13:52

Bezsenność, białe noce - pomniejszają moce. Toyad dobra rada.

Przedstawię dziś Toyadzie sposoby radzenia sobie z uporczywym niespaniem. Poniższe sposoby to sposoby, które sama przetestowałam, działają NA MNIE i postanowiłam się nimi podzielić. Adresowane są do osób z problemami z godziwym wypoczynkiem nocnym. Przeważnie sypiam dość dobrze, ale miewam też "ciągi" baaardzo kiepskiego snu, a nawet trwającej tygodniami i miesiącami bezsenności... i wiem, jak to cholernie RUJNUJE codzienne funkcjonowanie - zero koncentracji, piasek pod powiekami, rozdrażnienie, psychiczna rozsypka, podatność na stres, stany lękowe, na dłuższą metę także zmniejszona odporność na choróbska etc. Dlatego dobra jakość snu jest dla mnie teraz jednym z codziennych priorytetów. 6 godzin litego snu to dla mnie minimum, optymalnie jest to 8, a nawet więcej. 

Tu dygresja. Spotkałam się kiedyś z bardzo negatywnym podejściem do mojej - rzekomo nienormalnie dużej (?) - potrzeby snu, że niby - imaginujta se - SZKODA ŻYCIA NA SEN. Dziś wiem, że owszem - szkoda życia - na bycie wiecznie niedoje... nieprzytomnym i nieproduktywnym. Śmieszna rzecz... osobnik prawiący mi onegdaj tego typu mundrości spędzał swój żywot głównie "z kablem w dupie" - skrolu skrolu, wypoki i dżoł monstery, wieczna prokrastynacja i zawalone studia, permanentny brak pracy i dewiza "za hajs matki baluj" (w wieku 30 lat), nałogi, imprezy, śmieciowe żarcie i uberwyjebanizm na jakikolwiek wartości i cele w życiu... Och, i oczywiście to nienawistne narzekanie, że inni mają lepiej, bo mieli łatwiej... więc chodźmy się najebać tanim bełtem w bramie, opłakać swoją zmieloną przez SYSTEM, niedocenioną wyjątkowość i ponadprzeciętną wrażliwość. 

No sorry, ale tak to wyglądało... Dobrze, że szybko zmieniłam towarzystwo. 

Koniec dygresji.

Nie ma tedy nad czym deliberować po próżnicy - dobry jakościowo sen jest, obok odżywczej paszy budującej zdrowie, zajebiście ważny w życiu. Chroniczny niedobór snu przyczynia się do wcześniejszej umieralności. Śpijta tyle, ile osobniczo potrzebujeta i odstrzelcie każdą łajzę, która wam wnijdzie w paradę w powyższym temacie. Za wyjątkiem małego pacholęcia, gdyż ono ma niejako w pakiecie startowym uprzykrzanie starym wypoczynku nocnego... Heheszki. 

Wracając już na właściwe tory:

1.) Kładź się spać tylko wtedy, gdy faktycznie czujesz senność. Nie wcześniej i nie później. Jeśli położysz się "z rozsądku" wcześniej, bez uczucia sennego znużenia, jest spora szansa, że będziesz się bezsensownie miotać w pościeli i tylko się zirytujesz - wtedy nici ze spania... Zauważyłam też, że można "przegapić" swój odpowiedni moment na położenie się do łóżka - wtedy mózg wskakuje na drugi bieg i może być trudno go ponownie wyciszyć. Wyrko ma się kojarzyć przyjemnie, a nie stresować użytkownika. Jeśli po położeniu się mija kwadrans, max. dwa, a ty nie śpisz, wygrzeb się z barłogu, owiń jakimś pledem i idź najlepiej do innego pomieszczenia poczytać książkę. Żadnego komputera ani telefonu! Książka idealna na tę okoliczność to taka neutralna emocjonalnie, w kierunku przynudnawej... Taka, do której nie możesz się zebrać od wielu tygodni, a wypadałoby przeczytać (mile widziane kroniki lub biografie) :)

2.) Unikaj wieczornego przebodźcowania sensorycznego (urocze słowo, prawdaż). Zadbaj o to, by co najmniej parę godzin przed planowanym kimanczem nie ekscytować się i nie emocjonować (daruj se kłótnie i trudne rozmowy, nie oglądaj trzymających w napięciu lub przygnębiających filmów), jak również nie nadwerężać intelektualnie. Zauważyłam po sobie, że służy mi nieślipienie w internety wieczorem - może to kwestia niebieskawego światła emitowanego bezpośrednio w pysk, nie wiem (pono są na to specjalne filtry). Ale lepiej np. umyć garki, pościerać blaty, posegregować kolorami łachy do prania, mrucząc ommmm.

3.) Przewietrzony pokój, odpowiednia wilgotność i temperatura powietrza, ciemność, wygodne wyrko, miła ciału piżamka - mam nadzieję, że te warunki to oczywista oczywistość..?

Koronkowe fikuśne majtasy wzgryzasy to dobre intro do coitus, ale do spanka lepsza przaśna bawełenka, ot co.

4.) Cisza. Mam teraz sąsiadów, którzy poczyniają pranie o godzinie 2:20 w nocy. Wirująca wściekle pralka to niekoniecznie odgłos, który sprzyja spokojnemu zasypianiu - przypuszczam, że w "normalnych" warunkach mogłabym ją olać, podobnie jak dźwięki lodówki i trele ptasząt za oknem, ALE - jeśli cierpisz na bezsenność, KAŻDY nieadekwatny dźwięk chłoszcze ci nerwy... W takiej sytuacji warto spróbować stoperów usznych - specjalnych zatyczek (do kupienia w aptece), tłumiących dźwięki z otoczenia. Przetestowałam kilka rodzajów - zwykłe piankowe po przycięciu końcówki są okej, ale zdarza im się w nocy wypaść z ucha. Woskowe uchodzą za najlepsze, a ja lubię też takie w kształcie "choinki". Wrażenie zatkanych uszu jest początkowo dość dziwne, ale ja się szybko przyzwyczaiłam i doceniłam komfort idealnej błogiej ciszy przy zasypianiu :) Nie słyszę domowników człapiących w nocy do kibelka, pochrapywania chłopa itd.

5.) A propos kibelka - nie żłop dużych ilości płynów ok. 2h przed spaniem, bo pęcherz nie da ci spojnie zasnąć. 

6.) Kolacja - nie żryj na noc niczego ciężkiego, mocno doprawionego i tłustego, natomiast w razie kłopotów z zasypianiem olej też zasadę super dietetycznej kolacji i wszamaj uczciwie coś węglowodanowego i sycącego (ale też nie przesadzaj z ilością) - tego typu posiłek tworzy przyjemne ciepełko w brzuchu i wprawia mózg w zadowolenie, relaksację, a co za tym idzie - ewokuje senność. Licha sałatka zjedzona o 19. tytułem kolacji może skończyć się późniejszym irytującym burczeniem i uczuciem głodu.

7.) Często spotykam się z zaleceniem ciepłej kąpieli i masażu przed snem - rada jest może i okej, o ile ciepła kąpiel nie okaże się gorąca a masaż zbyt intensywny i pobudzający, bo wtedy na 100% osiągniemy efekt odwrotny do zamierzonego... Ja zawsze po wieczornym peelingu wylinki na odwłoku mam kłopoty z zaśnięciem.

8.) Wieczorny wysiłek fizyczny MOŻE utrudniać zasypianie - niektórym wieczorne kardio pomaga, ale ja nie mam tego szczęścia - lepiej mi uskuteczniać prozdrowotne hopsasa rano lub w południe.

9.) Kawa kawusia - spoko, byle nie popołudniu. 

10.) Alkohol może i sprzyja ululaniu, ale przy borykaniu się z bezsennością sprzyja też uzależnieniu. Browarek od czasu do czasu jeszcze nikogo nie zabił, ale osobiście zalecam omijać alkohol szerokim łukiem przy jakimkolwiek dyskomforcie psychicznym - to wybitnie złe kombo. A bezsenność obciąża psychę.

11.) Relaksacyjna muzyka/dźwięki. Wierzcie lub nie, ale odkryłam, że świetnie mi się zasypia przy radyjku internetowym di.fm (Digitally Imported, polecam, elektronika różnej maści, ambient, EBM, psytrance, psychill, tribal house), w charakterze kołysanki - kanał Space Dreams - to muzyka bardzo "przestrzenna", relaksacyjna, medytacyjna, sprzyjająca wprawieniu mózgu w fale alfa. Włączona CICHUTKO w tle bywa niezwykle pomocna w kierowaniu myśli na senno-marzycielskie tory.

Na yt jest też mnóstwo fajnej nuty do zasypiania (np. po 8h, nie przerywanej reklamami), warto wypróbować.

Moja znajoma zasypia przy włączonym cicho szumie radiowym i twierdzi, że cudownie ją to odpręża.

12.) Zegar precz! Przestań kontrolować czas w nocy, bo tylko się dodatkowo nakręcasz (o kur..., nawet jak teraz zasnę to zostanie mi tylko 3h snu, a rano do roboty, łojezu, aaa! - i oczywiście gul na szyi i ciśnienie pińćset...) 

13.) Melatonina. Czasami działa, czasami nie, ale można dać jej szansę. bo jednak często działa.

14.) Za ogromną część przypadków bezsenności odpowiedzialne są stresy i problemy, czyli - psycha. 

Dla mnie okazało się niesamowicie korzystne... pisanie do samej siebie szczerych maili. Jasne, rozmowa z zaufanym przyjacielem jest nieoceniona - ale czasami przyjaciele mają po kokardę własnych trosk i nie chcemy ich ciągle obarczać własnymi (w naszym mniemaniu "pierdołami", które jednak skutecznie zatruwają nam krew). Dlaczego maile? Osobiście mam traumę z wczesnej młodości, kiedy ktoś nieproszony dorwał się do moich osobistych notatek i je wydrwił - dziś wiem, że to żenujący przykład braku elementarnej wrażliwości, kultury i klasy TEJ OSOBY, ale jednak uraz pozostał do dziś - mam swoistego pierdolca na punkcie poszanowania prywatności.

Przekucie swoich lęków, obaw, uczuć, nadziei i radości w słowa pozwala je skonkretyzować, zobaczyć obiektywnie i wtedy przestają nas żreć i podjazdowo nękać z podświadomości. Bardzo ważne jest, aby poza wylewaniem żali w każdym takim mailu znalazły się też pozytywy - rzeczy, które są dobre, za które jesteśmy wdzięczni. Możemy być wdzięczni za tak wiele rzeczy, a często w ogóle tego nie doceniamy! Werbalizowanie ich ZWŁASZCZA wtedy, gdy dominują negatywy, przywraca nam balans i prawidłową optykę na wiele spraw. Wywnętrzywszy się przed samą sobą, zrzuciwszy balast z wątroby, wchodzę w rolę swojego najlepszego zioma (którym w końcu jestem). Piszę i doradzam tak, jak wobec kogoś dla mnie najważniejszego (bo tak, kuźwa, ostatecznie, jest). I wiecie co? Porządkuje mi to łeb. Wprowadza zdrowy i trzeźwy dystans do problemów, a jednocześnie chroni mnie przed uciekaniem przed nimi, bo je nazywam - konfrontuję - rozwiązuję. Sprawia to, że jest mi o całe niebo lżej, nawet, jeśli rzeczy walą się na pysk. Pomaga odzyskać kontrolę.

I ostatecznie przekłada się na lżejszy gar, a zatem - lepszy sen. Lżejszy gar to lepszy sen, zakarbujta to sobie.

15.) Jeśli nic żywcem nie pomaga, idź do lekarza.

Rozpiergolona gospodarka hormonalna (szwankująca tarczyca, policystyczne jajniki) skutecznie psuje zdrowy sen. Namierz przyczynę najszybciej, jak to możliwe, a póki co - w ostateczności, jako mniejsze zło - wspomóż się pigułami... Łatwo się uzależnić, prawda, ale czasami takie "przełamanie schematu" pomaga restytuować naturalny, prawidłowy rytm snu. Zdarza się bowiem, że kolejna nadciągająca noc - potencjalnie ZNOWU nieprzespana - nastraja nas negatywnie, spinamy się, oczywiście ze snu nici, no i wpadamy w błędne koło.

Ok, a co na mnie zdecydowanie nie działa?

- ciepłe mleko przed snem (boli mnie po nim łeb)

- olejki eteryczne (lubię je, ale nijak mi się nie przekładają na spanie)

- ziołowe specyfiki, herbatki czy tabletki - otumaniają lekko, ale i tak nie śpię

- wszelkie medytacje czy autohipnoza - może to kwestia wprawy, nie wiem, ale próbowałam i tylko mnie to frustruje... ja potrzebuję chyba rozproszyć świadomość, a nie skupiać ją na wmawianiu sobie, że moje kulasy mają ciężar ołowiu.

No dobra, to tyle. Pozdrawia Was cudownie wyspany, rześki i zadowolony Toyad :)

Edit: W poszukiwaniu nieoczywistych remediów na niespanie trafiłam na zagdnienie ASMR (autonomous sensory meridian response). Chodzi mniej więcej o celowe wywołanie przyjemnych ciar na ciele. "Wyzwalacze" są mocno zindywidualizowane i na yt są setki filmików. Zjawisko bardzo ciekawe i zamierzam się w nie wgłębić, bo pamiętam, jak oglądałam kiedyś filmik o masażu twarzy i głowy i totalnie odpłynęłam, samo patrzenie na to było niesamowicie kojące nerwy! 

19:15

Być kałem... Albo kosmosem!

Nie da się permanentnie popiardywać tęczowo opalizującymi banieczkami o zapachu truskawek.

No, karwia, no nie da się...

Czasami jest po prostu tak, że niby wszystko ok, teoretycznie szafa gra... a jednak nastrój zaczyna pikować na pysk. Czasami jest tak, że jazgot budzika dotkliwie wrzyna się w mózg, a wygrzebanie się spod ciepłej kołdry i wymarsz do łazienki celem dokonania niezbędnych ablucji przytłacza rozmachem niczym eskapada na Mount Everest. 

Najgorsze są bezsenne noce. Od studiów miewam "fazy" na niespanie, czasami wielomiesięczne... I nic mnie bardziej nie rąbie po psychice, jak właśnie chroniczny niedomiar wypoczynku nocnego. Wygląda to tak, że w dzień podpieram się nosem ze zmęczenia i z ledwością kontaktuję, a jak przychodzi do położenia się spać - nagle oczy jak spodki, ciśnienie jak po pięciu czarnych kawach, w każdej pozycji niewygodnie, wszystko uwiera, swędzi, siku, pić, w brzuchu burczy, najmniejszy szmer wzmaga akcję pikawy... A jak nawet uda się "przysnąć", to ten sen jest ciężki, męczący, jakby na wpół świadomy. W moim przypadku pierwszy kwadrans od przyłożenia łba do poduszki rokuje - albo będzie spane, albo będzie kiepsko. Po czym to poznaję? W pierwszym przypadku moje myśli się niejako rozwarstwiają jak chusteczka higieniczna, są bardziej takimi płynącymi swobodnie obrazami... W drugim przypadku - słyszę linearną, uporczywą autonarrację, która wymusza "słuchanie" jej. Masakra.

Podejrzewam, że moja (rzekomo, wkrótce ponawiam badania) łagodna subkliniczna niedoczynność tarczycy może tu mieć coś do gadania... Plus niegdysiejszy przewlekły stres, którego obiektywne źródła (a raczej, ekhm, źródło) skutecznie wyeliminowałam, ale destrukcyjne skutki odczuwam jeszcze do dziś.

Mus więc podejść do sprawy holistycznie, ale i merytorycznie.

Nie, nie mam depresji - to tylko chwilowy dołek, dołeniek. Spleen. Zawżdy u kresu zimy Toyad robi się trochę takie rozmiękłe EMO - jak przygrzeje słońce i wynijdzie zieloność, zrobi mi się o niebo lepiej. Obserwuję teraz ten stan "z boku" i wiem, że takie "falowanie" jest egzystencjalnie normalne (łoo, babo, to żeś pojechała mistycyzmem z fizyki teoretycznej).

Jednakowoż nie czekam na ten moment lepszości z założonemi gnaty, a zmuszam się do działania - ruszyłam wreszcie zleżały odwłok i kilka razy w tygodniu ćwiczę, pochyliłam się z czułą troską nad tym, co jem, z uwzględnieniem własnej osobniczej kondycji a nie chodliwych na jutubie modnych nowinek żywieniowych... Najmędrszą rzeczą, jaką ostatnio usłyszałam w tej kakofonii nawiedzonych zdrowościowych radykałów, było to, że nie ma jednej słusznej uniwersalnej diety dla wszystkich. Nawet "obiektywnie zdrowe" pokarmy mogą pewnym osobom szkodzić... Np. brokuły, pomidory i kasza jaglana przy problemach z tarczycą. Trzeba cierpliwie zgłębiać wiedzę i próbować, szukać optymalnych rozwiązań i przede wszystkim wsłuchiwać się w SWÓJ WŁASNY organizm.

W grudniu i styczniu namiętnie żłopałam olej lniany - efekty w postaci polepszenia włosów i skóry były szybkie i znaczące, ale... żołądek odmówił współpracy. Przez godzinę po spożyciu zaledwie łyżki oleju było mi mega niedobrze, czkałam jak stary żul, bolał mnie brzuch... Odpuściłam, choć może kiedyś dam jeszcze temu szansę. Temu oleju ;)

Póki co stawiam na koktajle na zielonej bazie (szpinak, jarmuż z dodatkami, seler naciowy) i zauważyłam już niezły boost w zakresie przemiany materii, co bardzo mi odpowiada. Zobaczymy, jak będzie długofalowo. Robię też rozpoznanie w zakresie wyciskarek wolnoobrotowych i wkrótce do koktaji dołączą zdrowe, świeże soki warzywno-trawne :)

A zatem - tak, zaczynam od rudymentów... Oko cyklonu wycisza się po kolei - od środka. 

:)

11:38

Nie ciulej franco.

Nie ciulej franco.
Joł!

Myślita se, wot, Toyad nabajdurzył, naciulał, że będzie popiardywał pościkami jak po solidnej wojskowej grochówie, a tu taki wuj, że mianowicie wuj Wacław.

No i poniekąd mocie recht!

Ale wierzcie mi lub nie - ponapoczynałam multum pościw, które sobie dojrzewają w kokonach w folderze "robocze" - bywa, że podejmę jakiś wątek i czuję, że jeszcze coś do niego dopiszę, więc nie publikuję na hop siup tralala (patrzcie ją, jaka wyważona). Phehe. Ponadto, karwia, od początku 2017 nie narzekam bynajmniej na nudę - nie zawsze z super przyjemnych powodów (choróbska, rehabilitacja)... Choć teraz to głównie ogarniam się w nowym lokum i to bywa fizycznie męczące, ale i fajne (na wiosnę będę se urzeczywistniać namiastkę tropikalnej dżungli na tarasie, niach niach niach, nie mogę się już doczekać). Wskoczyła mi też znowu faza na zdrowości żywieniowe, pielęgnacyjne i ruch - mobilizuję się przy pomocy prostej i przejrzystej apki Habits i ewentualnie SplenDo - łatwiej mi małymi codziennymi kroczkami robić postępy niż rozpisywać czasochłonne, dalekosiężne i karkołomne projekty i plany. No i nie lubię jak aplikacja na telefon zżera mi kawał pamięci i zamula.

Do tego dochodzi urzędowa biegunka... W naszym cudnym i mleczno-miodnym kraju załatwienie nawet prostych formalności bywa wysoce problematyczne i wymaga potężnych nakładów czasowych, nerwów ze stali oraz niezłego hartu ducha w zakresie cierpliwego kursowania od Annasza do Kajfasza celem zgromadzenia sterty jakże niezbędnej papierologii.

Tak czy inaczej, wreszcie wyłania się jakaś sensowna dioramka. Ponad dwumiesięczne unieruchomienie w domu zrujnowało mi odporność i kondycję, ale już czuję, że zaczynam je odzyskiwać. Zielone koktajle - to jest to! :) Aktywność fizyczna - wprawdzie nie jestem "typem wybitnie sportowym" (buhaha, delikatnie mówiąc), ale zaprawdę powiadam Wam, że nie ma lepszego sposobu na przywrócenie homeostazy endorfinowej niż ruszenie dupska z fotela. Do lata muszę ogarnąć zad, bo przydałoby się zatargać go WRESZCIE pod jakąś palmę czy cuś... :P

Takżetego. Odezwę się wkrótce, baaj!








16:29

Nieczynne z powodu, że zamknięte, czyli - remont.

Jak zapewne widać, zabrałam się do liftingu blogasa. "Okładka" tymczasowa... trochę zajeżdża klimatem z Silent Hill :) Kategorie też na razie robocze, jeszcze nie wiem, czy je takimi zostawię... Stanęłam przed dylematem - czy ponazywać zakładki po prostu "moda, uroda, życie." czy pozostać wierną własnemu idiolektowi... Na razie postawiłam na to drugie. 

Kilkakrotnie spotkałam się z zarzutem, że moja pisanina jest zbyt hipsterska i językowo popieprzona. Możliwe, ale zapewniam, że nie jest to poza, tylko taki mój osobniczy urok. Chyba powinnam honorowo zasiadać w tajemnej loży dwunastu największych warszawskich hipsterów, ponieważ specyfika mojego języka była już szeroko dyskutowana (i raczej aprobowana) przez polonistki począwszy od wypracowań w  4. klasie podstawówki. Cóż, byłam hipsterem, zanim to było modne... wow, pajonier ze mnie, karwia. 

W trakcie prac archeologicznych w niniejszym przysiółku blogosfery dokopałam się do swoich najstarszych postów. I szokłam! Jak to się człowiek jednak zmienia... Na szczęście, w moim odczuciu, na plus. Co zauważyłam? Że dorosłam. Uporządkowałam się. Ogarnęłam. A obydwa te procesy są nadal w toku. Zmienił się mój styl wypowiedzi. Nadal jest osobliwy i kwiecisty, ale jakby... w nieco bardziej wyważony i przystępny sposób. Zmieniły się moje zajawki i upodobania wizualne - po raz pierwszy w życiu czuję, że wreszcie dzierżę pewnie stery swojej stylowej łajby i bez żalu oddalam się od rajskich wysp pstrego 'Boho', dryfując w kierunku spokojnej przystani nieskomplikowanej chromatycznie klasyki, ze szczyptą mrocznego romantyzmu. Podobnie jest z makijażem i kosmetykami do pielęgnacji - poprzestaję na tym, co mi dobrze służy, nie mam potrzeby nadmiernego eksperymentowania. Niegdyś moja lista zakupowych chciejstw była istnym tasiemcem, a teraz? Teraz gro szczęścia dają mi rzeczy niematerialne. Jestem szczęśliwym człowiekiem, więc nie muszę sobie kupować namiastek. A nawet jeśli moje cele są materialne, to nabywane z należytą celebrą i świadomie, a nie pod wpływem kompulsji i obniżonego nastroju. 

Tak czy inaczej - blogasek powinien wkróce ruszyć z kopyta. Jeśli Szanowne Audytorium ma jakieś sugestie, niechaj je zawrze w komciach poniżej (taaak, wiem - więcej moich stylówek i więcej o toksycznych związkach). Pozdro!






14:44

ALE ŻE CO.

Hejka, 

wita Was noworoczny Toyad przywalon w 2017 plagami egipskimi "naaa dzień dobryy", ale spoko, jak coś się kijowo zaczyna, to może później będzie już jeno lepiej... :D

Wszędy czytam o noworocznych postanowieniach - że albo koniecznie robić i sukcesywnie wykreślać, albo borzebroń nie robić, bo niedajborze nie uda się wszytkiego skreslić i będziem rwać włosy z głowy... Dżizas, ale po co zaraz odbijać się od ściany do ściany z tymi skrajnościami. Ja tam lubię mieć miękki zarys planów, ale staram się je wyznaczać realistycznie i podchodzę do nich elastycznie. Nie wyznaczam sobie celów z czapy, typu "będę miszczuniem pole dance za dwa miesiące". Wybieram maksymalnie po 4-5 kluczowych rzeczy z różnych dziedzin egzystencji, nad którymi NAPRAWDĘ chcę popracować i motywacja startowa jest JUŻ na przyzwoitym poziomie. No i w sumie co roku znakomitą większość spraw popycham do przodu, więc - u mnie to działa. Zdaniem niektórych Nowy Rok to absurdalna pora na robienie jakichś postanowień. Ale to zależy, jak do tego podejdziemy - nie wydaje mi się niczym złym cykliczne podsumowywanie swojego żywota. Ot, taki bilans, co dobrze hula, a co średnio. Wszak lepsza ręka na pulsie niźli w nocniku. Nie chodzi  o to, żeby poddać się owczemu pędowi na jakieś "postanowienia" - to cele są dla nas, a nie my dla nich.

Po dwóch miesiącach pooperacyjnego unieruchomienia i kiszenia się w domu zaczęłam wreszcie samodzielnie się przemieszczać - i co? Oczywiście odporność moja jest na poziomie zerowym i pierwsza lepsza wizyta w jakimkolwiek skupisku ludzkim czy zbiorkomie owocuje upierdliwą infekcją. Styczeń upływa mi zatem na doleczaniu grypopodobnych świństw i mobilizowaniu pracy systemu odpornościowego... :/ 

Ach, no i ostatnio - po bodajże 10 latach bez kropelki krwi z nosa - miałam ze 4 masywne krwotoki z kichawy.  Co rozumiem przez "masywne"..? Buchanie farbą jak przy świniobiciu przez ok. 20 minut. Z obydwu nozdrzy. Cała gardziel zalana mimo zalecanego pochylenia do przodu. MASAKRA. Domyślam się, że to efekt leków przeciwzakrzepowych i małopłytkowości przy infekcji, ale jak tylko się w miarę przekuruję, to wybieram się do laryngologa na "przypalankę" czyli zamykanie felernego naczynia krwionośnego.

Marzę o wiosennych spacerach już... Marzę o tym jednym, pierwszym dniu, kiedy wczesnym popołudniem robi się już tak bardzo ciepło, że wracając z pracy targasz swoje okrycia wierzchnie przewieszone przez ramię :)

***

Jakoś tak... na stare lata jestem o wiele lepiej rozeznana i bardziej ukierunkowana w zakresie własnych potrzeb m.in. "urodowych", na tyle, że można to pomylić z umiłowaniem minimalizmu - ale to raczej selektywny maksymalizm. Owszem, doceniam komfort związany z prostotą i oczywistością wyboru. Minęła era miotaniny w eksperymentach. Łachy już od dawna mnie nudzą (poza rzadkimi połowami pereł w lumpach lub online) - nie podniecam się wyprzedażami akrylowych "glutów" z inditexu... :/

Nie mam też ochoty na cudowanie z paznokciami (ot, kładę jeden kolor na wszystkie), przestałam rozjaśniać włosy (wkrótce trza będzie jedynie zatonować przejście między odrostami a resztą blondasów). Makijaż na dni wychodne - mój liczący ok. 15 lat (tak! taka żech już stara) "signature look" czyli zamaszysta krecha i ciemna brew, reszta mi lata, bo gęba dzięki kuracji olejem lnianym wygląda na tyle dobrze, że nie wymaga pełnej szpachli. Od wielkiego dzwonu usta pomaluję... A tak poza tym zaliczyłam swoisty odrzut od tematyki makijażowej - może zmęczenie materiału jednakowymi maskami z yt i insta, gdzie wszystkie ryje na jedno kopyto i tragikomiczny już kult wypełniaczy w ustach. Zatęskniłam za jakimiś artystycznymi makijażami lub "nagimi" naturalnymi twarzami, które są JAKIEŚ. Może mają "skazy", ale przynajmniej są zapamiętywalne.

Jezu, a może ja dziadzieję? Nah, raczej ewoluuję do wysublimowanego koneserstwa. 

Nie potrzebuję pstrokatych jednosezonowych szmat, jednosezonowych butów, sryliona mazideł w srylionie odcieni, ani łazienki zastawionej "jakże niezbędnymi" produktami do ciała i włosów, za to...

Wkręciłam się w fazę na zapachy. Perfumy w sensie. Oooch! Uwielbiam! Są dla mnie jak lampy z zaklętymi dżinami nastroju... Magiczne eliksiry. Wspomnienia lub marzenia w płynie. Każdy "wolny grosz" skrupulatnie przeliczam na flakonik lub choćby odlewkę. Po co komu nietanie rzęsy 2:1, skoro rzęsy wypadną, a piękna flaszunia będzie dumnie stała na toaletce wiele miesięcy, a może i lat? :P Taaak, i tu mnie macie z moim "minimalizmem"... No cóż :) Przynajmniej kupuję coś, co pobudza zmysły i wyobraźnię, jest piękne i trwałe - a ostatecznie stosunkowo łatwo to spieniężyć, jeśli się znudzi/okaże nietrafione (racjonalizacja mode on). 

Takżetego... No. I właśnie. Nie palę, nie ćpię, nie piję (za często) to se przynajmniej popachnę luksusowo! :3


22:26

Nawet najdłuższa żmija - przemija..? Żmija z roztopionego cukru ciągnie się i ciągnie...

Holender jasna. Łohohooo, jakież to ja miałam ambitne plany popędzenia aktywności blogasowej! Wszak od czterech tygodni gniję w chałupie z powodu, że kulas mój połaman i zoperowan (nic poważnego, luzik:)). Chodzić mi nie lza - minimum do końca grudnia, a najlepiej połowy stycznia. Toteż kminiłam, że buchnie mi płodność tfurcza, ale cóż... e. Nie buchła. Najwyraźniej. Przez dwa tygodnie ćpałam tramala i z ledwością kontaktowałam, później zaś przyplątała się z zewnątrz lawina inszych problemów i upierdliwości.

Ostatnio momentami dryfuję w kierunku paranoidalnego ludziowstrętu. Nie, nie jestem zgorzkniałą, hejtującą frustratką. Ale im dalej w las, tym bardziej antroposcetycyzm wypiera resztki antropoentuzjazmu. I jest to ugruntowane doświadczeniami, nie domysłami i dowyobrażeniami. Jestem sobie zwyczajnie szczęśliwa, doceniam to, co mam - i kogo mam - obok siebie, staram się dbać o relacje z bliskimi, nikomu nie szkodzić, żyć swoim życiem. Jednego tylko wymagam - żeby to KUŹWA działało w obie strony!!!

Pal licho obcych. Życzliwe inaczej i niekompetentne damskie i męskie biurwiszony w urzędach, na przykład. Oh well. Prawdopodobieństwo ponownego spotkania jest znikome, więc można odpuścić nerwy. Ale...

Ale najgorsze są te wszystkie kryptomendy w otoczeniu, po których absolutnie nie spodziewasz się żadnego podsrywu. Gęby ich słodkim miodem ociekają, tiutiutiu, co tam słychać, tiutiutiu... fałszywe uśmieszki... a za kulisami Szare Eminencje, kombinujące, jak by ci tu bezinteresownie zaszkodzić - czynnie lub "tylko" słowem. 

Bezmyślnym, krzywdzącym szkalowaniem.

Era niezasłużonego nobilitowania pewnych ludzi minęła bezpowrotnie. Dość mam dopatrywania się na siłę iskierki dobra w osobach, które całą swoją postawą i postępowaniem potrafią tylko niszczyć i wprowadzać chaos. I nieustannie BRAĆ. Zagarniać pazernie, garściami, od siebie nie oferując kompletnie nic, nawet cienia szacunku czy wdzięczności - bo przecież się należy, jak psu micha. 

Jestem za pomaganiem w potrzebie! Ale pomaganie jest czymś innym niż wieczne wyręczanie, wypijanie za kogoś piwa, które sam nawarzył, nie pozwalanie na posmakowanie konsekwencji własnych działań, robienie ze sprawnego, poczytalnego, dorosłego człowieka życiowego inwalidy... Utrwalanie roszczeniowej, wyuczonej bezradności. Dawanie pod nos upieczonej ryby, zamiast nauki obsługi wędki. To tak, jakby "z miłości" do dziecka pozwolić mu jeść same słodycze, siedzieć przed komputerem całymi dniami, zrezygnować ze szkoły. A przecież nie o to chodzi. 

Potem się jeszcze dziwi taka "opiekuńcza" mamcia, że mimo jej (wypaczonej) wszechmiłości i cierpiętniczych poświęceń, wyhodowała na własnem wklęsłem ze zgryzoty cycu zmutowanego potwora. Żmijora. Ona serio nie pojmuje, że usuwaniem mu każdego pyłu spod stóp uczyniła mu jedynie ogromną krzywdę. Nie rozumie - i nie zrozumie, ponieważ to "pomaganie" (a raczej współuzależnienie) jest jej sposobem na... pielęgnowanie własnego Ego. Ja - taka szlachetna, wyrozumiała dla cudzych słabości, męczennica, święta, nieomal anioł! Nie to, co te egocentryczne, samolubne pipy, niezdolne do wyzbycia się własnych potrzeb, stawiające jakiekolwiek granice, wymagania...

Czasem należy pozwolić komuś zejść na dno, aby miał się od czego odbić. Czasem kryzys jest jedyną szansą na zmianę i należy pozwolić komuś go doświadczyć. A nie wiecznie serwować miękkie lądowanie, podkładając poduszkę pod zad. I trwać w błędnym kole.

Nie tędy droga.

Wielkodusznie jest dać drugą szansę.

Dawanie dwudziestej świadczy o chorym uwikłaniu. A nie o szlachetnym altruizmie.

***

Od pewnego czasu - wspominałam już o tym - dręczy mnie przemożna pokusa radykalnego wymiksowania się ze społecznościówki, a ściślej, ryjbuka. Trzymam to konto w zasadzie dla kilku (<5) stron, oferujących wartościowe treści, ewentualnie dla informacji o promkach w moich ulubionych sklepach. I tyle... Przestałam już w jakikolwiek sposób dzielić się tam szczegółami ze swojego życia, bo nie zamierzam majtać wackiem spod płaszcza. W sensie, zbytecznego ekshibicjonizmu praktykować.

Facebook daje niestety ogromne pole do manipulacji w prywacie i obrzydliwych gierek. Ostatnio natknęłam się na krucjatę znajomego znajomego przeciwko byłej żonie... Wszystko oczywiście publiczne... wylewanie pomyj... OHYDA. Ale masa kumpli "od piwa" gorliwie lajkuje i komcia każdą jego podżegającą spiardolinę.

Poziom żenady - poza jakąkolwiek skalą. A durny motłoch wprost pieje z zachwytu, jak szesnastowieczne bydło podczas palenia czarownicy...

***

Rok temu czułam przesyt negatywnych informacji. Zaczęłam więc je cedzić przez gęste sito. Udało się. Polecam.

W nadchodzącym roku chciałabym się skupić już wyłącznie na wartościowych relacjach, zaś szkodliwe, podcinające skrzydła, ususzyć na strup i pozwolić onemu parchu odpaść z mego tyłka.

Czas, karwia, najwyższy.

14:50

Piękno, brzydota, uniwersalizm, relatywizm, kult szpachli, umiłowanie naturalności, feministki i kosmity.

Natknęłam się razu pewnego na artykuł o pewnej młodej dziewczynie - blogerce, feministce, która regularne usuwanie owłosienia pod pachami, na nogach i w strefie intymnej uznała za idiotyczny (bo "wbrew naturze"), czasochłonny i uciążliwy zabieg, a co gorsza - skutek opresyjnej względem kobiet kultury patriarchalnej, jeden z  przejawów terroru "urodyzmu" - i postanowiła całkowicie zarzucić depilację. 

Artykuł okraszon był zdjęciami.

I mnóstwem niewybrednych komentarzy.

Wiecie co? Zaczęłam trochę krążyć wokół tego tematu. Przyznam, że nie "siedzę" od strony merytorycznej w temacie feminizmu, ale wydawało mi się, że dzisiejsze feministki na ogół bronią DOWOLNOŚCI w zakresie własnego wyglądu i wyboru ścieżki życiowej... Tępią slut shaming itd. Poszperałam co nieco w internetach - i owszem, NA OGÓŁ tak jest, ale przewija się też bardziej radykalne stanowisko, krzyczące, że jakiekolwiek(!) okołowizualne starania podejmowane przez kobiety są wynikiem patriarchalnego spisku i należy ich stanowczo zaprzestać. Unikać jak ognia makijażu, sukienek, długich włosów, obcasów i koloru różowego... Przecierałam gały ze zdumienia, że można AŻ TAK nienawidzić wszystkiego, co kulturowo kojarzone jest z kobiecością. No właśnie - kulturowo, kojarzone. I żeniby zewsząd atakuje nas wściekła presja na określony wygląd.

Nie da się ukryć, że mamy niekiedy do czynienia z pewnym histerycznym i groteskowym kultem młodego i oderwanego od realiów wyglądu - ale też nie uważam, żeby tej presji podlegały tylko kobiety, bo mężczyźni również są brutalnie wtłaczani w schematy. Zgodzę się, że może to być irytujące, ale... haloo, wakie-wakie, przecież nie ma żadnego przymusu (mówię o polskim tu  teraz) ulegania tej presji...? Może odrobina zaufania do własnego rozumu i nawyk samodzielnego myślenia przyjdzie w sukurs? Wydaje mi się, że człowiek w miarę dojrzewania i rozwoju osobistego przestaje przywiązywać przesadną wagę do swojej (oraz cudzej) powłoki zewnętrznej - przestaje też mieć obsesję na punkcie porówywania się z innymi.

Co nie znaczy, że każdy oświecony musi być obowiązkowo fizycznym abnegatem.

Jeśli kogoś uszczęśliwiają włosy na całym ciele - cóż MNIE to przeszkadza? Dopóki jakaś dziołcha nie wciska mi perfidnie w fizys swojej pachy zdobnej w wonny i uperlony wachlarzyk podczas np. jazdy autobusem bez klimy - to szczerze, mało mnie obchodzą jej decyzje w tym zakresie. Czy znajduję owłosione ciało estetycznie satysfakcjonującym? Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nie żyję na szczęśliwej wysepce pt. JA, tylko w dalece nieheterogenicznym społeczeństwie. Wsiadając do krakowskiego tramwaju nr 22 kierunek Walcownia muszę liczyć się z tym, że w okolicach ulicy Dietla prawdopodobnie dosiądą się niezbyt miło woniejący panowie gustujący ponad miarę wszelaką w pośledniej jakości trunkach... Cóż z tego? Mogą? Mogą. Wybierając transport publiczny muszę się liczyć z jego "urokami". Jasne, że wolałabym, aby wszyscy byli gładcy i powabni, dbali o higienę osobistą i prezentowali wysoki poziom kultury. Jednak mam świadomość, jak bardzo utopijna to wizja.

Tak się złożyło, że z natury(!) jestem dość mocno uwrażliwiona na estetykę wszelaką - przyrody, otoczenia, przedmiotów, dźwięków, słów... a także nolens volens ludzi. Piękno jako fenomen  potrafi mnie totalnie zachwycić, pochłonąć i wprawić mego ducha we wznioślejszy stan niźli modlitwa. Patos bardzo? Trudno. Tak po prostu mam. ĆPIĘ WIDOKI. Jaki wpływ na mój zachwyt mają kanony, schematy..? Na pewno nie żyję w oderwaniu od świata, więc jakieśtam wzorce musiałam zinternalizować, ale mimo wszystko czuję i wiem, że mój zachwyt jest autentyczny i często gęsto podobają mi się obiekty niepopularne. Jesteśmy unikalną wypadkową wewnętrznych i zewnętrznych procesów, które nas kształtują i wypieranie się tego jest równie sensowne jak boksowanie stogu siana... Zresztą - poglądy i preferencje na przestrzeni życia ulegają swoistym fluktuacjom i modyfikacjom. Cały czas ewoluujemy - a przynajmniej, powinniśmy.

Wzrok nie bez powodu jest królem zmysłów, a jak ludź ma wybór, to ZAWSZE wybierze wariant, który postrzega za "korzystniejszy" dla siebie (pod warunkiem, że ów jest dlań dostępny) - wyselekcjonuje z kosza największe, najbardziej jędrne i czerwone jabłko, przedłoży malowane porcelanowe cacko nad wyszczerbiony gliniany kubek, przytulnie urządzony pokoik nad szarą obdrapaną izbę, a wreszcie prędzej wytypuje na żonę - dorodną córę sołtysa z ustami jak pąk piwonii, za którą ugania się (ciekawe czemu? przypadek?) 3/4 wsi, niźli szarą i zgrzebną latorośl kowala... No SORRY, tu nie ma żadnej karkołomnej filozofii, spisku żydomasońskiego ani brutalnego prania mózgu w procesie socjalizacji. Sprawa jest prosta jak budowa cepa. Człek ma ewidentną miętę do wszystkiego, co postrzega jako obiektywnie ładne/przyjemne/atrakcyjne/opłacalne/dobrze rokujące ewolucyjnie. Ma również coś bardziej subiektywnego - gust - ale w przypadku nadobnej córy sołtysa jest dosyć prawdopodobne, że jego gust podzieli jeszcze wiela chłopa... Czy to jest sprawiedliwe? Nie.

Ale JEST. Jest naturalne. Jak pyton pożerający antylopę.

Wkurza mnie zarówno terror wizualnej sztampy, jak i terror pewnej... jak by to ująć... "wyglądowej poprawności politycznej" - nachalne próby relatywizowania piękna za wszelką cenę - no, bo skoro Rubens czcił grube baby z cellulitem (a i figurka Wenus z Willendorfu nie wzięła się znikąd), to znaczy, że piękno jest całkowicie umowne, abstrakcyjne, arbitralne, względne... a zatem - gówno warte i w zasadzie to taki niepoważny, sztuczny, narzucony konstrukt. Stąd już o krok od triumfalnej a przewrotnej konstatacji, że "brzydkie to nowe piękne", hura, wiwat chorobliwa otyłość. Rozumiem tolerancję i szacunek dla wszystkich bez względu na różnice fizyczne, ale... kompletnie nie kupuję słodkopierdzących frazesów typu "wszyscy są piękni". Jakoś dziwnym trafem nikt nie kwestionuje różnic intelektualnych między ludźmi, prawda..?

Podobnie, jak...

Generowane przez bota chaotyczne słowa raczej nie będą perłą literatury. 

Perfumy nie polegają na przypadkowym koktajlu nut - a ich przemyślnej kompozycji. 

Bezładna kakofonia nie pretenduje do szlachetnego miana muzyki.

Niezgrabne arytmiczne ruchy nie mają nic wspólnego z tańcem.

Kupa kamieni ma się nijak do misternych wytworów architektury.

Na tej samej zasadzie - postrzeganiem piękna ludzkiego kieruje osobliwy, w miarę (stety, niestety?) uniwersalny "silniczek", oparty w dużej mierze na HARMONII i proporcjach układu... Regularność, symetria, prawidłowość, planowość - to jest zawsze rdzeń, reszta to już tzw. kwestia gustu, czyli - krzepiąco dla córy kowala - całkiem spora i puchata otoczka dowolności. Czyli, dla każdego coś miłego. Z harmonią się jednak nie dyskutuje, drodzy państwo. Wariacji jest zawsze mnóstwo, można naciągać, naginać, wałkować i szatkować koncepcję piękna - ale wyżej tyłka nie podskoczymy (choć niektórzy bardzo by chyba chcieli). Zmieniają się wzorce, ale szczerze wątpię, żeby np. zgangreniałemu kulasowi kiedykolwiek przypisano wzniosłe walory estetyczne. Chyba, że w ramach fascynacji turpizmem - ale jest to zamierzony zabieg wprowadzenia dysharmonii celem wywołania szoku estetycznego.
Uwielbiam (możliwie dyskretnie - zęby mi miłe) obserwować ludzkie twarze, ich unikalną równowagę - lub właśnie wytropić intrygujący "zgrzyt", przydający facjacie charyzmy... Uwielbiam też podziwiać spójność i oryginalność czyjegoś stylu ubierania się. Jak byłam zakompleksioną gówniarą, czyli caluśki eon temu, starałam się dowartościować skanując innych i typując ich "słabe punkty" - byłam w tym doprawdy świetna. Dziś na szczęście, dorobiwszy się stabilnej samooceny, nie mam potrzeby umniejszać bliźnim, aby urosnąć we własnych oczach. Nie mam też absolutnie żadnego problemu z tym, że ktoś ma coś, o czym ja marzę - wręcz przeciwnie, odczuwam zastrzyk motywacji jeśli np. dostrzegam w kimś spełnienie potencjału, o który sama siebie podejrzewam - albo po prostu szczerze podziwiam z dalsza. Polecam, milej się żyje, nie patrząc wilkiem na innych. Nic mnie chyba bardziej nie mierzi od pospolitej zawiści, resentymentu, bóldupienia i tych wszędobylskich fontann żółci, podkładania świń.

No i te lamenty, że wszęęędzie fotoszop odpowiedzialny za te idealne zblurowane ryje i ciała... Guzik prawda. Codziennie wychodzę z domu i autentycznie widuję MNÓSTWO pięknych i zgrabnych ludzi - ki czort, oni też są wyretuszowani, czy może ten przeklęty fotoszop to trochę już taka histeria i paranoja jak z Iluminatami..? :/ Mało tego - jakoś doprawdy nie widzę tego rzekomego zatrzęsienia wypacykowanych lal. Serio, co najmniej połowa widywanych przeze mnie CODZIENNIE kobiet ma makijaż znikomy bądź zgoła żodyn. Pewnie, że na imprezie w klubie sprawa wygląda nieco inaczej, ale to wielkie larmo, że wszędy retusz i sztuczność, uważam za mocno "na wyrost"...

Żyłka mi niebezpiecznie drga, kiedy jestem świadkiem szczucia w tym temacie jednych kobiet na drugie. I tego kreowania jakiejś "wyższej" kasty np. te "super zajebiście naturalne" (przy czym pojęcie "naturalności" jest w dzisiejszych czasach, hmm, cokolwiek śliskie...) - lub przeciwnie - "super wielce zadbane=odpicowane". Wtf? Dżizas, co komu przeszkadza CUDZY busz w gaciach czy horrendalnie drogie szpile z czerwoną podeszwą?

Poważnie, karwia, nie ma chyba gorszego mentalnego wieśniactwa niż zaglądanie komuś do przysłowiowych majtek, w portfel i do talerza. 

Zauważyłam, że do skrajnych poglądów wyjątkowo chętnie lgną ludzie słabi i zakompleksieni. Kto ma wiotki kręgosłup wewnątrz, potrzebuje sztywnego gorsetu na zewnątrz. O ile rozumiem uzasadnioną krytykę i kontestację "terroru piękna", o tyle egzaltowane zacietrzewienie, zero-jedynkowość myślenia i ślepy fanatyzm godny neofity jakiejś sekty wzbudza we mnie podejrzenie graniczące z pewnością, że mam do czynienia z kimś, kto ma poważny problem - nie ze światem, a z samym sobą. Za fortyfikacjami skostniałych przekonań kryje się często dotkliwie poturbowane ego, przerdzewiałe resentymentem (zgadza się, pasjami wprost uwielbiam to słowo) i wiecznie wojujące z wyimaginowanymi chochołami.

Jestem przeciwna indoktrynowaniu dziewczynek w lalki i różowe falbanki, ale łatwo popaść w kolejną chorą skrajność, wciskając córce na siłę wiertarkę i wóz strażacki, serwując podskórnie przekaz, że dziewczyńskie=gorsze i głupsze. Nie zastępujmy jednego ekstremum kolejnym, równie "mądrym".

Tak samo w dorosłym życiu. Gardzisz szpachlą, to jej nie używaj - as simple as that! Osobiście nie uważam, jakoby makijaż był nieodzownym elementem "zadbania". Naprawdę, da się bez tego żyć. Ale jak ktoś lubi się malować, to czemu nie? Jedynym miejscem, w którym czuję przesyt makijażu i wszelkiej sztucznej pozy, jest instagram i jutub - ale bardziej mnie to nudzi, niż drażni. Myślę, że po każdym zachłyśnięciu się danym zjawiskiem przychodzi faza wyeksploatowania, znużenia i opatrzenia - mocno wykonturowany wielowarstwowy mejkap a'la drag queen nie sprawdza się w codziennym życiu i na dłuższą metę "lżejsza" twarz wygrywa. Ale powtarzam - co kto lubi! To naprawdę jest TYLKO wygląd, więc nie róbmy z tego jakiejś powalonej krucjaty... :/

Kwestia "naturalności" jest bardzo często podnoszona, i bardzo często rozumiana nader nagniotkowo, wyrywkowo i "jak mi wygodnie". Co to w ogóle znaczy, być naturalnym? Człowiek, drodzy państwo, odznacza się tym, iż posiada jedną naturę - NATURĘ DWOISTĄ :) Na jego prymitywną "zwierzęcość" nakłada się bowiem nierozłącznie coś takiego, jak KULTURA. Jesteśmy ucywilizowaną, z mniejszym lub większym sukcesem (w zależności od egzemplum), małpą. Makijaż/ubiór zatem jest analogicznie naturalny/nienaturalny jak każdy inny wynalazek kulturowy. Nie jest ani zły ani dobry, to człowiek nadaje mu znaczenie. Człowiek bowiem specjalizuje się w nadawaniu sensów i znaczeń, bo tak funkcjonuje nasz umysł. Z perspektywy naszej "zwierzęcej" natury zamachem na naturalność jest jakikolwiek postęp cywilizacyjny, rozwój technologii, medycyny, jakakolwiek sztuka etc. Samochody, samoloty, komputery, telefony, drapacze chmur - to wszystko jest tak sakramencko nienaturalne, że głowa mała... Kupa złomu udająca ptaka, gigantyczne szlane fallusy - toć to absurd! Wróćmy do buszu, powłaźmy z powrotem na drzewa. Pieniądze też są nienaturalne i ich wartość jest czysto umowna - wot, blacha i papier... Tępe masy widzą iluzję, a ty, samotny mędrku, prawdę. Więc może zrezygnuj z dorobku współplemieńców po całości i konsekwentnie, zamiast wylewać żale na złą i niedobrą, przegniłą moralnie cywilizację... oczywiście - o ironio - nierzadko ze swojego (zerwanego z drzewa?) ajfonka tudzież maczka... :3 :3

Ehh, żarty żartami, ale jak dla mnie sprawa jest jasna - zostałam rzucona w taką a nie inszą czasoprzestrzeń, gdzie wprawdzie mam jakieś pole manewru jeżeli chodzi o codzienne wybory, ale nie mogę się teleportować do utopijnej krainy zunifikowanych płciowo i wizualnie misiów zgodnie grających w łapki. Elastyczna adaptacja nie musi być równoznaczna z bezrefleksyjnym konformizmem i "zniewoleniem". Można być świadomym - i nadal, mimo wszystko - konsumentem.

Właściwie to nie wiem, dlaczego wlepiłam w tytuł posta kosmitów - oh well, niech już zostaną, bo dobrze się komponują.

***

Na marginesie jeszcze jedno spostrzeżenie - wydaje mi się, że 'boom' na mejkapy graniczące z teatralną charakteryzacją ewidentnie się przejadł i przemija. Rzekłabym, że już można zaobserwować świeżą i kojącą "fazę" na naturalność i zdrowy dystans do "idealnego" dopracowanego wyglądu... Co nie znaczy, że makijaże i "wypracowany look" są złe - po prostu może zostawmy to w gestii zainteresowanej/zainteresowanego i wszyscy na tym skorzystają :)

Inna rzecz, że z wiekiem człowiek sam jakoś tak dryfuje w kierunku luzu, swobody, pogodzenia z samym sobą, mania wywalone na to "co ludzie powiedzą"... :)

12:44

Stan pomroczny jasny.

Stan pomroczny jasny.
Hejka.

Jesień czułam w starych kościach już w sierpniu. I ani się człowiek obejrzał, kobyłka u płota.

Budzik dzwoni o 7, za oknem dżdżyste i wietrzne szarości. Kaloryfery grzeją dopiero od paru dni, wcześniej trzeba było wiela potęgi woli, aby wywlec przyjemnie wygrzany pod kołdrą zewłok na iście krypciane chłody, brrr...

Jestem stworzeniem bardzo światłolubnym i taka ponura aura wpływa na mnie przybijająco. ALE. Najlepiej w takiej sytuacji włączyć se autopilota i skupić się na aktywnościach do bólu pragmatycznych - np. jak łapią mnie egzystencjalne smuty to w ramach doraźnej samopomocy chwytam za szczotę i dawaj wannę szorować, tudzież kibelek. Ogólnie grafik "prewencyjnie" powinien być przyzwoicie "nabity", aby nie mieć czasu na dokarmianie sezonowego weltszmercu. Jak człek się zabierze za coś pożytecznego z rana, to później już godziwy poziom satysfakcji chroni przed nagłym zjazdem w otchłań ponurych refleksji - i można nawet bez obaw posłuchać mrocznej a emocjonalnej nuty...

A propos, ostatnio odkryłam na yt kanał pewnego pana, który tworzy właśnie coś w tych klimatach. Jak zapewne wiecie (lub nie wiecie) za młodu Toyad był mooocno zajawiony mroknesem wszelakim, wiedźmami, elfami, wampirami etc. :) Dalej lubię. Jeśli komuś taka konwencja równie bliska, to polecam:








Zostawiam Was tymczasem, ale wkrótce się odezwę... :)

11:44

No właśnie, Sabcia, nie szkoda ci życia?

Scenka rodzajowa, autentyk:

Domowa popijawka - kilka pracujących w jednej firmie babeczek. Jedna (dajmy na to, Milenka) świeżo rozwiedziona trzydziestka, dziecek brak, druga (powiedzmy, Aurelka) lat 33, ukiszona w kiepskim małżeństwie ("bo dziecko"), trzecia (eee, Sabinka) fest nieszczęśliwie (z przemocą fizyczną i alkopatolą w tle) zamężna Matca Polca po czterdziestce... Pierwsza "swoje przeszła", ale aktualnie raźno bierze życie za rogi, druga jeszcze robi dobrą minę do złej gry, a trzecia regularnie żali się na swojego arcybucowatego małżonka... 

Panie wyszły na balkon na fajeczkę. Posłuchajmyż dialogu:

Sabinka: Milka, ty już długo po rozwodzie?
Milenka: Około 1,5 roku.
Sabinka: Masz kogoś?
Milenka: Na razie nie.
Sabinka (z mieszaniną wyższości i politowania): I co, NIE SZKODA CI ŻYCIA NA BYCIE SAMĄ..?

Aurelka przybiera ten sam "współczujący" wyraz twarzy, co Sabinka. Milenka zalicza totalny zonk poznawczy wywołany ironią sytuacji i nie wie, czy zabić Sabinę śmiechem, czy strzelić jej "blaszkę" przez łeb na złapanie ogara.

Kurtyna opada.

SRSLY, WTF?

Od pewnego czasu stykam się z przedziwnym fenomenem bab, które uporczywie tkwią, męczą się i użerają w związku z jakimś ekstremalnym dupkiem żołędnym - niby wiecznie narzekają i jojcą... a z drugiej strony pławią się w absurdalnym samozadowoleniu. Ba... Puchną z dumy! Zapewne wizualizują już sobie na swej szlachetnie udręczonej skroni złoty wieniec męczeński i chwałę wiekuistą... Bo wprawdzie czasem zbierają po japie, czasem biorą na klatę chlusty pomyj ustnych, zderzają się ze ścianą sfochanej obojętności, ale trwają. Bo choć misiaczek zaliczył trochę skoków w bok, to wszystkiemu winne podłe baby, lubieżne harpie, co go zbałamuciły. Och, jakie to piękne jest, taka płomienna miełość, gdzie ktoś robi sobie z ciebie wycieraczkę do unurzanych w gnoju gumofilców, a nazajutrz przyniesie bombonierkę i uwiędłego goździka - jakie poetyckie, tragiczne, romantyczne, zupełnie jak w filmach! Ach, topos "trudnych relacji"... Przez ciernie do gwiazd! Miełość kicks ass - chwytają za jajca wyświechtane koelizmy pisane helveticą na czarno-białych fotografiach. Ckliwe a rzewne piosnki o łobuzach, co to rzekomo kochajom najbardziej... Czasami też trza zaciskać zęby i trwać w zlodowaciałym stadle "dla dobra dzieci" - fundując im jakże prześwietny wzorzec małżeństwa i rodziny, prawdaż... Bo "co ludzie powiedzą"? Taki był spektakularny ślubik kościelny i weselicho na pięć wsi... Bo - wspólny dom, kredyt, firma. Bo "on jest magnatem karmy dla kotów i wybieram złote klamki za cenę śmierci cywilnej". 

Cóż... wyleczyłam się z misji uszczęśliwiania obcych, dorosłych ludzi na siłę. Każdy może "umoczyć" kopyto w jakimś łajnie. Ale decyzję delikwent(-ka) musi podjąć autonomicznie. Jeśli wybierze ów miełosny wieniec męczeński, to spoko, jest to osobisty wybór, ale niech nie oczekuje za to oklasków, orderów i pomników oraz sławy pośmiertnej. I niech nie syczy zjadliwie, kiedy ktoś inny zrewidował ciulowy dlań stan rzeczy i ułożył sobie sprawy osobiste na nowo. I jest szczęśliwy. Samemu czy z kimś, wszystko jedno. Znam singli z odzysku płci obojga, którzy z ulgą pożegnali psychiczną kulę u nogi i powitali coś tak bezcennego, jak święty spokój, samosterowność i życie w zgodzie ze sobą. Nie ma jednego słusznego przepisu na szczęście (poza doświadczaniem tu i teraz oraz poczuciem własnej mocy sprawczej), a kierowanie się w tej materii cudzymi receptami to droga na skróty do niechybnej porażki...

Disclaimer - żebym była dobrze zrozumiana. Nie jestem tu koryfeuszem ewakuacji tyłka z poważnej relacji przy byle napotkanej po drodze trudności, nie namawiam do pochopnych rozstań ani nic z tych rzeczy! Zmiany i kryzysy są naturalną koleją rzeczy - o ile nie trwają wiecznie i wiodą na jakiś wyższy level. Wiem też, że temat może być równie dobrze rozpatrywany z męskiego punktu widzenia i wówczas delikwent morduje się z przyciężkawym życiowo, tudzież wrednym babonem. Piszę jednak o rzeczach, które z racji doświadczenia są mi nieco bliższe; nie znaczy to, że nie mam świadomości istnienia drugiej strony medalu.

Poruszany przeze mnie wątek dotyczy sterczenia, niczym widły w gnoju, w relacji jednoznacznie toksycznej lub zgoła martwej. W mojej prywatnej ocenie jest to po prostu marnowanie sobie życia (i często dzieciom, dla których później emocjonalne pustkowie lub wieczna szarpanina będzie "normą", jedynym punktem odniesienia) - na własną odpowiedzialność. Wkurza mnie tylko, jak taka umęczona "ciepełkiem rodzinnym" u boku przemocowca zgorzkniała matrona oczekuje od otoczenia nieomal czci, zaś od dzieci żąda wdzięczności za swoje pogrzebane marzenia z młodości, zaczyna też głośno moralizować i potępiać te osoby, które ośmieliły się zmienić swoją beznadziejną sytuację, zawalczyć i jeszcze wygrać kawałek życia. Byłam niestety osobistym świadkiem takiego bóldupienia pewnej starszej pani, która w swojej opinii bohatersko się poświęciła dla dobra rodziny, znosząc latami liczne upokorzenia i "razy" ze strony mężusia - a teraz jest wielce zdziwiona, że dorosłe już dzieci mają problemy natury psychologicznej (DDD) i ani myślą być jej wdzięczne za to wieloletnie cierpiętnictwo w domowym piekiełku - wręcz przeciwnie... A najgorsze szambo frustracji wybiło na widok sąsiadki w porównywalnym wieku, która do dziś prowadza się za ręce ze swoim mężem i szczebioczą jak młode zakochańce... takiego potoku jadu wywołanego cudzym szczęściem nigdy chyba nie słyszałam... :/ Zawiść i resentyment to przykre przypadłości nieszczęśliwych ludzi.

A ja będę się upierać, że każdy jest (przynajmniej w znacznym stopniu) kowalem własnego losu. Tego matrymonialnego też. Jeśli ktoś świadomie decyduje się na dogorywkę w kiepskim towarzystwie - heja banana, krzyż na drogę, tylko niech nie obarcza innych własnym emocjonalnym balastem. Od ciebie, drogie udręczone indywiduum, zależy, czy będziesz trwożliwie truchtać na krótkim łańcuchu, reanimować trupa, żyć w stęchłym mauzoleum, a może zakurwisz triumfalnego dęsa nad mogiłą wyschłego truchła i ruszysz dziarsko dalej.

Wracając do anegdotki ze wstępu. Nie muszę chyba specjalnie pojaśniać, że Milenka niczyjego współczucia nie potrzebuje, paradoksalnie, to ona może współczuć koleżankom, że ich jaja kończą się na skomleniu jak to im źle, a swoją wartość wciąż uzależniają od nabzdyczonego nosiciela portek, w które są wczepione pazurami.

13:53

Zarzynanie polszczyzny...

Powiem wprost - rażą mnie błędy językowe w moim otoczeniu. Nie jestem szajbniętą purystką językową - na sporadyczne błędy staram się przymykać oko, ale notoryczne niedbalstwo językowe w mowie i piśmie doprowadza mnie do szału. Otrzymałam kiedyś służbowego maila od osoby piastującej dość wysokie stanowisko związane z działem PR firmy - roiło się w nim od elementarnych baboli, zaś składnia była tak kulawa, że adresat (niestety, zbiorowy) miał poważne trudności w zrozumieniu, "co poeta miał na myśli"... I - nie, to nie było pisane "na szybkości" do pracowników, tylko były to oficjalne treści skierowane do obecnych i potencjalnych klientów, mające publicznie reprezentować naszą firmę... Szczerze? Dla mnie to jest już żenada po całości. Za przejaw mentalnego wieśniactwa uważam małostkowe czepialstwo ("dla zasady") i punktowanie każdej literówki w dyskusji opartej na siłę argumentu - ale w momencie, gdy czyjaś wypowiedź jest naszpikowana błędami tak, że aż zęby bolą, to przepraszam bardzo, ale w moich oczach taki interlokutor traci powagę i autorytet... 

Nie każdy musi być od razu Janem Miodkiem. Niektórym ogarnięcie zasad przychodzi z łatwością, innym z oporem. Jednak znałam i znam sporo osób, które - mimo pewnych problemów - ambitnie dążyły do możliwie prawidłowego posługiwania się mową ojczystą. Dlaczego? Bo warto ją pielęgnować - jest piękna i bogata. I niefrasobliwe kaleczenie jej stanowi według mnie prostactwo i brak szacunku - dla rodzimej kultury, dla bliźnich, a także dla siebie. 

Chciałam jednak przy okazji poruszyć inny problem - czy, i jak, zwracać ludziom w takich sytuacjach uwagę..? Chodzi mi głównie o osoby w naszym otoczeniu, które darzymy sympatią i nie chcielibyśmy ich urazić, a jednak każdorazowo doznajemy bolesnego szczękościsku słysząc "półtorej roku", "wziąść", "głęboki dekold", "ładny perfum", "ubierz buty". Wiadomo, że buractwem jest pełne wyższości poprawianie kogoś "przy ludziach"... A w cztery oczy? Pół żartem, pół serio? Hmm... Też śliska sprawa - w przypadku bliskich znajomych raczej nikt się nie obrazi, ale np. współpracownicy, którzy na co dzień raczą nasze uszy takimi wstawkami? :/

Mój sposób jest taki, że jak ktoś zasadzi takiego kwiatka, to ja za chwilę (możliwie swobodnie i bezpretensjonalnie) wplatam go "jak gdyby nigdy nic" we własną wypowiedź (rzecz jasna w formie poprawnej). Takie tam, korygujące echo. Zauważyłam, że często rozmówca się z uśmiechem reflektuje... :) a przy okazji jest to sposób dość dyskretny i nienapastliwy. Jak nie załapie aluzji, to może choć podprogowo "osłucha się" z poprawną formą i z czasem się na nią przerzuci.

Każdy popełnia błędy, ja oczywiście również - i oficjalnie proszę o poprawianie* mnie, nie będę się fochać. Nie postuluję tym postem dążenia do hiperpoprawności, ale apeluję gorąco o wzmożoną codzienną motywację i dbałość w używaniu ojczystego języka - poprawna polszczyzna nie jest jakąś fanaberią nadętych wykształciuchów, lenistwo i niechlujstwo w tym zakresie to po prostu - moim zdaniem - wstyd, coś, co odstręcza podobnie jak niechlujny wygląd i ordynarne zachowanie. Proszę mi tu nie wyjeżdżać z argumentem o DYSortografii czy dysleksji, bo z pewnością  taka przypadłość nie dotyczy lwiej części społeczeństwa, a mam nieodparte wrażenie, że niedbalstwo językowe - owszem.



* - Aaa, tylko nie poprawiajta mnie w zakresie używanych tu specyficznych toyadzich zabiegów stylistycznych, gdyż-ponieważ-albowiem są one stosowane z rozmysłem i są całkowicie dopuszczalne w ramach tfurczej wolności, o.




***

A teraz - specjalnie dla masochistów - moje ulubione perełki:

Trza było dziś wziąść i ubrać dziecią buty zimowe. Pomalowałam włosy na jasny bląd i ubrałam sukienkę z dekoldem, wypsiukałam się ładnym perfumem. Za półtorej miesiąca kupię dwie litry. Bo tam pisze, że to fajne. Bynajmniej ja tak uważam. Ale nie ma już dla niej nadzieji. Idę namszę w niedzielę. Kogo jest ta torebka? Ja umię i rozumię, oni umią i rozumią. Kosztowało jedynaście złoty. Ładną masz urodę. Proszę panią, po ile ten pomarańcz? Rok dwutysięczny siódmy. Trzynasty kwiecień. W każdym bądź razie. W cudzysłowiu. Dlaczemu? Temu, że tak lubiałam. Używaj kondona. Pilnuj te dziecko. Beszczelność. Mieliśmy kontrol w tramwaju. 

Ament.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger