15:51

Randomowe toyadzie życiówkowe popiardywanko.

Randomowe toyadzie życiówkowe popiardywanko.
Jak żech wspomniała, wjeżdża pościwo. O czem? Nie wiem jeszcze, bo będzie fristajl. Luźne myślobryzgi na poczekaniu.

***

Na początek może wspomnę, co u mnie. Pomijając nieprzyjemny pobyt na SORze z powodu przytkanej nerki (upały+kawa+klimatyzacja w biurze), u mnie wszystko okej, a nawet bardzo okej. Delektuję się sielską stabilizacją w sferze prywatnej, a w sferze zawodowej czeka mnie za parę tygodni dość radykalny apdejt (według wszelkich znaków na niebie i ziemi - baaardzo na plus), więc jestem cholernie podekscytowana... Gdzieśtam z otchłani mojego jestestwa cienko popiskuje ten lękliwy głosik, czy aby na pewno sobie poradzę w nowym anturażu, i że może jednak lepiej siedzieć dupskiem na wygrzanym stołeczku i narzekać zgodnym chórem z innymi, ale z dumą mogę powiedzieć, że to strachliwe kwękanie nie ma żadnego wpływu na moje decyzje. Gdyby miało, pewnie do dziś tkwiłabym w gównianej, toksycznej relacji i wmawiała sobie, że te winogrona tam na górze i tak są kwaśne... Że prawdziwa miełość to przecież ból i cierpienie, a ta wyniszczająca wieczna szarpanina to "pasja"... Co za bzdury.

Podsumowując - zmiany są zawsze warte ryzyka. Tym bardziej, jeśli obecna sytuacja w jakiś sposób gniecie i uwiera nasze mentalne jelito. 

***

Dalej! W kwestiach okołowizualnych - jak zawsze pociskam włosy do rośnięcia... ;) Tyle razy słyszałam o walorach Vitapilu, a jakoś dopiero ostatnio skusiłam się na zakup i... nie mogę związać włosów do góry, bo mi śmieszna falbanka bejbików wyłazi na czoło :D A to dopiero miesiąc kuracji. Fajnie! Teraz znowu zapuszczam włosy na równo, bo choć dobrze się czuję w boho shag'u, to jednak końcówki szybko się paskudzą i nie sposób tego uhodować na dłuższą metę... a marzę o herach do łokci... Więc... W salonie Avant Apres (polecam!) podcięto mi gorącymi nożyczkami hery na równo i będę powoli schodzić z warstw. Btw. jestem wybitnie zadowolona z tego zabiegu - mija drugi miesiąc, a końcówki świeżutkie i ani śladu kotwiczek. Wkurza mnie tylko mój naturalny kolor, który od głowy rośnie nobliwie chłodno-popielato-szatyński, a na długościach płowieje w jakiś zrudziały blond... :/ Fuj fuj. Nie wiem co z tym zrobić, nie chcę farbować całości, rozważam jakieś subtelne karmelowe refleksy, żeby to przynajmniej wyglądało jakoś spójnie. Wczoraj pyknęłam sobie końcówki na fojolet - przy pomocy kubka z gorącą wodą i skrawkami fioletowej bibuły zajumanej dziecku. Stary, pancurski, chałupniczy sposób, a działa lepiej niźli loreale i insze la riche za cinżki piniondz :P

Aaa. No i testuję kurację brwi... Jantarem do skalpu. I bardzo ładnie rosną na takim nawozie.

***

Od stycznia zrezygnowałam z rzęs 2:1. Dlaczego? Po pierwsze, mam mieszane uczucia do tej estetyki... Wydaje mi się, że ja miałam je robione w miarę subtelnie i naturalnie, i z moim typem urody (Flamboyant Gamine) jakoś to współgrało (FG może bezkarnie podkreślać gały, bo ma je dość wyraziste i "lalkowatą" fizjonomię), ale jednak... tak sobie ziorałam na dziołchy w zbiorkomie z tymi rzęsami... no i cóż, większość wygląda kiepsko - mam wrażenie, że im lasia ma niższy kontrast w urodzie i delikatniejszą oprawę oczu, tym namiętniej wali na powiekę czarny jak smoła siermiężny lambrekin rzęsiorów nie bacząc, że efekt jest groteskowy. Nie odżegnuję się całkowicie od skorzystania w przyszłości z tej metody, jednak na chwilę obecną mówię pas. Ogólnie utrzymuje się u mnie trend na świeży i naturalny look - świadoma pielęgnacja cery jest moim priorytetem, nie cierpię uczucia i widoku zaklajstrowanej podkładem twarzy, przerzuciłam się na podkład mineralny i bardzo sobie chwalę, eyeliner zawsze u mnie na propsie bo to od lat mój znak rozpoznawczy, podobnie jak zamaszyste brwi, a teraz także częściej sięgam po wyraziste pomadki, albowiem zęby z kompleksu ewidentnie ewoluują już w pewien walor ;) Wgl rozczaiłam ostatnio pośród tych upałów, co zrobić, żeby mejkap wytrzymał na fizys cały dzień i żeby nie wracać z pracy jak:


I pomyślałam sobie, że może zmacham Wam na ten temat pościwo, bo właścicielki tłustych/mieszanych cer mogą być żywo zainteresowane tematem.

 ***

Kiedyś złapała mnie ulewa jak wyszłam z biura i wskoczyłam do pobliskiego Rossmanna, żeby przeczekać. Kręciłam się między regałami bez celu, aż wpadły mi w ręce... uwaga... moskitiery na promce. A że mieszkamy na parterze z tarasem, to i owadziego dziadostwa mamy urodzaj... Ćmy wielkie jak smoki, komarzyska, muchy i inszy badziew. Wietrzenie tylko przy zgaszonym świetle. No i cóż... za parę groszy wzięłam bez przekonania tę siatkę na spróbowanie, no i okazało się, że to prawdziwy lifechanger :P Montaż nieskomplikowany, a jaki to nieoceniony komfort wietrzyć chałupę bez stresu, że zaraz jakaś franca wleci i zmąci mir domowy ;) I to dosłownie za parę groszy... Gdzieżeście były, moskitiery, przez całe moje życie? :D

***

Jak pewnie wiecie, od dawna już świadomie odcinam się od wszelkiego chłamu informacyjnego, moje konto na FB dogorywa bo zwyczajnie szkoda mi czasu, nie oglądam TV, nie słucham wiadomości, nie czytuję żadnych portali ani pisemek z plotami i bzdurami, nie nurkuję w komcie za jałowymi gównoburzami, omijam potencjalne dramy szerokim łukiem, unikam ludzi o negatywnej energii... I wiecie co - PO LE CAM. Zupełnie inna jakość życia. Jestem osobą o skłonnościach do przemóżdżania i stanów depresyjnych i lękowych (niestety, PTSD jako pokłosie przemocowej relacji), dlatego wewnętrzny spokój, wycentrowanie oraz poczucie bezpieczeństwa są dla mnie teraz filarem bytu, ot co. I po kilku latach ścisłej higieny mentalnej mogę stwierdzić, że TO DZIAŁA. Jestem o niebo stabilniejsza, mam więcej czasu np. na lekturę wartościowych rzeczy, potrafię się skutecznie zrelaksować, nie łapię dołów ani zwiech, nie mam problemów z asertywnym ustalaniem granic, mam więcej energii, wewnętrznej siły, dyscypliny, zyskałam zdrowy dystans do tych spraw, które kiedyś by mnie niezrowo "ruszały". Ot, by wymienić kilka plusów świadomego zarządzania uwagą i energią :)

***

Jak se coś przypomnę, to pewnie dopiszę.

Aha, mam zdezelowany kręgosłup lędźwiowy i testuję aktualnie jogę na poprawę jego kondycji. Nigdy nie kręciła mnie ta forma aktywności, ale coś czuję, że mogę zmienić zdanie, bo już po pierwszej sesyjce poczułam się fantastycznie rozluźniona i wyciszona. Hmm.

Dobra, spadam na razie. Trzymta się i uważajta na nery w te upały!

16:55

Apdejt zębowy - 3 miesiące z Damonem.

No hejka :)

 Uff.

Świętuję już trzy miechy z szynami w paszczy.

Teraz jest sponio, ale przez pierwsze półtora - dwa miesiące bywało kiepsko, albowiem:

- totalnie nie mogłam się przyzwyczaić do widoku i uczucia metalu w paszczy... laski na insta wyglądały ślicznie, a u mnie dolny drut układał się w zygzak, metal wyglądał na oksydowany i w ogóle miałam wrażenie, że WSZYSCY się lampią w mój otwór gębowy, zaś rzeczony otwór się z trudem domyka
 
- no niestety, początek noszenia aparatu oznacza bolesne otarcia i afty - na szczęście wosk ortodontyczny pozwolił mi przetrwać te parę tygodni, aż śluzówka jadaka się przyzwyczaiła :)

- minęło trochę zanim zaczęłam jakotako kontrolować seplenienie oraz "płynną wymowę" (czyt. plucie)

- nie widziałam kompletnie żadnych efektów... po prostu NIC! a nadmienię, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną :P

- nie mogłam niczego ani ugryźć, ani nagryźć, ani pogryźć... czułam ustawiczny "ćmiący" dyskomfort, a przy jedzeniu czegokolwiek - tępy ból

-  po paru tygodniach wyskoczył mi z dwóch zamków drut i poharatał jadaka od wewnątrz

- nie wiedziałam, że subtelne kiwanie się niektórych zębów jest dopuszczalne w trakcie noszenia aparatu i zdążyłam się ekstremalnie zestresować odkrywszy, że radośnie buja mi się piątka jak ją trykam językiem

Ale:

- po 1,5 miesiąca cofnięta górna jedynka zrównała się z koleżanką :D a schowana za dwójkę dolna trójka nagle zaczęła się dziarsko przepychać do przodu! Od tamtej pory efekty obserwuję już prawie z dnia na dzień, a dolny drucik jest już nieomal prosty (nie tworzy tego paskudnego zygzaka) - moje zębiska już w tej chwili są o wiele równiejsze i ładniejsze niż na początku

- przyzwyczaiłam się do swojego nowego metalowego uśmiechu, ba, nawet mi się on podoba i już się szczerzę bez żadnej krępacji, a o samym metalu w buzi praktycznie nie pamiętam

- drut wyskoczył mi z zamka jeszcze kilka razy, ale nauczyłam się go samodzielnie wsadzać z powrotem przy pomocy pęsety (dzięki niebiosom za Youtube, z którego dowiedziałam się, że w początkowych stadiach Damona drucik jest cienki i niewiele mu trzeba, żeby się wysmyknąć z rynienki)

- mogę już ugryźć bez bólu niezbyt twardą i niezbyt grubą kanapkę

- druty zostały zmienione na grubsze i mocniejsze, więc nie powinny już się wymykać

Podsumowując - jest dobrze! Czas mi leci szybko, jestem bardzo BARDZO zadowolona ze swojej decyzji o podjętym leczeniu ortodontycznym. Lepiej późno niż później.

Zauważyłam też jedną rzecz - produkt uboczny - zadrutowanie wiąże się z pewnym uogólnionym "zafiksem" na punkcie równego uzębienia i niestety, siłą rzeczy wychwytuje się już każdy odchył od perfekcyjnego łuku romańskiego u bliźnich... ;) Taki się włącza wewnętrzny orto nazi trochę :D Ale spokojnie, to tylko taka nieszkodliwa neoficka faza, która nie przyćmiła jednakowoż rozumu.

To tyle.

Wkrótce wracam z pościwem w stylu pitolondo toyadzie życiowkowe. Chceta?

15:56

"To ty miałaś coś z zębami??" :)

Hejka :)

Jak część z Was już kojarzy z insta, od paru tygodni jestem posiadaczką aparatu ortodontycznego Damon :)

Ta, erm, inwestycja, chodziła za mną już od dobrych kilku lat... Moje zęby długo uchodziły za dosyć równe, dopóki na studiach nie zostały "rozkopane" przez wyrzynające się w boleściach ósemki. Z roku na rok sytuacja w jadaku wyglądała coraz gorzej - zęby, zwłaszcza na dole, zaczęły się tłoczyć i nawet rotować. Góra była względnie okej, natomiast odkąd pamiętam nie jestem fanką wąskich łuków - tj. sytuacji, że jak się szeroko uśmiechniesz widać tylko zęby do trójek, max. czwórek i w kącikach ust robią się takie "czarne dziury" w które można wrazić po twixie lub parówce. Ogółem - przestał mi się podobać mój uśmiech, zaczęłam się kontrolować i uśmiechać takim nerwowo ściśniętym półgębkiem (żeniby Mona Lisa, czy coś)... Z zazdrością (ale taką pozytywną - motywującą) patrzyłam na roześmiane selfy dziewczyn na instagramie. Zawsze mi się marzył taki uśmiech "gębą pełną zębów" :) 

Dlatego holywoodzki smajl trafił na moją listę celów. Zrobiłam risercz, namierzyłam dwóch ortodontów, którzy wydawali mi się sensowni, a po konsultacjach zdecydowałam się na lekarkę, która okazała się "czytać mi w myślach" - nie musiałam nawet nic tłumaczyć, tylko oczy mi się rozgwieździły, kiedy przedstawiała swoją propozycję korekty - żeby nie tylko ustawić niepokone kły do łuku, ale także "rozciągnąć" łuki i wyeksponować nieśmiałe czwórki, piątki i szóstki w uśmiechu :) Miałam do wyboru dwie metody - klasyczny aparat z ligaturami poprzedzony noszeniem expandera podniebiennego oraz system Damona samoligaturujący się. Pierwsza opcja byłaby tańsza, jednak szacowany czas leczenia dłuższy co najmniej o okres noszenia expandera (czyli razem ok. 2,5 roku), plus wizyty co miesiąc. Druga opcja - droższa na wejściu, jednak Damon sam radzi sobie z rozciąganiem łuków i wizyty mam co ok. 10 tygodni - co mnie bardzo urządza. Czas leczenia szacowany na 1,5 roku - może krócej, może dłużej, w zależności od współpracy ze strony iglatury ;) Tak czy siak, wybrałam opcję drugą. Oczywiście każdy zadrutowany jest przekonany o wyższości swojej metody leczenia nad inną - co widać na forach.

Powiem tak - gdybym chciała po prostu wyrównać zęby do łuku, wybrałabym klasyka z ligaturami. Ale zależy mi na "hamerykańskim" smajlu od ucha do ucha, więc daję szansę Damonowi - jakie będą efekty, przekonam się empirycznie. Przeciwników Damona (w większości leczonych tradycyjnym systemem) nie brakuje, jednak ich słowa konfrontuję ze zdjęciami pacjentów leczonych Damonem - i cóż, jednak się skusiłam, bo efekty już po paru miesiącach są piorunujące.

Po leczeniu rzecz jasna trzeba przypilnować retencji, ale to inny temat.

Po założeniu swojego Damona spotkałam się ze zdziwieniem - "TO TY MIAŁAŚ COŚ Z ZĘBAMI??" "EEE, PRZESADZASZ, NIE BYŁO ŹLE" itp. Ludzie zazwyczaj przyuważają cudze zęby w dwóch przypadkach:

- kiedy są ewidentnie ładne
- kiedy są ewidentnie sfiksowane

Moje chyba plasowały się gdzieś pomiędzy... :) Ale jakoś instynktownie unikałam eksponowania ich, a uwielbiam się szczerze szczerzyć i wolę uśmiechnięte fotki od tych pretensjonalnych, wzgardliwych "dzióbków zajebistości" :P Od zawsze lubiłam też malować usta na wyraziste kolory, jednak świadomość krzywusów studziła moje zapędy.

Nie mam zamiaru się asekurancko tłumaczyć - po prostu uważam, że ogarnięte zęby to jeden z głównych filarów "zadbania", rozświetlają każdą twarz, dodają urody tym przeciętnym i odwrotnie - brzydkie zęby skutecznie odejmują urody najpiękniejszym. I sama należę do ludzi jednak zwracających na to uwagę (chociaż nie wtryniam się w cudze wybory w tym zakresie).

Ponadto - prawidłowy zgryz niesłusznie uchodzi w powszechnym przekonaniu za kwestię wyłącznie estetyczną i "drogą fanaberię" podyktowaną próżnością. Zęby mogą wydawać się znośnie ustawione, a ukryta wada zgryzu może powodować daleko idące komplikacje zdrowotne w postaci migren, degeneracji stawów żuchwowo-skroniowych, nierównego ścierania się zębów, zgrzytania itp. Moje górne jedynki po tym, jak dolne sfiksowały, zaczęły się niepokojąco szybko ścierać w skos i obecnie jedna jest sporo dłuższa od drugiej (zostanie to ogarnięte po korekcie).

Jeśli zaś chodzi o czystą estetykę, to ostatnio towarzyszy mi też pewna obserwacja i refleksja - że im jestem starsza tym najważniejsze dla mnie, abym czuła się piękna i atrakcyjna, jest to, z czym się kładę spać i budzę rano. Czyli nie są to żadne modne szmaty, sexy szpilki, wystylizowane włosy i instagramowy makijaż, tylko takie podstawy, jak: zdrowie, czysta nawilżona (od wewnątrz) skóra, miękkie, błyszczące, swobodnie rozrzucone włosy, prawidłowa sylwetka dzięki racjonalnemu odżywianiu, wypoczęte spojrzenie po minimum 7 godzinach snu, uśmiech zadowolenia ze swojego życia. Reszta to zaledwie dodatki, przyjemne, choć całkowicie opcjonalne - jak filtry w insta. Kiedy brakuje wielu tych podstaw, to nawet najlepsza stylówka, dopinane pasma, doklejane czarne wyciory w charakterze rzęs, misterny konturing i strobing luksusowymi pędzlami - to trochę takie "leczenie syfa pudrem"...;) Ale spokojnie, nie jestem urodowym nazi - swoje przemyślenia i wnioski mam na własny użytek :) W skrócie - bardziej mi obecnie imponuje jakościowy minimalizm wypracowywany miesiącami (jeśli nie latami), niż pozory jakości w postaci doraźnych substytutów. Chodzi mi o filozofię typu: prościej wbić zad w bieliznę wyszczuplającą niż ruszyć ów zad z kanapy i zrezygnować z frytek w maku, prościej zaszpachlować zapchane pory niż np. zrezygnować z papierosów, wysilić się na celowaną systematyczną pielęgnację, prościej doczepić kłaki niż wyhodować i utrzymać w dobrej kondycji własne, prościej połknąć cudownego dropsa na dolegliwości niż systematycznie budować zdrowie, prościej kupić po drodze syfskiego hotdoga niż poświęcić czas na zaplanowanie i przygotowanie w domu lepszej alternatywy, prościej narzekać na kiepską pracę niż się przebranżowić i poszukać lepszej, łatwiej pomstować na sukcesy innych niż uczciwie zapracować na własny. I wiecie, nie piszę tego wszystkiego z perspektywy kozaka który to wszystko praktykuje na sto pro, ale - nieustannie pracuję nad swoimi dobrymi nawykami i znam kierunek, w którym powinnam wytrwale podążać. Unikam też wszelkiego doktrynerstwa, więc sporadyczny cheat meal jest wliczony w koszty ;)

To chyba tyle na dziś, mykam jeszcze podelektować się niedzielnym popo :)


18:53

Wolność kocham i rozumiem.

Cześć :)

Mało mnie w internetach, coraz mniej... I nie przepraszam, bo mi z tym na razie dobrze.

Internety są super, naprawdę. Ale wciąż wolę real i nie mam ochoty dryfować w stronę tej całej rozdętej bańki przaśnych bzdetów, tanich sensacyjek, miernych treści, kultu pozorów, póz i umizgów, lansu, gorączkowego festiwalu próżniactwa, kupczenia wszystkim czym się da, bycia małpką na postronku lajków i falołersów.

Można powiedzieć, że... niepokoi mnie swoją trafnością ponury wydźwięk netflixowego serialu Black Mirror. W szczególności "trzepnął mnie" mój ulubiony odcinek - Fifteen Million Merits.

I jeszcze raz podkreślam - nie chcę zabrzmieć jak sfrustrowany cap co pozostał mentalnie w ubiegłym eonie, doceniam dobrodziejstwa wirtualu, ale - moja baza jest i pozostanie w prawdziwej rzeczywistości. Mimo tego, że prawdziwa rzeczywistość to nie pasmo hajlajtów przepuszczonych przez najmodniejsze filtry z lajtruma.

Ot, co.

Nie martwcie się o mnie - nie grozi mi anachoretyzm :) Po prostu uważam, że te (optymistyczny wariant zakładając) sto lat naszej podróży doczesnej to jednak cholernie mało i szkoda mi czasu na pewne rzeczy, np. porównywanie mojej skromnej szafy z kilkoma przestronnymi garderobami Kylie Jenner, zastanawianie się, czy rozmiar 38 już czyni mnie tłustą świnią i czy jak ośmielę się wyjść z domu po bułki (gluten! zgroza!) bez perfekcyjnego makijażu (pod dyktat jutubowych guru szpachli) to już jestem niekobieca i zaniedbana.

Ekhm, jak by to powiedzieć... mam to przenajserdeczniej w doopie. Nie daję faków, ju noł.

Nie dam sobie wpoić, że bez makijażu jestem odrażającym paszczurem i nie dam sobie wpoić, że staranny mejkap czyni mnie zniewoloną przez patriarchat idiotką.

Czasami mam dzień na lumpiarską bluzę, czasami lubię się totalnie odpindrzyć, ale mój wygląd nie jest mną.

Zwisa mi miętkim kalafiorem, co dla "nieomylnego miliona much" jest atrakcyjne i sexy. Nie aspiruję do bycia aprobowaną czy adorowaną przez jakiś tłum anonimków. Szpilek nie noszę i nie zamierzam :)

Uwielbiam celebrować dużą porcję Shahi Paneer, i uwielbiam też, kiedy włażę upocona pod prysznic po wyczerpującym treningu interwałowym. Nie biorę udziału w publicznym, infantylnie kokieteryjnym (?) samobiczowaniu się kobiet za każde zjedzone ciasteczko czy czekoladę - jak już cheat meal, to bez żalu i tego żenującego kwękania o rosnącym tyłku.

Doceniam ludzi, którzy umawiając się np. na obiad, są obecni nie tylko ciałem - tj. nie siedzą z przyklejonym do łapy telefonem. Podczas swojej turystyki kulinarnej coraz częściej wokoło widuję osoby, które prawie nie zamieniają ze sobą ani słowa przez cały wspólny posiłek, bo siedzą z gałami wlepionymi w smartfon. Masakra.

Do czego zmierzam? Do konkluzji, że świadoma obecność w realnym życiu z prawdziwymi ludźmi jest fajna. Że fajny jest bliski kontakt z samym sobą, znajomość własnych potrzeb i marzeń, a nie sztucznie zaszczepionych #goals. Że świadome wciąganie treści jest fajne. Że fajny jest samodzielny pomyślunek. Że nic bardziej nie boli nad zmitrężony czas.

To tyle.

Pozdro szejset mordeczki i do następnego :)

20:10

Wdzięczność i zasada symetrii w relacjach międzyludzkich. Rozkminka na gorąco.

Czasami jest tak, że jakaś sytuacja zainspiruje mnie do głębszej życiówkowej refleksji... A jak sytuacja jest cykliczna, to miewam nawrotowe rozkminy uporczywe i aby je zredukować, muszę popuścić treść na blogasku :)

Bo inaczej się uduszę..

Otóż.

Powiem nieskromnie, że uważam się za osobę z natury szczerą i potrafiącą się entuzjatycznie dzielić dobrem wszelakim z innymi. Odkąd pamiętam zawsze oddawałam "większą połowę" ciastka osobie, z którą miałam je spożyć... I nie wynikało to z jakiegoś poczucia niezasługiwania, a po prostu - z potrzeby niebycia dupkiem :) Mam wrażenie, że mało osób obecnie miewa potrzebę niebycia dupkiem; raczej dominuje ochota wyrwania dla siebie jak największego kawału tortu i dodtkowo nasmarkania w czyjś talerz dla jeszcze większej satysfakcji...

Nie, nie jestem zgorzkniała. Dzielę się swoistym dysonansem poznawczym, który bardzo wpłynął na moje postrzeganie świata. Zawsze mi się wydawało, że odruch wdzięczności i potrzeba odwdzięczenia się za coś miłego i dobrego, co nam się nie należało, jest czymś... naturalnym. Choćby miał to być "tylko" symboliczny gest, jak tzw. "marne" słowo dziękuję. Tymczasem okazuje się, że nawet to jest zbyt wiele... A nierzadko jeszcze nie dość, że ktoś ochoczo wykorzysta Twoją wielkoduszość, to jeszcze będzie wydziwiać i narzekać, że przecież można było lepiej i wincyj.

Nosz, karwia mać! Takich ludzi właśnie mam dość. I bardzo się miarkuję, aby nie wpuszczać ich dalej niźli do swojego egzystencjalnego przedpokoju, nie zapraszam do rozgoszczenia się. Ba - najczęściej ich kulas nie przestąpi nawet mego progu. 

Sorry.

Mówię, jak jest. I - o dziwo - nie wpływa to negatywnie na moją skłonność do radosnego dzielenia się, natomiast owej skłonności towarzyszy już świadomość, żeby nie spodziewać się docenienia choćby dobrym słowem, bo ludzie po prostu rzadko poczuwają się do jakiejkolwiek wdzięczności za okazaną im życzliwość, pomoc lub wsparcie. Postawa roszczeniowa jest współcześnie niestety postawą dominującą, koniec kropka...

I nie mam tu na myśli skrupulatnego rozliczania się co do grosza za bilet autobusowy (żenada), interesowności typu "produkt za produkt" i "odwdzięczania się" na siłę - chodzi po prostu o pewną naturalną, wynikającą z wzajemnego szacunku SYMETRIĘ w relacjach z ludźmi.

Po tym można poznać kulturę i klasę, towary deficytowe. Bo dla mnie nie świadczy o klasie pełen nadętej maniery ostentacyjny puryzm językowy, wysoki stołek czy wożenie tyłka drogim samochodem, a właśnie takie ludzkie szlachetne odruchy.

Co z tej skądinąd ponurej konstatacji wynika..?

Po pierwsze, nauczyłam się trzeźwej asertywności i priorytetyzacji - moje sprawy są dla mnie zawsze najważniejsze. Dałam sobie pełne prawo do zdrowego egoizmu - bo zdrowy egoizm to kwestia elementarnego szacunku do siebie. O dziwo dopiero wtedy jesteśmy autentycznie szczodrzy - nie z potrzeby uchodzenia za szczodrych kosztem zepsutej krwi lub tłumionej pasywnej agresji, a dla samej radości obdarzania dobrodziejstwami bez oczekiwań.

Po drugie - paradoksalnie odkąd przyzwoliłam sobie wreszcie na taką postawę, życzliwiej odnoszę się do czyichś próśb i częściej spontanicznie działam bezinteresownie. Bo wiem, że nie jestem "dobra" kosztem siebie. Bo mamy miłować bliźniego JAK siebie samego, a nie ZAMIAST. Bo robię to już na poziomie świadomym - każdorazowo to ja decyduję. I niezależnie od podjętej decyzji, nie mam "second thoughts". Ja dysponuję swoim czasem, energią i zasobami - znam swoje święte granice, i nie pozwolę się eksploatować.

Po trzecie, wdzięczność i poczucie wzajemności urosły w moich oczach do rangi miarodajnego filtra osób, którzy mnie otaczają. Obserwuję i wyciągam wnioski. Wampiry energetyczne, psychopaci, narcyzi i insze predatory NIGDY nie odczuwają wdzięczności. Ich filozofią życiową jest wykorzystywanie i "dojenie" innych na maksa, nie dając NIC w zamian. Miałam z TYM do czynienia jako młode naiwne dziewczątko z syndromem Polyanny i cóż... - nigdy, karwia, więcej. Unikać jak ognia. Razem z całą resztą przaśnych cwaniaków i oportunistów - WON.

Po co ten cierpki wywód? Nie po to, by obrzydzić bezinteresowność - bynajmniej. Raczej po to, aby uczulić na ludzi, którzy nie są jej warci. I sama bym siebie dziesięć lat temu zbeształa za tak "niepoprawny politycznie" i nierzygający brokatowym różem słitaśności i lowciania całego świata pogląd, ale... dziwnym trafem właśnie wtedy zgadzałam się na "współprace" i "przysługi po znajomości", a potem zbierałam kopa za kopem w tyłek od chytrych wyrachowanych manipulantów, których to ja powinnam zawczasu wyczuć i kopnąć w zad. Nic tak nie odziera z godności i miełości własnej, jak uporczywa mentalna prostytucja, panie tego.

Więc tak. Unikajmy pasożytów i miejmyż na względzie, że porastanie hubami nie przydaje szlachetności.

19:47

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się - ZAROBIONA JESTEM.

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się - ZAROBIONA JESTEM.
Oj,Toyadzie, chyba nie masz ostatnio rąsi do blogaska, ni serducha... :(

Serducho by się może i znalazło, ale energij braki.

Paczasz nań, na ów blogas, w boleściach sumnienia, jak na swego więdnącego cykasa na toaletce... I myślisz se - dbaj babo, albo pozwól sczeznąć! Kierwa.

***

A tak serio - od stycznia biegam do swojej "jobby job" i czuję się jak ogłuszony chomik na karuzeli... Ale czas mi mija mega szybko i chyba potrzebowałam takiej mobilizacji i intensywnego tempa. Sporo się uczę, chłonę inspiracje i mimo momentów zwątpienia staram się nie stracić z oczu większego celu. Jednak wiecie, introwertyczne formy życia mają obniżoną tolerancję na bodźce zewnętrzne i jak wychodzę z pracy jestem wprawdzie zadowolona, ale i wydrenowana mentalnie. Dlatego resztki sił przeznaczam wieczorami dla moich osobistych Ulubionych Ludziów i na skuteczny relaks.

***

O dziwo nie mam ostatnio większych problemów ze snem - co wieczór jakieś minimum pół godziny relaksuję się w słuchafonach na uszach, przy ASMR. Nie znacie? Mnie podsunęła ASMR Czytelniczka, za co jestem jej bardzo wdzięczna! To po prostu... powiedzmy... erm... wywoływanie przyjemnych ciar poprzez specyficzne bodźce zewnętrzne, głównie dźwiękowe - mega rozluźniające, uspokajające, pozwalające mi nawet na ucięcie sobie drzemki w dzień (dotychczas było to praktycznie niemożliwe, nawet kiedy padałam na dziób ze zmęczenia). Polecam spróbować - też byłam sceptycznie nastawiona, ale to działa. Serio. Moją ulubienicą jest pięknooka klimaciara Ardra :)


***

A tak poza tym? Nabyłam drogą kupna nowy sprzęcior foto-wideło, ponieważ łażąc po greckich starożytnościach w czterdziestostopniowy skwar z solidnym lustrzankowym ekwipunkiem na spoconym garbie przysięgłam se, że kupię bezlusterkowca. Poręczne toto, z zacną wymienną optyką, a zdjęcia pyka naprawdę, że mucha nie siada. I bardzo, ale to bardzo chciałabym rozkminić montowanie jakichś filmików/vlogów... Ehh, tylko - no właśnie - zarobionam :P

***

Ogólnie ukontentowana jestem w związku z ubiegłym rokiem, ogarnęłam znakomitą większość istotnych dla mnie spraw. 2018 zapowiada się jeszcze bardziej intensywnie i ciekawie... :) Jeno Toyad światło- i ciepłolub skupia się na przetrwaniu zimy i stworzeniu dobrych podwalin pod aktywniejszą porę...

Co będzie dalej? Zobaczymy :)


21:59

Okołoświąteczne rozkminy i spleenik. Życióweczka.

Podzielę się z Wami pewną refleksją, która ostatnio za mną uporczywie łazi.

Zwykło się zakładać, że człowiek buntuje się za młodu - w wieku, powiedzmy, nastoletnim. A potem niby dorośleje i "mądrzeje", przy czym jest to zazwyczaj kojarzone z pewną pokorną uległością względem oczekiwań społecznych. A bunt jest upupiany i nazywany protekcjonalnie "głupim wiekiem"...

Z perspektywy czasu stwierdzam, że wiek nastoletni był może w pewnym uproszczeniu "głupi" pod pewnymi względami, ale sam bunt głupi nie jest - pod warunkiem, że jest mądry :P (i wszystko jasne lol)

Właśnie swoisty brak pokory, nieposkromiona wolność zdrowej autoekspresji oraz niezłomna asertywność w obronie własnych wartości - kojarzą mi się z dorosłością. Bo stadny konformizm jest łatwy, a ludzie niestety preferują drogi na skróty i z ulgą wybierają lenistwo poznawcze.

Żeby móc potem zamykać innego człowieka z całym jego skomplikowaniem, głębią i unikalną historią w ciasnej szufladce opatrzonej zwięzłą formułką. Na podstawie jakiegoś przypadkowego skrawka informacji, mikrowycinka całości. 

Ale wracając do buntu.

Dojrzały bunt różni się od młodzieńczego. Nie miota się w głośnym zacietrzewieniu, jak zwierzątko w klatce; przypomina raczej majestatyczny himalajski szczyt - który jest wprawdzie cichy i spokojny, ale spróbuj go "ruszyć". To on wyznacza granice. No właśnie.

Przeciwko czemu buntuje się np. dorosły Toyad?

Przeciwko ignorancji, także, a zwłaszcza własnej, jeśli się na niej przyłapię.

Przeciwko arogancji i bezmyślności, unikaniu autorefleksji.

Przeciwko biernemu marudzeniu na własną sytuację - i potulnemu tkwieniu w niej.

Przeciwko premiowaniu cwaniactwa i wyszydzaniu "staromodnych" wartości typu szczerość, lojalność, uczciwość.

Przeciwko kołtuńskiej moralności i mentalności "coludziepowiedzo!".

Przeciwko schematom, sztampie i tandecie.

Przeciwko rozdętemu do porzygu kultowi pozorów.

Przeciwko powszechnemu schamieniu i bucerze.

Przeciwko zafiksowaniu na artefaktach, powłoce i rzeczach mało ważnych.

Nie zrozumcie mnie źle... Jestem ostatnią osobą, która nawoływałaby kogokolwiek do ascezy! :) Fajne rzeczy są fajne, zakupy są przyjemne, pieniądze są świetnym narzędziem do spełniania marzeń, nie ma nic złego w staraniu się być miłym wizualnie i dążeniu do szeroko rozumianego materialnego ziemskiego szczęścia.

ALE, karwia. Chodzi mi o to, żeby gdzieś po drodze nie skisnąć w ślepej kisze monomanii i mieć z tyłu głowy świadomość priorytetów. Co powinno być priorytetem? Coś, co dostarcza poczucia sensu. Czyli - przykładowo - dla mnie:

Wolność osobista. Autonomiczne wybory. Odpowiedzialność za własne życie.

Bezpieczeństwo emocjonalne i materialne, dobre zdrowie, mir domowy.

Wartościowe relacje z innymi.

Wartościowa relacja ze sobą.

Poznawanie siebie. Wierność własnym wartościom, choćby przysłowiowe skały srały.

Działalność twórcza - cokolwiek by to nie było, nawet pieczenie placków czy proste projekty DIY.

Możliwość swobodnej, zdrowej autoekspresji.

Tzw. work-life balance.

Wdzięczność. Dostrzeganie i docenianie codziennych radostek.

Celebracja relaksu, świadomy(!) sybarytyzm(!)

Empatia i życzliwość. Wielkoduszność.


A na czym polega mój cichy bunt? Na odmawianiu błogiej anestezji, jaką jest egzystencja na autopilocie. Na niebyciu zewnątrzsterowną kukłą. Mimo, że wymaga to stałej czujności w eliminowaniu pleniącego się wszędy badziewia z pierwszej listy i troskliwego siania, pielęgnowania dobrości listy drugiej...
 
Takie tam... Okołoświąteczne rozkminy i spleenik :)

16:20

'This too shall pass.'

Hejka!

Powiem wprost - dopóki nie nawali bajkowego śnieżku to zdecydowanie nie jest mój ulubiony czas w roku...

O ile wczesna jesień jest niezwykle piękna i klimatyczna, to TEN WŁAŚNIE moment tuż przed "prawdziwą" zimą uważam za najbardziej frustrujący i niesprzyjający byciu gejzerem optymizmu... Niby jest tak, że pogoda ducha nie powinna zależeć od pogody na zewnątrz, ale - w praktyce, u meteo-wrażliwców, zmarzluchów i miłośników światła słonecznego (dzień dobry), bywa, ekhm, różnie. U mnie przez ostatnie dwa tygsy bywało, ekhm, różnie - obniżony nastrój był częstym gościem, niestety...

Obniżony nastrój objawia się u mnie zazwyczaj wzmożoną sennością w ciągu dnia, brakiem koncentracji, poirytowaniem, rozkojarzeniem i apatią, trudnościami z zaśnięciem i uogólnionym rozdrażnieniem. Skłaniałam się ku wersji, że to przejściowe, jednak na wszelki wypadek wybrałam się z podejrzeniem aberracji działania tarczycy do wnikliwej Pani Endokrynolog (z polecenia, bo zazwyczaj zbywano mnie kultowym "widocznie taka pani natura") - szczęśliwie biochemia hormonalna w idealnym balansie; Pani Doktora przypomniała mi natomiast z całą stanowczością o konieczności uzupełniania wit. D3 do kwietnia, bo jej deficyty mogą właśnie powodować takie depresyjne klimaty (i szereg innego badziewia).

W weekendy lubię wziąć sobie krwawy odwecik za wczesne zdzieractwo i podrzemać leniwie do 9-10, bo - mogę :) I przyznam, że naturalne, stopniowe wybudzanie się przy pomocy światła słonecznego (zamiast presji agresywnego dźwięku budzika) cudownie niweluje moją sezonową mizantropię... :P A jak jeszcze mój Ulubiony Ludź zrobi swoje mistrzowskie fluffy pancakes, to już w ogóle - I'm in heaven! <3 Uwielbiam celebrować zasłużone lenistwo i interwały życia w błogim bezczasie...

Przez ostatnie tygodnie nawarstwiło mi się stresów i karkołomnych wyzwań; czułam się, jakbym manewrowała transatlantykiem między przyczajonymi zdradziecko pod powierzchnią wody niepozornymi górami lodowymi. Ot, niezdarny slalom z wielką rufą pomiędzy wyskakującymi nagle znikąd problemami. Jeszcze nie koniec, ale na szczęście - coś, co wydawało mi się nie do przejścia, zostało uwieńczone spektakularnym sukcesem, więc teraz delektuję się chwilą spokoju i ładuję akumulatory przed pracowitym styczniem... :) Ogólnie - z dziarskim entuzjazmem spozieram w 2018 rok. Czuję się trochę jak taxiing aircraft, przed spektakularnym startem z deszczowego Wypiździewa do słonecznego Paradyża... :D

Trza wreszcie pożegnać szare truchła przeszłości, sztywne mumiowe bandaże starych konstruktów myślowych, destrukcyjnych przekonań i lęków.

Won, kierwa. A kysz!

Można się martwić na zapas, snuć negatywne scenariusze - tylko - po cholerę? Ileż człowiek oszczędziłby sobie nerwów, gdyby przejmował się wyłącznie realnymi zagrożeniami, zamiast wydumanymi i mało prawdopodobnymi. Użytecznym kryterium jest zapytanie siebie samego: Nawet jeśli akurat tutaj powinie mi się kulas, czy TO będzie miało jakiekolwiek znaczenie za pół roku..? Jeśli to tylko błaha "porażka" z krótkim terminem ważności - chrzanić ją. Zamiast masochistycznie drzeć szaty i włosy ze łba, spytać siebie krótko, co następnym razem pasowałoby zrobić lepiej - i tyle.

Tyle mego słowa na czwartek. Była też w planach aktualizacja włosowa, ale podkusiło mnie samodzielnie przysmyczyć grzywkę - oczywiście popłynęłam na poprawkach i wyglądam jak recydywa z psychiatryka... rozpaczliwie usiłuję wbić się do Mistrza M. na reanimację. Pewnie przy okazji ciachnie po całości. Wtedy pyknę focie i apdejt pielęgnacyjny.

Tymczasem - baj :*

12:36

Co sprzyja higienie mentalnej, czyli poradnik hodowcy entropii, aby se umiał do tyłka palcem wcelować.

Naszło mnie na drugi epizod dot. ogarniania życiowej kuwety.

No właśnie, CZO sprzyja higienie mentalnej?

1.) ŚCISŁA DIETA INFORMACYJNA.

Wszyscy piergolą tera obsesyjnie o "czystym korycie" tudzież misze, a jeno nieliczni zwracają uwagę również na to, czym szprycują swój łeb. .. Czy są to treści odżywcze, czy antyodżywcze? Od pewnego czasu świadomie cyzeluję swój czas spędzany w internetach, a w szczególności wystrzegam się z niejakim wstrętem fejsbuczka i jego malarycznego klimatu, sprzyjającego bzdurnym gównoburzom, omijam szerokim łukiem wszelkie okołożywieniowe i lajfstajlowe selektywne doktrynerstwo, samozwańczych "influencerów", krynice głupoty i ignorancji, cały ten festiwal próżności i lansu... Plotkarskie dupelki, fora pełne półanalfabetów - naprawdę nie warto się zniżać do poziomu tego bagienka. Żeby nie było, że internet to generalnie chłam - ej, nadal z autentyczną przyjemnością zaglądam pod wiele wartościowych, inspirujących adresów! :) Ale miarkuję się, żeby nie odpalać kompa bezmyślnie, nawykowo, ot, z nudów i bez sprecyzowanego celu. Skrolu skrolu w stylu zombie pożerało mi kiedyś mnóstwo czasu, którego nie mogłam później odżałować.

Serwisy informacyjne również staram się omijać szerokim łukiem -  już nie pozwalam się szczuć tragediami, klęskami, katastrofami, sensacjami, głupotą, propagandą czy politycznymi przepychankami.

Bo nie wiedzieć czemu to, co piękne, dobre, uczciwe, budujące - raczej słabo się sprzedaje. 

Dość tego badziewia. Wystrzegam się jak ognia czytania nienawistnych komentarzy pod "kontrowersyjnymi" artykułami czy zdjęciami - szkoda mi energii, wolę ten czas poświęcić na jakieś przyjemne myśli, generowanie wysokich wibracji i zasilanie nimi właściwego pola energetycznego.

Zamiast tego np. mam rytuał sączenia kawy/mate przy youtube - rzecz jasna tutaj też selektywność treści idzie mi w sukurs i "paczam" tylko filmy, które inspirują (podróże!), uczą, motywują, dają do myślenia. Preferuję filmy po angielsku, bo zawsze to człowiek się osłucha różnych akcentów plus wskoczą nowe słówka. Przyjemne z pożytecznym!

2.) ODGRUZOWANA PRZESTRZEŃ. 

Ot, życiowa. Nie zdajemy sobie sprawy, że podprogowo nasz mózg rejestruje każdziutką pierdołę wokoło - owszem, nasza uwaga jest wybiórcza jak snop światła z reflektora, ale jednak te "śmieci" i duperele w przestrzeni zbędnie obciążają nam "procesor". Serio, ogarnięte otoczenie pomaga się skoncentrować, uspokoić, czas zdaje się płynąć wolniej itd. Nieogarom podpowiem, że rozpisanie konkretnych zadań w czasie pomaga w zachowaniu względnego ładu. Można nawet zrobić prowizoryczną tabelkę niezbędnych czynności porządkowych i - zrobione - zaznaczać. Polecam - osoba, która żyła z łatką bałaganiary przez ponad pół życia (swoją drogą, łatki przypinane w młodości potrafią nieźle zafajdać nasze życie... ehh).

Oczywiście nie warto popadać w obsesję i kompulsywnie jechać na szmacie dwa razy dziennie - to świadczy raczej o ekstremalnie nudnym życiu, lub - odwracaniu swojej uwagi od totalnego bajzlu w psychice.

3.) PODSTAWOWY OGAR WIZUALNY. 

Pidżama Mode OFF! Uwierzcie mi, wolny dzień, który spędzicie w domu w schludnym "dziennym" stroju, uczesanych włosach, minimalnym makijażu (jeśli normalnie stosujecie makijaż np. do pracy) i ulubionych perfumach, będzie o wiele produktywniejszy i zwyczajnie milszy, niż wolny dzień spędzony w zapierdzianych portkach od dresu, dziurawym spłowiałym tiszercie, nieumytych kłakach umotanych byle jak, z nieodświeżoną zmiętą po nocy gębą - generalnie tak, że wstyd listonoszowi drzwi otworzyć.

To naprawdę nie zajmuje wiele czasu - 10 minut? Można sobie wypracować uproszczenia dla "leniwych ale ambitnych" (aka - work smarter, not harder): naszykować outfit poprzedniego wieczoru, stosować suchy szampon aby wstawać rano z puszystą czupryną zamiast naleśnika, przyciemniać co jakiś czas brwi henną, stosować bogate serum na noc, po którym fizys wygląda świeżo i młodzieńczo itd.

4.) KONKRETNA INSTRUKCJA DNIA.

Mamy małych dzieci doskonale wiedzą, że pacholęta są spokojniejsze i radośniejsze, kiedy mają przewidywalną rutynę dnia. Wiedzą dokładnie, co po sobie następuje. Nawet moja pięciolatka z zapałem smaruje rysunkowe listy zadań (samoistnie podłapała ten patent, obserwując moje organizacyjne nawyki) i z radością uroczyście odhacza w kwadracikach takie zadania, jak "zabawa klockami", "rysowanie z mamą", "mycie zębów" itd. Wszystko jest jasne i przejrzyste, kiedy jest zapisane na papierze - znika ta paraliżująca gonitwa myśli, kakofonia sprzecznych impulsów, która skutkuje prokrastynacją, frustracją i lecącą na pysk samooceną.

Organizacja ratuje mi tyłek, dosłownie. Ale trzeba też uważać z fiksacją na pseudoproduktywności - jak wyżej wspomniałam, ścieranie wyimaginowanych kurzy pięć razy dziennie NIE JEST czynnością produktywną; jest kompulsywnym odruchem ZASTĘPCZYM dla zajęcia się prawdziwymi priorytetami. Własną pogubioną psychą, na przykład. Jest metodą na ucieczkę od tego, co naprawdę ważne. Trza uważać.

Fajnie jest trzymać chatę w takim standardzie, żeby zawżdy bez zażenowania wpuścić znajomka ze spontaniczną wizytą - ale już perfekcyjnie wylizane odrzwia i zdany śpiewająco test białej rękawiczki o każdej porze dnia i nocy nie są mi do szczęścia niezbędne...

5.) STRZEŻ GRANIC JAK CERBER.

Mam na myśli relacje międzyludzkie. Czy są one szczere, wzajemne, pozytywne? Czy może jałowe, uwsteczniające lub poddtrute toksyną..? Na te drugie szkoda czasu. Nasz moment na tym padole jest relatywnie krótki i szczerze mówiąc, jest on naszym najcenniejszym zasobem... Żal się rozmieniać na drobne i spędzać go w kiepskim towarzystwie... Naprawdę. 

Asertywność i nauka mówienia NIE, zwłaszcza dając odpór zręcznym manipulatorom, powinna być wałkowana od szkoły podstawowej obowiązkowo. Niestety, w zamian mamy raczej apoteozę postawy pokornego dawstwa i nieodmawiania "drobnych przysług"... Bo żeniby "kuleżeńskim" trza być, psia jucha. :/

Na szczęście osoba dorosła sama może zdecydować, co jej służy. Bronienie własnych granic to absolutna konieczność dla zachowania własnej integralności oraz wzmacniania poczucia szacunku do samego siebie. Będąc "fajnym" dla wszystkich, tak naprawdę jesteśmy niefajni dla samych siebie - dajemy się wykorzystywać, ograbiać z czasu, energii, a nierzadko i pieniędzy. Mało tego - jesteśmy "fajni" tylko w danym momencie, kiedy ktoś potrzebuje czegoś od nas (doraźnej rozrywki, postawienia browara, podwózki, noclegu, pożyczki). Lepiej mieć wąskie grono znajomków, a takich, którzy nas szczerze szanują. I nie pokażą nam pleców, kiedy to akurat my czegoś potrzebujemy.

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że nie da się zaprowadzić mentalnego kosmosu, utrzymując kontakt z negatywnymi, toksycznymi, fałszywymi osobami...  (w ostateczności, jeśli naprawdę nie mamy wyjścia, można zdecydować się na tzw. minimum kontaktu, które szerzej opisałam w TYM POŚCIE).

Dorzuciłabym tu jeszcze solidny dystans do tego, co ludzie o tobie sądzą lub mówią. Ich opinie są ich własnym produktem, którego ty nie musisz kupować. Polegaj głównie na sobie. Czy TY siebie lubisz..? Jeśli koniecznie chcesz brać pod uwagę feedback, to tylko ten konstruktywny, od autentycznie życzliwych ci osób.


6.) GRUNTOWNA INWENTARYZACJA ŁBA.

Defragmentacja dysku. Ktoś to jeszcze dzisiaj kojarzy..? :P

Tak. To jest ciężki temat, ale cóż, spróbuję go ugryźć.

Ciężki w sensie - ... bagatelizowany. Większość z nas do pewnego momentu - lub częściej - ad mortem defaecatam - wlecze za sobą balast szkodliwych nawyków myślowych, destrukcyjnych schematów i wzorców, którymi naponczowano nam umysł we wczesnej młodości. W domu rodzinnym, ale też w szkole, na podwórku itd. I ci dorośli ludzie bezrefleksyjnie powielają ten sam, zgubny spektakl, przyciągając "pecha", niefortunne zbiegi okoliczności, "niewłaściwe" osoby itd... Mówiąc wprost - nie radzą sobie, nie są w równowadze. Ale zamiast warstwa po warstwie dotrzeć do źródła własnego problemu, wolą go przywalić grubą polichromią wyparcia, zakłamania, pogoni za jakimś tematem zastępczym (np. jechanie na szmacie kilka razy dziennie), lub chorobliwie skupić się na cudzych "uchybieniach": rozstępach na tyłku jakiejś celebrytki i pilnym tropieniu śladów botoksu u aktorek. 

No niestety. Mało komu się chce PRACOWAĆ NAD SOBĄ, nad swoim charakterem. Mało kto widzi taką potrzebę! Prokrastynują, imprezują, upijają się, palą, ćpią, wdają się w kolejne płytkie romanse, zabijają się za hajsem, budują fasadę "luksusu" i lansu, usiłują dogonić jakąś ułudę perfekcji i... nie wiedzą, że gryzą się we własny ogon. Nawet, jeżeli mają momenty zastanawiania się, dlaczego są nieszczęśliwi, szukają przyczyn na zewnątrz, zamiast w sobie. 

Tu nie chodzi o to, żeby obwiniać siebie lub rodziców. Chodzi o wzięcie osobistej odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Nie chodzi o masochistyczne grzebanie się w traumach przeszłości - chodzi o ZROZUMIENIE, skąd się pewne mechanizmy wzięły, i jak można je przeprogramować, aby pracowały na naszą korzyść. Chodzi paradoksalnie o uwolnienie się od smrodu kaki, nie poprzez przykrywanie jej ściereczką, a poprzez - posprzątanie raz a dobrze.

Dla wielu będę teraz brzmieć jak jakiś niuejdżowy kołczo-oszołom, ale serio, daleko mi do tego :) Po prostu uważam, że warto żyć świadomie... zamiast spełniać oczekiwania innych lunatyków i pogrążać się w coraz większej frustracji. Jak chomik w karuzeli. Odcinać cenne kawałki siebie, żeby wpasować się do jakiejś uśrednionej foremki. Powtarzać zasłyszane opinie, zamiast myśleć za siebie. Iść pokornie za szarą tłuszczą, działać na autopilocie. Żeby brońbosze nie pochylić się nad własnymi deficytami, nie zdefiniować własnych potrzeb, nie sięgnąć po marzenia...

Taaak, trochę się rozpisałam przy tym punkcie, ale to dlatego, że jest to dla mnie ważne. Tego nie da się zrobić za jednym zamachem - jak u KonMari z chałupą... To raczej taki mozolny "proces w tle". Jednak zdecydowanie wart podjęcia.


7.) ZACZYNAJ WCZEŚNIEJ.

No, powiedzmy... Chodzi generalnie o uporanie się z kilkoma najważniejszymi celami na dany dzień jeszcze przed południem, o ile oczywiście jest to możliwe. Jak zaniedbam tę zasadę, to później pod wieczór dostaję wyrzutów sumienia i w popłochu czepiam się jakichś kompulsywnych zajęć - a stres przed wypoczynkiem nocnym jest wybitnie niewskazany... :) Lepiej odbębnić robotę wcześnie, a potem zdecydować, czy delektować się zasłużonym relaksem, czy śmignąć jeszcze podłogę w klopie na mokro i delektować się super efektywnym dniem.

Drugą opcją jest zaczynanie wcześniej rozumiane jako... POPOŁUDNIE/WIECZÓR wcześniej :) Lubię sobie czasami tak pyknąć na lajcie rzeczy z listy na następny dzień - wtedy rano mam luzik.


8.) NIE BIERZ SOBIE NA GARBA CUDZYCH PROBLEMÓW...

Jasne, przyjaciele od tego są, aby pomagać i wspierać w potrzebie - ale znaj zdrowy umiar. Pomoc, wsparcie i rada (o którą ktoś WYRAŹNIE poprosi) to jedno, ale nadmierne emocjonalne wkręcanie się w czyjeś kryzysy i WYRĘCZANIE DECYZYJNE nie należą do twojej odpowiedzialności. Niestety, czasami też nasze dobre chęci i szlachetne intencje obracają się przeciwko nam i potrafią skutecznie napsuć krwi... Po co. PO CO.


9.) RUSZ TĘ DOOPĘ.

Ha! Aktywność fizyczna, bejbe. Sama nigdy nie brylowałam na wuefie, ale cholercia... basen i interwały to ja kocham! Najlepsze w regularnych treningach jest to, że... organizm uzależnia się od tego wyrzutu endorfin. I później sam się będzie domagał ruchu. To jest piękne! Zauważyłam, że dni, w których rano (rozmemłana i ziewająca) zmuszam się do pokicania z Monią Kołakowską, są znacząco weselsze i bardziej udane, niż dni, w których nie ćwiczę :) Energetyczny boost plus długofalowe benefity w postaci zgrabniejszego zadka, o niebo lepszej kondycji, szybszego metabolizmu oraz regularnego pozbywania się toksyn.


10.) PRÓBUJ I NIE UPADAJ NA DUCHU.

Nauka czegokolwiek implikuje popełnianie szeregu błędów. Nie przemuj się wtopami, nie biczuj się. Ale też nie folguj w nieskończoność! Wymagaj od siebie tak, jak najcierpliwszy na świecie, kochający rodzic - nauczyciel - od dziecka - motywuj zamiast karać, próbuj różnych metod, kombinuj. Zwracaj uwagę na swój dialog wewnętrzny. Wystrzegaj się krytykanctwa - ono NIGDY nic nie daje, poza poczuciem winy, poczuciem gorszości, tworzeniem trwałych blokad i zahamowań. Natomiast konstruktywna informacja zwrotna - jak najbardziej! Zawsze kmiń: co dałoby się zrobić lepiej następnym razem..?

15:44

Dlaczego tymczasowo lekce sobie ważę imperatyw ultrazdrowych końcówek i o tym, jak zyskałam 3,5 cm przyrostu w miesiąc.

Dlaczego tymczasowo lekce sobie ważę imperatyw ultrazdrowych końcówek i o tym, jak zyskałam 3,5 cm przyrostu w miesiąc.
Miało być dla równowagi o czymś czczym, więc będzie o kłakach.

Chojrakowałam, że rozjaśnianie nie zabiło moich włosów, a potem wróciłam z wakacji w Grecji i przyuważyłam, że końcówki są yyy... gorzej niż tragiczne... Słoneczna patelnia, słona i chlorowana woda = masakra. Na szczęście kawałek od skalpu miałam odrośniętych naturalek, którym nic a nic się nie stało. Postanowiłam podciąć ten suchy wiór o jakieś 5 cm i zrównać kolor. Wyszło nieźle, jednak żeby mieć całkowicie zdrowe naturalki musiałabym urżnąć ok. 15 cm.

A tego nie chciałam. 

Toteż zdecydowałam się na totalną włosomaniaczą heterodoksję, niekanonicznie odmawiając ścięcia całej zniszczonej partii włosów! :D Zakupiłam ostre nożyczki fryzjerskie i nową butlę Mythic Oil. Zainwestowałam także w olej musztardowy/gorczycowy i baterię supli na porost (Calcium Panthotenicum, Sufrin, witaminki z grupy B, młody jęczmień). Wygrzebałam z dna szuflady zapomnianą szczotkę z naturalnym włosiem dzika.

Dzik:




 Olej musztardowy:


Przysposobiłam sobie buteleczki po płynie do soczewek - super się sprawdzają do aplikacji wcierek/olejów na skalp!


Aktualna długość herów (po prawej nie ma dziury, ot, podwinęły się):



I co?

 - Skręcając pasemka i owijając je wokół palca obcinam co jakiś czas ostrymi nożyczkami najbardziej haniebne rozczworzone kotwiczki... phehehe :P Mam wycieniowane włosy, więc nie robię sobie tym procederem "choinki"...
- Stosuję metodę OMO (odżywka-mycie-odżywka), aby maksymalnie chronić wrażliwe partie. 

- Suchy szampon/skrobia ryżowa to mój najlepszy ziomal pomiędzy myciami (co 2,3,4 dni), wyczesuję biały pył starannie szczotą z dzika, która przy okazji pobudza ukrwienie skalpu i przyczynia się do szybszego porostu.

- Wmasowuję w skalp przed myciem (najlepiej na parę godzin lub na noc) olej musztardowy, który obwiniam o rekordowy przyrost długości moich herów... Ich normalny przyrost to zaledwie 1 cm na miesiąc, a pasemko kontrolne (wyrośnięte na przebarwieniu pigmentacyjnym, więc zawsze to samo) wykazało przyrost miesięczny aż 3,5 cm!!! Nawet mój chłop własnym ślipiem odnotował różnicę, więc wiedzcie, że coś jest na rzeczy :D Grzywka była podcinana nad brwi, a już sięga kości policzkowych, więęęc...

Jaki mam w tym cel? Uhodować w ekspresowym tempie tyle, ile trzeba będzie podciąć, aby kłaki były w nienagannej kondycji. Dlaczego nie postępuję odwrotnie, czyli najpierw cięcie potem zapuszczanie? Bo cięcie musiałoby być naprawdę radykalne, a zapuszczanie mega żmudne, zaś ja zafundowałabym sobie roczek wyglądania jak debil rok dyssatysfakcji z własnego wyglądu... Nie twierdzę, że krótkie włosy wyglądają źle - wręcz przeciwnie, ale JA w krótkich czuję się FATALNIE i doprawdy nic nie poradzę, że teraz wściekle pożądam włosów po zapięcie od stanika :)

Co z tego, że końcówki mam zrypane, skoro stare poćciwe silikony robią tymczasowo skuteczną ściemę nadając im doraźnie gładkość i błysk..? A i tak na co dzień noszę zazwyczaj niedbały koczek, więc w sumie stan moich końcówek nie ma większego znaczenia... Ach, że niby zniszczenia "pójdą w górę"? Nie pójdą. Znam swoje włosy. Kiedy nie katuję ich agresywnymi środkami (rozjaśniacz, prostownica), nie potrzebują absolutnie niczego do włosowego szczęścia. Daję sobie jeszcze 1-2 miesiące takiego intensywnego hodowania i zetnę te nieszczęsne niedobitki blondu ostatecznie. Wiem, że wówczas moje włosy będą w idealnym dla mnie stanie, a i długość będzie już dla mnie akceptowalna.

Ogólnie uważam, że włosy są dla mnie, a nie ja dla włosów, i wkurza mnie takie pitolenie, że ojojoj, jak cienkie i delikatne, to musowo trza ciąć od linijeczki (och, ewentualnie ZASZALEĆ w "U") - osobiście lepiej się teraz czuję w wycieniowanych włosach - mój falujący z natury puch wygląda naprawdę korzystnie, w przeciwieństwie do prostego cięcia, które musiałam codziennie żmudnie wyciągać na szczocie, żeby uniknąć efektu niechlujnej szopy. A jak deszcz, to i szczota ani prostownica nie pomogą - loczki jak u amorka. W takiej sytuacji wycieniowana szopa obleci jeszcze jako "boho nieład" :)

Więc wiecie... schematy i reguły sobie, Toyad sobie . Wot, jak zawsze.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger