12:34

Bułkę przez bibułkę. Czy aspirujesz do kasty nabzdyczonych indorów?

Tytuł luźno nawiązuje do pewnej zabawnej Mantry... ;)

Dzisiaj powiem trochę o czymś, co wzbudza moją potężną niechęć, gdyż zazwyczaj idzie ramię w ramię z fałszem, zawiścią, resentymentem, brakiem wyobraźni, okrucieństwem itd.

Określenia "bułkę przez bibułkę" używam w odniesieniu do osobników napuszonych, zadętych, odznaczających się świętoszkowato-pretensjonalnym obejściem, wysterylizowanych z dystansu oraz autoironii, o atroficznym bądź szczątkowym poczuciu humoru (ale broń boszsz pikantniejszego, satyrycznego, czarnego, rubasznego, absurdalnego, czy ironicznego... pozostają powierzchowne, aseptyczne, konwencjonalne śmieszki heheszki, najlepiej z klakierami w tle jak w sitcomach, albo zgryźliwy cynizm). Charakterystyczna jest idolatryczna służalczość względem zinternalizowanych bez jakiegokolwiek wysiłku umysłowego reguł, monumentalnych Uznanych Autorytetów (m.in. religijnych), ostentacyjnym aspirowaniem do pańskich manier - arystokratycznych w takim sensie, jak gmin zwykł je prostolinijnie imaginować w swej platonicznej tęsknocie... Czyli - najczęściej zupełnie od czapy. Jak niektórzy nuworysze, co to z wtorku na środę zapominają, jak jeszcze niedawno fajdali pod chałupą i ucierali tyłek liściem łopianu, ledwo strupy z rzyci odpadną, pędzą fundować sobie złote klamki i marmurowe sedesy. INWESTUJĄ W POZÓR. Bo myślą, że pozór - blichtr, jest kwintesencją bogactwa. Nie rozróżniają "aktywnego życia duchowego" od pustego rytualizmu i bezrefleksyjnego pacierzowania. Obłudę i kołtuńskie konwenanse nierzadko zaś mylą z prawdziwym pionem moralnym i przyzwoitością.

Tymczasem zaprawdę powiadam Wam, nic bardziej mylnego. Różnica przypomina tę między zdrowym kręgosłupem i silnymi mięśniami szkieletowymi, a gorsetem. Zdrowa sylwetka nie potrzebuje sztucznej korekty, protez, podpórek, atrapek itp.

Podobnie charakter.

Niektórzy jednak dobrowolnie tkwią w ciasnych, skostniałych konstruktach myślowych jak w hermetycznej puszce, ale łudzą się, że to wspaniały pałac - forteca. Ścisłe, podane na tacy pod nos, prawidła obyczajowe to ich zbroja, blaszane ubranko, które z pietyzmem polerują, kiedy nikt nie patrzy. Bez niej byliby bezkształtnym przezroczystym glutem. "Co ludzie powiedzą" - sensem ich życia. Rządzi nimi tzw. gen niewolnika.
Byle co jest w stanie im uchybić. Niecenzuralne wyrazy, dowcipkowanie z "zakazanych" rzeczy, pojedyncza literówka w czyjejś sensownej skądinąd argumentacji, polemika z "odwiecznymi" dogmatami... W ich móżdżkach są tylko dwie szufladki - czarna i biała. Po co forsować szare komórki?? A zatem nieważne, że jakiśtam Miodek i niejaki Bralczyk legitymizują stosowanie wulgaryzmów w określonych sytuacjach i kontekstach. NIEWAŻNE. Brzydkie wyrazy = fujka = żule = rynsztok. Nie to co my, (wannabe) paniczyki. Koniec kropka. (Nie chodzi mi o  bronienie rynsztokowej retoryki - która jest niewątpliwie szpetna i drażniąca. Chodzi mi o to durne a powszechne zakłamanie, że "inteligentualistom" nigdy żadne słówko na K... i Ch... i J... się nie wymsknie. Akurat... Ludzie szlachetni zazwyczaj wolą sobie przekląć, niż być cichym skurwysynem. Ot co.)
Co ciekawe, tacy ludzie zazwyczaj z nabożnym namaszczeniem wypowiadają się o muzeach, teatrach i filharmoniach. Szkoda, że w nich chyba nie bywają. Bo gdyby mieli blade pojęcie o sztuce, mieliby świadomość, że to nie tylko jakieś "ładne" obrazki i wibrujące trele. Sztuka - sztuka wybitna, to odwaga do łamania zasad. Do myślenia pod prąd. Bo z nurtem to tylko łajno płynie. I inne śmiecie. Konformizm wyklucza jakąkolwiek wielkość! Ogromna część sztuki to rubaszność, sprośność, wulgaryzmy, seks, gołe baby i generalnie pogarda dla wszelkiej narzuconej "poprawności politycznej". A tzw. wyższe sfery nie zawsze sączą popołudniową herbatkę odginając z wdziękiem najmniejszy paluszek i prowadząc gładkie rozmowy o Niczym.

Dżizas.

Wkurza mnie to wybiórcze doktrynerstwo... Ludzie biorą sobie jakiś wycinek rzeczywistości i wpadają w monomanię. Po co? Świat nie jest czarno - biały. To nasz móżdżek operuje rozgraniczeniami. Ludzka natura jest wszędzie i zawsze dość podobna. Nie jest ani dobra ani zła - zależy, jak wybiera w danym momencie, a bywa, że logiki i konsekwencji brak... Poznajmy dobro po owocach, nie po chęciach czy deklaracjach! Jesteśmy prości i skomplikowani zarazem. Nie ma rzeczy ani zjawiska, które nie miałoby swojego mrocznego rewersu. Świat stoi opozycjami binarnymi. My również posiadamy swój Cień. I dopóki go nie zintegrujemy poznawczo, nie będziemy pełnią. Spychanie go, odcinanie i odżegnywanie się od niego paradoksalnie daje mu ogromną władzę nad nami.

I grozi staniem się zafiksowanym w swojej mikro puszce światopoglądowej dupkiem machającym pożyczoną szabelką z tektury.

Hmm. Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ten strumień świadomości jest dla kogokolwiek jakkolwiek zrozumiały, ale czułam mus uzewnętrznienia się. Chodzi mi po prostu o to, że ludziom brak odwagi do bycia kimś autentycznym. Chełpią się, że im coś odgórnie wpojono*. Żeby być damą, na przykład. Że to niby ogromna wartość jakaś. Ale cóż to znaczy być damą..?? Kto arbitralnie rozdaje ten tytuł i czy rzeczywiście warto detonować granat w rzyci, aby nań zasłużyć..? Buzia w ciup, rąsie w małdrzyk..?

Dla mnie literacką kwintesencją damy była wspaniała Melania Wilkes z "Przeminęło z wiatrem", ale sorry... i tak wolę ognistokrwistą, życiową, buntowniczą Scarlett. I charakternego Rhetta - zamiast "dżentelmena w każdym calu" - Ashleya.

* - drażni mnie w ogóle ten zwrot, bo sugeruje, że delikwent jest jakąś bezrozumną i bezwolną masą, której można wszczepić jakikolwiek czip i zaprogramować jak się chce...

13:08

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!
Chcę się jeno na szybkości podzielić moim niedawnym odkryciem w zakresie blogerek modowych. Otóż, blogerki modowe interesują mnie w 99,9% jak zeszłoroczne liście. Ale poszukując inspiracji trafiłam na Zoe. Zoe Alalouch:


Nosz karwia! Zoe ujęła mnie totalnie, bo:

- jej stylówki są frapującym mariażem nonszalanckiej bohemy z dandysowatą elegancją

- jest kapelusznikiem <3

- lubi trampki

- lubi warstwową biżu o etnicznym sznicie, niefrasobliwie miksuje srebro ze złotem i mosiądzem i w nosie ma, że "tak się nie robi" - i wygląda zajebiście

- jest jakaś taka inna - drobniutka, uśmiechnięta, rozczochrana, barwna i interesująca - w morzu napompowanych silikonem dziuń wyobciskanych bandażowymi sukienusiami, spozierających wzgardliwie znad odętych ostrzykniętych war - sorka, nic nie mam do tychże, ponad to, że zaczynają być męczącą me oczy sztampą (mój blogasek, MOJE ZDANIE, piss off, peace out)

No. I właśnie za czymś takim gały me tęskniły na pinterestach i inszych instagramach! :)




































13:57

O tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru.

Wróciłam niedawno z cudownych wakacji i ociekam radością oraz entuzjazmem, a jednocześnie po głowie chodzą mi dość poważne tematy... Hmm :) 

Dzisiaj o tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru. W sensie - żeby zacisnąwszy zęby zmilczeć jakiekolwiek pohańbienie naszych osobistych granic. Przymykać oko na mniej lub bardziej zawoalowane przejawy chamstwa, bucery, nieokrzesania. Tolerować, odpuszczać... Bo że niby tak szlachetniej, bo trzeba "być ponad", nie reagować, lepiej zostawić "bez komentarza".

Nie chodzi mi BYNAJMNIEJ o to, żeby się zawsze agresywnie strzępić i wzniecać guanoburzę pod byle pretekstem oraz generalnie być nabzdyczonym na punkcie własnego majestatu, roszczeniowym indorem!

Tym, co mnie jednak boli, jest deficyt elementarnej asertywności. Zwłaszcza, niestety, u kobiet. Że niby ugrzecznione potulnocipstwo magicznie przekłada się na "lepsze" relacje - tylko, yyy, lepsze dla kogo? Bo raczej nie dla samej zainteresowanej. Chyba, że zadowala ją perspektywa "ch*jowo, acz stabilnie". I pod cudze dyktando. Co kto lubi. Znam latami bitą i zdradzaną żonę, która dziś wypina z dumą pierś w oczekiwaniu na ordery, bo "utrzymała małżeństwo dla dobra dzieci"... Owe dorosłe już dzieci bujają się aktualnie po kozetkach u pojebologów, ale to drobny szczegół. W swoim mniemaniu dokonała heroicznego wyczynu, robiąc z siebie podnóżek i wycieraczkę. Ułuda daje momentami wspaniały haj, zaiste...

Powtarzam, że nie chodzi mi o bycie prącą na konfro, upierdliwą biczą. Po prostu szczerze ubolewam, że czasami w imię wypaczonego "świętego spokoju" postanawiamy zdławić, nie artykułować naszej uzasadnionej złości, buntu wobec niesprawiedliwości itd. Tolerujemy tratowanie brudnymi buciorami naszej świętej przestrzeni, patrzymy, jak ona się kurczy. I to już nie jest okej. Bo prędzej czy później dojdzie do implozji. Negatywne emocje będą się kumulować, kisić, aż w końcu, za przeproszeniem, coś jebnie. Oj, i to mocno. Pół biedy, jeśli na zewnątrz. Gorzej, jeśli np. w postaci somatycznej... :/

Często słyszę to cholerne "aaa, wiesz... nie ma sensu". Nie ma sensu otwierać japy i protestować, kiedy nasze podstawowe potrzeby i prawa nie są respektowane. Serio..??

Wiecie co, ja baaardzo nie lubię konfliktu i chaosu. Ale doświadczenie mnie nauczyło, że o wiele gorsze od chwilowego zepsucia powietrza jest trwałe zepsucie sobie krwi. Asertywność nie ma nic wspólnego z agresją, to kluczowe i absolutnie niezbędne narzędzie dla zachowania szacunku do samego siebie... Szacunek do siebie i godność osobista ma o niebo więcej wspólnego z ustanowieniem i obroną własnych granic, niż z takimi pierdołami jak długość spódniczki.

Ach, i ważna rzecz - asertywność można wytrenować niczym mięsień! Polecam z całego serca.

12:46

Rzecz o tem, jak zetknęłam się z systemem Davida Kibbe.

Rzecz o tem, jak zetknęłam się z systemem Davida Kibbe.
Hejka, to znowu ja! :P

Wieki całe nie wrzucałam tu swoich inspirek wygrzebanych z czeluści internetu w zakresie przyodziewku... Bo przez dłuuugi czas miałam kryzys garderobiany, który przeleczyłam metodą radykalnej redukcji szmat, ale wciąż czułam impas - większość propozycji outfitów na ulicy i w wirtualu była dla mnie taka... 'meh'. Niby fajne, ale... właśnie 'meh'. Wtórne, poprawne, może i ładne. Jednak zalew klonów i trochę nuda.

Jakiś czas temu bardzo zaintrygowała mnie typologia Davida Kibbe. Czytałam, czytałam i początkowo niewiele z tego kumałam. Z czasem - zaczęło mi się to jakoś składać do kupy. Zdaję sobie sprawę, że wielu osób Kibbe nie przekonuje, uważają jego system za jakiś absurdalny stylowy horoskop w który się albo "wierzy" albo nie. Zazwyczaj te osoby nader pobieżnie zapoznały się z zasadą działania owego "horoskopu" i tyle im wystarczy, aby zjawisko zdyskredytować. Tymczasem system Kibbe nie jest ani prosty, ani wzięty z czapy. Jestem bodaj ostatnią osobą skłonną popadać w jakiekolwiek doktrynerstwo, ale tutaj poczułam, że "coś jest na rzeczy" z tymi typami fizjonomicznymi. Chodzi przecież nie o wróżenie z fusów czy ptasich jelit, a o strukturę, symetrię, wzrost, proporcje - i choćbyśmy nie wiem jaką politpoprawną nowomową czarowali rzeczywistość, dla ludzkiego oka kwestia harmonii linii i form nie jest abstrakcją. Przykro mi. Owszem, można rzucać cegły i kamienie na chybił trafił, ale czy bez projektu architekta wyjdzie z tego funkcjonalny i piękny gmach? Nie sądzę. Oczywiście - ubrania to TYLKO ubrania i większość ludzi nie zaprząta sobie nimi zbytnio głowy, a jak zaprząta, to zazwyczaj w myśl zasady "dużo, modnie i tanio". Niektórzy ostentacyjnie wyzłośliwiają się na "pustych" blogerkach modowych, stylistkach itp. a jak jest WYPRZ to PIERWSI gonią z jęzorem na brodzie po naręcza poliestrowych szmatek :) No cóż... wolność, prawdaż :D

Toteż  - jeśli kogoś nie interere ta tematyka, niech zwyczajnie odpuści niniejszy post.

Bywało tak, że jakiś element garderoby cholernie mi się podobał, a sama wyglądałam w nim jak wioskowy głupek... Weźmy takie rozkloszowane spódnice/sukienki. W momencie największego natężenia fascynacji estetyką z filmów Tima Burtona zapragnęłam czarnej, gotyckiej "bombki". Sprawiłam sobie. I - mimo "poprawnej" figury - wyglądałam w niej jak stara baba przebrana za przedszkolaka na kinderbalu. No masakra. Podobnie było też z boho-szarawarami, szerokimi powiewnymi nogawkami i rękawami, drobnymi wzorami itd. W minimalistycznej elegancji wyglądałam niby poprawnie, ale... czułam się dotkliwie wykastrowana z jakiejś iskry. W końcu, metodą prób i błędów, mniej więcej rozkminiłam, co mi pasuje, a co nie. Ale po odchudzeniu szafy zależało mi na pozyskiwaniu wyłącznie ajtemsów 100% spójnych ze mną. Wtedy trafiłam na Kibbe.

Na początek polecam cały blog Grety Kredki, ale zacząć od podstaw:


No i moja ulubiona, genialna MUA, Alyona:

U Aly filmików na ten temat jest więcej. A w makijaże umie jak mało kto - nie zajmuje się durnymi haulami i ciapaniem tęczowych powiek; określiłabym ją raczej jako makijażowego inżyniera - proporcje, gra światła i cienia, nic nie jest przypadkowe. Sama Aly jest niezwykle ciepłą i empatyczną osobą. Podoba mi się to, że gloryfikuje piękno w jego różnorodności, a nie dążenie do sztampy.

Wracając do typów Kibbe! Test może kogoś szczęśliwie naprowadzić, ale mnie akurat zwiódł na manowce... :) Skorzystałam więc po prostu z konsultacji z Gretą i okazałam się typem Flamboyant Gamine. No i nagle wszystko pyknęło. WSZYSTKO. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ oznacza to dla mnie zielone światło i błogosławieństwo dla mojego ukochanego wewnętrznego dziwaka :D Hulaj duszo! Jako Flamboyant Gamine mogę, a wręcz powinnam:

- uskuteczniać eklektyczny nonszalancki styl (yaaay!)
- tudzież urokliwe retro a'la Gatsby (zawsze było mi ładnie w diademach i opaskach)
- nosić rozdmuchaną wycieniowaną grzywkę
- podkreślać gały krechą, rzęsami, smokey (yaaay!)
- podwijać rękawy i nogawki (od zawsze tak mi instynktownie pasowało, ale nie wiedziałam dlaczego)
- nosić osobliwe wyraziste printy na koszulkach (yaaay!)
- nosić ołówkowe i krótkie spódniczki
- nosić "toporne" i antypańciowate obuwie (yaaay!)
- nosić zwierzęce motywy (cętki, faux fur, wąż - sorryyy, ale ja uwielbiam)
- nosić rzeczy zbluzowane
- nosić boyfriendy (uwielbiam) i rurki (uwielbiam z wysokim stanem)
- nosić krótkie kurteczki i ramoneski (yaaay!)
- nosić się warstwowo i kontrastowo, np. obcisły dół luźna góra lub odwrotnie

Ogólnie - nie ukrywam, że jest mi to wszystko wybitnie w smak. "Czuja" miałam dobrego.

Nie chodzi o to, żeby się podporządkowywać w 100% i zmieniać upodobania na siłę. Chodzi o to, żeby wyłuskać z tego esencję, to, co dla nas najbardziej korzystne. Linie, fasony. Wydaje mi się, że - będąc ich świadomym - można bardzo fajnie zaadaptować Kibbe do własnego stylu i własnych naturalnych inklinacji. Od nas zależy, czy - i jak - użyjemy jakiegoś narzędzia.

U Kibbe zajebiste jest to, że podział na sylwetki nie przebiega według ich "wad" i "zalet", tylko opiera się na apoteozie własnej budowy ciała. W przeciwieństwie do wszelkich kretyńskich metamorfoz typu "Łabędziem być" nie każe wszystkim kobietom wciskać się w stereotyp cycatej seksbomby - klepsydry na niebotycznych szpilach, z bujną blond koafiurą. Wręcz przeciwnie - chodzi o kultywowanie, żadnego maskowania "zbyt szerokich ramion" (wtf?) i dosztukowywania biustu czy tyłka. 

No dobra, tymczasem zmykam złapać jakieś promienie słoneczne na tyłek. Dajta znać, czy kontynuować wątek własnych stylówek i inspirek :) Baaj!

15:41

Dlaczego warto wejść w kontakt z sobą przez pisanie?

Dlaczego warto wejść w kontakt z sobą przez pisanie?
Kiedyś wspomniałam o tym, że piszę do samej siebie. Zazwyczaj drogą elektroniczną, bo doświadczyłam za młodu przykrego incydentu wścibstwa i nieposzanowania prywatności ze strony pewnych osób. [Nie obcych... Osób, które najwyraźniej uważały, że stoją ponad moim prawem do poczucia bezpieczeństwa we własnej przestrzeni. Że "dziecko" nie powinno mieć "jakichś tajemnic". Że można je wyszydzić.

Podarłam wszystko jednego wieczoru.

Dziś mam świadomość, że to tamci niby-dorośli powinni się za siebie wstydzić. Powinni płonąć ze wstydu za swój żenujący brak empatii, elementarnej wrażliwości i dojrzałości. 

Odebrałam wiele lekcji z zakresu toksycznego wpływu tzw. "bliskich" ludzi... Ale o tym będzie kiedyś dłuuugi, osobny post.]

Wracając do pisania! Jakoś tak parę lat temu miałam pracę z dużą dozą samodzielności, jednak regularnie musiałam pisać sprawozdawczego maila do szefostwa o postępach, ewentualnych trudnościach i wszelkich kreatywnych pomysłach. Złapałam się na tym, że takie maile sprawozdawcze bardzo fajnie porządkują mi łeb, pomagają się zorganizować, oszacować progres w zadaniach, śledzić poziom motywacji itd. Postanowiłam wypróbować ten patent "w życiu". Działałam intuicyjnie, a okazało się, że jest to uznana i dość dobra metoda autoterapii, ale także po prostu - wartościowa praktyka sprzyjająca klarowności i jasności umysłu. 

Jestem typem osoby z naturalnymi skłonnościami do generowania chaosu, ale bynajmniej nie udaję, że świetnie się czuję jako hodowca entropii - wręcz przeciwnie, permanentny nieład powoduje u mnie zapętlenie, niepokój, efekt "jelenia w świetle reflektorów" - dlatego wzięłam się za pysk i poczyniłam znaczne postępy jako Chaos Commander. M.in. właśnie zajęłam się systemowym i systematycznym ustanawianiem kosmosu we wszelkich dziedzinach mojego żywota, zaś odgruzowanie sobie drogi do poznania samej siebie oflagowałam na czerwono jako najwyższy priorytet.

Niektórzy preferują pisanie odręczne, ale w zakresie strumienia świadomości stanowczo lepiej mi się klepie w klawiaturę, ponieważ idzie mi to szybciej. Nie muszę baczyć na styl pisma, który, kiedy się spieszę, trudno odkodować. Odręcznie sporządzam zazwyczaj krótkie notatki, punktowe listy, wykresy, mapy myśli itp. Bardzo fajnie o pisaniu dzienników wszelkiej maści mówi Lavendaire, jedna z moich ulubionych ostatnio zagramanicznych jutuberek:



Uwielbiam jej słuchać! Nie bełkocze, nie ma irytującego akcentu i polipa w nosie, gada zwięźle i do rzeczy, jest - przynajmniej dla mnie - niezwykle inspirująca. Polecam. Posiada także swoje podcasty. Sprawiła, że coraz bardziej przekonuję się jednak do prowadzenia odręcznych zapisków :) Podoba mi się idea 'current me vs. future me'.

Korzyści pisania:

1.) KOZETKA U POJEBOLOGA INSTANT. Kiedy jest Ci w życiu źle, po prostu siadasz i zwalasz z garba cały balast. Wszystko po kolei. Nie cenzurujesz się, jesteś szczera i autentyczna. W razie potrzeby bluzgasz jak marynarz. Metabolizm dotyczy nie tylko ciała, ale też ducha. Zbędne rzeczy należy wydalać, a toksyny w szczególności. Jak już się wybebeszysz z całego zalegającego syfu - zobaczysz czarno na białym swoje bolączki i o wiele łatwiej będzie Ci coś na nie zaradzić. Trudno jest walczyć z wrogiem w ciemnościach. Kiedy piszesz, rzucasz na problemy bezlitosny snop światła - i widzisz jak na dłoni, z której strony "ruszyć temat". Ważne jest, aby nie poprzestać na wyrzyganiu żali i nie wkręcić się w spiralę negatywizmu. Dlatego ja stosuję swoisty dwugłos: najpierw idzie szambo, a później - piszę jakby z pozycji swojej najbliższej osoby (którą notabene powinniśmy dla siebie być) - pochylającej się z najwyższą troską nad problemami kogoś najważniejszego. I tu już oczywiście wybija wulkan pozytywności, świeżej perspektywy, rady, pociechy, motywacji. 

Taka dychotomia wewnętrznego dyskursu jest bardzo sprawiedliwa. Posiadamy tzw. Cień i nie zagłuszymy go słodkopierdzącym szczebiotem Polyanny, musimy uczciwie dopuścić go do głosu, a potem - zrównoważyć.

Wiele rzeczy okazuje się wynikać po prostu z nieuświadomionego, irracjonalnego lęku. A remedium na wszelkie strachy to złapanie ich za kosmaty łeb i spojrzenie w fosforyzujące oczy rozmiaru spodków.

2.) ODZYSKANIE POCZUCIA KONTROLI. Pisząc regularnie, nasiąkasz przekonaniem o ciągłości i sensowności własnego życia. Ćwiczysz wewnętrzną uważność. Oczyszczasz system ze śmieciowych plików, które zamulają Ci wydajność. Zyskujesz też cenny dystans, który sprzyja pogodzie ducha. Wracam sobie czasami do swoich pisanych na gorąco tekstów i... ehh, człowiek rozemocjonowany jest jak kipiące mleko w garczku :) Skanalizowanie emocji w swobodnym pisaniu działa jak dobry amortyzator.

Możesz też po prostu śledzić swoją wytrwałość w trzymaniu się dobrych nawyków, wzloty i upadki w dążeniu do celów, ogólną ewolucję swojej osoby, opisywać na bieżąco wrażenia z przeczytanych książek i obejrzanych filmów (które niestety szybko ulatują), po prostu wszystko, co Cię w danym momencie jara, inspiruje, cieszy, wkurza lub niepokoi.

Możesz aktywnie pracować nad swoim nastawieniem, nad stanem umysłu. Uświadamiasz sobie, że nie jest on raz na zawsze wykuty w skale, tylko plastyczny jak glina.

3.) WINCYJ KREATYWNOŚCI. Tak tak, kiedy zatory energetyczne się rozpuszczają, można doświadczyć istnej powodzi twórczych wątków. Kiedy zwalnia się przestrzeń, pojawia się nowe. Chomikując zbędne "stare graty" na peryferiach świadomości blokujemy to miejsce i kręcimy się w kółko goniąc własny ogon. Tymczasem warto przecierać nowe szlaki neuronowe.

4.) SPOKOJNIEJSZY SEN. U mnie pisanie do samej siebie było kamieniem milowym w walce z bezsennością. Nie twierdzę, że zadziała u każdego, ale ja sobie chwalę. Resetuje mózg. Zwłaszcza fajnie jest np. raz w tygodniu wypisywać rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. 

5.) MOMENT SZCZEROŚCI. Zauważyłam, że wielu ludzi żyje na autopilocie. Studiują, pracują, wchodzą w związki, biorą śluby, rozmnażają się, ale to wszystko jakoś tak... na pół gwizdka. W półśnie. Śni im się, że szczęście to złoty dzban pod tyłkiem skrzata na drugim końcu tęczy. Mawiają, że "życie im się nie ułożyło" lub "ułożyło", tak jakby nie mieli na to wpływu, jakby byli bezwolnym pionkiem na szachownicy. Wchodzą bezrefleksyjnie w jakieś społeczne schematy i później łączą się w narzekaniu.

W pisaniu najbardziej chodzi o ten moment zatrzymania się w tu i teraz, moment totalnej szczerości z samym sobą. Bez upiększania, czarowania się, iluzji. Moment wyzwolenia z "czasu psychologicznego" (życia w potrzasku przeszłości i obawie przed przyszłymi zdarzeniami). Wejście w "teraz".

***

Łomatko... Zara pomacam się po żuchwie w poszukiwaniu brody taoistycznego mędrca LOL :D

14:55

Subcarpathian tales. RIP Buniek.

Subcarpathian tales. RIP Buniek.
No hejeczka.

Moi rodzice "od zawsze" mieli jakąś działkę - w sensie, ogródek, grządki, kwiatki, chałupkę, huśtawkę, hamaczek i te sprawy. Nasza dawna działka znajdowała się mocno na peryferiach miasta. Spędzałam tam jako dzieciak mnóstwo czasu. Rodzice byli zazwyczaj zajęci jakąś pracą, a mały, nieco autystyczny Toyad szwendał się po polach, łąkach, ugorach, pagórach, potoczkach, laskach i nierzadko po starym urokliwym cmentarzu. Jakoś tak... ta cisza, głusza, odludna dzicz, medytacyjny spokój, pierwotne poczucie wolności - mocno wrosły mi w mózg. Czułam się naturalną częścią tego krajobrazu. Łaziłam samopas, tropiłam sarny i bażanty, znajdowałam sporo rozmaitych trucheł i miałam upodobanie w oddawaniu im ostatniej posługi, celebrując kwietne pochówki futrzastych czy pierzastych przyjaciół. 

Martwa natura nie wzbudzała we mnie odrazy, tylko jakiś taki przyjazny respekt.

Uśmiecham się dzisiaj do tych swoich sielskich wspominków. Miasto się rozrosło i wchłonęło tamte urokliwie zadupiaste rejony w swoje betonowe trzewia, rodzice zamienili działkę na bliższą miejscu zamieszkania.

Ostatnio znalazłyśmy tam, moja Progenitura i ja, małą nieżywą ptaszynę. Pisklak otrzymał imię Buniek i został pogrzebany z zaimprowizowanymi honorami, na poduszce z mchu i pod kołderką z płatków róż.

 
 


12:27

A czo ten Toyad?

A czo ten Toyad?
No heloł!

U mnie spondżi. Choć aktualnie przebywam lekką infekcję - trochę łotdefak o tej porze roku, no ale. Jak tylko zaczęło mnie alarmująco wiercić w kichawie, rzuciłam się na prozdrowotne napary z ziółek i wypijam ich morze, ponadto płuczę kichawkę wodą z solą przy pomocy zabawnego (i mocno, karwia, nietaniego) dzbanuszka Nose Buddy, i miewam się niezgorzej. Dzisiaj będę tłoczyć świeżuni sok z ekobajo wiejskich podrzeszowskich jabuków i marfefków, i buraczka, to się dowitaminizuję. Niam niam.

Dzbanuszek wygląda tak:



Trochę jak konewka, trochę czajniczek, trochę gadżet erotyczny...

***

Ostatnio przeszłam się po galeriowych sieciówach w Krakowie i w Rzeszowie i... doszłam do wniosku, że bawełna chyba wkrótce zyska status jedwabiu. Miałam przestój w łażeniu po galeriach, nie wiedziałam, że jest AŻ TAK słabo. Coraz trudniej o letnie, uniwersalne sukienki z naturalnych, a chociażby przyjemnych ciału, w miarę oddychających materiałów! Żeby choć wiskoza... Tymczasem paskudny poliester najgorszego sortu zaanektował lwią część wieszaków... Ja rozumiem - chińskie pozszywane lewą nogą "jednorazówki" na wesele pociotki czy inszą, powiedzmy, niezbyt ważką okazję. Nie mam nic przeciwko domieszkom, które podnoszą komfort użytkowania niektórych elementów odzieży. Też wiem, że syntetyk syntetykowi nierówny, biorąc pod uwagę np. wyspecjaliowaną do termicznej regulacji odzież sportową. Jasne. Ale kto przy zdrowych zmysłach pragnie paradować spowity w plastik w trzydziestostoniowe upały?? :/

Wiadomo, że nie każda sieciówa serwuje absolutnie samo badziewie, ale - śmiem twierdzić - większość psieje... Nawet, powoli, te niby "droższe i lepsze". Jakość spadła na pysk. Dominują swetry z akrylu i foliowe wyprintowane reklamówki w charakterze kiecek. Żenada... No, ale najwyraźniej konsumenci (a ściślej konsumentki) nie są zbyt wymagający - szmata ma być modna przez chwilę i (w miarę) tania, ot, dzisiejsza filozofia. Ehh.

Myślałam, że może ja mam jakieś z czapy wymagania, ale okazuje się, że Mr. Vintage dawno już zauważył to samo w kontekście, wydawać by się mogło, "wyższej półki" - że każualowo-elegancka moda damska ostro podupadła jeśi chodzi o jakość materiałów.  I póki będziemy ochoczo nabywać ten syf, nic się nie zmieni. I nie chodzi o neoficki snobo-radykalizm i polowanie z wypiekami na twarzy na kaszmiry i jedwabie, ale o jakotaką świadomość i umiejętność rozróżnienia przyzwoitej jakości od lichoty, którą coraz bezczelniej wciskają nam producenci.

Dobrze by było, gdyby w sukurs przyszły jakieś autorytety z internetów. Tak z grubsza dzielę blogeriny modowe na stare wygi - dla których jakość jest kluczowa, i te aspirujące, za przeproszeniem, siksy, dla których priorytetem jest natrzaskać gazylion foci na insta w gazylionie pstrych szmatek zestawionych z gazylionem sandałków z taniebucikipeel. Te pierwsze po eonie brodzenia w stertach tekstyliów z ulgą wybierają wyzwalający minimalizm, te drugie... - mam nadzieję, że kiedyś również "wyrosną" z żarłocznego konsumowania szybkiej taniej mody.

Bo wiem po sobie, że z tego się wyrasta. Lepiej mniej, a lepiej. :)

Dlatego, jako zwolenniczce slow fashion (phehe) mus mi chyba z podkulonym ogonem wrócić do regularnych przeszperów w lumpach. Po ostrym detoksie szafy okazuje się, że sporo moich najlepszych jakościowo rzeczy pochodzi właśnie z second-handu. I noszę je, wręcz zajeżdżam, latami. Rekordzistka - popielata miękka bawełniana (z niewielką domieszką elastanu) ramoneska, którą noszę od 11 lat i będę nosić aż się rozleci w drzazgi, a nie zapowiada się, by to prędko nastąpiło... A co z takim złaszonym po kilku praniach szajsem z poliestru? Nawet na szmatę do podłogi go nie mogę awansować, bo jest niehigroskopijny... Masakra.

Moje przesłanie: baby, kupujmyż mondżej.

A propos garderoby - pokochałam teraz sukienki. Jakież to cudowne wciągnąć na garba jakąś milaśną ciału i oku materię i nie głowić się nad dopasowywaniem góry do dołu (mój mózg rano bardzo długo loguje się do systemu, aż dwie celebrowane kawy). Ha!

Poszukuję też na wyjazd wakacyjny dosyć luźnych dżinsowych szortów, nie tzw. waginoszortów w których lubują się małolaty i nie pruderyjnych spodenek w kolano a'la katechetka. I ni ma! NIC. Musi kupię jakieś męskie dżiny w lumpie i uciacham...

Szukam też dmuchanego ptaszora. Materac w sensie, do basenu. Jakaś koza Inna allegrowiczka zwinęła mi sprzed nosa zajebistego czarnego łabędzia z wrednym ryjem, demyt... A taki był śliczny i mroczny! Chlip. Skończy się różowym flamingiem albo złotą kaczką, ja Wam mówię.

Idę cisnąć soka. Z jabuków i marfefków.

I buraczka.

Dla zdrowotności.

Pozdro szejset dziabongi :*

17:10

Zaglądanie innym w gacie, koryto i trzosik - koronne symptomy mentalnego wieśniactwa.

Serio, mało rzeczy tak mnie rozjusza jak te powyższe.

1.) Przez zaglądanie komuś w majtki rozumiem:

- patologiczny głód szczegółów z cudzej prywaty, chorobliwe zainteresowanie czyjąś intymną sferą egzystencji, ekscytacja i podnieta płynąca z tanich sensacyjek (kto z kim jest, z kim się rozstał, a to już trzeci mąż, ojej, a on ma dziecko z kimś innym, ojej, a tamta znowu jest sama, ojej)

- zaoczne i zauszne snucie obleśnych domysłów, dośpiewywanie sobie "pikantnych" detali i puszczanie w obieg ośmieszających, szkalujących lub kompromitujących plotek

- zadawanie bezczelnych pytań, kiedy chłop? Kiedy ślub? Czemu nie kościelny? Kiedy dziecko? Zamierzacie chrzcić? Kiedy kolejne? A nie za stara jesteś? A nie za młoda? Zamierzasz karmić piersią? Rodziłaś naturalnie? Kiedy wrócisz do pracy? Dlaczego tak szybko? Dlaczego tak późno? Dlaczego w ogóle? Karierowiczka! Utrzymanka! Cooo, jak to rozwód?!!

- roztrząsanie czyjejś orientacji i prawdopodobnych upodobań łóżkowych przez osoby totalnie postronne

- komentowanie czyjegoś "prowadzenia się" na podstawie mniej lub bardziej wydumanych poszlak

- jakiekolwiek nieproszone komentarze w kwestiach, które nijak nie dotyczą komentatora

Obrzydliwstwo. A jednak takie powszechne.

Zauważyłam, że im większe szambo ktoś ma we własnym życiu, tym gorliwiej wytyka wszelkie "potknięcia" komuś. Po co się zajmować belką we własnym oku, skoro łatwiej się dopierdzielać do cudzego źdźbła...


2.) Przez zaglądanie komuś w talerz rozumiem głównie:

- wszystkich agresywnych, wojujących wege-oszołomów... I tutaj spieszę z wyjaśnieniem - szanuję czyjeś wybory żywieniowe, mam wielu znajomych wegusów, sama coraz rzadziej miewam ochotę na mięso... (dzięki inspirującym ludziom dzielącym się zdrowymi, pysznymi wege przepisami i ogólnie etyczną postawą życiową!). Ale jak słyszę sykliwy komentarz w stylu "nienawidzę cię, jesteś CMENTARZEM ZAMORDOWANYCH ISTOT!" (cytat, nie wymyśliłam tego) to doprawdy... eee, chyba kaftan się kłania i wczasy w zakładzie dla umysłowo rączych

- wszyskich bucowatych mięsożerców, którym zawsze pilno śmieszkować i chamsko komentować wybory żywieniowe roślinożerców... grrr... wstyd mi za takich ludzi!!!

- wszystkich domorosłych mędrków od modnych żywieniowych teorii spiskowych, którzy wszędy widzą "błędy żywieniowe" i nawracają bliźnich nie tyle pozytywym przykładem, co przepełnionym wyższością zgryźliwym krytykanctwem


3.) Przez zaglądanie komuś do portfela rozumiem:

-  podszyte resentymentem zjadliwe komentowanie cudzego stylu życia i wyborów konsumenckich: a że taka droga torebka i buty, zawsze staranna fryzura i manikiur (pewnie dzieci głodują), a po co takie drogie wczasy, po co im dwa samochody itd.

- kultowe już: A SKĄD ON/ONA MA TYLE PIENIĘDZY - on oczywiście musiał ukraść, a ona pewnie na dupie zarobiła

- pseudofilantropijne dywagacje o rzekomym braku moralności bogaczy, jak to można by (ręką autora owych dywagacji) LEPIEJ wydać (czyjeś) pieniądze, np. na cele charytatywne, a nie - horrendalnie drogie ubrania czy gadżety... kierwa, wprost uwielbiam, jak osoby zupełnie postronne garną się do "mądrzejszego" rozporządzania cudzymi funduszami - ktoś uczciwie zarobił, to może i psu w dupę wetknąć całą swoją wypłatę, jeśli taka jego wola... poza tym - baaardzo łatwo się rozdaje ubogim majątek, którego się nie posiada realnie :>

*(popularny tekst - hicior: "wstyd by mi było wydawać tyle kasy na torebkę, kiedy niektórym ludziom nie wystarcza na jedzenie!")

- stadka ujadających (głównie w internecie, na "mądrych" forach) bab, o tym, jak to inne baby nie pracują zawodowo a mają haj lajf dzięki dobrze sytuowanym i szczodrym mężom - drogie panie, nie wasz zakichany interes, a jeśli skrycie zazdrościcie, to po prostu bierzcie przykład, a jeśli potępiacie, to rozkoszujcie się własną błyskotliwą karierą, bo serio, wasza troska o cudze bezpieczeństwo finansowe jest grubymi nićmi szyta i przaśną małostkową zawiścią zalatuje z kilometra... znowu spieszę wyjaśnić - nie uskuteczniam tu apoteozy bycia tzw. "żoną przy mężu", gdyż osobiście wyraźnie dostrzegam słabe strony takiego sposobu na życie (zwłaszcza w dłuższej perspektywie), ALE - cóż mnie interesują cudze osobiste wybory i decyzje? Jeśli ktoś podejmuje ryzyko na własny rachunek, to cóż mnie do tego?? Jeśli mąż lubi sprawiać żonie przyjemność i funduje jej kurs nurkowania za miliony monet - cóż mnie do tego?? Ma prawo dysponować własnymi pieniędzmi wedle własnego uznania. Jeśli kiedyś uzna, że źle zainwesował owe pieniądze - to również będzie wyłącznie JEGO problem, nie mój. Pozostaje życzyć obojgu zdrowia i szczęścia, a nie - cichcem złorzeczyć...

***

Zawsze mi daje do myślenia, kiedy ktoś wyciera sobie gębę "tylko troską", "tylko ciekawością" lub "tylko własnym zdaniem", a owo własne zdanie jest dziwnie niewspółmiernie do rangi tematu nacechowane egzaltacją i emocjonalnością. Ludzie zazwyczaj tak reagują, kiedy się im nadepnie na jakiś odcisk... Jeśli mają zdrową, zdystansowaną opinię na jakiś temat, to wyrażają ją bardziej racjonalnie i w sposób wyważony.

Podsumowując.

 Zajmijmy się swoimi galotami, swoją michą i swoją kiesą.


15:45

Po czem idzie znać zacnego balwierza?

Ostatnio robiłam pogłębiony zwiad w zakresie "mistrza nożyczek". Tymczasem przedstawiam swoje luźne przemyślenia w zakresie cech dobrego fryzjera:

1.) Wybrał zawód z powołania, a nie z musu.

Znam niestety osoby (co prawda starszej daty), dla których "fryzjerka" jest synonimem niezbyt lotnej pindy, której nie chciało się uczyć "ambitnych rzeczy"... Jest to oczywiście totalna bzdura i krzywdzący stereotyp, ale - jak w każdym zawodzie - trafiają się osoby, które podjęły się go z niewłaściwych pobudek... I to niestety widać po owocach.

2.) Musi być doskonałym rzemieślnikiem.

Pasja pasją, ale szlifowanie warsztatu i technik powinno być absolutnym priorytetem szanującego się fryzjera. Wykon każdorazowo musi być taki, że "mucha nie siada".

3.) Słucha i rozumie, co się do niego mówi.

A jak czegoś nie rozumie, to dopytuje klientki o jej preferencje. Sytuacja, w której fryzjer "podcięcie końcówek" interpretuje jako upierdzielenie 10 cm włosów, jest kuriozalna... Podobnie jak mylenie grzywki na bok z prostą. A wiem, że takie sytuacje się zdarzają, niestety - notorycznie. Masakra.

4.) Jest kreatywny, ale nie forsuje swojej artystycznej wizji na siłę...

Fryzjer musi mieć wizję, ale też nie może uszczęśliwiać nią swojej klientki na chama. Jej zdanie jest ZAWSZE rozstrzygające (pomijając sytuacje, kiedy np. chce sobie zrobić krzywdę brutalnym rozjaśnianiem z czerni na platynę etc.). Ostatecznie - to ona będzie ponosić konsekwencje fryzjerskich poczynań przez dłuuugie miesiące.

5.) Jest wszechstronny.

Nie leci wyuczoną sztampą. Nie sztuka strzyc wszystkie łby na jedno kopyto. Osobiście niesamowicie doceniam, kiedy fryzjer nie zadowala się lapidarną prośbą o wycieniowanie włosów, tylko dopytuje mnie o to, jaki wolę ostateczny charakter fryzury - czy ma być zadziorna, rozwiana i zmierzwiona, czy gładka, dopracowana i elegancka. Wie, czy ma sięgnąć po nożyczki, czy raczej chiński nóż. Lubię też, kiedy brany jest pod uwage mój gatunek włosa - bo wiadomix, po wyprostowaniu i wymodelowaniu każda fryzura wygląda zajebiście, rzecz w tym, żeby nie wyglądać jak sfatygowany mop dwa dni później, po myciu...

6.) Niech się ceni i szanuje - ale ja cenię świadomość, że płacę za konkret na swojej głowie, a nie gwiazdorzenie.

Za fryzjerem powinny stać przede wszystkim prace - jako niepodważalne portfolio. Spotkałam się z sytuacją totalnego przerostu formy nad treścią i nie znoszę wrażenia, że bulę za sam marketing, czy też wygórowane mniemanie samego "Mistrza"... Moja koleżanka z pracy zaliczyła taką wtopę, że poszła do rzekomo super-wielce-kreatywnej-zajebistej fryzjerki na oryginalne cięcie i kolor, a wyszła... z identycznymi włosami, jak przyszła, plus lżejsza o kilka stów. Zamiast wycieniowanej grzywki na ukos, o którą prosiła, otrzymała urąbaną prosto jak od linijki na wysokości brody... Kolor miał być schłodzony z miodowego blondu na popielaty i genialna fryzjerzyna zrobiła jej jedynie poświatę glona - brawo za nałożenie niebieskiego pigmentu na żółty, no któż by zgadł, że wyjdzie zieleń... ehh. Wstyd by mi było brać pieniądze za taką fuszerkę. Pomijam to, że moja znajoma miała serdecznie dość swojej fryzury i wprost powiedziała, że marzy o radykalnej zmianie, a fryzjerka... podcięła jej tylko końcówki o 0,5 cm, wmawiając, że tak jest fajnie, jak jest. Wściekła dziewczyna skorzystała później z usług mało znanego osiedlowego salonu i za ułamek tamtej ceny otrzymała świetne strzyżenie z perfekcyjnym zatonowaniem ciepłego blondu na perłowopopielaty. Można? Można.

Dlatego stawiam na uzasadnioną renomę, a nie wyżejsranieniżdupęmanie. I naprawdę byłoby świetnie, gdyby większość fryzjerów zaczęła praktykować fotografowanie swoich "dzieł" i wrzucanie ich np. na fanpage fb. 

Złe doświadczenia sprawiają, że do wszelkiego "gwiazdorzenia" podchodzę z umiarkowanym entuzjazmem...

7.) Przyjmuje na klatę ewentualną krytykę - z klasą i asertywnością.

Wystarczy rzucić okiem na najniższe oceny salonów fryzjerskich na Fb - dobry fryzjer wie, że klienci są różni i zawsze trafi się ktoś niezadowolony, jednak klient - nawet osioł - powinien być traktowany z elementarnym szacunkiem. Mimo wszystko. Bo potencjalni klienci czytają te opinie i są w stanie wyłapać, kto tu jest idiotą. Fryzjer świadomy swojej pozycji nie zmienia się w zacietrzewionego wojownika klawiatury rugającego klienta od dyletantów, nie wdaje się w czcze pyskówki, nie zniża się do poziomu podłogi... Już-już miałam umawiać się do jednego z kultowych fryzjerów w Krakowie, ale jak poczytałam jego żenujące "pojazdy" po niezadowolonych klientkach, to mi się odechciało. Że blachary itd. Rozumiem, że można się zdenerwować, ale człowiek na poziomie powinien panować nad emocjami i nie sięgać po tak prostackie odzywki... :/ Nie wiem... zniesmaczyło mnie to i tyle.

8.) Stara się dla każdej osoby, nie tylko dla garstki wybranych.

Czytałam ze zgrozą o tym, że niektóre "gwiazdy fryzjerstwa" inaczej obsługują klientki tzw. "szare myszki", a inaczej te wystylizowane. Pierwsze - lekceważąco, drugie - z pietyzmem. To jest NIEDOPUSZCZALNE. Fryzjer nie jest od oceniania, czy jestem wystarczająco wylaszczona, by być godną usług na najwyższym poziomie i swojej wymarzonej fryzury... Każdy ma prawo wyglądać, jak chce. Jeśli akurat danego dnia mam wywalone na ałtfit i mejkap, to guzik fryzjerzynie do tego. Niech się skupi na włosach.

9.) Zachowuje dla siebie niewybredne uwagi o czyichś włosach.

Też się z tym spotkałam... Sorry, ale jestem pewna, że klientki doskonale zdają sobie sprawę z tego, jakie mają włosy. A słuchanie pseudozatroskanych westchnień, że ojeeej, takie zniszczone... ojeeej, takie cienkie i rzadkie... - jest po prostu niezbyt komfortowe. Bo takie komentarze są po prostu niezbyt grzeczne.

Pracowałam kiedyś (wieeeki temu) na recepcji w dość luksusowym salonie fryzjerskim i od razu na szkoleniu wbito całej ekipie do łba, że NIE WOLNO mówić klientce że jej włosy są zniszczone! Jak już, to "uwrażliwione" zabiegami fryzjerskimi - od razu inaczej brzmi :)

To by było na tyle.

Jak ktoś ma dobry adres do polecenia to zostawiać w komciach, bo na wagę złota :)

W Rzeszowie mogę polecić na razie Salon Diuna, panią Ulę. Ogarnięta kobita, włosom krzywdy na pewno nie zrobi, a i poszaleć potrafi. Wkrótce będę testować też inszy adres, bo mam ochotę na... aaa, będzie niespodziewajka :P

11:09

Jak i gdzie odłowić porządnego gacha.

Hejka.

W komciach wrzucono mi sugestyę, abym skrobnęła (stuknęła) pitolondo dla singielek o tem, jak i gdzie przypolować fajny chłop.

A że popołudnie mamy ponure, dżdżysty piździernik w środku maja, to żech pomyślała, łaj kierwa not.

Tedy piszę.

Uprzedzam jednak, że za eksperta ni autorytet się nie uważam - jedyne, czym podpieram owo pitolondo to jakotakie rozeznanie płynące z jakotakiego doświadczenia. Przyznam nieskromnie, że od ok.16 r.ż. raczej nie narzekałam na "przestoje w interesie" - co nie znaczy, że nie trafiały mi się przypały... Oj, trafiały się (w tym jeden ekstremalny). Na szczęście potrafię skrupulatnie odrabiać lekcje z własnych błędów i obecnie dzień w dzień uszami klaszczę z radości, jakiego fajnego mam chopa. Nosz miód malyna! Natomiast wychodzę z założenia, że NIGDY - zwłaszcza w dzisiejszych czasach - nie ma się dożywotniej gwarancji, że się kiedyś nie zląduje na wtórnym rynku matrymonialnym (cywilizacja rozpasania i rozwodów, buuu..., Babilon is back).

Przechodząc do rzeczy.

1.) Najważniejszą rzeczą, o której należy pamiętać, jest nastawienie: 

SMRÓD DESPERACJI TO NAJSKUTECZNIEJSZY STRASZAK NA PŁEĆ PRZECIWNĄ (LUB TĘ SAMĄ, JEŚLI JĄ TARGETUJEMY). 

Rozumiecie - działa jak silny repelent na wacki i dziuple. Za przeproszeniem. Smrodu desperacji nie sposób zamaskować i żaden przyzwoity i szanujący się obiekt naszych zakusów go nie zdzierży. Nie ma szans.

Dlatego - moja rada namber łan - powściągnąć parcie i ciśnienie. Zająć się sobą. Laska, która rozpaczliwie poszukuje jakichkolwiek (! - decyduje kolejność zgłoszeń) portek do uczepienia się ich pazurami - sama nie stanowi zbyt pożądanego obiektu. No chyba, że dla jakiegoś desperata, ale uwierzta mi - NIE CHCETA desperata. Oj nie. Dlatego same nie bądźta desperatkami. Serio.

Musisz generować raczej niezależnego, choć przychylnego i intrygującego wajba, a nie wajba pt. "pilno mi się opleść na cię niczym trujący bluszcz" lub co gorsza "misiaczq wybrałam już kieckę ślubną". Ale też bacz, by nie manifestować swojej niezależności zbyt histerycznie - wizerunek niezłomnej superbiczy dziarsko detonującej granat między półdupkami z kilometra trąci deficytem witaminy Ch. w ustroju. Nie wydajesz się wcale zajebista i silna, tylko żałosna.


2.) Kto wybrzydza, ten nie rucha - zwykł brzydko dowcipkować przy piwie mój kumpel ze studiów. Ale... coś jest na rzeczy. ;) Nie leć na pierwsze z brzegu chętne beleco, ale też, do jasnej Anielki, nie czekaj na perfekcyjne skrzyżowanie Pitta z Deppem.

(Zwłaszcza, jeśliś sama nie Jolie...

Żarcik.

Suchy taki.)

Wiem. Wiem, że wiele z nas skrycie marzy o jakimśtam swoim ideale piękna - ale to nie może być najważniejszy faktor, którym się kierujemy! Owszem, są śliczni ludzie, którzy są jednocześnie śliczni w środku. Zdarza się tak. Ale bywa, że z wierzchu blichtr, a wewnątrz charakterek paskudny, robaczywy. W dłuższej perspektywie wygrywa  przyjemna interesująca osobowość, chyba, że trafi "miejscowa idiotka na tutejszego kretyna", wtedy rzeczywiście... hmm, aspekt fizyczny może być rozstrzygający, skoro we łbach wiotr hula enyłej.

Chodzi mi o sytuację, w której dziołcha ukuła se w najmniejszych i nieistotnych detalach w swej rozpłomienionej panieńskiej łepetynie jakiś disneyowsko-księciuński ideał, którego nie odpuści ani o milimetr, choć dawno trzydziestka na garbie... Przypomina mi się jakże życiowy mem z insta:

Me: please god send me a good man

God: *sends me a good man*

Me: Lol, not that one.


Z przymrużeniem oka oczywiście... ale jednak.

Uściślijmy - nie namawiam do porywania się na otyłego nieśmiałego rudzielca w okularach jak denka od kufli i przetłuszczonych włosach (btw., rude jest spoko! oksy też! duża nadwaga...yyy niekoniecznie! tłuste włosy wcale!). Chodzi o złoty środek. Trzeźwe, realistyczne spojrzenie - na potencjalnego partnera, ale i na... siebie. Czego oczekujemy, ale też co MY mamy do zaoferowania? Atrakcyjność ma wiele wspólnego z wyglądem (m.in. mową ciała, stylem, stopniem zadbania, oczami, uśmiechem), ale - nie polega na nim nawet w połowie. Znałam przeciętne (lub mniej) fizycznie kobiety z taaaką charyzmą i pewnością siebie, że największe męskie ciostka traciły dla nich łeb. Znałam piękności, które dla facetów były zaskakująco niewidzialne... Zawsze mnie to intrygowało, więc bacznie obserwowałam. Reguła jest taka, że reguły nie ma. Ale warto znać swoje mocne i słabe strony i samoocenę gruntować na tych pierwszych, a drugie w nie przekuwać.

Większość ludzi jest przeciętnych fizycznie, część z nich jest tylko po mistrzowsku "oszlifowana" i robi ściemę, że są z kasty tych pięknych, a tak naprawdę - kurczę, przeciętność jest... spoko. Nieidealność jest spoko. Właśnie w tej niby "szarej strefie" jest mega potencjał... a drugi człowiek nie służy przecież do oprawienia w ramki i powieszenia nad łóżkiem, tylko do bycia razem. 

Problem w tym, że jest wiele takich Smutnych Księżniczek, które szukają mitycznych kwadratowych kół, a w końcu rzucają się, wyposzczone, jak szczerbaty na suchary, na jakiegoś przystojnego sqrwla, a potem wielki żal, że Księciunio okazał się ropuchem. Chleje, zdradza, nie szanuje, śmierdzący nierób dzieciorób czy insza parcha. Pfuj!

Podsumowując. Ciotka Klotka Toyad radzi: celuj w przyzwoity i ciekawy chłop, a nie w malowane cacane pudełko pustełko.


3.) Nawiązując do punktu pierwszego. Celebruj swoje singielstwo! Spoźrzyj na swój status jako na brak kuli u nogi, a nie dopust boży. Miej wyje... wylane, a będzie ci dane. Kolejna karczmiana mundrość, ale zawiera ziarnko... ba, dorodny orzech kokosowy prawdy. To jest klucz do pytania o to, GDZIE uskuteczniać łowy. Otóż - mimochodem. Robiąc swoje. Rozwijając się. Spotykając ze znajomymi. Próbując nowych rzeczy. Nic na siłę, bo presja, oczekiwania i ciśnienie są główną przyczyną fiaska w tak subtelnej materii. Wiem, że to brzmi jak cholerny truizm... Ale to naprawdę działa - zluzuj mentalne majty. Samo się napatoczy, jeno miej li łotwarte łoczi. Chyba, że kursujesz na linii praca-dom, w robocie same baby, a poza robotą okrągłe zero życia towarzyskiego. Jak masz tak słabe "zasięgi", to wiedz, że coś robisz źle i pora ruszyć zad, choćby na spacer, bo parku, biblioteki, whatever... Fajne rzeczy przydarzają się fajnym ludziom, ale fajni ludzie muszą wykazać minimum inicjatywy, bo szczęście to nie jest towar, który se z zalando zamówisz i kurier przywiezie pod samiuśkie drzwi. 

Musisz wejść w paradygmat myślenia szansami i kreować odpowiednnie okoliczności, wtedy zaczniesz dostrzegać cuda pod własną kichawą.

4.) A jak już rzeczywiście latka leco i palący oddech despery zagląda w cztery litery..? To gdzie, gdzie szukać??

I dlaczego nie w necie.

Internet rozumiany jako portale randkowe obfituje w zdesperowanych przychlastów i co gorsza psychofagów, którym wstępna bajerka wychodzi nader udanie zapośredniczona poetyckimi spiardolinami i powłóczystym marzycielskim wejrzeniem ze słitfoci. Brrr... :/

Z kolei internet rozumiany jako rozmaite strony/grupy/fora zrzeszające ludzi o pokrewnych zainteresowaniach, umożliwiające spotkania tematyczne w realu - to już prędzej! Dużo romansów zadzierzgnęło się via fejsbuczyn, od słowa do słowa :)

Knajping, klabing, imprezki, koncerty? Jeśli słuchasz dość niepopularnej muzyki, to masz łatwiej, bo wystarczy wyczaić kameralne wydarzenia u siebie w mieście i na nich bywać. Małe klimatyczne miejscówki są o wiele lepsze niż oblegane przez tłumy weekendowe tancbudy.

5.) Yyy. No i to by było na tyle... Podsumowanko:

- nie generuj ciśnienia

- bjer normalny dobry mądry porządny chłop, bo takowe na drzewach nie rosną, a nie wydziwiaj na siłę, że musi być koniecznie brunet powyżej 1,85m... ale też nie bjer byle ćwoka z łapanki!

- żyj se szczęśliwie sama ze sobą, bo to jedyny pewny związek miełosny do wieka od trumny

- bywaj tu i tam, interesuj się różnymi rzeczami, gadaj z ludźmi

- i uszy do góry! :)

No, to udanych łowów!


Pozdro szejset i do następnego.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger