13:16

Pogratulować - przetrwalim ten poyeban jak ruskie sanki rok.

Pogratulować - przetrwalim ten poyeban jak ruskie sanki rok.

Hejka!

 


 *

Zagląda tu jeszcze jakaś duszka? Jak się czujecie w 2021?


Ostatnie dwa miesiące mnie przeorały, psychicznie i fizycznie. Nie wdając się w szczegóły, doleczam upierdliwą infekcję i nadrabiam zaległości. 2020 dał mi jeszcze popalić na sam finał, ale koniec końców wychodzim z tego starcia zwycięsko iii wypatrujem światełka w tunelu.

Już wkrótce, już za momencik Toyad skupi się na urządzaniu swojej iście wampirzej rezydencji :) Omijając szerokim łukiem skandynawski minimalizm i loftową surowość, nie to że mam coś do nich, ale to totalnie nie moje klimaty. U mnie będą grube aksamitne story, wiekowe lampy i świeczniki, poduchy w nasyconych barwach, ciemne drewno, możliwie dużo ajtemsów z XIX wieku (na które pierwej muszę zapolować), i - dajpaniebosze żeby się zmieściło - jebitne kryształowe lustro pałacowe w garderobie. 

Słyszeliście o czymś takim, jak Anemoia? To taki uczuć szczególnej nostalgii za czasami, których się nie doświadczyło. Ja tak mam względem przełomu wieków XIX i XX, głównie w zakresie estetyki ma się rozumieć, albowiem jednak niespecjalnie bym reflektowała m.in. na "leczenie" zębów u kowala, obcęgami. Brrr. Ale no... tęsknię za tą dawną jakością, za szlachetnymi materiami, za dbałością o każdy detal, za unikalnym rzemiosłem, za intencją, aby przedmioty były piękne i przetrwały dekady, jeśli nie pokolenia... Oczywiście jestem też realistką i zdaję sobie sprawę, że dom to nie muzeum, a dzisiejsza mobilność ludzi (między pracami, miastami, państwami, kontynentami) nie sprzyja przedkładaniu wystroju nad wygodą. Plus, oczywiście, zasoby finansowe takoż wymuszają kompromisy :) ALE. Ogólny taki niedzisiejszy wajb i niuanse zamierzam wdrożyć, a co. 

Jeśli macie trudności w wyobrażeniu sobie, o co mi chodzi, to rzućta gałką na poniższy filmik przedstawiający tour po mieszkaniu rodziców Cornelii Grimsmo w Oslo:

 
 
Nosz karwia... genialna chata, zakochanam, i chyba każdy wąpierz czułby się w niej jak ryba w wodzie :D Kinkiety, świeczniki, detale... ehh, miód! Oczywiście ludziom w komentarzach przeszkadza, że mroczno, że depresyjnie, ale ja kocham mrokness* od zawsze i nijak nie nastraja mnie depresyjnie, wręcz przeciwnie, koi, wycisza, inspiruje, stymuluje kreatywny pomyślunek i ułatwia przebywanie we własnej głowie. 
 
* przez mrokness rozumiem wyłącznie subtelną i dyskretną aurę tajemniczości, a nie tani, kiczowaty 'gothic style' w czaszunie i koronki a'la NecroBarbie mejd in czajna
 
Aha. No i palm wściekle pożądam, takich dorodnych, ale obawiam się, że ze mnie kiepska matka dla roślinek i co nie nabędę, to ubiję... :( Kocham efekt dżungli w domu, ale no cóż, nie mam "ręki" do roślin i nie chcę się porywać z motyką na Księżyc. Jakieś rady?

No. I tak to. Tymczasem podosuszam jeszcze mentalne strupy i biorę się do życia! 


* Photo by Jonathan Francisca on Unsplash


19:50

Ponure rozważania znad łokcia by Bzowy Toyad.

Ponure rozważania znad łokcia by Bzowy Toyad.

Jak tam, trzymacie się jeszcze ramy..?


 *

Nienawidzę listopada. Najponurszy miesiąc. Aura reumatycznej, zimnej mokrości za oknem dobija moją (i tak niemrawą z natury) serotoninę. Ugh. Nie lubię. Nie lubię też perfum, które kojarzą mi się ze skisłą wodą po cmentarnych lilijach. 

Ogólnie to zawsze z cokolwiek wzgardliwym uśmieszkiem kwitowałam zasłyszane przepowiednie, że roki przestępne to złe som, ale... ten 2020 to raczyłby już skończyć swój paralityczny danse macabre i zleźć ze sceny. :/

Pominę już kwestię ogromnego, gnijącego MAMUTA W SALONIE, jakiego nam ostatniemi czasy zafundowano, prawdaż, coby nasze zszargane neurony nie doznały aby habituacji bodźca. Psiamać.

Ale spokojnie. Już niedługo. Nie dajmy się dołom i zwątpieniu. Skoro wahadło wychyliło się na maksa w jedną mańkę, naturalnie musi zbalansować i wrócić w przeciwną - zawsze tak jest. 

Zbliżam w filozoficznym zamyśleniu nos do prawego zgięcia łokcia, w które psiknęłam perfumami Hummingbird Zoologist. Wspaniałe. Upojne. Czy ktoś tu jeszcze ma słabość do narkotycznego bzu i miodu? Czuję maj w pełnym rozkwicie. Przenoszę się w błogość wonnych, majowych wieczorów.

Ile bym dała, żeby zdjąć ten betonowy balast z myśli i znów poczuć lekkość i beztroskę.

Parę miesięcy temu szwendałam się po komnatach na Wawelu. Mnóstwo tam interesujących obrazów. Kiedy wpatrywałam się w te oddane pędzlem XIV-wieczne fizjonomie... Doszłam do wniosku, że ludzie się przez wieki wcale wiele nie zmienili. Ani z wyglądu, ani z natury. Lubimy o sobie myśleć, jako o tych wysublimowanych, zajebiście cywilizowanych ubermenschach. Akurat. Dzisiejszy tłum równie chętnie ryczałby i wiwatował na publicznych egzekucjach.

Ale ja nie o tym chciałam...

W sumie, to chyba chciałam Was jakoś pokrzepić, że hej, może i jesteśmy w kupie, ale kupiaste bagno nie trwa wiecznie. Tylko, że chyba mi nie wyszło z tym krzewieniem optymizmu :) 

No nic to... nie zawsze trzeba być pozytywnym na siłę. Ostatnio też dałam sobie na luz z produktywnością na siłę i weszłam w tryb surwiwalowy. Tymczasowo.

Ale jeszcze będzie pięknie!

 

P.S. Wiem, co by mi poprawiło humor. ŚNIEG. Jak zobaczę śnieg w tym roku, to przysięgam, wyłażę na taras jak stoję i będę się tarzać!


*Photo by conner bowe on Unsplash




15:55

Toyad checkin in...

Toyad checkin in...

Cześć!


*

Dzisiaj pościwo o dupie Maryni, czyli nie mam w sumie żadnej adżendy, ot, melduję się na blogasku.

A nie! Mam interes - chciałabym podziękować Czytelniczce (miśki, podpisujcie się proszę jakoś w komciach, cobym Was lepiej kojarzyła) za rekomendację serialiwa, które mię urzekło na wskroś, albowiem totalnie trafia w mój punkt G związany z mroczną, wampirzą estetyką i absurdalnym humorem - cóż za nieoczywiste kombo! Oczywiście mowa o 'What we do in the shadows' :))) Nandor the Relentless... cóż mogę rzec... no uwielbiam typa! Do tego jeszcze Guillermo i jego cokolwiek niemrawe podrygi emancypacyjne... <3 Wciągnęłam dwa sezony nosem i przebieram nogami na trzeci.

Ach. No i jeszcze dziękuję Adze za polecenie 'Fortitude' - siadło, a jakże ;) Jak kojarzycie coś jeszcze w moim typie to dawać tu, nie być sępem :>

Ja też mogę sklecić jeszcze jakieś polecajskie pościwo, jeśli macie życzenie i wolę :)

*

Nie wiem, czy też tak macie, ale u mnie koniec wakacji i te zawirowania pogodowe wjechały ostro... Od paru dni jestem dętka, umysłowo i fizycznie. Taki leniwy, śnięty flak of a vampire. 2020, mówiąc najoględniej, nie jest jakimś wybitnie miziastym i puchatym roczkiem. Nauczyłam się dbać o swój dobrostan mentalny, ale częścią tegoż dbania jest akceptacja, że moje samopoczucie psychiczne nie będzie nigdy linearnie zajebiste. Tak samo moja produktywność. Gorsze dni są okej, dopóki się nie ciągną tygodniami. Toteż czekam sobie na lepszy moment, siedząc w wygodnych dresikach, eksplorując nowe ASMRy*, oddychając do brzucha, pilnując nawodnienia (swoją drogą - odkąd odkryłam "parzenie" herby na zimno, nie piję żadnej innej), podganiając czytanie książek (ostatnio tylko je kupowałam, obwąchiwałam czule i wrzucałam na STYRTĘ). 

Jesień i zima to taki trochę okres "wysiadywania", wygrzewania nowych pomysłów i planów. Pewne sadzoneczki już trafiły do szklarni, zobaczymy, co z nich wyrośnie...

*

Odnośnie eksploracji ASMRów... jeśli jesteście takimi asmrowymi ćpunami jak ja i do tego lubicie mroczniasty, wiedźmowy klimacior, to łapcie TO:

[Esc] reality

Typiara wie, co lubią wąpierze pokitrane na jesień w kryptach. <3





Photo by Elia Pellegrini on Unsplash

 


11:30

Nieczynne z powodu że zamknięte, czyli twardy restart.

Nieczynne z powodu że zamknięte, czyli twardy restart.
Hejka!
 
 
Czasami jest tak, że wpadamy w jakąś taką szarą rutynę, a życie zdaje się turlać monotonnie jak osobówka przez podkarpackie pola.

Potrzebny restart, żeby zrobić odżywcze pierdolnięcie. Nie będę tu lać wody po próżnicy, a wiem że lubicie klarowne punkty, zatem:

1.) OSTRE CIĘCIE.

Nie wahajcie się amputować rzeczy, spraw oraz (zwłaszcza) osób, które Wam nie służą, irytują, trują wajba, smędzą, nudzą i nijak nie uosabiają energij, do których aspirujeta i chceta się dostroić. Będę o tym chrzanić do końca świata, bo to ważne. Dajmy na to, uporczywie trzymasz wśród fejsbuczanych pokemonów osoby, które zwyczajnie, pod względem ontologicznym, w prostocie serduszka, masz w tyłku, ale - no przeca wspólna podstawówka. Jakieś zamierzchłe miejsce pracy. Jakieś prehistoryczne eksy i ich przydupasy. Jakieś wścibskie pociotki, wypiardujące niestworzone plotki. Ooo albo tzw. frenemies, czyli słitaśne pseudokoleżaneczki, które w głębi swojego jestestwa wcaaale Ci dobrze nie życzą i totalnie zrobiło by im dzień, gdybyś się kopyrtnęła na drodze do wygrywów wszelakich. Mogłabyś np. przytyć albo się rozwieść. I nie daj sie zwieść ich uduchowionym pierdoletom o karmie i byciu pozytywną, bo takim typiarom obłuda w rozwoju "duchowym" bynajmniej nie przeszkadza... bleh.
 
Niechaj palec wskazujący Twej prawicy bądź lewicy nie zazna drżenia wahania, kiedy pykasz KLIK - USUŃ i/lub BLOKUJ. Krytykanckie Krysie* - baj. Negatywne Natalki* - baj. Justynki* Jęczybuły - baj. Uduchowione Urszulki* - baj. Natchnione Nataszki* - baj. Dramatyczne Dorotki* - baj.

***- przepraszam nosicielki tych zacnych imion, ale musiały mi się litery zgadzać celem taniego efekciarstwa ;)

Wiem, że niektórzy mają np. super ekipę z licbazy, z którą utrzymują żywy kontakt, ale często tzw. ludzie z klasy to po prostu randomowa zbieranina lokalsów, indywiduów bez polotu, z którymi nam totalnie nie po drodze. Po kiego więc na siłę oglądać te mdłe fizjonomie po latach na swoim ekranie?? Po co zaśmiecać sobie umysł obrazem Bożenki pozującej dumnie z progeniturą na tle meblościanki?

K-lik! Baj.


2.) MINION EON, WON.

Patrz przed siebie i nie trać pary wiosłując pod prąd. Błędy to tak naprawdę lekcje do odrobienia. Nie pozwól sobie w kółko zdawać egzaminu z jednego tematu. Ucz się pilnie z każdego fakapu i niezwłocznie implementuj konieczne modyfikacje strategii życiowej. Po czym nie wahaj się przechodzić do następnego rozdziału. Nie tarzaj się we własnym weltszmercu jak świnka w błocie, bo tracisz cenny czas. I wykopki archeologiczne w zapylonej przeszłości - też won. Wyjątek - praca terapeutyczna. I tyle. Jak już rozplączemy dany kołtun wspomnieniowo-traumowy, won. I natychmiast wywietrzyć smród.

Na tym polega ewolucja, panie. Regularne zrzucanie starej skóry.

U MNIE DZIAŁA.


3.) STWARZAJ KOSMOS CODZIENNIE.

Dbaj o ład w swoim mikrokosmosie. We łbie i w anturażu, w szafie i w utorbieniu. Ład ma to do siebie, że trzeba o niego dbać na nonstopie, bo chaos się chwaści mega szybko.

Dwa powyższe punkty mają za zadanie usunąć materialne i niematerialne blokady, czyli durnostojki na Twojej drodze do ogólnoegzystencjalnej lepszości. Jak coś usuwasz, robisz miejsce na nowe. Brzmię może jak szaman Wiesiek co mu peron odjechał, ale uwierzcie mi - jestem do bólu pragmatycznym i niekiedy wręcz przyziemnym szamanem. To quasimistyczne gunwo z energiami jest prawdziwe i wpisuje się w zagadnienia fizyki teoretycznej, która również z pozoru brzmi jak odjechane mambodżambo, ale to piur sajens, bicz.

Ponadto, taka taktyka działa także jako trik psychologiczny, a jak coś dobrze działa, to nie może być durne.

No.

Wypierdzielamy bez mrugnięcia gałką wszystko co nie wzbudza w nas ciepłych uczuć, co zakotwicza nas skojarzeniowo w przeszłości i co nie koresponduje z naszą wizją przyszłości.


4.) REWIDUJ PRZEKONANIA.

Zastanów się głęboko nad paradygmatem, w którym tkwisz, w którego ramach myślisz. Kiedy zaczniesz odrzucać treści, którymi nie chcesz się dłużej żywić, zaskoczy Cię, jaki ich ogrom nigdy tak naprawdę nie należał do Ciebie. Ja wciąż nie mogę się nadziwić, jak ostro broniłam kiedyś cudzych twierdzeń, w przekonaniu, że są moje własne... 
 
Przykład? Finanse i "bogactwo". Króluje RESENTYMENT, proszę państwa. Winogrona, które wiszą zbyt wysoko, przecież i tak muszą być kwaśne... no nie? U mnie to było (za studenciary) półświadome demonizowanie pieniędzy i dobrobytu materialnego jako czegoś "niskiego", moralnie podejrzanego, niegodnego osoby jakże wrażliwiej i uduchowionej... Czyżby? Dziś mnie bawi ta absurdalna gloryfikacja życia w stanie wiecznego spłukania jako rzekomo bardziej wzniosłego, pogłębionego, na wskroś szlachetnego i zasługującego na order z ziemniaka. To namiętne narzekanie że cośtam jest taaakie drogie, a na inne cośtam nie będzie mnie nigdy stać, a jak można w ogóle wydać tyle kasy na luksusy kiedyyyy... yyy... dzieci w Somalii głodują. A że dobra praca to tylko po znajomości, przez wielkie cycki albo przez cwaniactwo, ogólnie "prawdziwe" życie jest zawsze ciężkie i kopas dupas, a że tamta pinda żyje sobie komfortowo dzięki mężowi i nie musi zaiwaniać do roboty (a żeby ją tak parchy oblazły, tfu!). A że piękne i kosztowne ubrania mają wisieć w szafie w oczekiwaniu na "specjalną okazję" (czyt. Św. Nigdy)... Och, sporo tego. Tyle mamy zaimprintowanych, nieświadomych, toksycznych skryptów, które nas autosabotują z czeluści psychy... Warto się nad nimi pochylić i je uzdrowić. Alchemicznie przemienić łajno w złoto.

No cóż, patrz punkt 2. Wyciągamy wnioski, otrzepujemy kolanka i idziemy dalej, wyżej.

W krystalizowaniu swojego światopoglądu nie oglądaj się na innych, bo inni to w 80% leniwe poznawczo owce, wygodnicko internalizujące "poglądy" innych owiec, a tak naprawdę - bezmyślnie łykające dowolną mentalną paszę od swoich wełnistych ziomków. Owszem, w kupie cieplej i raźniej, mniej odpowiedzialności, ale... kupa nie pójdzie, dokąd Ty chcesz pójść, ani Ci w tym nie pomoże, a wręcz przyblokuje swobodny manewr. Przez łby innych owiec nie ogarniasz szerszej perspektywy, nie widzisz co jest na horyzoncie.


5.) OGARNIJ SPERSONALIZOWANĄ WIZJĘ.

Siebie i swojego cacanego lajfa. Musi być żywa i pachnąca, ale uwaga - musisz uczciwie ocenić, co jest wykonalne, a co nie (np. jak masz skrzeczący głosik, śpiewaczką operową raczej nie zostaniesz, co nie zmienia faktu, że i tak większość przeszkód w spełnianiu marzeń istnieje jedynie w naszych garach).

Bez własnej wizji jesteśmy idealnym celem dla manipulacji. Wizja jest jak mapa, pozwala nie wykidać się z trasy.

Możesz kreować wizję od ogółu do szczegółu, lub odwrotnie. Jak Tobie wygodniej.

Możesz zacząć np. od tego, jaki styl życia najbardziej z Tobą współgra - aktywny na maksa, pełen adrenaliny i wyzwań, czy raczej stabilny, cichy i spokojny? Wielkie miasto, szybkie tempo, kalejdoskop wrażeń, czy raczej sielskie klimaty bliżej natury? A może styl mieszany? :> Wyobraź sobie swój idealny, typowy dzień. O której wstajesz? Z budzikiem, czy promieniami słońca? A może ładuje Ci się do łóżka ekipa wesołych dzieciorów (łysych lub futrzastych) domagających się przytulasów i śniadania? ;)
 
Nie zaszkodzi folder z inspirkami. Jeśli jednak przytłacza Cię na dzieńdobry stworzenie takiej wizki z rozmachem, skup się na kilku kluczowych rzeczach, które chcesz odhaczyć, zanim odwalisz kitę zakończysz doczesną podróż. Priorytety, rozumisz. Potrzebujesz klarowności w priorytetach. Co za pół roku? Co za rok? Co za 5 lat?

Wyobraź sobie najlepszą możliwą wersję siebie i po prostu... zacznij ją uosabiać najlepiej, jak potrafisz. Już dziś. Już teraz.

Wszystko, co nie pasuje do wizji, jak już się zapewne domyślasz - WON.

Z drugiej strony - ciśnienie, presja i desperacja również won. Złap zen i balans.


6.) DYSKRECJA, CZYLI... PRZYMKNIJ DZIÓB.

Za młodu miałam odruch spontanicznego dzielenia się swoimi planami i inspiracjami, a także sukcesami i radościami. Obecnie nauczyłam się powściągać takie zapędy, ponieważ poznałam conieco natury ludzkiej i niestety - wielu ludzi wcale nie życzy bliźnim dobrze, wręcz przeciwnie... I takie entuzjastyczne gejzery radości odbiera jako bezczelny "chwaling", zaogniający hemoroidy na delikatnej rzyci samoocenie jegomościa lub jejmości. Większość tłuszczy pędzi żywot na bezrefleksyjnym autopilocie i prawdopodobnie nigdy nie wykroczy poza przeciętność. Nie dlatego, że obiektywnie nie może, ale dlatego, że nie ma pojęcia, że może. Widok kogoś, kto realizuje swój potencjał, powoduje palący dyskomfort, dysonans poznawczy i wyzwala wówczas brzydkie, stadne instynkty sprowadzenia delikwenta "na swoje miejsce". Bo tak jest łatwiej. Jak kraby w wiaderku - nie dadzą żodnemu wynijść. Ludziom nie tyle przeszkadza, że sami mają niewiele, ale raczej to, że KTOŚ ma/pragnie/oczekuje więcej. I co wybitnie przykre, nie dotyczy to tylko obcych, ale także "bliskich", rodziny i przyjaciół, którzy teoretycznie powinni cieszyć się razem z nami i wspierać... Rzeczywistość bywa inna.

Nie chodzi mi o zaszczepienie w Tobie paranoi i przekonania, że ludzie są z gruntu źli, raczej proponuję pewną dozę trzeźwego realizmu i ochronę swojej cennej bańki szczęścia przed pazernym okiem 'frenemies' i inszych frustratów. Zamknięta paszcza to najlepszy talizman przed wrażą energią zawiści. Chodzi mi zwłaszcza o ważne i wrażliwe kwestie, które jeszcze się nie dokonały w czasie. Ergo - takie, które można jeszcze spiergolić.

Zresztą, enyłej, po co obsesyjnie anonsować obcym ludziom wszystko, co dotyczy naszej ścisłej prywaty?? Zadowoleni ludzie są generalnie zajęci swoim klawym życiem, a po cholerę dawać pożywkę nieszczęśliwym frustratom ze skłonnościami do patologicznego plotkarstwa?

Ot, moje dwa grosze.
 
 
7. NIE ZANIEDBUJ FUNDAMENTÓW I GARA.

Przez fundament rozumiem ciało, naszą doczesną powłokę, naczynie, nośnik. Z takim tu wylądowalim i za taki należy się wdzięczność, respekt, należyta dbałość. Gar to oczywiście czaszunia, naczynie na mózg, ale odnoszę to słowo luźno do ogólnej formy mentalnej.

Stan chociażby naszych jelit ma przemożny wpływ i na odporność, i na skórę, i na wszelkie autoimmuno, i na - uwaga - psychę. Dlatego weź to proszę na serio. Osobiście przychylam się aktualnie ku Intermittent Fasting i LCHF/keto, ale nie będę nikomu zaglądać w talerz i sugerować, czym ma się pożywiać, natomiast nalegam, aby nie traktować swojego zdrowia z nonszalancją. Odpalamy rzetelne źródła wiedzy (nie, celebrytki i influencerki do nich nie należą) typu Pubmed, odpalamy własny rozum i weryfikujemy. 
 
A jak zadbać o gar? Przede wszystkim trza dołożyć starań i rozwinąć techniki niwelowania stresu. Stres to główny faktor rujnujący ciało i ducha. Jako totalny neurotyk i wrażliwiec z tendencją do przebodźcowania GORĄCO propsuję codzienne odbodźcowujące sesje z jogą, medytacją, solfeggio lub ASMR. Wspaniale się przy tym centruję. Słuchawki na łeb, Spotifajka on, giry na ścianę i czileeera...
 

Jak coś mi przyjdzie do łba to dopiszę. Baaj!


 
* Photo by Ava Sol on Unsplash









13:48

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.
Czołem kwarantannowe Wampiry.


*

Co oglądacie?

Moją guilty pleasure są od pewnego czasu seriale, zwłaszcza mroczne kryminały, zwłaszcza w typie nordic noir, ale nie tylko.

Nigdy nie dzieliłam się swoimi polecankami rozrywkowymi, ale w sumie... dlaczego nie? Czasy, zdaje się, stosowne po temu. Dorzucam dla ułatwienia od razu link do IMDB, gdzie możecie doczytać szczegóły i obejrzeć zajaweczkę.

Gorąco też pożądam Waszych rekomendacji, jeśli czujecie podobny klimat :)


1. Most nad Sundem - Bron/Broen

IMDB - 8.6

No co tu dużo gadać. Klasyk nad klasyki. Saga Noren to moja absolutna idolka, kochany, 'społecznie sczelendżowany' dziwak... Bardzo "czuję" tę postać. Nigdzie to chyba wprost nie padło (?), ale Saga prawdopodobnie ma zespół Aspergera, zaliczany do spektrum autyzmu. Serial wciąga, jest mroczny, skandynawski na wskroś i trzyma poziom (moim zdaniem) przez wszystkie odcinki i sezony.

2. Forbrydelsen - The Killing

IMDB - 8.4

Duński serial. Tym razem bohaterką jest Sarah Lund. Może nie jest tak aspołeczna jak Saga, ale też dość specyficzna, bardzo zaangażowana w pracę detektywa. Popyla w sympatycznych, odrobinę przypałowych sweterkach :) Serial wciąga, jest mrokness, są trupy, jest dobrze. Po skandynawsku.

3. Unforgotten

IMDB - 8.2

Serial brytyjski. Akcja dzieje się w Londynie, bohaterką jest Cassandra/Cassie Stuart, która dla odmiany jest dość nobliwa i nieprzypałowa. Bada tajemnice zbrodni z przeszłości. Fajny kryminałek, fajny.

4. Happy Valley

IMDB - 8.4

Patrząc na dość "poczciwą" i wesoło-jowialną fizjonomię głównej bohaterki, jakoś nie byłam przekonana... Kiedy w końcu jednak sięgnęliśmy po ten serial, żałowaliśmy, że tak późno. Bardzo, ale to bardzo dobry!

5. The Sinner  - Grzesznica

IMDB - 8.0

Coś trochę innego. Główna bohaterka, Cora Tannetti (Jessica Biel) popełnia z pozoru absurdalną zbrodnię, a detektyw Harry Ambrose (Bill Pullman)... zresztą, nie będę Wam psuć zabawy :)

6. Tabula Rasa

IMDB - 8.1

Belgijski thriller psychologiczny. Bohaterka Annemie/Mie cierpi na amnezję po wypadku, będąc jednocześnie głównym świadkiem i podejrzaną w sprawie tajemniczego zaginięcia mężczyzny. Bardzo dobrze się ogląda.

7. Jordskott - Las zaginionych

IMDB - 7.2

Szwedzki, dość 'odrealniony', klimatyczny, ale z pewnością nie wszystkim podejdzie. Moim zdaniem więcej tu klimatu niż wartkiej akcji, ale poczytuję to w tym przypadku na plus.

8. Darkness: Those who kill

IMDB - 7.6

Też raczej po stronie kryminalnej skandynawskiej klasyki, może nie wybitny, ale zacna propozycja na weekendzik. Mało popularny.

8. Der Pass - Pagan Peak - Granica zbrodni

IMDB - 8.0

Łooo, panie... Niemcom/Austriakom udało się wysmażyć coś bardziej nordic i bardziej noir, niż Skandynawom! Nie no, żartuję... ale jestem zaskoczona, pozytywnie. Widoki, muzyka (Hans Zimmer), napięcie... Twórcy nie cackają się tutaj z uczuciami i sentymentami widza, absolutnie.

9. Absentia

IMDB - 7.3

Agentka FBI, Emily Byrne (Stana Katic - girl crush AF!) zostaje uznana za zmarłą. Sześć lat później zostaje odnaleziona cała i zdrowa w lesie, jednak nie pamięta, co się w międzyczasie działo. Dowiaduje się za to, że jej mąż ożenił się po raz kolejny, dziecko ma do niej dystans, a ona sama... zresztą, obejrzyjta :)

10. Marcella

IMDB - 7.4

Ot, fajne serialidło w swoim gatunuku. Jest trup, jest wartka akcja, jest bohaterka z problemami rodzinnymi.

11. Beforeigners - Przybysze

IMDB - 7.9

Norweski, HBO. Miks komedii kryminalnej, sci-fi i... czegoś zupełnie od czapy :) Są Wikingowie tajemniczo zlądowani w teraźniejszości, jest para bohaterów o swoistej dynamice, jest współczesność w krzywym zwierciadle.

12. The Haunting of Hill House - Dom na wzgórzu

IMDB - 8.7

Nie przepadam za klimatami horrorowatymi, a jednak uwielbiam ten serial... Gdzie w tle stare tajemnicze domostwo, tam Toyad bieży w podskokach.

13. Real Humans

IMDB - 7.9

O humanoidalnych cyborgach walczących o swoje prawa (uznanie ich "człowieczeństwa") i "prawdziwych" ludziach. Interesujący, na dłuższą metę mnie znużył, ale wiem, że wielu osobom bardzo przypadnie do gustu.

14. Trapped - W pułapce

IMDB - 8.1

Islandzki, znowu dość klasycznie - surowe krajobrazy, ciemność, morderstwo, odludzie, wiatr ze śniegiem w oczy. Miodzio.

15. Deadwind/Karppi

IMDB - 7.2

Oglądamy aktualnie, jeszcze nie mam zdania, ale jedno wiem na pewno... śpiewno elfowy język fiński i Helsinki jako anturaż dobrze mi "wchodzą" :>

No i na koniec:

***True Detective*** - dla mnie 1. sezon poza wszelką konkurencją w zakresie klimatu, podskórnego niepokoju i tajemnicy. Ever. 

IMDB - 9.0


Jak o czymś sobie przypomnę, to zrobię apdejt.

Tymczasem, miłego!

* -






12:49

Babo, nie płyń z nurtem "Wybierzmnie", jak zdechła ryba.

Babo, nie płyń z nurtem "Wybierzmnie", jak zdechła ryba.
Cześć miśki tęskniące za Toyadem <3

Uskuteczniam wykopki archeologiczne. Oto post, który marynował się w roboczych od wielu długich miesięcy. Pochodzi z czasów, kiedy przyświecał mi jeszcze neoficki zapał energicznego uświadamiania, ratowania i odpsychofażania mas.

Nie to, że obecnie jest mi to obojętne - zawsze totalnie topnieję ze szczęścia na wiadomości o tym, że moje teksty zainspirowały kogoś do skutecznego pozbycia się toksycznej pijawy. Ale odpsychofażenie się to dopiero początek drogi, której dalsze etapy są dalece bardziej fascynujące, ponieważ kiedy na serio wkroczysz na ścieżkę osobistego "lewelowania się*", pojawia się efekt zapadki - mentalny regres do poprzedniego etapu jest praktycznie niemożliwy. I to jest zaaajebisty uczuć :)

 (*roboczo zapożyczone ze slangu graczy, nie bardzo wiem jak zastąpić 'level up' żeby zachowało immanentny sens - doskonalenie/ulepszanie to jednak nie do końca to).

Pora iść dalej.

Za moich czasów to była niejako wiedza tajemna (tutaj dozgonna wdzięczność i pokłony dla Mai, która była moim najpierwszym i najważniejszym światełkiem w tunelu), a dziś - choć wciąż nie jest idealnie, to jednak poszukującym o wiele łatwiej trafić na nić wyprowadzającą z labiryntu. A mimo to jednak nie wszyscy z labiryntu wyjdą. No cóż, im wyżej na szlaku, tym puściej, ale i... piękniej.

„Usta mądrości są zamknięte dla wszystkiego z wyjątkiem uszu zrozumienia.” – Kybalion.



 *

Ale tak sobie pomyślałam, że opublikuję ten pościk enyłej, bo może stanowić pożyteczny pomost od żucia starych okołopsychofażych szmat, do jakichś bardziej rozwojowych i przyszłościowych klimatów.

Otóż. Jak raz człowiek rozgryzie modus operandi jednego toksyka/narcyza/psychofaga, to tak naprawdę, jakby poznał wszystkich. Są jednowymiarowi, schematyczni i... nudni. Tak, nudni! Bezwartościowe szmatławce, puste wydmuszki, żyjące pozorami i tanią gadką. Teraz mój tox-radar błyska i wibruje wściekle już od pierwszej "czerwonej flagi" ostrzegawczej, jak pager na pizzę w Forum Przestrzenie :) W zasadzie psychofag to jedna i ta sama maska skrywająca tę samą brzydką zimną pustkę. Won z nimi. Nie rokują. Kiedy namierzysz takiego w swoim otoczeniu, zaiwaniaj w przeciwnym kierunku co sił w kulasach.

ALE. Halo! Jest przecież jeszcze druga część tej pochromolonej układanki.

BABA. (ok, nie wyskakiwać mi tu, że zjawisko psychospiergolenia nie ma płci, bo ja o tym doskonale wiem, ale jako baba przyjmuję w swojej narracji taką, a nie inną, perspektywę, ponieważ mój blogasek kierowany jest do BAB ---> koniec disclaimera)

Otóż, baba. Wrzućcie sobie w googla np. "mój mąż/partner mnie wyzywa/bije" z dopiskiem "forum". To, co można przeczytać, to jest jakaś zgroza. Włos się jeży, w jakim cuchnącym gunwie można nurkować, nazywając to miłością... Dzisiaj przyprawia mnie to o ciary przerażenia, wstrętu i... lekkiego zażenowania, ale z drugiej strony - daaawno, daaawno temu sama nie miałam pojęcia o prawidłach i dynamice toksycznych relacji i zwyczajnie nie byłam w tym punkcie samoświadomości, w którym jestem dziś. Aczkolwiek, when you know better, you do better, dlatego ja świadomie wyrzekłam się, raz a dobrze, grzechu "gupiocipstwa" - na wieki wieków amenT.

Poza tym... Prawda jest taka, że wiele z nas ma na pewnym etapie życia "syndrom gupiocipstwa", bo tak jesteśmy tresowane. Żeby zgrywać małe, nieszkodliwe, niepozorne, ugrzecznione, wyrozumiałe. Takie tam, easy-going. Tanie w utrzymaniu. Broń bosz "wymagające" i konsekwentnie egzekwujące własne granice. Booo - o zgrozo - żodyn nas nie "WYBIERZE" i ojojoj, ni ma winkszyj tragedii w życiu niż niemanie chłopa. Belejakiego. Wystarczy, żeby miał 3P - portki, penisa i puls :/ (no dobra... modne portki gołodupcowi same chętnie ufundujemy).

Do tego nierzadko jesteśmy wyposażone w kamień na szyi, czyli deficyty, uwarunkowania i nieświadome skrypty wyniesione z domu wraz z kiepskimi wzorcami, nie wyrastamy z infantylnych "ideałów" z bajeczek i komedyjek romantycznych, towarzyszy nam naiwna wiara w przybycie księciunia na biołym kuniu, który nas wyratuje z życiowej doopy/zblazowania/bezsensu/staropanieństwa. Paradygmat 'struggle love', czyli "trudnej" i usłanej cierniami "miłości" jako lepszej niż żadnej został medialnie uromantyczniony i wyniesiony na piedestał. I ma się świetnie. I jest cholernie, ale to cholernie szkodliwy. Gubią nas rozbuchane emocje odbierające głos przytomnemu osądowi rozumu, mrzonki o niezniszczalnym uczuciu co zwycięża wszelakie przeciwności losu.

Spoiler - nie, nie zwycięża. Tzn. może, ale w dobrych z gruntu związkach - zaś związek rzyci z batem nie uznaję za takowy. Sorry.

Wracając do kamienia na szyi - w większości w ramiona złotoustych toksyków rzucają się osoby z syndromem (ogólnie mówiąc) DDD, dzieci z dysfunkcyjnych domów, z głodnym serduszkiem na dłoni, gigantycznym niedoborem miłości (zwłaszcza zdrowej własnej) i atencji, których nie zaznały zbyt wiele w dzieciństwie i skłonne są trzymać kurczowo każdy lichy strzęp. Nie mogące sobie nawet wyobrazić, że na ów strzęp wcale nie trzeba "zasłużyć". Z rozmytymi granicami i wysoką tolerancją na wszelkie podłe gówno ze strony innych, zwłaszcza bliskich. Być może z wyższą niż przeciętna wrażliwością i (nad)empatią, a także z pewnym zacięciem mesjańskim i wzruszającą (a naiwną) wiarą, że dana osoba jest dobra, tylko się pogubiła, i my ją możemy naprawić, zanurzając skrzywionego delikwenta w bezkresie naszego bezwarunkowego uczucia i wiecznego wybaczania... Projektujemy na problematycznego partnera osobę swojego problematycznego rodzica, nieświadomie odtwarzając dawny spektakl w nadziei na inne, mniej ponure zakończenie. Polyanny "grające w zadowolenie", zapominające o przetrąconej żuchwie i podbitym oku na widok przeprosinowego bukietu róż, gdy zaledwie dzień wcześniej dostały srogi łomot (w skórę lub werbalnie). Przecież zawsze można z Misiem POGADAĆ i może za którymś razem ZROZUMIE że to boli i że nu-nu? Żyjące w matrixie romantycznościowych bzdetów, powtarzące niczym mantrę frazesy o cierpliwej miełości, co to wszystko cierpiętniczo znosi i wybacza. I że KAŻDY zasługuje na (tysiącdrugą) szansę, nie wolno nikogo przekreślać, a zwłaszcza Misiaczka, który robi taką zbolałą minkę koteła ze Shreka i obiecuje złote wierzby na gruszce.

Brrr. Przepraszam, czknęło mi się womitem.

Przypomina mi się pewna kobieta 70+, poniewierana przez męża i zdradzana na prawo i lewo, która z dumą wysyczała spomiędzy zaciśniętych zębów, że mimo wszystko ona WYGRYWA, bo mężuś ostatecznie JĄ WYBRAŁ, a nie te lampucery, z którymi narobił pozamałżeńskich dzieci.

Ech, ta trudna miełość taka pienkna, prawdaż.

To naturalne, że w pierwszym odruchu zaciekle bronimy swojej wizji rzeczywistości, na rzecz której ponieśliśmy już tyle emocjonalnych i materialnych kosztów... Trochę ciulowo, żeby to wszystko okazało się inwestycją jak psu w dupę, tudzież jak krew w piach. Mówiąc wprost - decydujemy się na kolejną rundę tej porąbanej gry, aby "nie przegrać", błędnie biorąc pozbycie się żelaznej kuli u nogi za STRATĘ i przegraną. Nie rozumiemy, że dobrowolna rezygnacja z tej ruletki jest jedyną szansą na wygraną - spokojne, szczęśliwe, godne życie na własnych warunkach.

Delikwentka w fazie nieświadomej (tj. zanim się zleweluje, niektóre nigdy) charakteryzuje się m.in. tym, że:

- Jej żyćko układa się w charakterystyczny szlaczek związkowych fakapów, ale ona nie ma pojęcia, jakiż to tajemniczy magnes w niej sprawia, że "przyciąga" gachów z problemami (długi, nałogi, zaburzenia osobowości, skłonność do agresji), ale ochoczo dźwiga to brzemię, jakim jest "trudna miłość", mając przed nosem marchewkę z napisem "ale Misio ma taaaki potencjał". Nie widzi, że marchewka jest z chińskiej gumy i nie czuje, że śmierdzi toksycznym szajsem.

- W relacji ma zadatki na niekonsekwentną, cieplusią mamusię dla swojego dorosłego chłopa z kompletem zdrowych kończyn i czaszką zasobną w szarą galaretę. Oczywiście nikt bidulka "nie rozumie" i "nie docenia", stawiając mu jakiekolwiek uzasadnione wymagania, natomiast ONA JEDNA na przekór światu pełnemu złych ludzi czule tuli synusia do memłona i głaszcze wyrozumiale po główce.

- Wyręcza go w najprostszych zadaniach. Wyszukuje mu oferty zatrudnienia, osobiście odpicowuje mu CV i pisze błyskotliwy list motywacyjny. Staje na uszach, aby pokazać, jaka to jest dobra, cierpliwa i troskliwa, aby "zaskarbić sobie" jego głęboką wdzięczność i buchający płomień miłości. Żeby ją wybrał.

- Całą energię i wysiłki inwestuje w Misiaczka, powoli stając się zaniedbaną, umęczoną, sfrustrowaną, gderającą kwoką. Zastanawia się, dlaczego nie dostaje żadnej formy uznania za swoje poświęcenia. Ba, jeszcze odkrywa, że Misio się puszcza na boku! Niewdzięczny! Wiecie dlaczego? Bo mamusia jest owszem, pożyteczna, gdy opiera śmierdzące skarpety, ale zgoła niepociągająca, bo ma coraz mniej wspólnego z atrakcyjną Kochanicą. Nie trzeba się dla niej starać, ani niczym jej imponować - i tak pozbiera te cuchnące skarpety, jak zawsze. A nawet taka żałosna, indolentna Mendżajna potrzebuje poczuć się jak samiec alfa, co jest wykluczone przy kastrującej jego Ego nadopiekuńczej mamuni.

- Bywa też, że rozczarowana i poirytowana biernym oporem gnuśnego Misiaczka PICK ME wchodzi w rolę surowego (wybiórczo) żandarma. Kontroluje, ile wysłał CV, ile stron z materiałów do egzaminu przeczytał (z odpytywaniem), przegląda mu telefon i historię wyszukiwarki w kompie, wydzwania gdzie i z kim jest itp.

Jeżeli kiedykolwiek złapiesz się któraś na wchodzeniu w rolę zastępczej mamuśki dla swojego pełnosprawnego chłopa, pacnij się w łeb, byle mocno. Nie mówię, że masz nim pomiatać i zaniedbywać, ale po prostu nie traktuj go jak swojego zaślinionego synusia na cycu, którego trzeba za rączkę prowadzić i paluszkiem pokazywać, co ma robić, żeby bidulek mógł funkcjonować jak przystało na dorosłego człowieka. Dlaczego? Bo to nie służy ani jemu, ani Tobie, ani związkowi. Podobnie, jak wieczne fundowanie bliskiej osobie z problemem alkoholowym tzw. "miękkiego lądowania" jest niedźwiedzią przysługą, bo nie pozwala jej zmierzyć się z realnymi konsekwencjami własnego nałogu, a co za tym idzie - oddala szansę samodzielnego odbicia się od dna, odbiera odpowiedzialność za własne życie i zdrowie, upupia w pozycji bezradnego dziecka. To nie jest pomoc ani wspieranie, to jest utrwalanie status quo.

I na koniec, moje ulubione "a czo z MIEŁOŚCIĄ? Bo ja go TAK koooffam..."

Cóż. Miłość piękna sprawa. Ale sytuacja, w której Ty kogoś uporczywie "kochasz", a on Cię notorycznie ciągnie w dół, gnoi, wykorzystuje, szmaci, okłamuje, ma Cię w totalnej w pogardzie, to sorry, ale to nie jest żadna szumnie zwana miłość, a zwykły destrukcyjny nałóg i współuzależnienie. W miłości jest miejsce na zdrowe wymagania i zdrowe granice. Dlatego właśnie mądry i kochający rodzic nie pozwala dziecku na wszystko, nie ulega każdej zachciance okraszonej wrzaskiem i tupaniem nóżkami.

Zdrową miłość można dać i otrzymać tylko wówczas, kiedy się ją najpierw ma dla siebie. Z pustego i Salomon nie naleje. Ale do tej rewolucyjnej konstatacji się dojrzewa (albo i nie).

Traktując siebie w określony sposób, ustanawiasz standard, w jaki będzie traktować Cię świat. W życiu dorosłym dostajemy przeważnie to, na co się godzimy. A godzimy się na to, na co - naszym zdaniem - zasługujemy. Jest to ściśle powiązane z naszym poczuciem własnej wartości. Jeśli masz niskie standardy tego, jak związek powinien wyglądać, jesteś wręcz idealnym łupem dla psychożercy i przemocowca. Nie otrzymasz miłości, jeśli sama siebie tak bardzo nienawidzisz, że pozwalasz deptać po sobie ubłoconymi buciorami. Nie wzbudzisz szacunku, co najwyżej litość, jeśli sama nie respektujesz własnej integralności i granic. Nie będziesz doceniona, jeśli sama siebie nie potrafisz najpierw docenić.

Babo. Przestań się kulić w kącie, wmawiając sobie, że nędzne ochłapy spod stołu to wszytko, na co zasługujesz. Musisz znać swoją wartość, inaczej ktoś Ci ją podyktuje, zgodnie z jego własnym samolubnym interesem. Jak nieuczciwy handlarz samochodami vintage - chce odkupić po taniości, żeby spylić z zyskiem dla siebie. Psychofagi mają ultraczuły radar na takie przepraszające że w ogóle oddychają i zabierają przestrzeń kobiety, które płoną żądzą zapracowania i "zasłużenia" na miłość. Choćby miały się przy tym złamać wpół.

Generalnie... Jeśli czujesz, że brodzisz po pachy w szitowiu, kserując brzydkie schematy, to mam dla Ciebie dwie wiadomości. Pierwsza, ta dobra, jest taka, że istnieje równoległa do Twojego matrixu rzeczywistość, w której nie musisz zapełniać studni bez dna i wtaczać syzyfowego głazu pod górę. Świat, w którym czujesz się absolutnie wystarczająca i wystarczająco dobra. Świat pełen niezachwianego poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Świat, w którym znasz swoją wartość i nie godzisz się na bycie niczyją wycieraczką. Druga wiadomość jest taka, że jeśli Twoje poczucie własnej wartości jest dziurawe jak szwajcarski ser i nie wiesz, czy o własnych siłach się z tego badziewia wygrzebiesz, to kicaj w podskokach na terapię, bo inaczej będziesz się turlać w tej betoniarce rzadkiego łajna ad mortem defaecatam. Twojem mortem, a jakże. Ale! Nie biegnij do byle jakiego terapeuty z łapanki (znam takich "specjalistów" z bożej łaski, którzy swoją ignorancją i brakiem przenikliwości wyrządziliby więcej szkody niż pożytku), tylko do osoby, która ma wiedzę i doświadczenie KONKRETNIE w subtelnej materii przemocy psychicznej i manipulacji. Jak nie możesz takowej znaleźć, ogarnij konsultacje np. przez skype. Albo przynajmniej czym prędzej odpal na YT kanały Wilczycą Być, Jesteś Mistrzem (Nelumbo Institute), Soul GPS - pełno tego teraz, jest w czym przebierać. Ja polecam Little Shaman - jest po angielsku i ma dużo błyskotliwych insajtów, np. w kwestii intymności z narcyzem. Chłoń wiedzę. Wiedza to artyleria na całkiem niezłe powstanko.

Niby każde poźno jest lepsze niż później, ale gwarantuję, że konstatacja oddania najpiękniejszych lat życia jakiemuś niegodnemu splunięcia patałachowi odbija się bardzo gorzką, żrącą zgagą. Długo się odbija. Plus, nie wiem, czy niektóre Polyanny zdają sobie z tego sprawę, ale pozostawanie w jakiejkolwiek relacji z osobą o rysie psychopatycznym (wielu narcystycznych zaburzeńców go ma) jest zwyczajnie NIEBEZPIECZNE. Wiele Polyann wierzących w ukryte dobro swojego agresywnego "nadwrażliwego" Misiaczka wącha kwiatki od spodu, zasilając policyjne statystyki... Ja nie żartuję. Dupa w troki. Zwłaszcza, kiedy są dzieci. Jeśli w grę wchodzi jakakolwiek przemoc, pieprzenie, że tkwisz w przemocowym bagnie dla ich "dobra" (ach, pełna rodzinka na obrazku), jest skrajnie nieodpowiedzialne i jest zwykłą wymówką dla własnego chorego nałogu. Nie tańcuj pod aprobatę "opinii publicznej" - ludzie będą Ci obrabiać tyłek niezależnie od okoliczności - że samotna matka, że odeszłaś od męża i "rozbiłaś rodzinę", ale gdy dziecku stanie się krzywda, ci sami ludzie będą filozoficznie pytali, gdzie była matka i czemu w porę nie odeszła od bydlaka. Ja wiem czemu. Ale to Cię nie zwalnia z odpowiedzialności. Bo to Ty jesteś dorosła i masz wybór, a Twoje dziecko go na tym etapie nie ma...

Dzieci wychowane w takim mikroklimacie przeważnie wyrastają na ofiary lub oprawców - kalki swoich rodziców, permanentnie uwięzionych w pasywno-agresywnym klinczu. Znajdą sobie partnerów życiowych wg tego samego klucza, i przekażą swojemu potomstwu dokładnie tę samą klątwę.

Błędne koło.

Bardzo, bardzo, bardzo bym życzyła ludzkości, aby opamiętawszy się wreszcie, przestała generować wielopokoleniowe nieszczęścia i krzywdy.

[Ok... Jak już wspomniałam, ten post pisałam dawno temu i na sporym nerwie. Wielu osobom może nie spodobać się to, że nie opakowuję przekazu w neutralne, poprawne, idealnie okrągłe, sterylne od triggerów emocjonalnych, uczesane słówka. Trudno. Zależy mi na autentyczności moich treści i nie zamierzam kastrować blogaska z mojego firmowego toyadziego sznitu. Wyrosłam już z ciasnego i niewygodnego akwarium dla people-pleaserów.]


*
Photo by Anatol Lem on Unsplash

18:04

Szaman Lotofag w czasach zarazy.

Szaman Lotofag w czasach zarazy.
Hejka Miśki! Mam nadzieję, że trwacie w dobrym zdrowiu i pogodzie ducha... mimo wszystko :)

 *

Tak sobie pomyślałam, że dam znać co i jak u mnie w tych osobliwych czasach.

Noo... tak z grubsza, bo nie zwykłam rozścielać prywaty w internetach :)

Rok 2020 miał być naszą biczą, nowa dekada, nowi my. I co? I ch... Oczywiście to nawiązanie do noworocznej szajby postanowień to tak pół żartem pół serio, ale ja - zapewne jak większość osób - miałam jakieś plany i cele do zrealizowania, z których wiele natrafiło na twardy reset. No i co teraz? Ano... nic. Plany i cele zawżdy warto mieć, coby nie dryfować w rzece życia z nurtem przypadku jako ten śmieć, ale - trza być świadomym płynnej zmienności naszego żywota oraz świata. I zachowywać elastyczność.

Jako aspołeczny ciul introwertrzyca w zasadzie nie odczułam dotkliwie tego całego social distancing. Jako copywriterka od paru lat i tak pracuję zdalnie przez większość czasu. Owszem, "trochę" co innego wybierać własne towarzystwo i siedzieć na zdalce z wyboru, a co innego - z powinności. Ale cóż, teraz tak trzeba i to chyba najlepszy sposób na przyczynienie się do szybszego wygaszenia ognisk tego gó... i pozbycia się wreszcie z głowy tego złowieszczego słowa na K.

Przyznaję, początkowo dałam się wkręcić w świrówkę z obsesyjnym czytaniem wiadomości i statystyk, ale ujrzawszy co stresor robi z moim organizmem (bezsenność, wysyp atopowych zmian po wielu latach remisji) - powiedziałam sobie ok, stop, dość. I wróciłam do swojej "normalnej" codziennej rutyny, wzbogaconej o jeszcze troskliwsze akty miłości względem siebie i bliskich.

Co pomaga mi przetrwać ten dziwny czas? Z pewnością podejście typu "dzień za dniem", które dokumentuję czymś w rodzaju kryzysowego dziennika pokładowego :) Robiłam już tak w trudnych momentach i działało. A poza tym:

1.) WDZIĘCZNOŚĆ I RESET PRIORYTETÓW. Nagle z kryształową klarownością dostrzegamy, co jest tak naprawdę ważne, a co mniej. Wbrew pozorom, zdrowie, jedzenie, dach nad głową, rodzina nie są taką oczywistą oczywistością. Naprawdę powinniśmy być cholernie wdzięczni za to, co mamy. :) Być może niektórym ludziom dopiero groźnego wirusa trzeba, żeby się zatrzymać w biegu i sobie to uświadomić. A innym pewnie nawet wirus nie pomoże i są źli na to, że nie mogą uprawiać cardio-shoppingu po galeriach. Nie wszyscy jesteśmy w tym samym punkcie świadomości - i to jest okay.

ALE... tutaj muszę wspomnieć, że bawią mnie niektóre "oświecone filozofy", których teraz istny wysyp na fejsbukach i innych instagramach, głoszące z pozycji moralnego absolutu, że przeto wirek w koronie przybył zbawić zepsuty świat od krwiożerczej konsumpcji i kapitalizmu. Ku chwale duchowej głębi, czy coś...

Seriously Karen. It's not that deep.




2.) ŚMIECH. Poczucie humoru nieraz ratowało moją psychę w najczarniejszych momentach. Wiem, że niektórzy mają turbo poważne podejście do poważnych spraw, ale tu nie chodzi o bagatelizowanie czy obśmiewanie tej EWIDENTNIE trudnej sytuacji, tylko o terapeutyczne oswajanie jej poprzez śmiech. Skoro darcie szat i włosów z głowy nic nie pomoże, czemu nie zredukować napięcia przy pomocy pociesznych kwarantannowych memów i filmików?

3.) DOMOWE SPA. Podczas dłuższej izolacji łatwo zgnuśnieć i wyhodować w sobie wielkiego obleśnego lenia. Nie ma! Codziennie motywuję się do drobnych, pielęgnacyjnych rytuałów, np. włosingów, szczotkowania na sucho, balsamowania zewłoku Palmersem, olejkowania skórek i tym podobnych głupotek-nie-głupotek, które terapeutycznie przekierowują moją uwagę w przyjemniejsze i bardziej beztroskie rejony.

5.) ODWŁOK W FORMIE. Ćwiczonka. A konkretnie - moje ulubione interwały przeplatane jogą. Za te pierwsze dziękuje mi doopa, a za drugie mój zdezelowany kręgosłup. Odpalajcie YouTube i jazda. Nie wiem jak Wy, ale ja nie zamierzam wyjść z kwarantanny jako roztyty i rozmemłany slob. Poza tym - endorfiny! Tego teraz potrzebuje nasz udręczony mózg!

Ale! Pamiętajcie, że nie chodzi o opresyjne ciśnienie na produktywność, tylko o troskę o ciało i ducha. Ja też wzięłam dwudniowy urlop i przeleżałam go w poduszkach, bo byłam przytłoczona tym wszystkim i potrzebowałam się odciąć, ponicnierobić przez chwilę, zebrać myśli. Jeśli tego potrzebujeta w danym momencie - nie krępujta się. Tylko trzeba uważać, żeby "gorszy moment" nie przeciągnął się w gorszy tydzień, dwa, miesiąc... bo to często hajłej do wpadnięcia w głębszy dół.

6.) OGAR DOMOWY. Nie musicie mi mówić, jakie to kuszące popaść w wizualny wyjebanizm siedząc sobie na tyłku w czterech ścianach, ale zapewniam, że snucie się po chałupie w zapierdzianych dresach i z niemytym kołtunem na głowie nie oddziałuje korzystnie na nasze morale. Mało tego, gdzieś kiedyś czytałam, że paradowanie w barchanach i na śmierdząco obniża naszą wydajność intelektualną (serio). Wygoda - tak, niechlujstwo - nie.

Ja osobiście ostatnio mam klimat na mroczny, wampirzy glam domowy... :> Z rozkoszą popierniczam sobie w burgundowej satynie tudzież orientalnych kimono-peniuarach. Czuję się jak milion dolców.

7.) URLOP OD SZPACHLI. Moja gęba odpoczywa sobie teraz od makijażu, za to ładuję w nią bogatą pielęgnację. Z upiększeń jeno henna na brwi i rzęsy, jak mam lepszy dzion, to i krecha jaskółcza na powiekę wjedzie, jakiś lekki korektor pod gały (niestety, muszę, żeby nie wyglądać jak po dziesięcioletnim romansie z heroiną) - et voila! Tyle wystarczy. Cudowny minimalizm kosmetyczny i na nowo odkrywana przyjaźń z naturalnością.

8.) VIDEOKONFA Z ZIOMECZKAMI. Nawet taki samotniczy, wielbiący swoją kryptę Wąpierz jak ja potrzebuje od czasu do czasu kontaktów towarzyskich z ulubionymi ludźmi ;) Fajnym pomysłem jest odstrzelenie się jak na imprezkę, szkło polane winiaczem w dłoń, odpalenie kamerki i udawanie, że jesteśmy w fensi lokalu. 

9.) INWENTARYZACJA. O obstrzątaniu chałupy od podłóg po sufity wszyscy trąbią wszędzie. Ja robię także selekcję w szafach i poupychanych po komodach rozmaitych szpejach. Planowałam "kilka" wydatków związanych z wiosennym odświeżaniem garderoby, ale w obecnej sytuacji nie zamierzam szastać groszem na łachy, które założę... yyy nie wiadomo kiedy. (Co innego perfumy :> Lub biżuteria :> )

10.) ODŻYWIANIE WEWNĘTRZNE. Tak. Ileż rzeczy ja mam na myśli pisząc o odżywianiu wewnętrznym! Mam na myśli skierowanie naszej uwagi do wewnątrz, pobycie ze sobą, realizowanie dawno odkładanych na bok pasji, oglądanie zaległych filmów, czytanie ulubionych książek (ja jadę z Wiedźminem po-raz-nie-pamiętam-który), ale także - dbanie o to, co konsumujemy, zarówno w zakresie tego, co fizycznie pakujemy do dzioba, jak i tego, co chłoniemy oczami oraz uszami. Nasz układ immunologiczny potrzebuje teraz naszej miłości jak nigdy. Co oznacza dbanie o zdrowie, jak i wystrzeganie się dysharmonii naszego spirytu. Ot co. Kontrolujmy sytuację wokół nas, ale bez popadania w spiralę grozy i paniki.

I pamiętajcie - nawet najdłuższa żmija przemija. Trzymmy się tedy w zdrowiu i ciepełku - będzie dobrze! :)

*
Photo by Simone Viani on Unsplash



19:58

Czas hibernacji i pogłębionej introspekcji. Patrzajcie w niebiosa!

Czas hibernacji i pogłębionej introspekcji. Patrzajcie w niebiosa!
Witajcie mordeczki :)








Tak, żyję.

Tak, wiem, że mnie długo nie było. Już wyjaśniam.

Jako osoba hmm... HSP/WWO (highly sensitive person / wysoko wrażliwa osoba) dość łatwo zaliczam przesyt czymś i później muszę odchorowywać owo przestymulowanie... Świat wirtualny ze swoim zalewem dziadostwa walczącego o każdy strzęp atencji zaczął mnie totalnie męczyć i obciążać mój system nerwowy. Może też w pewnym sensie przyprawiać o ziew znużenia i irytacji. Ograniczyłam więc swoją bytność w internetach do paru grup dyskusyjnych, paru kanałów na YT oraz do Instagrama, z którego jeszcze na bieżąco pielę wizualne i treściowe chwasty.

Ponadto, od około roku zaliczam dość radykalną modyfikację kursu myślowego, a raczej obieram nowy kierunek/paradygmat. Rzecz w tym, że nie jest to zbyt modna i popularna ścieżka. Jest raczej wąska i stroma, a na szlaku jest dość... samotniczo? Cóż, gadam jak Sfinks, ale... Tak musi na razie pozostać. Plus... Jednym z elementów mojego obecnego etapu rozwojowego jest trzeźwa a ponura konstatacja, że nie warto chlapać swoim szeroko pojętym życiowym biznesem i prywatnymi sprawami na prawo i lewo. Wiem, że obserwują mnie życzliwe osoby o dobrej energii, ale niestety - wiem, też, że nie tylko... :) Stop telling bad spirits good news. Bardzo zasadna zasada.


Odnośnie blogasa... Jestem rozdarta. Z jednej strony lubię sobie tu poklepać od czasu do czasu, z drugiej strony... stoi to trochę w sprzeczności z tym, czym się teraz kieruję. Jakoś tak niesmaczno i niekomfortowo mi obserwować, że różne, skądinąd niegłupie internetowe persony wpadają już w jakiś nałóg wyflaczania się z prywaty i bywam tym nieco zażenowana. Kiedyś już wspominałam, że byłam świadkiem rodzenia się pierwocin blogowych i internetowych, pamiętam MySpace, czat Onet Ciężkie Brzmienia, szukanie perełek muzycznych na SoulSeeku. Odmęty internetów były wtedy takie dzikie, organiczne, niewykastrowane z różnorodności... Nie chcę tu marudzić i jojczeć, rozumiem, że tędy widocznie podąża naturalna ewolucja, ale nie jestem przekonana, czy mi z tym po drodze. Po prostu.

Imponują mi interesujący ludzie, którzy ze świadomego wyboru praktycznie "nie istnieją" w internetach, albo istnieją bardzo low key, np. ograniczając się tylko do jednego lub dwóch mediów. Liczy się "farsz", a nie pikanie lajeczków. Zakotwicza mnie to dalece skuteczniej, niż zniecierpliwione przerzucanie na insta tasiemcowatych i durnowatych storisek o rufie Maryni. Albo - o zgrozo - kręcenie z mężem klikbejtowego i upstrzonego mrowiem infantylnych emotków filmiku na YT pod tytułem "Planning baby nr 2"... (real shit, sis) :/

Nooo... nie. Nie moje klimaty.

Cholernie nie lubię, kiedy coś natrętnie usiłuje obsiorbać mnie z mentalnych mocy przerobowych lub zakłóca mojego wajba. Niezwykle sobie szanuję swój wajb i swoją energię oraz uwagę. Nie czytam już prawie żadnych komentarzy, a szczególnie, kiedy wyczuwam smród łajnoburzy czy nalot rozjuszonych KWs (Keyboard Warriors) i SJWs (Social Justice Warriors). Szkoda mi na to czasu i przestrzeni umysłowej. Odkąd nie partycypuję w energetycznym zasilaniu własną uwagą takich gnilnych fenomenów i przejawów schamienia, czuję się o wiele zdrowsza, silniejsza i szczęśliwsza. I bardziej bezpieczna.

Można powiedzieć, że zaszyłam się w swojej wewnętrznej chatce alchemika i jestem teraz wybitnie skoncentrowana na sobie, na szeroko pojętym samodoskonaleniu i pilnowaniu własnych spraw niczym Cerber, a także na delektowaniu się lotosami w swoim osobistym Sybaris. Na patrzeniu w gwiazdy.

A co z blogasem..? Cóż, albo zeschnie i umrzy, albo spektakularnie odżyi, jeszcze nie wiem.

P.S. Obczajcie, jaki piękny webcam z zórzką. Kooocham zórzkę! Polecam oglądać wieczorem, tak ok. 21-22. Północne niebo to dla mnie czysta magia...

https://lightsoverlapland.com/aurora-webcam/



*



19:30

Wrażliwcu! Bońć jak ostryga!

Wrażliwcu! Bońć jak ostryga!


Czy inszy skorupiak...

Elo!

To dość trudny dla mnie do rozpracowania temat.

Otóż.

Ponad wszelką wątpliwość należę do tzw. osób wysoko wrażliwych (WWO, HSP - highly sensitive person), zresztą jak ok. 70% introweryków. To jest kwestia fizjologiczna - nadreaktywnego systemu nerwowego, podatnego na przestymulowanie. Np. lubię szczoteczkę soniczną do zębów i nie zrezygnuję z niej, ale jej odgłos i wibracje dotkliwie dźgają mnie w mózg. Drażni mnie każda metka od ubrania, uczucie rajstop na nogach, dźwięki, nadmiar bodźców, oślepiające światło, interakcje z ludźmi. Czasami nie jestem nawet w stanie słuchać muzyki, którą uwielbiam, ponieważ potrzebuję całkowitego wyciszenia sensorycznego. Do szału doprowadzają mnie migrenogenne galerie handlowe i sklepy - praktycznie wszystko kupuję przez internet, a po spożywkę chodzę poza godzinami szczytu lub specjalnie jeżdżę na zadupie, gdzie po sklepie kręci się parę osób. Mam komfort pracy częściowo zdalnej i choć lubię swój team i swoje biuro, to wracam do domu wydrenowana energetycznie jak jakiś zdechły flak. Od zawsze miałam ogromne zapotrzebowanie na sen, ale bywało, że nie mogłam zasnąć... ze zmęczenia (ot, paradoks).

Nie mogę zasnąć też po horrorach typu ręka-noga-mózg-na-ścianie i filmach z mordobiciem. :)

Plus - im bardziej nurkuję w internety, tym bardziej czuję się jak szambonurek, dlatego staram się nawet nie patrzeć w komcie pod "ryzykownymi" tematami, żeby sobie ciśnienia nie podnosić. Szkoda sobie juchy psuć. Poza tym - nie mam zamiaru pewnych osób czy zjawisk nobilitować swoją atencją ni polemiką.

Wyciszam się w przestrzennej przyrodzie. Kocham np. lekko dryfować w morzu, poddawać się falom, po prostu być czystą obecnością w świecie i mieć wywalone. Floating i niskie szamańskie buczenie to dla mnie kwintesencja relaksu.

Ogólnie mówiąc - jestem mega wrażliwcem. Wyczuwam gazylion niuansów, subtelności, wajbu z międzywierszy. Mogę godzinami rozbijać gówno na atomy albo wałkować w głowie jakąś sytuację. Szczerze? Na ten moment bardziej się żalę, iż chwalę. Osoby wysoko wrażliwe mają prze*jebane w świecie. Kocham swój wewnętrzny mentalny mikrokosmos, ale cena chronienia go przed profanami i utrzymania we względnej równowadze jest wysoka. Czasami niechcący wpuścisz do swojego świata niewłaściwe osoby, które tylko czekają, żeby zdewastować jego zasoby. Obszczać, nafajdać, zasmrodzić, naharać. Ot, ludzka natura.

Wrażliwość i empatia są uważane za słabość i swoiste "kalectwo", nie są cenione - no chyba, że doraźnie, by móc sobie w nie wytrzeć ubłocone buciory i pójść dalej.

I czasami tak sobie myślę, że... ze złotego dziecka z sercem na dłoni, wielokrotnie sponiewieranego, wyewoluowałam w zabarykadowaną po kokardę w dystans, cynizm i sarkazm samolubną, makiaweliczną, trzeźwo kalkulującą sucz. Tzn. za taką mogę uchodzić dla wielu osób, ale strzyka mnie to. 

Na szczęście poza ultrawrażliwością mam też sprawny instynkt samozachowawczy i zdolności adaptacyjne. I doszłam do wniosku, że w pewnym momencie trzeba wyzbyć się (nad)wrażliwości na rzecz przetrwania. Dotarło do mnie - niestety dopiero gdzieś w okolicach trzydziestych urodzin, że ludzie w większości nie zasługują na pogłębioną relację z wrażliwcem i empatą. Obsiorbią go i wyplują jak wyżutą orbitkę. Trzydzieści, kuźwa, lat utwardzania skóry na grzbiecie i hodowania pancerza. Nie znaczy to jednak, że postanowiłam BYĆ tą cyniczną biczą. Kluczem jest - DLA KOGO. Dla większości - będę. Po to, żeby nie rozdrabniać zasobów po próżnicy. Pod kolczastym pancerzem jest miękkie, żywe, prawdziwe. Ale TO już nie pozwoli się rozgnieść butem byle łajzie.

Staram się swoich granic pilnować jak Cerber, ale czasami zaliczam jakiś fakap i mam potem kaca... Bardzo szybko mi "klika" z ludźmi, bo mimo, że jestem dość "przyczajona", to przy odpowiednich wajbach od razu łapię swobodny flow i jadę na głębokie wody, przeskakując jałowe small-talki. To daje pozory "połączenia", na które muszę szczególnie uważać, bo bywają mylące. Toksyczne predatory tak właśnie dezorientują systemy obronne wrażliwców - wpuszczając Trojana.

"Nie traktuj ludzi dobrze, tylko z wzajemnością". Relacje z ludźmi powinny być swoistym tańcem. Nie potańcujesz z głazem na garbie, prawda..? Albo z Chochołem.

Oczywiście nie mówię tu o braku dyplomacji czy uprzejmości w sytuacjach codziennych - to akurat nic nie kosztuje i jest dobrą praktyką :) Miewam jednak ciągoty mizantropijne i nawet nie zamierzam udawać, że NIE, aby wpisać się w (zakłamany jak cholera, ale blogaskowo modny) nurt słodkopierdzącego lowciania wszystkich i wszystkiego. A taki wał. Ludzka jaźń to coś znacznie bardziej skomplikowanego, niż różowe misie grające w łapki w świecie tęcz i jednorożców.

Każdy człowiek ma swój Cień.

Żeby nie było - ja nie zionę agresorem do ludzi! Nie pielęgnuję negatywnej narracji w głowie. Jestem bardzo easy-going w takich zwykłych, powierzchownych relacjach. :) Po prostu definitywnie ograniczam nadempatię i odmawiam bycia darmowym emocjonalnym kiblem dla innych, w którym mogą się do woli wyrzygiwać z tego, co im akurat zaległo na żołądku. O kilka (co najmniej) razy za dużo musiałam to "odchorować" i przeprocesować.

Eeerm... Nope.

Ja pas.

Ale! To nie miał być ponury wpis, choć może się taki pozornie wydawać. Chciałabym po prostu, żeby osoby wysoko wrażliwe nigdy nie dały sobą pomiatać, czy sobie wmówić (z pogardliwym uśmieszkiem), że są PRZEwrażliwione, albo, że nie powinny czuć tak, jak czują. Wszystko jest z Wami okej. Tylko uważajcie, żeby z daru nie zrobiło się brzemię. Uważajcie, z kim się dzielicie wewnętrzną mocą. Uważajcie na wilki w owczej skórze. Postawcie siebie na pierwszym miejscu, bo nikt inny tego nie zrobi. A najwięcej będą mieli do powiedzenia o Waszym "egoizmie" ci, którzy liczyli na darmową przejażdżkę.


*

Photo by Jakob Owens on Unsplash

13:28

Wyglądowe wtopy młodocianego Toyada.

Hejka.

Niedawno przeglądałam stare, staaare foty, swoich wizualnych "faz" z ostatnich 10-15 lat. Dobrze tak z dystansu ocenić swoje wzloty i upadki zewnątrzpowłokowe. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi najgorszymi strzałami w kopyto w zakresie własnego wyglądu. Jedziem.

1.) Przekombinowane, "modne" fryzury.

Jak patrzę na te swoje dawne wycudowane asymetrie, wygryzione grzywki, nastroszone strzępiate pióra, cieniowanki i podgolenia, to mnie na womit zbiera... :D

CO JA SE MYŚLAŁAM, SERIO. :/

Morał: Chwilowe trendy robią nam krzywdę i dodatkowo kompromitują po latach, klasyka - nigdy. W okresach, kiedy miałam nieskomplikowaną, klasyczną fryzurę, wyglądałam stanowczo najkorzystniej.W pierwszym dowodzie osobistym mam fotkę w koszuli i z taflą naturalnych włosów. Wygląda totalnie ponadczasowo, jakbym strzeliła ją wczoraj.

2.) Chałupnicze koloryzacje.

Litania fakapów:

- wypłowiałe "seksi" rudzizny
- czerwoności a'la ciocia Jadzia
- fojolety, bo przecież jestem taka krejzi
- cieplutko-sraczkowate brązy z rdzawym podtonem, a do tego chłodny naturalny odrościk
- przytłaczający, postarzający, jednolity ciemny brąz z pogranicza czerni (w zestawieniu z typowo słowiańskim umiarkowanym kontrastem w oprawie oczu, brawo)
- eksperymentalne cętko-ciapy, które miały być refleksami, ale nie pykło, wyszedł szylkret
- okropny kurczakoblond, dopóki nie posiadłam wiedzy z zakresu uzyskiwania szlachetnych, chłodnych, perłowych blondzików

Morał: Oszczędzanie na profesjonalnych usługach zazwyczaj nie jest tego warte (wyjątkiem był mój skandynawski blondzik, za którym tęsknię, ale nie chcę dobijać cebulek). Najbardziej się sprawdza wszystko, co oscyluje wokół natury, ewentualnie subtelne "baby lights" lub profesjonalne blondy. Obecnie delektuję się naturką na czerepie i korzystam na maksa z faktu braku siwych włosów.

3.) Przeskubane brwi.

Dżizas. Mało jest rzeczy, które TAK szpecą twarz, jak spiergolone brewy! Teraz raz na pół roku wyrwę sobie jakiegoś zbłąkanego kłaka i to jest wszystko. Z obskubanymi nitkami (tzw. spermbrows) wyglądałam jak bizantyjska Mater Dolorosa... Brrr.

Morał: Jak coś jest dobre, to nie ruszać, a jak nie jest dobre, to iść do speca.

4.) Topornie podkreślone brwi.

Przeskubańce to jedno, ale z drugiego krańca spektrum straszą nas SCOUSE BROWS. Oooch... Jeśli nie mamy z natury super gęstych, ciemnych, puszystych brwi, to ta ich grubsza część powinna być zarysowana bardzo delikatnie, w przeciwnym razie uzyskamy efekt flamastra, takie jakby kanciaste "młotki"...

Kiedy WRESZCIE ogarnęłam, że te "zaczątki" brwi u nasady nosa powinny być puchate i o wiele subtelniejsze niż "ogon", to był kamień milowy w wyglądzie i harmonii całej mojej fizys. Bez kitu. Lifechanging.

Swoją drogą zabawne - do dziś obserwuję samozwańcze instagramowe "mejkap artist", które walą klientkom takie siermieżne brwiska, żyjące własnym życiem.

Morał: NIE RYSUJEMY JEDNOLITYCH MŁOTKÓW U NASADY NOSA.W naszej szerokości geograficznej, jeśli nie jesteś brunetką o głębokim kontraście, lepiej jest też wystrzegać się zbyt ciemnych lub zrudziałych brązów, odcień TAUPE wygląda 100 razy korzystniej.

5.) Agresywne, przytłaczające kolory i kontrastowe wzory.

Miewałam fazy na kolory i wzory, które nijak nie współgrają z moim typem urody - neonowe fuksje, turkusy, szafiry, fojolety, limonki itp. Albo faza na mhroczną stylówkę - mocne kontrasty, czerń z czerwienią, no masakra...

Morał: Analiza kolorystyczna to spoko rzecz. A jak nie masz hajsu, to trzym się neutrali i nie rób sobie krzywdy. Ulubione kolory możesz wybierać do dodatków, ale blisko japy musi być korzystny/neutralny odcień.

6.) Wiwat poliestrowe gluty i cygańskie biżuty!

Kiedyś chciałam dużo, tanio i oczojebnie, a teraz - wolę umiarkowaną ilość, dojebanych jakościowo, niekrzykliwych ajtemsów :)

Morał: Jakość nie jest "głośna", ale przemawia dobitniej, niż pstrokate piórka z dzwoneczkami w doopie. Wolę inwestować w zacną 'capsule wardrobe' i okrasić ją strategicznymi insygniami typu buty, torebka czy skromna a szlachetna biżuteria (żadne tam obłażące badziewie z H&M czy innej Bershki).

7.) Fikuśne wzoreczki na pazurkach, oooł jeeea.

Punkt kontrowersyjny nieco... :P To chyba "faza" wielu kobiet, które zachłysnęły się możliwościami hybrydowego manikiura... ;) Byle nadziubdziać słitaśnych duperszwanców, najlepiej każdy pazur inny ^^ Nadal podobają mi się abstrakcyjne, minimalistyczne zdobienia w typie "Korean Minimal Nail Art", ale do tego musi być odpowiedni anturaż. Najlepiej minimalistyczny, monochromatyczny i surowy.

Morał: Wiadomix, że wszystko jest kwestią gustu. Ja doskonale rozumiem, że pazurowe zdobienia wymagają manualnego kunsztu i w ogóle, ale... to nijak ni zmienia faktu, że nienachalnej klasyce w perfekcyjnym wykonie o wiele bliżej do "hajendowego" efektu. Coraz mniej mi po drodze z "uroczym kiczykiem", choćby nie wiem, jak pracochłonny i pomysłowy był. Nope.

***

A teraz dla odmiany coś, czego cieszę się, że uniknęłam. Dłuuuga i ostra faza na tatuaż przeszła mi jak ręką odjął, kiedy parę lat temu spędziłam pewien słoneczny czerwcowy tydzień w Berlinie... Ze świecą było szukać osoby niewytatuowanej, niezależnie od wieku. Niektóre taty serio intrygujące, misterne i piękne (100% szacun i podziw), ale przygniatająca większość - "blah" albo "meh". I tak, wiem - być może rozciapany motylek na ramieniu jest głęboką metaforą jakiegoś ważkiego wydarzenia. Whatever. Ja widzę, co widzę - rozciapanego motylka...

Podsumowując - wiela, wiela lat, prób i błędów, zajęło mi dojście do wniosku, że pewne rzeczy mi po prostu nie służą, a im bardziej mam sama ze sobą poukładaną relację, tym jakoś... mniejsza ochota na cokolwiek, co rozpaczliwie wrzeszczy o atencję :) Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest apoteoza bycia wtopionym w tło pospuchem, wręcz przeciwnie - dopóki wszystko dookoła wrzeszczy o uwagę i społeczeństwo kojarzy "bogactwo" raczej z ilością niż jakością, bycie modnym z chwilowymi trendami z sieciówkowych wystawek... dopóty stonowany, ponadczasowy look będzie się pozytywnie wyróżniał.

Takie tam moje luźne refleksje. MOJE. Kurczę, żyjemy w takich dziwnych czasach, że człowiek instynktownie się już asekuruje wyrażając jakąkolwiek własną opinię, bo zaraz zrobi się z byle czego wielki ferment w komciach...

Np. moja ulubiona Alyona ma bardzo ciekawe spostrzeżenia w temacie wyglądania z klasą oraz o lansowanym obecnie 'pornstar vibe'. Oczywiście, jak komuś leży taka stylówka, to super - ale to kwestia dopasowania jej do naszego lajfstajla i tego, jaki komunikat chcemy przekazywać. Bo pitu pitu, że nasz wygląd nie przekazuje absolutnie żadnego komunikatu, jest mocno oderwane od rzeczywistości. Spróbuj pójść na spotkanie biznesowe w poplamionym dresie - powodzenia. Osobiście nie wyobrażam sobie też, żeby taka Meghan czy Kate wyskoczyły w kabaretkach do neonowej mini i butów na platformie. Jak najbardziej można mieć wywalone na konwenanse i manifestować to strojem, ale nadal jest to rodzaj komunikatu, prawda? :)

Uważam, że mało jest w internetach tak przenikliwych, wrażliwych, ciepłych, empatycznych i taktownych osób, jak Aly. Ale gdzie tam - pikiety zbulwersowanych nie mogło zabraknąć! A wystarczy rzut gałką na awatarki i hmm... triggered much? :D Oto rzeczony filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=LpkN6nUe0zU

I fajne jest to, że "pożyczanie"/ przemycanie wyizolowanych elementów może wręcz służyć naszej estetyce, ale 'total look' kojarzy się już jednoznacznie. Co ciekawe, w komentarzach przewinęła się wyluzowana kobitka, która potraktowała filmik jako cenne sugestie odnośnie wykreowania "przeseksualizowanego" wizerunku, ponieważ akurat na takim jej zależy :) No i spoko. Można mieć jaja i dystans? Można.

P.S. Wiem, że pewnie chceta obczaić te foty, lol... Może jakieś zeskanuję i wrzucę, jak będę w domu rodzinnym :D

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger