myślowe rozpracować i zastąpić nowymi, bo inaczej mogą skutecznie blokować i sabotować nasz rozwój w dowolnej dziedzinie. Serio, to ważne.

8.) ZDROWIE. JEST. WAŻNE.

Droga Młodzieży, która mię czyta. Proszę, nie żyjcie na kredyt ze swoim zdrowiem, nie szastajcie nim tylko dlatego, że rówieśnicy mają wywalone. Nie przesadzajcie z alkoholem, rzućcie fajki i inszy syf ;) Zainteresujcie się potencjalnymi zagrożeniami płynącymi ze współżycia bez zabezpieczenia - nie mam na myśli tylko ciąży, ale także paskudztwa przenoszone drogą genitalną - to nie są jakieś strachy na lachy, pechowy typ wirusa HPV może zaowocować rakiem w ciągu kilkunastu lat - nie lekceważcie tego. Jeżeli ta wizja do Was nie przemawia, bo YOLO, to zgooglajcie kłykciny kończyste. Tak, niefrasobliwy goły wsadzik na spontanie może się skończyć hubą w kroczu. Ohyda, w dodatku nie do wyleczenia... bleh.

I dobrze, naprawdę DOBRZE rozważcie za i przeciw antykoncepcji hormonalnej. Ja cholernie żałuję, że jako młoda siksa sięgnęłam po to dziadostwo :/ Bo koleżanki łykały i "nic im nie było". Tiaa. Pamiętajcie, że ewentualne skutki uboczne będą dotyczyć WAS, a nie koleżanek czy chłopa, który entuzjastycznie optuje za tą metodą. Just sayin'. :)

9.) STRZEŻ SIĘ ZŁOTOUSTYCH. Nie daj sobie nawinąć makaronu na uszy. CZYNY/DZIAŁANIA/ZACHOWANIA SĄ WYMOWNIEJSZE NIŻ SŁOWA.

Relacje to temat rzeka, a psychofagi to cały cholerny śmierdzący Styks, ALE - najważniejsza najważniejszość - większość bab zakochuje się uszami, a resztę sobie dowyobraża - to kardynalny błąd. Wiedz, że istnieją ludzie, którym sumienie i empatia są obce - kameleoni, urodzenie aktorzy i manipulanci, zorientowani na cyniczny wyzysk (materialny, emocjonalny) innych. JEDYNYM najskuteczniejszym czosnkiem na wampiry energetyczne tego typu jest rozliczanie z czynów, a nie czczych deklaracji. Psychopaci i narcyzi są mistrzami TANIEJ GADKI. Romantycznościowego syreniego śpiewu z harfą patosu w dłoni. NIE KUPUJTA TEGO.

10.) PIELĘGNUJ WDZIĘCZNOŚĆ. DOCENIAJ.

Zawsze są powody do bycia wdzięcznym - ciepło w tyłek, słoneczko na jadaku, dobra szamka, miziaste skarpeciochy i perspektywa poczytania dobrej książki. Słuchanie dobrej nuty. Wygodne łóżko, mruczenie kota. Tyle tego przegapiamy codziennie! Doceniaj ludzi, których kochasz. Codziennie.

Okazuj wdzięczność, kiedy ktoś coś dla Ciebie dobrego zrobi - proste "dziękuję" jest bardzo niedocenianym słowem.

 Jak sobie coś przypomnę, to dopiszę :) Chciałabym w tym miejscu podziękować za to, że czytacie moje wypociny, za Wasze ciepłe słowa i zachęcanie mnie do dalszego pisania :)

Zadanie domowe - gdyby nie ograniczały Was finanse ani nic innego, gdyby nie było opcji "nie uda się" - co by było w czołówce rzeczy do zrobienia/osiągnięcia?

*

18:54

Hi Y'all! [Hello 2019]

Hi Y'all! [Hello 2019]
Bryy!

*
Jak tam w 2019?

U mnie miodzio.

2018 podsumowałam z dużą satysfakcją, bo dużo się u mnie podziało na plus :) Powiedzmy, że po chudych latach (dawno temu) następują tłuste - ale nic się nie dzieje ot, tak. Wszystko ma źródło w naszej makówce, jeśli założyć, że tam "mieszka" nasza świadomość. Ale według mnie, granice świadomości są pozorne. Wszystko jest świadomością, wszystko jest energią - i jak ktoś myśli, że jadę płytkim niuejdżowym gunwem, to jest w błędzie - niech poczyta coś z fizyki cząstek elementarnych lub teorii systemów.

Mam 33 lata, wkrótce 34.

Pamiętam pierwsze, najpierwsze blogaski, pierwociny blogosfery, blogogonię (lol). Siermiężne wizualnie, ale naszpikowane treścią - ganc na odwyrtkę, jak dziś. Cenione były za refleksje, literacki język, oryginalny idiolekt, lotne myślenie metaforyczne. Teraz? Wszystko musi być wyniuniane, śliczne, w jedynie słusznym minimalistycznym stylu, czyli - oślepiając bielą osłodzoną pastelami, cukierkowe wymuskane flat-laye, dużo niuniuśnych foci, mało treści, a jak już, to takie politpoprawne popiardywanko o niczym.

No i spoko, fajnie, że choć wizualnie się rozwijamy... Ale szkoda, że wartościowej, odważnej, kreatywnej treści coraz mniej... Tęsknię za tym! Oczywiście - są chlubne wyjątki :) Lśniące jak brylanty na tle burego kompostu. Ale ja nie mam czasu przewalać ton kompostu, dlatego wiele mnie omija.

Mniejsza o to.

Eeee. Co ja to właściwie chciałam..?

Hmm.

Wpaść na blożka, powiedzieć Wam "Cześć" :)

I jakoś tak czuję, że potrzebny tu remont. Coś bym tu odświeżyła. Przede wszystkim - jeśli post nie będzie zawierał moich własnych fotełek, będzie okraszony jakąś wybraną przeze mnie focią z Unsplasha, który jest klimaciarski i nie boli w oczy sztampowym sztokiem ze zdjęciami... Na dole zawsze będzie * i podpisany autor zdjęcia.

O czym chcecie poczytać? Wiem, że lubicie rozkminki typu 'leveling up' i cykl o psychofagach. Ale co jeszcze? Kosmetiksy, inspirki, urodziksy?

Pod koniec zeszłego roku wiele mi się przebudowało w moim myśleniu, przewartościowało, zmodyfikowało. Miejscami mój światopogląd się zradykalizował. Przestałam też się przejmować pewnymi sprawami, ale paradoksalnie właśnie teraz mogę coś pożytecznego z nimi zrobić. Bo przestały mnie obsiorbywać z energii, okokoniłam się, wzmocniłam, stworzyłam barierę ochronną. Wciąż leży mi na wątrobie, aby wszyscy wartościowi, nadempatyczni ludzie drenowani przez wampiry energetyczne odcięły im zasilanie i zaczęli zasilać siebie. Ale nie zbawię nikogo wbrew niemu samemu. Pogodziłam się z tym - wreszcie. Odpuszczam zbawianie na siłę - kto ma uszy, niechaj słucha. Jeśli ktoś chce czegoś lepszego od życia, to znajdzie odpowiednią ścieżkę i wolę, by nią podążać.

Tylko zastanawiam się, dlaczego tak wielu ludzi wolicjonalnie siedzi gołą dupą na kolcach i kwęka, że im krzywda? ¯\_(ツ)_/¯


*Photo by A L L E F . V I N I C I U S Δ on Unsplash

10:35

Podsum listopadowej akcji prowłosowej.

Podsum listopadowej akcji prowłosowej.
Pora na apdejt z drugiego miesiąca moich poczynań prowłosowych. Co stosowałam w listopadzie?

- wierzbownica
- drożdże
- skrzypokrzywa

- mycie Dercosem czerwonym z Aminexilem, na zmianę z Sylveco z betuliną

- jak mi się przypomniało to wcierałam serum na porost Agafii, ale rzadko, o kozieradce zapominam kiedy jest w lodówce :<

- z supli biotyna z L'Biotiki (z dodatkiem cynku i wit. B12), magnez, od połowy miesiąca Astaksantyna hawajska Bioastin (duża dawka-12mg)

- jako dodatek do koktajli - maka i chlorella, ale nie codziennie

- do kawy zawsze kurkuma ze szczyptą pieprzu

- max. jedna kawa dziennie

- ograniczyłam pszenicę i mleko, unikam cukru

- olej kokosowy extra virgin

- wit. D3

- regularne olejowanko przed myciem, wdrożyłam olej Khadi i Sesę na skalp

- peeling kawa/cukier raz w tygodniu

- szczotkowanie skalpu dzikiem, masaże palcami

- dbałam o wysypianie się, a od połowy miesiąca moja jakość snu baaardzo się poprawiła :)

- konsultacja z endo - ponoć mam osobniczo małą tarczycę, stąd w wynikach wychodzi leciutka niedoczynność, ale TSH w ciągu roku spadło do prawie-idealnego, a sama tarczyca jest zdrowa (brak guzków, przeciwciała ujemne)

- konsultacja z ginem - dostałam skiero na oznaczenia hormonów w poszczególnych dniach cyklu

- podcięcie końcówek metodą Thrmocut o jakieś 2-3 cm, subtelne pojaśnienia typu sombre, z olaplexem, żeby naturalnie wypłowiałe od słońca pasma wyglądały jakoś sensowniej

- niestety zaliczyłam katar, który przeszedł w zapalenie zatok i spłynął na krtań, co skończyło się antybiotykiem... ehh, rzadko choruję, ale jak już, to konkretnie :/ przypuszczam, że antybiotyk znowu spacyfikuje mi kłaki i spodziewam się masywnego telogenowego opadu w ciągu 3 miesięcy :/

No i w sumie tyle. Obserwacje:

- zredukowana produkcja smalcu na skalpie, a na gębie wręcz suchość

- jakoś w połowie miesiąca, czyli po ok. 1,5 miecha intensywnej pracy nad poprawą kłaków zauważyłam, że ilość wypadniętych podczas mycia i czesania kłaków spadła z ok. 100 do ok. 20. WOW! Ale co zdążyłąm wylinieć, to wyliniałam... :/

- z okolic przedziałka sterczy busz antenek - jeszcze w październiku widziałam bejbihery, ale teraz jest ich naprawdę sporo i powoli robią optyczną robotę na prześwitach

- mój przedziałek wygląda już znacznie normalniej, z czego się zajebiście cieszę, ale jeszcze bliżej czoła mam wkurzające prześwity glacy, nad którymi intensywnie pracuję

- miałam malutki łysy placek ok. 5 mm średnicy, teraz pojawiły się na nim dwa cieniuteńkie i prawie przezroczyste kłaczki <3 wcześniej przez długi czas nie widać było nawet kropki mieszka włosowego...

- mam wrażenie, że odrastające kłaki są "treściwsze" i mniej "pajęcze"

Co planuję w grudniu i w dalszej perspektywie:

- kontynuować to co dotychczas, bo najwyraźniej działa

- zmobilizować się do wcierania kozieradki :/

- może dorzucę kolagen do koktajli

- może rozważę delikatną mezoterapię chałupniczą przy pomocy rolki (spokojnie, nie zrobię sobie krzywdy, wiem co i jak), bo jednak kolagen przeciwdziała łysieniu, a rolka pobudza procesy naprawcze

- orzechy brazylijskie dla uzupełnienia selenu

- jak ogarnę wszystkie wyniki laboratoryjne, kopsnę się do Centrum Zdrowego Włosa na konsultację z trychologiem i badanie skalpu

Aha. No i przestałam się już obsesyjnie wgapiać we własny i cudze przedziałki. Opad kłaków przy myciu nie jest już skrupulatnie liczony, tylko etykietowany na zasadzie "dużo"/"mało". Bardzo jestem wkurzona z powodu fakapu z choróbskiem i antybiotykiem, ale tego się nie da zaplanować, ot, chwilowy spadek odporności i BAM.... :(

Dokumentacja foto.

Kłaky nieumyte, fryzura out of bed, tuż przed podcięciem:


Jak widać, spoooro urosły :) Ale końcówy poszły pod gorące nożyczki - ok. 3-4 cm.

12:11

Podsum październikowej akcji ratującej kłaki.

Podsum październikowej akcji ratującej kłaki.
Mały podsum pierwszego etapu mojej zmasowanej akcji prowłosowej. Plus garść rozkminów.
Poniżej wszystko, co stosowałam/stosuję od października.
Regularnie:
- skrzypokrzywa

- drożdże
- olejek rycynowy na godzinkę lub dwie przed myciem
- lepszość szampony (Sylveco z betuliną, Hipp dla dzieci, Vichy Dercos, Uzdrowiskowy Dr Duda) 
- dropsy z palmą sabałową i cynkiem (wdrożone dopiero w połowie miesiąca, ale nie wiem, czy nie lepiej będzie je stosować z olejkiem bezpośrednio na skalp)
- picie Turmeric Latte, czyli napoju z kurkumą, imbirem, cynamonem i odrobiną pieprzu na bazie ‘mleka’ roślinnego
Ponadto:
- suchy szampon poszedł w odstawkę totalnie

- peeling skalpu raz na tydzień (kawa/cukier)

- nie ściąganie kłaków w ciasny kitek (ehh, a tak lubię chaotyczne koczki na czubie) – zauważyłam, że bolą mnie później wieczorem cwible włosowe :/
Z doskoku:
- jakieś wcierczyny, np. Jantar, Rzepa, ampuły Placenta, ziołowe serum na porost Agafii, kozieradka
- żel aloesowy Holika Holika – pięknie koi skalpik po peelingu, nie nasila przetłuszczania
- napar z wierzbownicy drobnokwiatowej
Uwagi:
- po odstawieniu suchego szamponu skalp mi ześwirował na ok. tydzień – po paru godzinach od umycia miałam już mega przyklap przez nasiloną produkcję smalcu, szlag mnie trafiał, ale wytrzymałam i sytuacja się unormowała 
- skalp jest teraz jasny i czysty, bez oznak łupieżu i podrażnień :)
- łojotok zelżał, mogę spokojnie umyć włosy popołudniu, iść spać i rano wstać z czystymi i puszystymi kłakami – zaczynają się lekko naleśnikować dopiero pod wieczór po szczotkowaniu gęstym dzikiem, ale wcześniej bez wspomagania skrobią ryżową czy Batistem to było nie do pomyślenia – rano już miałam kluchy u nasady…
- wysyp bejbiherów – już po dwóch tygodniach namiętnego żłopania naparu z suszu skrzypokrzywy oraz kuracji drożdżowej w okolicach przedziałka oraz na calutkiej powierzchni głowy zaroiło się od wesołych antenek! Jestem 100% przekonana, że to dzięki skrzypokrzywie i/lub drożdżom oraz ewentualnie odstawieniu suchego szamponu, bo wtedy nic innego jeszcze nie stosowałam, a startowałam z przewlekle ZEROWĄ ilością jakichkolwiek bejbików :/
- ilość wypadających kłaków – zależnie od dnia, ostatnio ok.15-60 sztuk, zazwyczaj przy okazji olejowania-mycia-suszenia-czesania, nie ma jakiegoś dramatu chyba… mam wrażenie, że jeszcze parę miesięcy temu było znacznie gorzej
* będąc ostatnio u rodziców w domu, umyłam kłaki jak zwykle nad wanną i po raz pierwszy moja mama nie darła się na mnie żebym odetkała odpływ :D więc coś jest na rzeczy z tym mniejszym wypadaniem :) Jak farbowałam na wiedźmiński blond, co mycie wyciągałam garść kudłów z odpływu... Dziwne, ale wtedy bardziej skupiałam się na jakości samych włosów, niż na ich ilości… :/
- mam wrażenie, że mój przedziałek zaczyna się już baaardzo delikatnie zagęszczać – oczywiście jeszcze dobrych parę miesięcy upłynie, zanim różnica będzie naprawdę zauważalna, bo bejbiczki są na razie delikatne i króciutkie, ale jednak cieszę się, że w ogóle są i wkrótce zasilą szeregi fryzury 
- odnotowałam, że NIGDY nie wypadają mi włosy inne, niż te najdłuższe, zupełnie dorosłe łodygi – a przy androgenówce ponoć bejbiki lecą tak samo chętnie jak „stare” kłaki – nie wiem, czy to ma znaczenie...? ale jestem pewna, że moje bejbiszony mocno trzymią się łba i bynajmniej nie są „rachityczne”, ani nie są żadnymi włosami meszkowymi…
- niecałe dwa miechy temu miałam problem z nerkami, zlądawałam w szpitalu i przelano przeze mnie multum chemikaliów i antybiotyków w kroplówkach – przypuszczam, że to też dołożyło swoje trzy grosze do przerzedzeń, bo widziałam kiedyś po włosach mojej córki, jak antybiotyk rujnuje włosy :/
- oczywiście planuję wybrać się do trychologa i zamierzam wykonać wszystkie niezbędne badania, ale to już na spokojnie – nawet, jeśli wyjdzie mi AGA (łysienie androgenowe), to cóż, będę dzielnie walczyć, ale na razie cieszę się, że włosy tak pozytywnie zareagowały na podjęte przeze mnie domowe sposoby reanimacji
- dostałam istnej świrówki włosowej, mam obsesję zaglądania babom w przedziałki jadąc zbiorkomem… :/ Co zaobserwowałam? Że nawet młode śliczne dziewczęta <20 miewają dość szerokie przedziałki, a włosy o dziwo całkiem ładne, albo – przedziałek jak niteczka, a włosy na długościach lichutkie… ciekawa sprawa! 
- śledząc blogi, filmiki i fora o łysieniu androgenowym, stwierdzam, że z moim przedziałkiem nie jest tak najgorzej – po prostu jest trochę poszerzony, ale jednak nie mam jeszcze ewidentnych prześwitów ani „gniazda” na szczycie głowy… przedziałek wygląda gorzej dopiero w mojej ostrej lampie typu ring albo w łazience, gdzie światło wali mi wprost na glacę… tak czy siak, może to być pierwsze stadium AGA, albo telogenu hormonozależnego, więc nie ma co się jarać, diagnostyka musi zostać przeprowadzona enyłej.
- szkoda, że człowiek kilkanaście lat temu nie miał tego rozumu co teraz…  w życiu nie zdecydowałabym się na tabletki antykoncepcyjne, no ale cóż… na szczęście nie zażywałam ich jakoś długo… najbardziej przerażające jest to, że kiedy powiesz, że zażywasz tabsy z palmą sabałową które są sprzedawane jako supel na prostatę to oooeeeesuuuuu - laaarmmoooo, że ci wąsy urosną, ale te same laseczki bez mrugnięcia oczkiem łykają ciężkie hormonidła jak dropsy i wcierają loxon 5% bez potwierdzonej diagnozy AGA, ot, „dla wzmocnienia włosków” -  SERIO… swoją drogą, przeraża mnie też, z jaką lekkością lekarze przepisują Alpicorty i ciężką artylerię, nawet nie rzuciwszy gałką na skalp pacjenta
- mam ograniczone zaufanie do lekarzy, uważam, że wielu z nich minęło się z powołaniem i wybrało niewłaściwy zawód – i moja postawa niestety jest mocno ugruntowana we własnym doświadczeniu :/ Oczywiście mam świadomość chwalebnych wyjątków! Kiedy byłam w szpitalu z nerkami, byłam przerażona ignorancją, brakiem empatii, znieczulicą i niekompetencją personelu. Ale to nic – nie oczekuję cackania się ze mną i czułego głaskania po główce, oczekuję PROFESJONALIZMU. Dopiero jedna jedyna pani ginekolog przeprowadziła wnikliwy wywiad i pokojarzyła fakty, odsyłając mnie PONOWNIE do urologa, który wcześniej „nic nie stwierdził”, a tymczasem zakażenie nerki szalało w najlepsze… sorry za dygresję, w skrócie – nie chapajmy w bezbrzeżnym zaufaniu każdego gunwa od specjalisty, chyba, że danemu specjaliście ufiemy na 100%, ale odrobina zdrowej wnikliwości jeszcze nikogo nie zabiła :)
- osobiście nie mam zamiaru sięgać po hormony, chyba, że będzie to absolutnie konieczne…  ale – to powinna być ostateczność… w sensie: nie, że idziemy do pierwszego lepszego ginekologa i mówimy, słuchaj pan sypią mi się ostatnio kłaki i przetłuszcza japa, dej pan antykoncepty, a gin – ok spoko. Czaicie.
- niestety siedzę trochę „w branży” i mam ponurą świadomość, że niektóre schorzenia opłaca się leczyć, a niekoniecznie wyleczyć… dlatego inteligentni, dociekliwi ludzie osobiście dotknięci daną chorobą czy problemem, często są o wiele wartościowszym źródłem wiedzy niż jakiś obojętny dochtore z łapanki… Bardzo inspiruje mnie tutaj np. Julia Caban i jej niezłomna postawa poszukiwania przyczyn i remediów <3
- czasami coś takiego, jak właśnie przerzedzające się włosy, dają nam mega kopa do wprowadzenia pozytywnych zmian w sposobie życia, odżywianiu, zmuszają do przyjrzenia się źródłom stresu itd. Często najcenniejsze lekcje w życiu nie są zbyt przyjemne, ale niezbędne, żeby się opamiętać i ogarnąć.
- zanim ktoś mnie tu zruga – tak, mam świadomość, że łysienie androgenowe to poważna sprawa i trzeba je LECZYĆ ciężką medyczną artylerią – pełna zgoda, ale jednak funkcjonujemy jako skomplikowana całość i warto uzupełniać standardowe leczenie dbałością o równowagę we wszystkich elementach układanki
Plany:
- kolejna wizyta u kolejnego endokrynologa, niech rzuci gałką na moje lekko podwyższone TSH i rozstrzygnie, czy coś z tym robimy, czy dalej obserwować... (zalecenie dwóch poprzednich - ale gdzieś czytałam, że wdrożenie leczenia subklinicznej niedoczynności odpowiednio wcześnie jest korzytniejsze niż czekanie na rozhulanie się choroby)
- kontynuowanie tego, co działa, czyli ziółek, drożdży, olejowania
- wprowadzenie indyjskich olejów do pielęgnacji – sesa, khadi, bhringhraj (nie mogę się zdecydować od którego zacząć)
- zmuszenie się do regularnego picia wierzbownicy i wcierania kozieradki :)
- kontynuowanie picia kurkumy z piperyną oraz imbiru!!! super się po nich czuję
- powrót do częstego użytkowania wyciskarki wolnoobrotowej do soków! <3
- higiena fizyczna i psychiczna (truizm, no ale…)
- rozważam porzucenie kawy :( lub chociaż ograniczenie się do jednej dziennie…
- diagnostyka laboratoryjna + trycholog ?
- kolagen, astaksantyna hawajska
- chlorella & spirulina, może jakieś inne ciekawe suple wpadną
- nie zaszkodzi odrobaczanko ziołowe i odgrzybianko :D po cholerę pasożyty i candida mają mnie okradać z tych wartościowych substancji, które teraz futruję na potęgę! 

Jak ktoś coś w temacie łysienia, to proszę komciać <3
 :)





Kłaczyska stan wyjściowy - w "kłębie" jest ich niby całkiem sporo... Tutaj widać, że końcówki wycieniowanych pasm z góry błagają o okład z nożyczek... :/ za parę tygodni mam wizytę u p. Klaudii Daniels, poproszę żeby je odświeżyła (w czerwcu podcinany był wyłącznie dół metodą thermocut). Chcę zejść z cieniowania i zapuszczam grzywkę, choć... wiem, że grzywka elegancko rozwiązuje problem szerokiego przedziałka :P Dlatego od grzywki nie odżegnuję się całkowicie, od cieniowania - tak, bo z równym dywanem na grzbiecie łacniej kontrolować stan i objętość włosów.

14:26

Miszyn bujny kłak!

Miszyn bujny kłak!
 *
Hejka.

Mam obecnie turbo fazę na włosy - uświadomiłam sobie, jak niesamowicie zmarniały w porównaniu do bujnego gąszczu sypkich, niskoporowatych batów z młodości... :(

Obstawiam następujące przyczyny:

- przewlekły stres psychiczny i fizyczny - kilka lat permamentnego haju kortyzolowego spowodowanego tkwieniem w toksycznym związku zrobiło swoje - wymienię "tylko" rozwaloną gospodarkę hormonalną (na szczęście tarczyca wróciła do prawidłowego funkcjonowania bez żadnych leków), bezsenność i nerwicę (spacyfikowana tak w 70%)

- rozjaśnianie włosów od nasady na wiedźmiński blond, który owszem był piękny, ale cebulki skutecznie dojechał (kłaki po farbowaniu wyłaziły garściami)

- być może łysienie androgenowe, bo tatko i dziadzia dość wcześnie postradali włosy na tym tle, ale w sumie nie jestem pewna, planuję odwiedzić trychologa i rozstrzygnąć czy to możebne

- błędy pielęgnacyjne - za dużo suchego szamponu, skalp przywalony martwym naskórkiem, przetłuszczanie się skalpu :<

Ogólnie sytuacja wygląda następująco - obwód kucyka mierzony na mega ścisk to 7 cm, może nie jest tragicznie i nie przejmowałabym się tym, gdybym od zawsze miała liche kłaki, a tak nie jest - za dziecka miałam długaśne grubaśne warkocze, struktura włosów zmieniła się na przestrzeni lat - ścieniały, zaczęły się dziwnie kręcić i puszyć, ale najbardziej mnie martwią prześwity na czubku i przedziałek, który rozjechał się niczym mojżeszowe Morze Czerwone :/

Wzięłam się ostro za dogłębny research i wertowanie artykułów, blogasków i forów. Plan przywrócenia choć części włosowej świetności zaczęłam od:

- rozwodu z drogeryjnym suchym szamponem, może sporadycznie będę używać skrobii ryżowej

- żłopania 1-2x dziennie skrzypokrzywy gotowanej z ekobio zielska

- żłopania drożdży, bo żadne dropsy typu b complex nie uzupełniają mi tak pięknie witaminów z grupy B

- śnia w postaci owsianki na "mleku" roślinnym bez cukru, z dodatkiem świeżo zmielonego lnu i maki

- wcierania w skalp olejku rycynowego na 1-2 h przed myciem, nie dłużej, żeby nie "podduszać" mieszków

- codziennego energicznego szczotkowania "dzikiem" skalpu, aż do zaróżowienia, łbem w dół

- przerzucenia się na mycie szamponem Vichy Dercos na zmianę z jakimś delikatnym myjadłem typu BDFM

- jak sobie przypomnę to leci wciereczka typu Jantar albo Rzepa

- na razie żadnych supli poza wit. D i K2, skończyłam dwa opakowania Vitapilu i szczerze, szału nie ma... wolę ziółka i drożdże

Na efekty będę cierpliwie czekać, pewnie 3-6-9-12 miesięcy. Ale już teraz po paru tygodniach zauważyłam, że zamiast przygnębiającego kłębka sierści przy myciu i kolejnego przy suszeniu wypada mi max. 20 włosów, a raz znalazłam tylko 4! Nie wiem, "czyja" to zasługa, ale podejrzewam skrzyporzywę i drożdże, a także olejek rycynowy przed myciem. Szampon Vichy raczej nie zdziałałby magii po paru użyciach...

To sprawia, że jestem dość dobrej myśli :)

Odnośnie kondycji włosów na długościach w sumie nie mam zastrzeżeń - w czerwcu podcinane były metodą Thermocut i DO DZISIAJ(!!!) nie mam ani jednej rozdwojonej końcówki... Przyznaję, że najpierw skwitowałam ten "wynalazek" wgardliwym uśmieszkiem, ale jestem w szoku, bo zazwyczaj końcówki były moją zmorą - były szorstkie i strzępiły się już dwa tygodnie po podcięciu, a teraz nic, zero, gładziutkie i lśniące.
Jakby coś, to polecam w Krakowie p. Klaudię Daniels z Avant Apres - pierwsza fryzjerka, która na info że zapuszczam, obcięła mi MNIEJ niż chciałam - pozwoliłam na 2-3 cm, Klaudia ciachnęła 0,5-1 cm i to absolutnie wystarczyło, żeby włosy prezentowały się zdrowo i ładnie (myślałam, że są zniszczone tak ok. 7 cm od dołu, a okazało się, że wcale nie było potrzeby aż tyle z długości rypać). Więc Thermocut to teraz moje objawienie i nie mam już zamiaru podcinać włosów inaczej, niż gorącymi nożyczkami. Dzięki temu porządnie przybyło mi włosów na długości <3

Jeśli nie macie cebulionów na fancy Thermocut, możecie przygrażynić i spróbować samodzielnie pokombinować z ogrzaniem nożyczek (ostrych, fryzjerskich) np. gorącym podmuchem suszarki (wrzątek może stępić ostrza) i przyciąć kłaki na mokro. Polecam rękami i nogami, zresztą dla niedowiarków - możecie zgooglać blogaski z fociami końcówek w powiększeniu po takim czystym cięciu - są idealnie gładkie i wyglądają jak makaron spaghetti. Miodzio.

Postaram się dorzucić tutaj foty poglądowe moich kłaków, będzie dowód naoczny, jak się sprawy mają.

Tymczasem pozdro!

Edit: Pomóżdżyłam, pomóżdżyłam aż dym z uszu szedł... i wyszło mi, że prześwity mam NIE na czubie jak w andro, a nad uszami i na "rogach" głowy - dokładnie w miejscach, w których pryskany był suchy szampon Batiste lub wcierana skrobia ryżowa... I po riserczu w zagramanicznych internetach wyszło mi, że suchy szampon używany regularnie powoduje łysienie! Dżizaskrajst. A ja ostatnio dziada Batiste używałam mega często i to zaraz po myciu głowy, żeby była "dłużej świeża"... :/

Oczywiście poszedł do dolnej szuflady komody, bo nie wykluczam użycia go raz na dwa miesiące idąc na imprezę (ehh ta objętość!), ale z codziennej rutyny stanowczo OUT! Uff. Zobaczymy, jak moje hery zareagują na tę zmianę. Po dwóch tygodniach skrzypokrzywy i drożdży już widzę radosne antenki, głównie na zakolach.


* Photo by Mohamed Nohassi on Unsplash
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger