18:54

Hi Y'all! [Hello 2019]

Hi Y'all! [Hello 2019]
Bryy!

*
Jak tam w 2019?

U mnie miodzio.

2018 podsumowałam z dużą satysfakcją, bo dużo się u mnie podziało na plus :) Powiedzmy, że po chudych latach (dawno temu) następują tłuste - ale nic się nie dzieje ot, tak. Wszystko ma źródło w naszej makówce, jeśli założyć, że tam "mieszka" nasza świadomość. Ale według mnie, granice świadomości są pozorne. Wszystko jest świadomością, wszystko jest energią - i jak ktoś myśli, że jadę płytkim niuejdżowym gunwem, to jest w błędzie - niech poczyta coś z fizyki cząstek elementarnych lub teorii systemów.

Mam 33 lata, wkrótce 34.

Pamiętam pierwsze, najpierwsze blogaski, pierwociny blogosfery, blogogonię (lol). Siermiężne wizualnie, ale naszpikowane treścią - ganc na odwyrtkę, jak dziś. Cenione były za refleksje, literacki język, oryginalny idiolekt, lotne myślenie metaforyczne. Teraz? Wszystko musi być wyniuniane, śliczne, w jedynie słusznym minimalistycznym stylu, czyli - oślepiając bielą osłodzoną pastelami, cukierkowe wymuskane flat-laye, dużo niuniuśnych foci, mało treści, a jak już, to takie politpoprawne popiardywanko o niczym.

No i spoko, fajnie, że choć wizualnie się rozwijamy... Ale szkoda, że wartościowej, odważnej, kreatywnej treści coraz mniej... Tęsknię za tym! Oczywiście - są chlubne wyjątki :) Lśniące jak brylanty na tle burego kompostu. Ale ja nie mam czasu przewalać ton kompostu, dlatego wiele mnie omija.

Mniejsza o to.

Eeee. Co ja to właściwie chciałam..?

Hmm.

Wpaść na blożka, powiedzieć Wam "Cześć" :)

I jakoś tak czuję, że potrzebny tu remont. Coś bym tu odświeżyła. Przede wszystkim - jeśli post nie będzie zawierał moich własnych fotełek, będzie okraszony jakąś wybraną przeze mnie focią z Unsplasha, który jest klimaciarski i nie boli w oczy sztampowym sztokiem ze zdjęciami... Na dole zawsze będzie * i podpisany autor zdjęcia.

O czym chcecie poczytać? Wiem, że lubicie rozkminki typu 'leveling up' i cykl o psychofagach. Ale co jeszcze? Kosmetiksy, inspirki, urodziksy?

Pod koniec zeszłego roku wiele mi się przebudowało w moim myśleniu, przewartościowało, zmodyfikowało. Miejscami mój światopogląd się zradykalizował. Przestałam też się przejmować pewnymi sprawami, ale paradoksalnie właśnie teraz mogę coś pożytecznego z nimi zrobić. Bo przestały mnie obsiorbywać z energii, okokoniłam się, wzmocniłam, stworzyłam barierę ochronną. Wciąż leży mi na wątrobie, aby wszyscy wartościowi, nadempatyczni ludzie drenowani przez wampiry energetyczne odcięły im zasilanie i zaczęli zasilać siebie. Ale nie zbawię nikogo wbrew niemu samemu. Pogodziłam się z tym - wreszcie. Odpuszczam zbawianie na siłę - kto ma uszy, niechaj słucha. Jeśli ktoś chce czegoś lepszego od życia, to znajdzie odpowiednią ścieżkę i wolę, by nią podążać.

Tylko zastanawiam się, dlaczego tak wielu ludzi wolicjonalnie siedzi gołą dupą na kolcach i kwęka, że im krzywda? ¯\_(ツ)_/¯


*Photo by A L L E F . V I N I C I U S Δ on Unsplash

10:35

Podsum listopadowej akcji prowłosowej.

Podsum listopadowej akcji prowłosowej.
Pora na apdejt z drugiego miesiąca moich poczynań prowłosowych. Co stosowałam w listopadzie?

- wierzbownica
- drożdże
- skrzypokrzywa

- mycie Dercosem czerwonym z Aminexilem, na zmianę z Sylveco z betuliną

- jak mi się przypomniało to wcierałam serum na porost Agafii, ale rzadko, o kozieradce zapominam kiedy jest w lodówce :<

- z supli biotyna z L'Biotiki (z dodatkiem cynku i wit. B12), magnez, od połowy miesiąca Astaksantyna hawajska Bioastin (duża dawka-12mg)

- jako dodatek do koktajli - maka i chlorella, ale nie codziennie

- do kawy zawsze kurkuma ze szczyptą pieprzu

- max. jedna kawa dziennie

- ograniczyłam pszenicę i mleko, unikam cukru

- olej kokosowy extra virgin

- wit. D3

- regularne olejowanko przed myciem, wdrożyłam olej Khadi i Sesę na skalp

- peeling kawa/cukier raz w tygodniu

- szczotkowanie skalpu dzikiem, masaże palcami

- dbałam o wysypianie się, a od połowy miesiąca moja jakość snu baaardzo się poprawiła :)

- konsultacja z endo - ponoć mam osobniczo małą tarczycę, stąd w wynikach wychodzi leciutka niedoczynność, ale TSH w ciągu roku spadło do prawie-idealnego, a sama tarczyca jest zdrowa (brak guzków, przeciwciała ujemne)

- konsultacja z ginem - dostałam skiero na oznaczenia hormonów w poszczególnych dniach cyklu

- podcięcie końcówek metodą Thrmocut o jakieś 2-3 cm, subtelne pojaśnienia typu sombre, z olaplexem, żeby naturalnie wypłowiałe od słońca pasma wyglądały jakoś sensowniej

- niestety zaliczyłam katar, który przeszedł w zapalenie zatok i spłynął na krtań, co skończyło się antybiotykiem... ehh, rzadko choruję, ale jak już, to konkretnie :/ przypuszczam, że antybiotyk znowu spacyfikuje mi kłaki i spodziewam się masywnego telogenowego opadu w ciągu 3 miesięcy :/

No i w sumie tyle. Obserwacje:

- zredukowana produkcja smalcu na skalpie, a na gębie wręcz suchość

- jakoś w połowie miesiąca, czyli po ok. 1,5 miecha intensywnej pracy nad poprawą kłaków zauważyłam, że ilość wypadniętych podczas mycia i czesania kłaków spadła z ok. 100 do ok. 20. WOW! Ale co zdążyłąm wylinieć, to wyliniałam... :/

- z okolic przedziałka sterczy busz antenek - jeszcze w październiku widziałam bejbihery, ale teraz jest ich naprawdę sporo i powoli robią optyczną robotę na prześwitach

- mój przedziałek wygląda już znacznie normalniej, z czego się zajebiście cieszę, ale jeszcze bliżej czoła mam wkurzające prześwity glacy, nad którymi intensywnie pracuję

- miałam malutki łysy placek ok. 5 mm średnicy, teraz pojawiły się na nim dwa cieniuteńkie i prawie przezroczyste kłaczki <3 wcześniej przez długi czas nie widać było nawet kropki mieszka włosowego...

- mam wrażenie, że odrastające kłaki są "treściwsze" i mniej "pajęcze"

Co planuję w grudniu i w dalszej perspektywie:

- kontynuować to co dotychczas, bo najwyraźniej działa

- zmobilizować się do wcierania kozieradki :/

- może dorzucę kolagen do koktajli

- może rozważę delikatną mezoterapię chałupniczą przy pomocy rolki (spokojnie, nie zrobię sobie krzywdy, wiem co i jak), bo jednak kolagen przeciwdziała łysieniu, a rolka pobudza procesy naprawcze

- orzechy brazylijskie dla uzupełnienia selenu

- jak ogarnę wszystkie wyniki laboratoryjne, kopsnę się do Centrum Zdrowego Włosa na konsultację z trychologiem i badanie skalpu

Aha. No i przestałam się już obsesyjnie wgapiać we własny i cudze przedziałki. Opad kłaków przy myciu nie jest już skrupulatnie liczony, tylko etykietowany na zasadzie "dużo"/"mało". Bardzo jestem wkurzona z powodu fakapu z choróbskiem i antybiotykiem, ale tego się nie da zaplanować, ot, chwilowy spadek odporności i BAM.... :(

Dokumentacja foto.

Kłaky nieumyte, fryzura out of bed, tuż przed podcięciem:


Jak widać, spoooro urosły :) Ale końcówy poszły pod gorące nożyczki - ok. 3-4 cm.

12:11

Podsum październikowej akcji ratującej kłaki.

Podsum październikowej akcji ratującej kłaki.
Mały podsum pierwszego etapu mojej zmasowanej akcji prowłosowej. Plus garść rozkminów.
Poniżej wszystko, co stosowałam/stosuję od października.
Regularnie:
- skrzypokrzywa

- drożdże
- olejek rycynowy na godzinkę lub dwie przed myciem
- lepszość szampony (Sylveco z betuliną, Hipp dla dzieci, Vichy Dercos, Uzdrowiskowy Dr Duda) 
- dropsy z palmą sabałową i cynkiem (wdrożone dopiero w połowie miesiąca, ale nie wiem, czy nie lepiej będzie je stosować z olejkiem bezpośrednio na skalp)
- picie Turmeric Latte, czyli napoju z kurkumą, imbirem, cynamonem i odrobiną pieprzu na bazie ‘mleka’ roślinnego
Ponadto:
- suchy szampon poszedł w odstawkę totalnie

- peeling skalpu raz na tydzień (kawa/cukier)

- nie ściąganie kłaków w ciasny kitek (ehh, a tak lubię chaotyczne koczki na czubie) – zauważyłam, że bolą mnie później wieczorem cwible włosowe :/
Z doskoku:
- jakieś wcierczyny, np. Jantar, Rzepa, ampuły Placenta, ziołowe serum na porost Agafii, kozieradka
- żel aloesowy Holika Holika – pięknie koi skalpik po peelingu, nie nasila przetłuszczania
- napar z wierzbownicy drobnokwiatowej
Uwagi:
- po odstawieniu suchego szamponu skalp mi ześwirował na ok. tydzień – po paru godzinach od umycia miałam już mega przyklap przez nasiloną produkcję smalcu, szlag mnie trafiał, ale wytrzymałam i sytuacja się unormowała 
- skalp jest teraz jasny i czysty, bez oznak łupieżu i podrażnień :)
- łojotok zelżał, mogę spokojnie umyć włosy popołudniu, iść spać i rano wstać z czystymi i puszystymi kłakami – zaczynają się lekko naleśnikować dopiero pod wieczór po szczotkowaniu gęstym dzikiem, ale wcześniej bez wspomagania skrobią ryżową czy Batistem to było nie do pomyślenia – rano już miałam kluchy u nasady…
- wysyp bejbiherów – już po dwóch tygodniach namiętnego żłopania naparu z suszu skrzypokrzywy oraz kuracji drożdżowej w okolicach przedziałka oraz na calutkiej powierzchni głowy zaroiło się od wesołych antenek! Jestem 100% przekonana, że to dzięki skrzypokrzywie i/lub drożdżom oraz ewentualnie odstawieniu suchego szamponu, bo wtedy nic innego jeszcze nie stosowałam, a startowałam z przewlekle ZEROWĄ ilością jakichkolwiek bejbików :/
- ilość wypadających kłaków – zależnie od dnia, ostatnio ok.15-60 sztuk, zazwyczaj przy okazji olejowania-mycia-suszenia-czesania, nie ma jakiegoś dramatu chyba… mam wrażenie, że jeszcze parę miesięcy temu było znacznie gorzej
* będąc ostatnio u rodziców w domu, umyłam kłaki jak zwykle nad wanną i po raz pierwszy moja mama nie darła się na mnie żebym odetkała odpływ :D więc coś jest na rzeczy z tym mniejszym wypadaniem :) Jak farbowałam na wiedźmiński blond, co mycie wyciągałam garść kudłów z odpływu... Dziwne, ale wtedy bardziej skupiałam się na jakości samych włosów, niż na ich ilości… :/
- mam wrażenie, że mój przedziałek zaczyna się już baaardzo delikatnie zagęszczać – oczywiście jeszcze dobrych parę miesięcy upłynie, zanim różnica będzie naprawdę zauważalna, bo bejbiczki są na razie delikatne i króciutkie, ale jednak cieszę się, że w ogóle są i wkrótce zasilą szeregi fryzury 
- odnotowałam, że NIGDY nie wypadają mi włosy inne, niż te najdłuższe, zupełnie dorosłe łodygi – a przy androgenówce ponoć bejbiki lecą tak samo chętnie jak „stare” kłaki – nie wiem, czy to ma znaczenie...? ale jestem pewna, że moje bejbiszony mocno trzymią się łba i bynajmniej nie są „rachityczne”, ani nie są żadnymi włosami meszkowymi…
- niecałe dwa miechy temu miałam problem z nerkami, zlądawałam w szpitalu i przelano przeze mnie multum chemikaliów i antybiotyków w kroplówkach – przypuszczam, że to też dołożyło swoje trzy grosze do przerzedzeń, bo widziałam kiedyś po włosach mojej córki, jak antybiotyk rujnuje włosy :/
- oczywiście planuję wybrać się do trychologa i zamierzam wykonać wszystkie niezbędne badania, ale to już na spokojnie – nawet, jeśli wyjdzie mi AGA (łysienie androgenowe), to cóż, będę dzielnie walczyć, ale na razie cieszę się, że włosy tak pozytywnie zareagowały na podjęte przeze mnie domowe sposoby reanimacji
- dostałam istnej świrówki włosowej, mam obsesję zaglądania babom w przedziałki jadąc zbiorkomem… :/ Co zaobserwowałam? Że nawet młode śliczne dziewczęta <20 miewają dość szerokie przedziałki, a włosy o dziwo całkiem ładne, albo – przedziałek jak niteczka, a włosy na długościach lichutkie… ciekawa sprawa! 
- śledząc blogi, filmiki i fora o łysieniu androgenowym, stwierdzam, że z moim przedziałkiem nie jest tak najgorzej – po prostu jest trochę poszerzony, ale jednak nie mam jeszcze ewidentnych prześwitów ani „gniazda” na szczycie głowy… przedziałek wygląda gorzej dopiero w mojej ostrej lampie typu ring albo w łazience, gdzie światło wali mi wprost na glacę… tak czy siak, może to być pierwsze stadium AGA, albo telogenu hormonozależnego, więc nie ma co się jarać, diagnostyka musi zostać przeprowadzona enyłej.
- szkoda, że człowiek kilkanaście lat temu nie miał tego rozumu co teraz…  w życiu nie zdecydowałabym się na tabletki antykoncepcyjne, no ale cóż… na szczęście nie zażywałam ich jakoś długo… najbardziej przerażające jest to, że kiedy powiesz, że zażywasz tabsy z palmą sabałową które są sprzedawane jako supel na prostatę to oooeeeesuuuuu - laaarmmoooo, że ci wąsy urosną, ale te same laseczki bez mrugnięcia oczkiem łykają ciężkie hormonidła jak dropsy i wcierają loxon 5% bez potwierdzonej diagnozy AGA, ot, „dla wzmocnienia włosków” -  SERIO… swoją drogą, przeraża mnie też, z jaką lekkością lekarze przepisują Alpicorty i ciężką artylerię, nawet nie rzuciwszy gałką na skalp pacjenta
- mam ograniczone zaufanie do lekarzy, uważam, że wielu z nich minęło się z powołaniem i wybrało niewłaściwy zawód – i moja postawa niestety jest mocno ugruntowana we własnym doświadczeniu :/ Oczywiście mam świadomość chwalebnych wyjątków! Kiedy byłam w szpitalu z nerkami, byłam przerażona ignorancją, brakiem empatii, znieczulicą i niekompetencją personelu. Ale to nic – nie oczekuję cackania się ze mną i czułego głaskania po główce, oczekuję PROFESJONALIZMU. Dopiero jedna jedyna pani ginekolog przeprowadziła wnikliwy wywiad i pokojarzyła fakty, odsyłając mnie PONOWNIE do urologa, który wcześniej „nic nie stwierdził”, a tymczasem zakażenie nerki szalało w najlepsze… sorry za dygresję, w skrócie – nie chapajmy w bezbrzeżnym zaufaniu każdego gunwa od specjalisty, chyba, że danemu specjaliście ufiemy na 100%, ale odrobina zdrowej wnikliwości jeszcze nikogo nie zabiła :)
- osobiście nie mam zamiaru sięgać po hormony, chyba, że będzie to absolutnie konieczne…  ale – to powinna być ostateczność… w sensie: nie, że idziemy do pierwszego lepszego ginekologa i mówimy, słuchaj pan sypią mi się ostatnio kłaki i przetłuszcza japa, dej pan antykoncepty, a gin – ok spoko. Czaicie.
- niestety siedzę trochę „w branży” i mam ponurą świadomość, że niektóre schorzenia opłaca się leczyć, a niekoniecznie wyleczyć… dlatego inteligentni, dociekliwi ludzie osobiście dotknięci daną chorobą czy problemem, często są o wiele wartościowszym źródłem wiedzy niż jakiś obojętny dochtore z łapanki… Bardzo inspiruje mnie tutaj np. Julia Caban i jej niezłomna postawa poszukiwania przyczyn i remediów <3
- czasami coś takiego, jak właśnie przerzedzające się włosy, dają nam mega kopa do wprowadzenia pozytywnych zmian w sposobie życia, odżywianiu, zmuszają do przyjrzenia się źródłom stresu itd. Często najcenniejsze lekcje w życiu nie są zbyt przyjemne, ale niezbędne, żeby się opamiętać i ogarnąć.
- zanim ktoś mnie tu zruga – tak, mam świadomość, że łysienie androgenowe to poważna sprawa i trzeba je LECZYĆ ciężką medyczną artylerią – pełna zgoda, ale jednak funkcjonujemy jako skomplikowana całość i warto uzupełniać standardowe leczenie dbałością o równowagę we wszystkich elementach układanki
Plany:
- kolejna wizyta u kolejnego endokrynologa, niech rzuci gałką na moje lekko podwyższone TSH i rozstrzygnie, czy coś z tym robimy, czy dalej obserwować... (zalecenie dwóch poprzednich - ale gdzieś czytałam, że wdrożenie leczenia subklinicznej niedoczynności odpowiednio wcześnie jest korzytniejsze niż czekanie na rozhulanie się choroby)
- kontynuowanie tego, co działa, czyli ziółek, drożdży, olejowania
- wprowadzenie indyjskich olejów do pielęgnacji – sesa, khadi, bhringhraj (nie mogę się zdecydować od którego zacząć)
- zmuszenie się do regularnego picia wierzbownicy i wcierania kozieradki :)
- kontynuowanie picia kurkumy z piperyną oraz imbiru!!! super się po nich czuję
- powrót do częstego użytkowania wyciskarki wolnoobrotowej do soków! <3
- higiena fizyczna i psychiczna (truizm, no ale…)
- rozważam porzucenie kawy :( lub chociaż ograniczenie się do jednej dziennie…
- diagnostyka laboratoryjna + trycholog ?
- kolagen, astaksantyna hawajska
- chlorella & spirulina, może jakieś inne ciekawe suple wpadną
- nie zaszkodzi odrobaczanko ziołowe i odgrzybianko :D po cholerę pasożyty i candida mają mnie okradać z tych wartościowych substancji, które teraz futruję na potęgę! 

Jak ktoś coś w temacie łysienia, to proszę komciać <3
 :)





Kłaczyska stan wyjściowy - w "kłębie" jest ich niby całkiem sporo... Tutaj widać, że końcówki wycieniowanych pasm z góry błagają o okład z nożyczek... :/ za parę tygodni mam wizytę u p. Klaudii Daniels, poproszę żeby je odświeżyła (w czerwcu podcinany był wyłącznie dół metodą thermocut). Chcę zejść z cieniowania i zapuszczam grzywkę, choć... wiem, że grzywka elegancko rozwiązuje problem szerokiego przedziałka :P Dlatego od grzywki nie odżegnuję się całkowicie, od cieniowania - tak, bo z równym dywanem na grzbiecie łacniej kontrolować stan i objętość włosów.

14:26

Miszyn bujny kłak!

Miszyn bujny kłak!
 *
Hejka.

Mam obecnie turbo fazę na włosy - uświadomiłam sobie, jak niesamowicie zmarniały w porównaniu do bujnego gąszczu sypkich, niskoporowatych batów z młodości... :(

Obstawiam następujące przyczyny:

- przewlekły stres psychiczny i fizyczny - kilka lat permamentnego haju kortyzolowego spowodowanego tkwieniem w toksycznym związku zrobiło swoje - wymienię "tylko" rozwaloną gospodarkę hormonalną (na szczęście tarczyca wróciła do prawidłowego funkcjonowania bez żadnych leków), bezsenność i nerwicę (spacyfikowana tak w 70%)

- rozjaśnianie włosów od nasady na wiedźmiński blond, który owszem był piękny, ale cebulki skutecznie dojechał (kłaki po farbowaniu wyłaziły garściami)

- być może łysienie androgenowe, bo tatko i dziadzia dość wcześnie postradali włosy na tym tle, ale w sumie nie jestem pewna, planuję odwiedzić trychologa i rozstrzygnąć czy to możebne

- błędy pielęgnacyjne - za dużo suchego szamponu, skalp przywalony martwym naskórkiem, przetłuszczanie się skalpu :<

Ogólnie sytuacja wygląda następująco - obwód kucyka mierzony na mega ścisk to 7 cm, może nie jest tragicznie i nie przejmowałabym się tym, gdybym od zawsze miała liche kłaki, a tak nie jest - za dziecka miałam długaśne grubaśne warkocze, struktura włosów zmieniła się na przestrzeni lat - ścieniały, zaczęły się dziwnie kręcić i puszyć, ale najbardziej mnie martwią prześwity na czubku i przedziałek, który rozjechał się niczym mojżeszowe Morze Czerwone :/

Wzięłam się ostro za dogłębny research i wertowanie artykułów, blogasków i forów. Plan przywrócenia choć części włosowej świetności zaczęłam od:

- rozwodu z drogeryjnym suchym szamponem, może sporadycznie będę używać skrobii ryżowej

- żłopania 1-2x dziennie skrzypokrzywy gotowanej z ekobio zielska

- żłopania drożdży, bo żadne dropsy typu b complex nie uzupełniają mi tak pięknie witaminów z grupy B

- śnia w postaci owsianki na "mleku" roślinnym bez cukru, z dodatkiem świeżo zmielonego lnu i maki

- wcierania w skalp olejku rycynowego na 1-2 h przed myciem, nie dłużej, żeby nie "podduszać" mieszków

- codziennego energicznego szczotkowania "dzikiem" skalpu, aż do zaróżowienia, łbem w dół

- przerzucenia się na mycie szamponem Vichy Dercos na zmianę z jakimś delikatnym myjadłem typu BDFM

- jak sobie przypomnę to leci wciereczka typu Jantar albo Rzepa

- na razie żadnych supli poza wit. D i K2, skończyłam dwa opakowania Vitapilu i szczerze, szału nie ma... wolę ziółka i drożdże

Na efekty będę cierpliwie czekać, pewnie 3-6-9-12 miesięcy. Ale już teraz po paru tygodniach zauważyłam, że zamiast przygnębiającego kłębka sierści przy myciu i kolejnego przy suszeniu wypada mi max. 20 włosów, a raz znalazłam tylko 4! Nie wiem, "czyja" to zasługa, ale podejrzewam skrzyporzywę i drożdże, a także olejek rycynowy przed myciem. Szampon Vichy raczej nie zdziałałby magii po paru użyciach...

To sprawia, że jestem dość dobrej myśli :)

Odnośnie kondycji włosów na długościach w sumie nie mam zastrzeżeń - w czerwcu podcinane były metodą Thermocut i DO DZISIAJ(!!!) nie mam ani jednej rozdwojonej końcówki... Przyznaję, że najpierw skwitowałam ten "wynalazek" wgardliwym uśmieszkiem, ale jestem w szoku, bo zazwyczaj końcówki były moją zmorą - były szorstkie i strzępiły się już dwa tygodnie po podcięciu, a teraz nic, zero, gładziutkie i lśniące.
Jakby coś, to polecam w Krakowie p. Klaudię Daniels z Avant Apres - pierwsza fryzjerka, która na info że zapuszczam, obcięła mi MNIEJ niż chciałam - pozwoliłam na 2-3 cm, Klaudia ciachnęła 0,5-1 cm i to absolutnie wystarczyło, żeby włosy prezentowały się zdrowo i ładnie (myślałam, że są zniszczone tak ok. 7 cm od dołu, a okazało się, że wcale nie było potrzeby aż tyle z długości rypać). Więc Thermocut to teraz moje objawienie i nie mam już zamiaru podcinać włosów inaczej, niż gorącymi nożyczkami. Dzięki temu porządnie przybyło mi włosów na długości <3

Jeśli nie macie cebulionów na fancy Thermocut, możecie przygrażynić i spróbować samodzielnie pokombinować z ogrzaniem nożyczek (ostrych, fryzjerskich) np. gorącym podmuchem suszarki (wrzątek może stępić ostrza) i przyciąć kłaki na mokro. Polecam rękami i nogami, zresztą dla niedowiarków - możecie zgooglać blogaski z fociami końcówek w powiększeniu po takim czystym cięciu - są idealnie gładkie i wyglądają jak makaron spaghetti. Miodzio.

Postaram się dorzucić tutaj foty poglądowe moich kłaków, będzie dowód naoczny, jak się sprawy mają.

Tymczasem pozdro!

Edit: Pomóżdżyłam, pomóżdżyłam aż dym z uszu szedł... i wyszło mi, że prześwity mam NIE na czubie jak w andro, a nad uszami i na "rogach" głowy - dokładnie w miejscach, w których pryskany był suchy szampon Batiste lub wcierana skrobia ryżowa... I po riserczu w zagramanicznych internetach wyszło mi, że suchy szampon używany regularnie powoduje łysienie! Dżizaskrajst. A ja ostatnio dziada Batiste używałam mega często i to zaraz po myciu głowy, żeby była "dłużej świeża"... :/

Oczywiście poszedł do dolnej szuflady komody, bo nie wykluczam użycia go raz na dwa miesiące idąc na imprezę (ehh ta objętość!), ale z codziennej rutyny stanowczo OUT! Uff. Zobaczymy, jak moje hery zareagują na tę zmianę. Po dwóch tygodniach skrzypokrzywy i drożdży już widzę radosne antenki, głównie na zakolach.


* Photo by Mohamed Nohassi on Unsplash

15:51

Randomowe toyadzie życiówkowe popiardywanko.

Randomowe toyadzie życiówkowe popiardywanko.
*

Jak żech wspomniała, wjeżdża pościwo. O czem? Nie wiem jeszcze, bo będzie fristajl. Luźne myślobryzgi na poczekaniu.

***

Na początek może wspomnę, co u mnie. Pomijając nieprzyjemny pobyt na SORze z powodu przytkanej nerki (upały+kawa+klimatyzacja w biurze), u mnie wszystko okej, a nawet bardzo okej. Delektuję się sielską stabilizacją w sferze prywatnej, a w sferze zawodowej czeka mnie za parę tygodni dość radykalny apdejt (według wszelkich znaków na niebie i ziemi - baaardzo na plus), więc jestem cholernie podekscytowana... Gdzieśtam z otchłani mojego jestestwa cienko popiskuje ten lękliwy głosik, czy aby na pewno sobie poradzę w nowym anturażu, i że może jednak lepiej siedzieć dupskiem na wygrzanym stołeczku i narzekać zgodnym chórem z innymi, ale z dumą mogę powiedzieć, że to strachliwe kwękanie nie ma żadnego wpływu na moje decyzje. Gdyby miało, pewnie do dziś tkwiłabym w gównianej, toksycznej relacji i wmawiała sobie, że te winogrona tam na górze i tak są kwaśne... Że prawdziwa miełość to przecież ból i cierpienie, a ta wyniszczająca wieczna szarpanina to "pasja"... Co za bzdury.

Podsumowując - zmiany są zawsze warte ryzyka. Tym bardziej, jeśli obecna sytuacja w jakiś sposób gniecie i uwiera nasze mentalne jelito. 

***

Dalej! W kwestiach okołowizualnych - jak zawsze pociskam włosy do rośnięcia... ;) Tyle razy słyszałam o walorach Vitapilu, a jakoś dopiero ostatnio skusiłam się na zakup i... nie mogę związać włosów do góry, bo mi śmieszna falbanka bejbików wyłazi na czoło :D A to dopiero miesiąc kuracji. Fajnie! Teraz znowu zapuszczam włosy na równo, bo choć dobrze się czuję w boho shag'u, to jednak końcówki szybko się paskudzą i nie sposób tego uhodować na dłuższą metę... a marzę o herach do łokci... Więc... W salonie Avant Apres (polecam!) podcięto mi gorącymi nożyczkami hery na równo i będę powoli schodzić z warstw. Btw. jestem wybitnie zadowolona z tego zabiegu - mija drugi miesiąc, a końcówki świeżutkie i ani śladu kotwiczek. Wkurza mnie tylko mój naturalny kolor, który od głowy rośnie nobliwie chłodno-popielato-szatyński, a na długościach płowieje w jakiś zrudziały blond... :/ Fuj fuj. Nie wiem co z tym zrobić, nie chcę farbować całości, rozważam jakieś subtelne karmelowe refleksy, żeby to przynajmniej wyglądało jakoś spójnie. Wczoraj pyknęłam sobie końcówki na fojolet - przy pomocy kubka z gorącą wodą i skrawkami fioletowej bibuły zajumanej dziecku. Stary, pancurski, chałupniczy sposób, a działa lepiej niźli loreale i insze la riche za cinżki piniondz :P

Aaa. No i testuję kurację brwi... Jantarem do skalpu. I bardzo ładnie rosną na takim nawozie.

***

Od stycznia zrezygnowałam z rzęs 2:1. Dlaczego? Po pierwsze, mam mieszane uczucia do tej estetyki... Wydaje mi się, że ja miałam je robione w miarę subtelnie i naturalnie, i z moim typem urody (Flamboyant Gamine) jakoś to współgrało (FG może bezkarnie podkreślać gały, bo ma je dość wyraziste i "lalkowatą" fizjonomię), ale jednak... tak sobie ziorałam na dziołchy w zbiorkomie z tymi rzęsami... no i cóż, większość wygląda kiepsko - mam wrażenie, że im lasia ma niższy kontrast w urodzie i delikatniejszą oprawę oczu, tym namiętniej wali na powiekę czarny jak smoła siermiężny lambrekin rzęsiorów nie bacząc, że efekt jest groteskowy. Nie odżegnuję się całkowicie od skorzystania w przyszłości z tej metody, jednak na chwilę obecną mówię pas. Ogólnie utrzymuje się u mnie trend na świeży i naturalny look - świadoma pielęgnacja cery jest moim priorytetem, nie cierpię uczucia i widoku zaklajstrowanej podkładem twarzy, przerzuciłam się na podkład mineralny i bardzo sobie chwalę, eyeliner zawsze u mnie na propsie bo to od lat mój znak rozpoznawczy, podobnie jak zamaszyste brwi, a teraz także częściej sięgam po wyraziste pomadki, albowiem zęby z kompleksu ewidentnie ewoluują już w pewien walor ;) Wgl rozczaiłam ostatnio pośród tych upałów, co zrobić, żeby mejkap wytrzymał na fizys cały dzień i żeby nie wracać z pracy jak:


I pomyślałam sobie, że może zmacham Wam na ten temat pościwo, bo właścicielki tłustych/mieszanych cer mogą być żywo zainteresowane tematem.

 ***

Kiedyś złapała mnie ulewa jak wyszłam z biura i wskoczyłam do pobliskiego Rossmanna, żeby przeczekać. Kręciłam się między regałami bez celu, aż wpadły mi w ręce... uwaga... moskitiery na promce. A że mieszkamy na parterze z tarasem, to i owadziego dziadostwa mamy urodzaj... Ćmy wielkie jak smoki, komarzyska, muchy i inszy badziew. Wietrzenie tylko przy zgaszonym świetle. No i cóż... za parę groszy wzięłam bez przekonania tę siatkę na spróbowanie, no i okazało się, że to prawdziwy lifechanger :P Montaż nieskomplikowany, a jaki to nieoceniony komfort wietrzyć chałupę bez stresu, że zaraz jakaś franca wleci i zmąci mir domowy ;) I to dosłownie za parę groszy... Gdzieżeście były, moskitiery, przez całe moje życie? :D

***

Jak pewnie wiecie, od dawna już świadomie odcinam się od wszelkiego chłamu informacyjnego, moje konto na FB dogorywa bo zwyczajnie szkoda mi czasu, nie oglądam TV, nie słucham wiadomości, nie czytuję żadnych portali ani pisemek z plotami i bzdurami, nie nurkuję w komcie za jałowymi gównoburzami, omijam potencjalne dramy szerokim łukiem, unikam ludzi o negatywnej energii... I wiecie co - PO LE CAM. Zupełnie inna jakość życia. Jestem osobą o skłonnościach do przemóżdżania i stanów depresyjnych i lękowych (niestety, PTSD jako pokłosie przemocowej relacji), dlatego wewnętrzny spokój, wycentrowanie oraz poczucie bezpieczeństwa są dla mnie teraz filarem bytu, ot co. I po kilku latach ścisłej higieny mentalnej mogę stwierdzić, że TO DZIAŁA. Jestem o niebo stabilniejsza, mam więcej czasu np. na lekturę wartościowych rzeczy, potrafię się skutecznie zrelaksować, nie łapię dołów ani zwiech, nie mam problemów z asertywnym ustalaniem granic, mam więcej energii, wewnętrznej siły, dyscypliny, zyskałam zdrowy dystans do tych spraw, które kiedyś by mnie niezrowo "ruszały". Ot, by wymienić kilka plusów świadomego zarządzania uwagą i energią :)

***

Jak se coś przypomnę, to pewnie dopiszę.

Aha, mam zdezelowany kręgosłup lędźwiowy i testuję aktualnie jogę na poprawę jego kondycji. Nigdy nie kręciła mnie ta forma aktywności, ale coś czuję, że mogę zmienić zdanie, bo już po pierwszej sesyjce poczułam się fantastycznie rozluźniona i wyciszona. Hmm.

Dobra, spadam na razie. Trzymta się i uważajta na nery w te upały!

* Photo by Austin Chan on Unsplash

16:55

Apdejt zębowy - 3 miesiące z Damonem.

No hejka :)

 Uff.

Świętuję już trzy miechy z szynami w paszczy.

Teraz jest sponio, ale przez pierwsze półtora - dwa miesiące bywało kiepsko, albowiem:

- totalnie nie mogłam się przyzwyczaić do widoku i uczucia metalu w paszczy... laski na insta wyglądały ślicznie, a u mnie dolny drut układał się w zygzak, metal wyglądał na oksydowany i w ogóle miałam wrażenie, że WSZYSCY się lampią w mój otwór gębowy, zaś rzeczony otwór się z trudem domyka
 
- no niestety, początek noszenia aparatu oznacza bolesne otarcia i afty - na szczęście wosk ortodontyczny pozwolił mi przetrwać te parę tygodni, aż śluzówka jadaka się przyzwyczaiła :)

- minęło trochę zanim zaczęłam jakotako kontrolować seplenienie oraz "płynną wymowę" (czyt. plucie)

- nie widziałam kompletnie żadnych efektów... po prostu NIC! a nadmienię, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną :P

- nie mogłam niczego ani ugryźć, ani nagryźć, ani pogryźć... czułam ustawiczny "ćmiący" dyskomfort, a przy jedzeniu czegokolwiek - tępy ból

-  po paru tygodniach wyskoczył mi z dwóch zamków drut i poharatał jadaka od wewnątrz

- nie wiedziałam, że subtelne kiwanie się niektórych zębów jest dopuszczalne w trakcie noszenia aparatu i zdążyłam się ekstremalnie zestresować odkrywszy, że radośnie buja mi się piątka jak ją trykam językiem

Ale:

- po 1,5 miesiąca cofnięta górna jedynka zrównała się z koleżanką :D a schowana za dwójkę dolna trójka nagle zaczęła się dziarsko przepychać do przodu! Od tamtej pory efekty obserwuję już prawie z dnia na dzień, a dolny drucik jest już nieomal prosty (nie tworzy tego paskudnego zygzaka) - moje zębiska już w tej chwili są o wiele równiejsze i ładniejsze niż na początku

- przyzwyczaiłam się do swojego nowego metalowego uśmiechu, ba, nawet mi się on podoba i już się szczerzę bez żadnej krępacji, a o samym metalu w buzi praktycznie nie pamiętam

- drut wyskoczył mi z zamka jeszcze kilka razy, ale nauczyłam się go samodzielnie wsadzać z powrotem przy pomocy pęsety (dzięki niebiosom za Youtube, z którego dowiedziałam się, że w początkowych stadiach Damona drucik jest cienki i niewiele mu trzeba, żeby się wysmyknąć z rynienki)

- mogę już ugryźć bez bólu niezbyt twardą i niezbyt grubą kanapkę

- druty zostały zmienione na grubsze i mocniejsze, więc nie powinny już się wymykać

Podsumowując - jest dobrze! Czas mi leci szybko, jestem bardzo BARDZO zadowolona ze swojej decyzji o podjętym leczeniu ortodontycznym. Lepiej późno niż później.

Zauważyłam też jedną rzecz - produkt uboczny - zadrutowanie wiąże się z pewnym uogólnionym "zafiksem" na punkcie równego uzębienia i niestety, siłą rzeczy wychwytuje się już każdy odchył od perfekcyjnego łuku romańskiego u bliźnich... ;) Taki się włącza wewnętrzny orto nazi trochę :D Ale spokojnie, to tylko taka nieszkodliwa neoficka faza, która nie przyćmiła jednakowoż rozumu.

To tyle.

Wkrótce wracam z pościwem w stylu pitolondo toyadzie życiowkowe. Chceta?

15:56

"To ty miałaś coś z zębami??" :)

Hejka :)

Jak część z Was już kojarzy z insta, od paru tygodni jestem posiadaczką aparatu ortodontycznego Damon :)

Ta, erm, inwestycja, chodziła za mną już od dobrych kilku lat... Moje zęby długo uchodziły za dosyć równe, dopóki na studiach nie zostały "rozkopane" przez wyrzynające się w boleściach ósemki. Z roku na rok sytuacja w jadaku wyglądała coraz gorzej - zęby, zwłaszcza na dole, zaczęły się tłoczyć i nawet rotować. Góra była względnie okej, natomiast odkąd pamiętam nie jestem fanką wąskich łuków - tj. sytuacji, że jak się szeroko uśmiechniesz widać tylko zęby do trójek, max. czwórek i w kącikach ust robią się takie "czarne dziury" w które można wrazić po twixie lub parówce. Ogółem - przestał mi się podobać mój uśmiech, zaczęłam się kontrolować i uśmiechać takim nerwowo ściśniętym półgębkiem (żeniby Mona Lisa, czy coś)... Z zazdrością (ale taką pozytywną - motywującą) patrzyłam na roześmiane selfy dziewczyn na instagramie. Zawsze mi się marzył taki uśmiech "gębą pełną zębów" :) 

Dlatego holywoodzki smajl trafił na moją listę celów. Zrobiłam risercz, namierzyłam dwóch ortodontów, którzy wydawali mi się sensowni, a po konsultacjach zdecydowałam się na lekarkę, która okazała się "czytać mi w myślach" - nie musiałam nawet nic tłumaczyć, tylko oczy mi się rozgwieździły, kiedy przedstawiała swoją propozycję korekty - żeby nie tylko ustawić niepokone kły do łuku, ale także "rozciągnąć" łuki i wyeksponować nieśmiałe czwórki, piątki i szóstki w uśmiechu :) Miałam do wyboru dwie metody - klasyczny aparat z ligaturami poprzedzony noszeniem expandera podniebiennego oraz system Damona samoligaturujący się. Pierwsza opcja byłaby tańsza, jednak szacowany czas leczenia dłuższy co najmniej o okres noszenia expandera (czyli razem ok. 2,5 roku), plus wizyty co miesiąc. Druga opcja - droższa na wejściu, jednak Damon sam radzi sobie z rozciąganiem łuków i wizyty mam co ok. 10 tygodni - co mnie bardzo urządza. Czas leczenia szacowany na 1,5 roku - może krócej, może dłużej, w zależności od współpracy ze strony iglatury ;) Tak czy siak, wybrałam opcję drugą. Oczywiście każdy zadrutowany jest przekonany o wyższości swojej metody leczenia nad inną - co widać na forach.

Powiem tak - gdybym chciała po prostu wyrównać zęby do łuku, wybrałabym klasyka z ligaturami. Ale zależy mi na "hamerykańskim" smajlu od ucha do ucha, więc daję szansę Damonowi - jakie będą efekty, przekonam się empirycznie. Przeciwników Damona (w większości leczonych tradycyjnym systemem) nie brakuje, jednak ich słowa konfrontuję ze zdjęciami pacjentów leczonych Damonem - i cóż, jednak się skusiłam, bo efekty już po paru miesiącach są piorunujące.

Po leczeniu rzecz jasna trzeba przypilnować retencji, ale to inny temat.

Po założeniu swojego Damona spotkałam się ze zdziwieniem - "TO TY MIAŁAŚ COŚ Z ZĘBAMI??" "EEE, PRZESADZASZ, NIE BYŁO ŹLE" itp. Ludzie zazwyczaj przyuważają cudze zęby w dwóch przypadkach:

- kiedy są ewidentnie ładne
- kiedy są ewidentnie sfiksowane

Moje chyba plasowały się gdzieś pomiędzy... :) Ale jakoś instynktownie unikałam eksponowania ich, a uwielbiam się szczerze szczerzyć i wolę uśmiechnięte fotki od tych pretensjonalnych, wzgardliwych "dzióbków zajebistości" :P Od zawsze lubiłam też malować usta na wyraziste kolory, jednak świadomość krzywusów studziła moje zapędy.

Nie mam zamiaru się asekurancko tłumaczyć - po prostu uważam, że ogarnięte zęby to jeden z głównych filarów "zadbania", rozświetlają każdą twarz, dodają urody tym przeciętnym i odwrotnie - brzydkie zęby skutecznie odejmują urody najpiękniejszym. I sama należę do ludzi jednak zwracających na to uwagę (chociaż nie wtryniam się w cudze wybory w tym zakresie).

Ponadto - prawidłowy zgryz niesłusznie uchodzi w powszechnym przekonaniu za kwestię wyłącznie estetyczną i "drogą fanaberię" podyktowaną próżnością. Zęby mogą wydawać się znośnie ustawione, a ukryta wada zgryzu może powodować daleko idące komplikacje zdrowotne w postaci migren, degeneracji stawów żuchwowo-skroniowych, nierównego ścierania się zębów, zgrzytania itp. Moje górne jedynki po tym, jak dolne sfiksowały, zaczęły się niepokojąco szybko ścierać w skos i obecnie jedna jest sporo dłuższa od drugiej (zostanie to ogarnięte po korekcie).

Jeśli zaś chodzi o czystą estetykę, to ostatnio towarzyszy mi też pewna obserwacja i refleksja - że im jestem starsza tym najważniejsze dla mnie, abym czuła się piękna i atrakcyjna, jest to, z czym się kładę spać i budzę rano. Czyli nie są to żadne modne szmaty, sexy szpilki, wystylizowane włosy i instagramowy makijaż, tylko takie podstawy, jak: zdrowie, czysta nawilżona (od wewnątrz) skóra, miękkie, błyszczące, swobodnie rozrzucone włosy, prawidłowa sylwetka dzięki racjonalnemu odżywianiu, wypoczęte spojrzenie po minimum 7 godzinach snu, uśmiech zadowolenia ze swojego życia. Reszta to zaledwie dodatki, przyjemne, choć całkowicie opcjonalne - jak filtry w insta. Kiedy brakuje wielu tych podstaw, to nawet najlepsza stylówka, dopinane pasma, doklejane czarne wyciory w charakterze rzęs, misterny konturing i strobing luksusowymi pędzlami - to trochę takie "leczenie syfa pudrem"...;) Ale spokojnie, nie jestem urodowym nazi - swoje przemyślenia i wnioski mam na własny użytek :) W skrócie - bardziej mi obecnie imponuje jakościowy minimalizm wypracowywany miesiącami (jeśli nie latami), niż pozory jakości w postaci doraźnych substytutów. Chodzi mi o filozofię typu: prościej wbić zad w bieliznę wyszczuplającą niż ruszyć ów zad z kanapy i zrezygnować z frytek w maku, prościej zaszpachlować zapchane pory niż np. zrezygnować z papierosów, wysilić się na celowaną systematyczną pielęgnację, prościej doczepić kłaki niż wyhodować i utrzymać w dobrej kondycji własne, prościej połknąć cudownego dropsa na dolegliwości niż systematycznie budować zdrowie, prościej kupić po drodze syfskiego hotdoga niż poświęcić czas na zaplanowanie i przygotowanie w domu lepszej alternatywy, prościej narzekać na kiepską pracę niż się przebranżowić i poszukać lepszej, łatwiej pomstować na sukcesy innych niż uczciwie zapracować na własny. I wiecie, nie piszę tego wszystkiego z perspektywy kozaka który to wszystko praktykuje na sto pro, ale - nieustannie pracuję nad swoimi dobrymi nawykami i znam kierunek, w którym powinnam wytrwale podążać. Unikam też wszelkiego doktrynerstwa, więc sporadyczny cheat meal jest wliczony w koszty ;)

To chyba tyle na dziś, mykam jeszcze podelektować się niedzielnym popo :)


18:53

Wolność kocham i rozumiem.

Wolność kocham i rozumiem.
Cześć :)

 *

Mało mnie w internetach, coraz mniej... I nie przepraszam, bo mi z tym na razie dobrze.

Internety są super, naprawdę. Ale wciąż wolę real i nie mam ochoty dryfować w stronę tej całej rozdętej bańki przaśnych bzdetów, tanich sensacyjek, miernych treści, kultu pozorów, póz i umizgów, lansu, gorączkowego festiwalu próżniactwa, kupczenia wszystkim czym się da, bycia małpką na postronku lajków i falołersów.

Można powiedzieć, że... niepokoi mnie swoją trafnością ponury wydźwięk netflixowego serialu Black Mirror. W szczególności "trzepnął mnie" mój ulubiony odcinek - Fifteen Million Merits.

I jeszcze raz podkreślam - nie chcę zabrzmieć jak sfrustrowany cap co pozostał mentalnie w ubiegłym eonie, doceniam dobrodziejstwa wirtualu, ale - moja baza jest i pozostanie w prawdziwej rzeczywistości. Mimo tego, że prawdziwa rzeczywistość to nie pasmo hajlajtów przepuszczonych przez najmodniejsze filtry z lajtruma.

Ot, co.

Nie martwcie się o mnie - nie grozi mi anachoretyzm :) Po prostu uważam, że te (optymistyczny wariant zakładając) sto lat naszej podróży doczesnej to jednak cholernie mało i szkoda mi czasu na pewne rzeczy, np. porównywanie mojej skromnej szafy z kilkoma przestronnymi garderobami Kylie Jenner, zastanawianie się, czy rozmiar 38 już czyni mnie tłustą świnią i czy jak ośmielę się wyjść z domu po bułki (gluten! zgroza!) bez perfekcyjnego makijażu (pod dyktat jutubowych guru szpachli) to już jestem niekobieca i zaniedbana.

Ekhm, jak by to powiedzieć... mam to przenajserdeczniej w doopie. Nie daję faków, ju noł.

Nie dam sobie wpoić, że bez makijażu jestem odrażającym paszczurem i nie dam sobie wpoić, że staranny mejkap czyni mnie zniewoloną przez patriarchat idiotką.

Czasami mam dzień na lumpiarską bluzę, czasami lubię się totalnie odpindrzyć, ale mój wygląd nie jest mną.

Zwisa mi miętkim kalafiorem, co dla "nieomylnego miliona much" jest atrakcyjne i sexy. Nie aspiruję do bycia aprobowaną czy adorowaną przez jakiś tłum anonimków. Klasycznych szpilek nie noszę i nie zamierzam - jak już, to stabilniejszy obcas :)

Uwielbiam celebrować dużą porcję Shahi Paneer, i uwielbiam też, kiedy włażę upocona pod prysznic po wyczerpującym treningu interwałowym. Nie biorę udziału w publicznym, infantylnie kokieteryjnym (?) samobiczowaniu się kobiet za każde zjedzone ciasteczko czy czekoladę - jak już cheat meal, to bez żalu i tego żenującego kwękania o rosnącym tyłku.

Doceniam ludzi, którzy umawiając się np. na obiad, są obecni nie tylko ciałem - tj. nie siedzą z przyklejonym do łapy telefonem. Podczas swojej turystyki kulinarnej coraz częściej wokoło widuję osoby, które prawie nie zamieniają ze sobą ani słowa przez cały wspólny posiłek, bo siedzą z gałami wlepionymi w smartfon. Masakra.

Do czego zmierzam? Do konkluzji, że świadoma obecność w realnym życiu z prawdziwymi ludźmi jest fajna. Że fajny jest bliski kontakt z samym sobą, znajomość własnych potrzeb i marzeń, a nie sztucznie zaszczepionych #goals. Że świadome wciąganie treści jest fajne. Że fajny jest samodzielny pomyślunek. Że nic bardziej nie boli nad zmitrężony czas.

To tyle.

Pozdro szejset mordeczki i do następnego :)


*

20:10

Wdzięczność i zasada symetrii w relacjach międzyludzkich. Rozkminka na gorąco.

Wdzięczność i zasada symetrii w relacjach międzyludzkich. Rozkminka na gorąco.

 *
Czasami jest tak, że jakaś sytuacja zainspiruje mnie do głębszej życiówkowej refleksji... A jak sytuacja jest cykliczna, to miewam nawrotowe rozkminy uporczywe i aby je zredukować, muszę popuścić treść na blogasku :)

Bo inaczej się uduszę..

Otóż.

Powiem nieskromnie, że uważam się za osobę z natury szczerą i potrafiącą się entuzjatycznie dzielić dobrem wszelakim z innymi. Odkąd pamiętam zawsze oddawałam "większą połowę" ciastka osobie, z którą miałam je spożyć... I nie wynikało to z jakiegoś poczucia niezasługiwania, a po prostu - z potrzeby niebycia dupkiem :) Mam wrażenie, że mało osób obecnie miewa potrzebę niebycia dupkiem; raczej dominuje ochota wyrwania dla siebie jak największego kawału tortu i dodtkowo nasmarkania w czyjś talerz dla jeszcze większej satysfakcji...

Nie, nie jestem zgorzkniała. Dzielę się swoistym dysonansem poznawczym, który bardzo wpłynął na moje postrzeganie świata. Zawsze mi się wydawało, że odruch wdzięczności i potrzeba odwdzięczenia się za coś miłego i dobrego, co nam się nie należało, jest czymś... naturalnym. Choćby miał to być "tylko" symboliczny gest, jak tzw. "marne" słowo dziękuję. Tymczasem okazuje się, że nawet to jest zbyt wiele... A nierzadko jeszcze nie dość, że ktoś ochoczo wykorzysta Twoją wielkoduszość, to jeszcze będzie wydziwiać i narzekać, że przecież można było lepiej i wincyj.

Nosz, karwia mać! Takich ludzi właśnie mam dość. I bardzo się miarkuję, aby nie wpuszczać ich dalej niźli do swojego egzystencjalnego przedpokoju, nie zapraszam do rozgoszczenia się. Ba - najczęściej ich kulas nie przestąpi nawet mego progu. 

Sorry.

Mówię, jak jest. I - o dziwo - nie wpływa to negatywnie na moją skłonność do radosnego dzielenia się, natomiast owej skłonności towarzyszy już świadomość, żeby nie spodziewać się docenienia choćby dobrym słowem, bo ludzie po prostu rzadko poczuwają się do jakiejkolwiek wdzięczności za okazaną im życzliwość, pomoc lub wsparcie. Postawa roszczeniowa jest współcześnie niestety postawą dominującą, koniec kropka...

I nie mam tu na myśli skrupulatnego rozliczania się co do grosza za bilet autobusowy (żenada), interesowności typu "produkt za produkt" i "odwdzięczania się" na siłę - chodzi po prostu o pewną naturalną, wynikającą z wzajemnego szacunku SYMETRIĘ w relacjach z ludźmi.

Po tym można poznać kulturę i klasę, towary deficytowe. Bo dla mnie nie świadczy o klasie pełen nadętej maniery ostentacyjny puryzm językowy, wysoki stołek czy wożenie tyłka drogim samochodem, a właśnie takie ludzkie szlachetne odruchy.

Co z tej skądinąd ponurej konstatacji wynika..?

Po pierwsze, nauczyłam się trzeźwej asertywności i priorytetyzacji - moje sprawy są dla mnie zawsze najważniejsze. Dałam sobie pełne prawo do zdrowego egoizmu - bo zdrowy egoizm to kwestia elementarnego szacunku do siebie. O dziwo dopiero wtedy jesteśmy autentycznie szczodrzy - nie z potrzeby uchodzenia za szczodrych kosztem zepsutej krwi lub tłumionej pasywnej agresji, a dla samej radości obdarzania dobrodziejstwami bez oczekiwań.

Po drugie - paradoksalnie odkąd przyzwoliłam sobie wreszcie na taką postawę, życzliwiej odnoszę się do czyichś próśb i częściej spontanicznie działam bezinteresownie. Bo wiem, że nie jestem "dobra" kosztem siebie. Bo mamy miłować bliźniego JAK siebie samego, a nie ZAMIAST. Bo robię to już na poziomie świadomym - każdorazowo to ja decyduję. I niezależnie od podjętej decyzji, nie mam "second thoughts". Ja dysponuję swoim czasem, energią i zasobami - znam swoje święte granice, i nie pozwolę się eksploatować.

Po trzecie, wdzięczność i poczucie wzajemności urosły w moich oczach do rangi miarodajnego filtra osób, którzy mnie otaczają. Obserwuję i wyciągam wnioski. Wampiry energetyczne, psychopaci, narcyzi i insze predatory NIGDY nie odczuwają wdzięczności. Ich filozofią życiową jest wykorzystywanie i "dojenie" innych na maksa, nie dając NIC w zamian. Miałam z TYM do czynienia jako młode naiwne dziewczątko z syndromem Polyanny i cóż... - nigdy, karwia, więcej. Unikać jak ognia. Razem z całą resztą przaśnych cwaniaków i oportunistów - WON.

Po co ten cierpki wywód? Nie po to, by obrzydzić bezinteresowność - bynajmniej. Raczej po to, aby uczulić na ludzi, którzy nie są jej warci. I sama bym siebie dziesięć lat temu zbeształa za tak "niepoprawny politycznie" i nierzygający brokatowym różem słitaśności i lowciania całego świata pogląd, ale... dziwnym trafem właśnie wtedy zgadzałam się na "współprace" i "przysługi po znajomości", a potem zbierałam kopa za kopem w tyłek od chytrych wyrachowanych manipulantów, których to ja powinnam zawczasu wyczuć i kopnąć w zad. Nic tak nie odziera z godności i miełości własnej, jak uporczywa mentalna prostytucja, panie tego.

Więc tak. Unikajmy pasożytów i miejmyż na względzie, że porastanie hubami nie przydaje szlachetności.

* Photo by Milada Vigerova on Unsplash

19:47

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się - ZAROBIONA JESTEM.

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się - ZAROBIONA JESTEM.
Oj,Toyadzie, chyba nie masz ostatnio rąsi do blogaska, ni serducha... :(

Serducho by się może i znalazło, ale energij braki.

Paczasz nań, na ów blogas, w boleściach sumnienia, jak na swego więdnącego cykasa na toaletce... I myślisz se - dbaj babo, albo pozwól sczeznąć! Kierwa.

***

A tak serio - od stycznia biegam do swojej "jobby job" i czuję się jak ogłuszony chomik na karuzeli... Ale czas mi mija mega szybko i chyba potrzebowałam takiej mobilizacji i intensywnego tempa. Sporo się uczę, chłonę inspiracje i mimo momentów zwątpienia staram się nie stracić z oczu większego celu. Jednak wiecie, introwertyczne formy życia mają obniżoną tolerancję na bodźce zewnętrzne i jak wychodzę z pracy jestem wprawdzie zadowolona, ale i wydrenowana mentalnie. Dlatego resztki sił przeznaczam wieczorami dla moich osobistych Ulubionych Ludziów i na skuteczny relaks.

***

O dziwo nie mam ostatnio większych problemów ze snem - co wieczór jakieś minimum pół godziny relaksuję się w słuchafonach na uszach, przy ASMR. Nie znacie? Mnie podsunęła ASMR Czytelniczka, za co jestem jej bardzo wdzięczna! To po prostu... powiedzmy... erm... wywoływanie przyjemnych ciar poprzez specyficzne bodźce zewnętrzne, głównie dźwiękowe - mega rozluźniające, uspokajające, pozwalające mi nawet na ucięcie sobie drzemki w dzień (dotychczas było to praktycznie niemożliwe, nawet kiedy padałam na dziób ze zmęczenia). Polecam spróbować - też byłam sceptycznie nastawiona, ale to działa. Serio. Moją ulubienicą jest pięknooka klimaciara Ardra :)


***

A tak poza tym? Nabyłam drogą kupna nowy sprzęcior foto-wideło, ponieważ łażąc po greckich starożytnościach w czterdziestostopniowy skwar z solidnym lustrzankowym ekwipunkiem na spoconym garbie przysięgłam se, że kupię bezlusterkowca. Poręczne toto, z zacną wymienną optyką, a zdjęcia pyka naprawdę, że mucha nie siada. I bardzo, ale to bardzo chciałabym rozkminić montowanie jakichś filmików/vlogów... Ehh, tylko - no właśnie - zarobionam :P

***

Ogólnie ukontentowana jestem w związku z ubiegłym rokiem, ogarnęłam znakomitą większość istotnych dla mnie spraw. 2018 zapowiada się jeszcze bardziej intensywnie i ciekawie... :) Jeno Toyad światło- i ciepłolub skupia się na przetrwaniu zimy i stworzeniu dobrych podwalin pod aktywniejszą porę...

Co będzie dalej? Zobaczymy :)


Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger