12:27

A czo ten Toyad?

A czo ten Toyad?
No heloł!

U mnie spondżi. Choć aktualnie przebywam lekką infekcję - trochę łotdefak o tej porze roku, no ale. Jak tylko zaczęło mnie alarmująco wiercić w kichawie, rzuciłam się na prozdrowotne napary z ziółek i wypijam ich morze, ponadto płuczę kichawkę wodą z solą przy pomocy zabawnego (i mocno, karwia, nietaniego) dzbanuszka Nose Buddy, i miewam się niezgorzej. Dzisiaj będę tłoczyć świeżuni sok z ekobajo wiejskich podrzeszowskich jabuków i marfefków, i buraczka, to się dowitaminizuję. Niam niam.

Dzbanuszek wygląda tak:



Trochę jak konewka, trochę czajniczek, trochę gadżet erotyczny...

***

Ostatnio przeszłam się po galeriowych sieciówach w Krakowie i w Rzeszowie i... doszłam do wniosku, że bawełna chyba wkrótce zyska status jedwabiu. Miałam przestój w łażeniu po galeriach, nie wiedziałam, że jest AŻ TAK słabo. Coraz trudniej o letnie, uniwersalne sukienki z naturalnych, a chociażby przyjemnych ciału, w miarę oddychających materiałów! Żeby choć wiskoza... Tymczasem paskudny poliester najgorszego sortu zaanektował lwią część wieszaków... Ja rozumiem - chińskie pozszywane lewą nogą "jednorazówki" na wesele pociotki czy inszą, powiedzmy, niezbyt ważką okazję. Nie mam nic przeciwko domieszkom, które podnoszą komfort użytkowania niektórych elementów odzieży. Też wiem, że syntetyk syntetykowi nierówny, biorąc pod uwagę np. wyspecjaliowaną do termicznej regulacji odzież sportową. Jasne. Ale kto przy zdrowych zmysłach pragnie paradować spowity w plastik w trzydziestostoniowe upały?? :/

Wiadomo, że nie każda sieciówa serwuje absolutnie samo badziewie, ale - śmiem twierdzić - większość psieje... Nawet, powoli, te niby "droższe i lepsze". Jakość spadła na pysk. Dominują swetry z akrylu i foliowe wyprintowane reklamówki w charakterze kiecek. Żenada... No, ale najwyraźniej konsumenci (a ściślej konsumentki) nie są zbyt wymagający - szmata ma być modna przez chwilę i (w miarę) tania, ot, dzisiejsza filozofia. Ehh.

Myślałam, że może ja mam jakieś z czapy wymagania, ale okazuje się, że Mr. Vintage dawno już zauważył to samo w kontekście, wydawać by się mogło, "wyższej półki" - że każualowo-elegancka moda damska ostro podupadła jeśi chodzi o jakość materiałów.  I póki będziemy ochoczo nabywać ten syf, nic się nie zmieni. I nie chodzi o neoficki snobo-radykalizm i polowanie z wypiekami na twarzy na kaszmiry i jedwabie, ale o jakotaką świadomość i umiejętność rozróżnienia przyzwoitej jakości od lichoty, którą coraz bezczelniej wciskają nam producenci.

Dobrze by było, gdyby w sukurs przyszły jakieś autorytety z internetów. Tak z grubsza dzielę blogeriny modowe na stare wygi - dla których jakość jest kluczowa, i te aspirujące, za przeproszeniem, siksy, dla których priorytetem jest natrzaskać gazylion foci na insta w gazylionie pstrych szmatek zestawionych z gazylionem sandałków z taniebucikipeel. Te pierwsze po eonie brodzenia w stertach tekstyliów z ulgą wybierają wyzwalający minimalizm, te drugie... - mam nadzieję, że kiedyś również "wyrosną" z żarłocznego konsumowania szybkiej taniej mody.

Bo wiem po sobie, że z tego się wyrasta. Lepiej mniej, a lepiej. :)

Dlatego, jako zwolenniczce slow fashion (phehe) mus mi chyba z podkulonym ogonem wrócić do regularnych przeszperów w lumpach. Po ostrym detoksie szafy okazuje się, że sporo moich najlepszych jakościowo rzeczy pochodzi właśnie z second-handu. I noszę je, wręcz zajeżdżam, latami. Rekordzistka - popielata miękka bawełniana (z niewielką domieszką elastanu) ramoneska, którą noszę od 11 lat i będę nosić aż się rozleci w drzazgi, a nie zapowiada się, by to prędko nastąpiło... A co z takim złaszonym po kilku praniach szajsem z poliestru? Nawet na szmatę do podłogi go nie mogę awansować, bo jest niehigroskopijny... Masakra.

Moje przesłanie: baby, kupujmyż mondżej.

A propos garderoby - pokochałam teraz sukienki. Jakież to cudowne wciągnąć na garba jakąś milaśną ciału i oku materię i nie głowić się nad dopasowywaniem góry do dołu (mój mózg rano bardzo długo loguje się do systemu, aż dwie celebrowane kawy). Ha!

Poszukuję też na wyjazd wakacyjny dosyć luźnych dżinsowych szortów, nie tzw. waginoszortów w których lubują się małolaty i nie pruderyjnych spodenek w kolano a'la katechetka. I ni ma! NIC. Musi kupię jakieś męskie dżiny w lumpie i uciacham...

Szukam też dmuchanego ptaszora. Materac w sensie, do basenu. Jakaś koza Inna allegrowiczka zwinęła mi sprzed nosa zajebistego czarnego łabędzia z wrednym ryjem, demyt... A taki był śliczny i mroczny! Chlip. Skończy się różowym flamingiem albo złotą kaczką, ja Wam mówię.

Idę cisnąć soka. Z jabuków i marfefków.

I buraczka.

Dla zdrowotności.

Pozdro szejset dziabongi :*

17:10

Zaglądanie innym w gacie, koryto i trzosik - koronne symptomy mentalnego wieśniactwa.

Serio, mało rzeczy tak mnie rozjusza jak te powyższe.

1.) Przez zaglądanie komuś w majtki rozumiem:

- patologiczny głód szczegółów z cudzej prywaty, chorobliwe zainteresowanie czyjąś intymną sferą egzystencji, ekscytacja i podnieta płynąca z tanich sensacyjek (kto z kim jest, z kim się rozstał, a to już trzeci mąż, ojej, a on ma dziecko z kimś innym, ojej, a tamta znowu jest sama, ojej)

- zaoczne i zauszne snucie obleśnych domysłów, dośpiewywanie sobie "pikantnych" detali i puszczanie w obieg ośmieszających, szkalujących lub kompromitujących plotek

- zadawanie bezczelnych pytań, kiedy chłop? Kiedy ślub? Czemu nie kościelny? Kiedy dziecko? Zamierzacie chrzcić? Kiedy kolejne? A nie za stara jesteś? A nie za młoda? Zamierzasz karmić piersią? Rodziłaś naturalnie? Kiedy wrócisz do pracy? Dlaczego tak szybko? Dlaczego tak późno? Dlaczego w ogóle? Karierowiczka! Utrzymanka! Cooo, jak to rozwód?!!

- roztrząsanie czyjejś orientacji i prawdopodobnych upodobań łóżkowych przez osoby totalnie postronne

- komentowanie czyjegoś "prowadzenia się" na podstawie mniej lub bardziej wydumanych poszlak

- jakiekolwiek nieproszone komentarze w kwestiach, które nijak nie dotyczą komentatora

Obrzydliwstwo. A jednak takie powszechne.

Zauważyłam, że im większe szambo ktoś ma we własnym życiu, tym gorliwiej wytyka wszelkie "potknięcia" komuś. Po co się zajmować belką we własnym oku, skoro łatwiej się dopierdzielać do cudzego źdźbła...


2.) Przez zaglądanie komuś w talerz rozumiem głównie:

- wszystkich agresywnych, wojujących wege-oszołomów... I tutaj spieszę z wyjaśnieniem - szanuję czyjeś wybory żywieniowe, mam wielu znajomych wegusów, sama coraz rzadziej miewam ochotę na mięso... (dzięki inspirującym ludziom dzielącym się zdrowymi, pysznymi wege przepisami i ogólnie etyczną postawą życiową!). Ale jak słyszę sykliwy komentarz w stylu "nienawidzę cię, jesteś CMENTARZEM ZAMORDOWANYCH ISTOT!" (cytat, nie wymyśliłam tego) to doprawdy... eee, chyba kaftan się kłania i wczasy w zakładzie dla umysłowo rączych

- wszyskich bucowatych mięsożerców, którym zawsze pilno śmieszkować i chamsko komentować wybory żywieniowe roślinożerców... grrr... wstyd mi za takich ludzi!!!

- wszystkich domorosłych mędrków od modnych żywieniowych teorii spiskowych, którzy wszędy widzą "błędy żywieniowe" i nawracają bliźnich nie tyle pozytywym przykładem, co przepełnionym wyższością zgryźliwym krytykanctwem


3.) Przez zaglądanie komuś do portfela rozumiem:

-  podszyte resentymentem zjadliwe komentowanie cudzego stylu życia i wyborów konsumenckich: a że taka droga torebka i buty, zawsze staranna fryzura i manikiur (pewnie dzieci głodują), a po co takie drogie wczasy, po co im dwa samochody itd.

- kultowe już: A SKĄD ON/ONA MA TYLE PIENIĘDZY - on oczywiście musiał ukraść, a ona pewnie na dupie zarobiła

- pseudofilantropijne dywagacje o rzekomym braku moralności bogaczy, jak to można by (ręką autora owych dywagacji) LEPIEJ wydać (czyjeś) pieniądze, np. na cele charytatywne, a nie - horrendalnie drogie ubrania czy gadżety... kierwa, wprost uwielbiam, jak osoby zupełnie postronne garną się do "mądrzejszego" rozporządzania cudzymi funduszami - ktoś uczciwie zarobił, to może i psu w dupę wetknąć całą swoją wypłatę, jeśli taka jego wola... poza tym - baaardzo łatwo się rozdaje ubogim majątek, którego się nie posiada realnie :>

*(popularny tekst - hicior: "wstyd by mi było wydawać tyle kasy na torebkę, kiedy niektórym ludziom nie wystarcza na jedzenie!")

- stadka ujadających (głównie w internecie, na "mądrych" forach) bab, o tym, jak to inne baby nie pracują zawodowo a mają haj lajf dzięki dobrze sytuowanym i szczodrym mężom - drogie panie, nie wasz zakichany interes, a jeśli skrycie zazdrościcie, to po prostu bierzcie przykład, a jeśli potępiacie, to rozkoszujcie się własną błyskotliwą karierą, bo serio, wasza troska o cudze bezpieczeństwo finansowe jest grubymi nićmi szyta i przaśną małostkową zawiścią zalatuje z kilometra... znowu spieszę wyjaśnić - nie uskuteczniam tu apoteozy bycia tzw. "żoną przy mężu", gdyż osobiście wyraźnie dostrzegam słabe strony takiego sposobu na życie (zwłaszcza w dłuższej perspektywie), ALE - cóż mnie interesują cudze osobiste wybory i decyzje? Jeśli ktoś podejmuje ryzyko na własny rachunek, to cóż mnie do tego?? Jeśli mąż lubi sprawiać żonie przyjemność i funduje jej kurs nurkowania za miliony monet - cóż mnie do tego?? Ma prawo dysponować własnymi pieniędzmi wedle własnego uznania. Jeśli kiedyś uzna, że źle zainwesował owe pieniądze - to również będzie wyłącznie JEGO problem, nie mój. Pozostaje życzyć obojgu zdrowia i szczęścia, a nie - cichcem złorzeczyć...

***

Zawsze mi daje do myślenia, kiedy ktoś wyciera sobie gębę "tylko troską", "tylko ciekawością" lub "tylko własnym zdaniem", a owo własne zdanie jest dziwnie niewspółmiernie do rangi tematu nacechowane egzaltacją i emocjonalnością. Ludzie zazwyczaj tak reagują, kiedy się im nadepnie na jakiś odcisk... Jeśli mają zdrową, zdystansowaną opinię na jakiś temat, to wyrażają ją bardziej racjonalnie i w sposób wyważony.

Podsumowując.

 Zajmijmy się swoimi galotami, swoją michą i swoją kiesą.


15:45

Po czem idzie znać zacnego balwierza?

Ostatnio robiłam pogłębiony zwiad w zakresie "mistrza nożyczek". Tymczasem przedstawiam swoje luźne przemyślenia w zakresie cech dobrego fryzjera:

1.) Wybrał zawód z powołania, a nie z musu.

Znam niestety osoby (co prawda starszej daty), dla których "fryzjerka" jest synonimem niezbyt lotnej pindy, której nie chciało się uczyć "ambitnych rzeczy"... Jest to oczywiście totalna bzdura i krzywdzący stereotyp, ale - jak w każdym zawodzie - trafiają się osoby, które podjęły się go z niewłaściwych pobudek... I to niestety widać po owocach.

2.) Musi być doskonałym rzemieślnikiem.

Pasja pasją, ale szlifowanie warsztatu i technik powinno być absolutnym priorytetem szanującego się fryzjera. Wykon każdorazowo musi być taki, że "mucha nie siada".

3.) Słucha i rozumie, co się do niego mówi.

A jak czegoś nie rozumie, to dopytuje klientki o jej preferencje. Sytuacja, w której fryzjer "podcięcie końcówek" interpretuje jako upierdzielenie 10 cm włosów, jest kuriozalna... Podobnie jak mylenie grzywki na bok z prostą. A wiem, że takie sytuacje się zdarzają, niestety - notorycznie. Masakra.

4.) Jest kreatywny, ale nie forsuje swojej artystycznej wizji na siłę...

Fryzjer musi mieć wizję, ale też nie może uszczęśliwiać nią swojej klientki na chama. Jej zdanie jest ZAWSZE rozstrzygające (pomijając sytuacje, kiedy np. chce sobie zrobić krzywdę brutalnym rozjaśnianiem z czerni na platynę etc.). Ostatecznie - to ona będzie ponosić konsekwencje fryzjerskich poczynań przez dłuuugie miesiące.

5.) Jest wszechstronny.

Nie leci wyuczoną sztampą. Nie sztuka strzyc wszystkie łby na jedno kopyto. Osobiście niesamowicie doceniam, kiedy fryzjer nie zadowala się lapidarną prośbą o wycieniowanie włosów, tylko dopytuje mnie o to, jaki wolę ostateczny charakter fryzury - czy ma być zadziorna, rozwiana i zmierzwiona, czy gładka, dopracowana i elegancka. Wie, czy ma sięgnąć po nożyczki, czy raczej chiński nóż. Lubię też, kiedy brany jest pod uwage mój gatunek włosa - bo wiadomix, po wyprostowaniu i wymodelowaniu każda fryzura wygląda zajebiście, rzecz w tym, żeby nie wyglądać jak sfatygowany mop dwa dni później, po myciu...

6.) Niech się ceni i szanuje - ale ja cenię świadomość, że płacę za konkret na swojej głowie, a nie gwiazdorzenie.

Za fryzjerem powinny stać przede wszystkim prace - jako niepodważalne portfolio. Spotkałam się z sytuacją totalnego przerostu formy nad treścią i nie znoszę wrażenia, że bulę za sam marketing, czy też wygórowane mniemanie samego "Mistrza"... Moja koleżanka z pracy zaliczyła taką wtopę, że poszła do rzekomo super-wielce-kreatywnej-zajebistej fryzjerki na oryginalne cięcie i kolor, a wyszła... z identycznymi włosami, jak przyszła, plus lżejsza o kilka stów. Zamiast wycieniowanej grzywki na ukos, o którą prosiła, otrzymała urąbaną prosto jak od linijki na wysokości brody... Kolor miał być schłodzony z miodowego blondu na popielaty i genialna fryzjerzyna zrobiła jej jedynie poświatę glona - brawo za nałożenie niebieskiego pigmentu na żółty, no któż by zgadł, że wyjdzie zieleń... ehh. Wstyd by mi było brać pieniądze za taką fuszerkę. Pomijam to, że moja znajoma miała serdecznie dość swojej fryzury i wprost powiedziała, że marzy o radykalnej zmianie, a fryzjerka... podcięła jej tylko końcówki o 0,5 cm, wmawiając, że tak jest fajnie, jak jest. Wściekła dziewczyna skorzystała później z usług mało znanego osiedlowego salonu i za ułamek tamtej ceny otrzymała świetne strzyżenie z perfekcyjnym zatonowaniem ciepłego blondu na perłowopopielaty. Można? Można.

Dlatego stawiam na uzasadnioną renomę, a nie wyżejsranieniżdupęmanie. I naprawdę byłoby świetnie, gdyby większość fryzjerów zaczęła praktykować fotografowanie swoich "dzieł" i wrzucanie ich np. na fanpage fb. 

Złe doświadczenia sprawiają, że do wszelkiego "gwiazdorzenia" podchodzę z umiarkowanym entuzjazmem...

7.) Przyjmuje na klatę ewentualną krytykę - z klasą i asertywnością.

Wystarczy rzucić okiem na najniższe oceny salonów fryzjerskich na Fb - dobry fryzjer wie, że klienci są różni i zawsze trafi się ktoś niezadowolony, jednak klient - nawet osioł - powinien być traktowany z elementarnym szacunkiem. Mimo wszystko. Bo potencjalni klienci czytają te opinie i są w stanie wyłapać, kto tu jest idiotą. Fryzjer świadomy swojej pozycji nie zmienia się w zacietrzewionego wojownika klawiatury rugającego klienta od dyletantów, nie wdaje się w czcze pyskówki, nie zniża się do poziomu podłogi... Już-już miałam umawiać się do jednego z kultowych fryzjerów w Krakowie, ale jak poczytałam jego żenujące "pojazdy" po niezadowolonych klientkach, to mi się odechciało. Że blachary itd. Rozumiem, że można się zdenerwować, ale człowiek na poziomie powinien panować nad emocjami i nie sięgać po tak prostackie odzywki... :/ Nie wiem... zniesmaczyło mnie to i tyle.

8.) Stara się dla każdej osoby, nie tylko dla garstki wybranych.

Czytałam ze zgrozą o tym, że niektóre "gwiazdy fryzjerstwa" inaczej obsługują klientki tzw. "szare myszki", a inaczej te wystylizowane. Pierwsze - lekceważąco, drugie - z pietyzmem. To jest NIEDOPUSZCZALNE. Fryzjer nie jest od oceniania, czy jestem wystarczająco wylaszczona, by być godną usług na najwyższym poziomie i swojej wymarzonej fryzury... Każdy ma prawo wyglądać, jak chce. Jeśli akurat danego dnia mam wywalone na ałtfit i mejkap, to guzik fryzjerzynie do tego. Niech się skupi na włosach.

9.) Zachowuje dla siebie niewybredne uwagi o czyichś włosach.

Też się z tym spotkałam... Sorry, ale jestem pewna, że klientki doskonale zdają sobie sprawę z tego, jakie mają włosy. A słuchanie pseudozatroskanych westchnień, że ojeeej, takie zniszczone... ojeeej, takie cienkie i rzadkie... - jest po prostu niezbyt komfortowe. Bo takie komentarze są po prostu niezbyt grzeczne.

Pracowałam kiedyś (wieeeki temu) na recepcji w dość luksusowym salonie fryzjerskim i od razu na szkoleniu wbito całej ekipie do łba, że NIE WOLNO mówić klientce że jej włosy są zniszczone! Jak już, to "uwrażliwione" zabiegami fryzjerskimi - od razu inaczej brzmi :)

To by było na tyle.

Jak ktoś ma dobry adres do polecenia to zostawiać w komciach, bo na wagę złota :)

W Rzeszowie mogę polecić na razie Salon Diuna, panią Ulę. Ogarnięta kobita, włosom krzywdy na pewno nie zrobi, a i poszaleć potrafi. Wkrótce będę testować też inszy adres, bo mam ochotę na... aaa, będzie niespodziewajka :P

11:09

Jak i gdzie odłowić porządnego gacha.

Hejka.

W komciach wrzucono mi sugestyę, abym skrobnęła (stuknęła) pitolondo dla singielek o tem, jak i gdzie przypolować fajny chłop.

A że popołudnie mamy ponure, dżdżysty piździernik w środku maja, to żech pomyślała, łaj kierwa not.

Tedy piszę.

Uprzedzam jednak, że za eksperta ni autorytet się nie uważam - jedyne, czym podpieram owo pitolondo to jakotakie rozeznanie płynące z jakotakiego doświadczenia. Przyznam nieskromnie, że od ok.16 r.ż. raczej nie narzekałam na "przestoje w interesie" - co nie znaczy, że nie trafiały mi się przypały... Oj, trafiały się (w tym jeden ekstremalny). Na szczęście potrafię skrupulatnie odrabiać lekcje z własnych błędów i obecnie dzień w dzień uszami klaszczę z radości, jakiego fajnego mam chopa. Nosz miód malyna! Natomiast wychodzę z założenia, że NIGDY - zwłaszcza w dzisiejszych czasach - nie ma się dożywotniej gwarancji, że się kiedyś nie zląduje na wtórnym rynku matrymonialnym (cywilizacja rozpasania i rozwodów, buuu..., Babilon is back).

Przechodząc do rzeczy.

1.) Najważniejszą rzeczą, o której należy pamiętać, jest nastawienie: 

SMRÓD DESPERACJI TO NAJSKUTECZNIEJSZY STRASZAK NA PŁEĆ PRZECIWNĄ (LUB TĘ SAMĄ, JEŚLI JĄ TARGETUJEMY). 

Rozumiecie - działa jak silny repelent na wacki i dziuple. Za przeproszeniem. Smrodu desperacji nie sposób zamaskować i żaden przyzwoity i szanujący się obiekt naszych zakusów go nie zdzierży. Nie ma szans.

Dlatego - moja rada namber łan - powściągnąć parcie i ciśnienie. Zająć się sobą. Laska, która rozpaczliwie poszukuje jakichkolwiek (! - decyduje kolejność zgłoszeń) portek do uczepienia się ich pazurami - sama nie stanowi zbyt pożądanego obiektu. No chyba, że dla jakiegoś desperata, ale uwierzta mi - NIE CHCETA desperata. Oj nie. Dlatego same nie bądźta desperatkami. Serio.

Musisz generować raczej niezależnego, choć przychylnego i intrygującego wajba, a nie wajba pt. "pilno mi się opleść na cię niczym trujący bluszcz" lub co gorsza "misiaczq wybrałam już kieckę ślubną". Ale też bacz, by nie manifestować swojej niezależności zbyt histerycznie - wizerunek niezłomnej superbiczy dziarsko detonującej granat między półdupkami z kilometra trąci deficytem witaminy Ch. w ustroju. Nie wydajesz się wcale zajebista i silna, tylko żałosna.


2.) Kto wybrzydza, ten nie rucha - zwykł brzydko dowcipkować przy piwie mój kumpel ze studiów. Ale... coś jest na rzeczy. ;) Nie leć na pierwsze z brzegu chętne beleco, ale też, do jasnej Anielki, nie czekaj na perfekcyjne skrzyżowanie Pitta z Deppem.

(Zwłaszcza, jeśliś sama nie Jolie...

Żarcik.

Suchy taki.)

Wiem. Wiem, że wiele z nas skrycie marzy o jakimśtam swoim ideale piękna - ale to nie może być najważniejszy faktor, którym się kierujemy! Owszem, są śliczni ludzie, którzy są jednocześnie śliczni w środku. Zdarza się tak. Ale bywa, że z wierzchu blichtr, a wewnątrz charakterek paskudny, robaczywy. W dłuższej perspektywie wygrywa  przyjemna interesująca osobowość, chyba, że trafi "miejscowa idiotka na tutejszego kretyna", wtedy rzeczywiście... hmm, aspekt fizyczny może być rozstrzygający, skoro we łbach wiotr hula enyłej.

Chodzi mi o sytuację, w której dziołcha ukuła se w najmniejszych i nieistotnych detalach w swej rozpłomienionej panieńskiej łepetynie jakiś disneyowsko-księciuński ideał, którego nie odpuści ani o milimetr, choć dawno trzydziestka na garbie... Przypomina mi się jakże życiowy mem z insta:

Me: please god send me a good man

God: *sends me a good man*

Me: Lol, not that one.


Z przymrużeniem oka oczywiście... ale jednak.

Uściślijmy - nie namawiam do porywania się na otyłego nieśmiałego rudzielca w okularach jak denka od kufli i przetłuszczonych włosach (btw., rude jest spoko! oksy też! duża nadwaga...yyy niekoniecznie! tłuste włosy wcale!). Chodzi o złoty środek. Trzeźwe, realistyczne spojrzenie - na potencjalnego partnera, ale i na... siebie. Czego oczekujemy, ale też co MY mamy do zaoferowania? Atrakcyjność ma wiele wspólnego z wyglądem (m.in. mową ciała, stylem, stopniem zadbania, oczami, uśmiechem), ale - nie polega na nim nawet w połowie. Znałam przeciętne (lub mniej) fizycznie kobiety z taaaką charyzmą i pewnością siebie, że największe męskie ciostka traciły dla nich łeb. Znałam piękności, które dla facetów były zaskakująco niewidzialne... Zawsze mnie to intrygowało, więc bacznie obserwowałam. Reguła jest taka, że reguły nie ma. Ale warto znać swoje mocne i słabe strony i samoocenę gruntować na tych pierwszych, a drugie w nie przekuwać.

Większość ludzi jest przeciętnych fizycznie, część z nich jest tylko po mistrzowsku "oszlifowana" i robi ściemę, że są z kasty tych pięknych, a tak naprawdę - kurczę, przeciętność jest... spoko. Nieidealność jest spoko. Właśnie w tej niby "szarej strefie" jest mega potencjał... a drugi człowiek nie służy przecież do oprawienia w ramki i powieszenia nad łóżkiem, tylko do bycia razem. 

Problem w tym, że jest wiele takich Smutnych Księżniczek, które szukają mitycznych kwadratowych kół, a w końcu rzucają się, wyposzczone, jak szczerbaty na suchary, na jakiegoś przystojnego sqrwla, a potem wielki żal, że Księciunio okazał się ropuchem. Chleje, zdradza, nie szanuje, śmierdzący nierób dzieciorób czy insza parcha. Pfuj!

Podsumowując. Ciotka Klotka Toyad radzi: celuj w przyzwoity i ciekawy chłop, a nie w malowane cacane pudełko pustełko.


3.) Nawiązując do punktu pierwszego. Celebruj swoje singielstwo! Spoźrzyj na swój status jako na brak kuli u nogi, a nie dopust boży. Miej wyje... wylane, a będzie ci dane. Kolejna karczmiana mundrość, ale zawiera ziarnko... ba, dorodny orzech kokosowy prawdy. To jest klucz do pytania o to, GDZIE uskuteczniać łowy. Otóż - mimochodem. Robiąc swoje. Rozwijając się. Spotykając ze znajomymi. Próbując nowych rzeczy. Nic na siłę, bo presja, oczekiwania i ciśnienie są główną przyczyną fiaska w tak subtelnej materii. Wiem, że to brzmi jak cholerny truizm... Ale to naprawdę działa - zluzuj mentalne majty. Samo się napatoczy, jeno miej li łotwarte łoczi. Chyba, że kursujesz na linii praca-dom, w robocie same baby, a poza robotą okrągłe zero życia towarzyskiego. Jak masz tak słabe "zasięgi", to wiedz, że coś robisz źle i pora ruszyć zad, choćby na spacer, bo parku, biblioteki, whatever... Fajne rzeczy przydarzają się fajnym ludziom, ale fajni ludzie muszą wykazać minimum inicjatywy, bo szczęście to nie jest towar, który se z zalando zamówisz i kurier przywiezie pod samiuśkie drzwi. 

Musisz wejść w paradygmat myślenia szansami i kreować odpowiednnie okoliczności, wtedy zaczniesz dostrzegać cuda pod własną kichawą.

4.) A jak już rzeczywiście latka leco i palący oddech despery zagląda w cztery litery..? To gdzie, gdzie szukać??

I dlaczego nie w necie.

Internet rozumiany jako portale randkowe obfituje w zdesperowanych przychlastów i co gorsza psychofagów, którym wstępna bajerka wychodzi nader udanie zapośredniczona poetyckimi spiardolinami i powłóczystym marzycielskim wejrzeniem ze słitfoci. Brrr... :/

Z kolei internet rozumiany jako rozmaite strony/grupy/fora zrzeszające ludzi o pokrewnych zainteresowaniach, umożliwiające spotkania tematyczne w realu - to już prędzej! Dużo romansów zadzierzgnęło się via fejsbuczyn, od słowa do słowa :)

Knajping, klabing, imprezki, koncerty? Jeśli słuchasz dość niepopularnej muzyki, to masz łatwiej, bo wystarczy wyczaić kameralne wydarzenia u siebie w mieście i na nich bywać. Małe klimatyczne miejscówki są o wiele lepsze niż oblegane przez tłumy weekendowe tancbudy.

5.) Yyy. No i to by było na tyle... Podsumowanko:

- nie generuj ciśnienia

- bjer normalny dobry mądry porządny chłop, bo takowe na drzewach nie rosną, a nie wydziwiaj na siłę, że musi być koniecznie brunet powyżej 1,85m... ale też nie bjer byle ćwoka z łapanki!

- żyj se szczęśliwie sama ze sobą, bo to jedyny pewny związek miełosny do wieka od trumny

- bywaj tu i tam, interesuj się różnymi rzeczami, gadaj z ludźmi

- i uszy do góry! :)

No, to udanych łowów!


Pozdro szejset i do następnego.

15:18

Słów kilka o książkowej dulszczyźnie i pozorantach wyżyn intelektu.

Daleko mi do minimalistki, ale jedno wiem na pewno - natłok gratów-statystów w otoczeniu mnie psychicznie przytłacza. Trzymam się zasady 3xP - piękne, praktyczne, pamiątkowe. Reszta won.

Nie zliczę, ile razy się spotkałam z sytuacją, kiedy ktoś z niemal autoerotycznym samozadowoleniem i nutką pogardy obleczonej w pozór fałszywego współczucia oznajmiał, że NIE ROZUMIE, jak można mieć w domu mało książek... Nie gromadzić pokaźnej biblioteczki.

Nie brandzlować się bezlikiem woluminów. Och.

Cóż za mielizna intelektualna, panie tego. Nie to co my, człowieki renesansu. (fap fap) Pobiadajmyż tedy z ostentacyjną repulsją nad czczym żywotem mentalnych pariasów.

Szanuję bibliofili - ale tych prawdziwych. Autentycznych koneserów. Z porywu serca, a nie palącej, narcystycznej potrzeby bycia podziwianymi. /Ogólnie zjawisko napuszonych, aspirujących wannabies uważam za politowania godny fenomen - w każdej dziedzinie./

Powtórzę raz jeszcze - owszem, domowa biblioteczka może być imponująca! Gdybym miała stałe lokum, jeszcze lepiej - przestronną siedzibę rodową, a najlepiej jakieś przyjemne klimatyczne dworzysko, to godziwie zaopatrzony księgozbiór byłby moim muszmieć...

Jednak gdy życie mną rzuca jak pies flakiem, obrastanie w rzeczy nie jest zbyt mądrą strategią. Nie wiem, gdzie wyląduję za 5, 10 lat. Mój spiryt bowiem zdecydowanie jest nomadą, ma pieprza w tyłku i ciężko mu zagrzać rzeczony tyłek w jednym miejscu :)

Gdyby przyszło takim intelektualnym kabotynom oszacować moją głębię umysłową na podstawie ilości książek, w posiadaniu których aktualnie jestem, niewątpliwie ich faryzejskie móżdżki wrzuciłyby mnie do szufladki "kałuża". Tymczasem - schlebiam sobie - nic bardziej mylnego... :P Od dzieciaka darzę książki wielką estymą i czułym afektem. Na studiach "przerobiłam" tony umnych i wybitnych dzieł filozoficzno-antropologiczno-psychologiczno-socjologiczno-historyczno-blablabla. Testy na szybkie czytanie trudnych tekstów ze zrozumieniem plasują mnie zawsze w ścisłej czołówce pod względem ilości punktów. / Dobra, Toyad, wystarczy tej apologetycznej laurki na cześć własnego gara ;)

A przy tym uwielbiam wolność i przestrzeń. Świadomość mobilności i swobody. Nadziubdziane durnostojkami i nieużywajkami mieszkanie doprowadza mnie do szału, zresztą nie pojmuję sensu takiego zbieractwa - esencja przeczytanych dzieł zostaje mi zazwyczaj w głowie, a nie potrzebuję się lansować przed innymi ludźmi na osobę oczytaną. Znam swoją wartość umysłową i inwestowanie w jej materialną fasadkę wydaje mi się nieco... yyy, desperackie. 

Ja nie potrzebuję protezy. 

Ostatnio rozpoczęłam przygodę z Kindlem Amazońskim i myślę, że to idealne rozwiązanie dla osób "w ruchu". Jednocześnie wpakowałam sporo hajsu w porządnie wydane (szyte, twarda oprawa) dzieła sióstr Brontë oraz opracowania ich dotyczące, bo blisko mi do ich psychofanki. Nie wyobrażam sobie nie mieć pod ręką książek, które trwale zryły mi dekiel i ukształtowały to, kim jestem. Albo takich, których nie sposób dostać, bo są niszowe. Ale książki, o których wiem, że nigdy nie sięgnę po nie ponownie - po co na siłę trzymać, jak podrabiane relikwie? Lepiej puścić w obieg, może kogoś jeszcze ucieszą...

Jak wspominałam - rozumiem i szanuję ludzi, którzy gromadzą książki nie jako przedmioty (atrybuty domniemanego statusu), a jako swoiste byty.

Bibliofile różnią się od aroganckich snobów intelektualnych jak jajka od wydmuszek.

Konkludując - nie oceniajmy ludzi na podstawie imponującej armii "półkowników" na półkach, a na podstawie tego, co mają w głowach. Ludzie są zbyt różni, żeby przykładać do nich jedną prostacką miarkę. Nie bądźmi leniwi poznawczo. Naprawdę nie wszyscy muszą przeżywać paroksyzm ekstazy wulkanicznej w zetknięciu z zadrukowanym papierem. Niektórzy preferują e-booki. Niektórzy mają dzieci z silnymi alergiami, a książki (zwłaszcza stare) są niestety siedliskiem kurzu i pleśni. Niektórych nie stać na kupowanie książek i wolą korzystać z biblioteki. Niektórzy czytają wyłącznie lekki rozrywkowy chłamik, np. romansidła i mało wymagające kryminały. Niektórzy w końcu mają inne pasje, niż nałogowe czytanie - tak, tak też można - i nie świadczy to o ich "gorszości".

10:37

Hipertofia gruczołów jadowych pobrzydza.

Hipertofia gruczołów jadowych pobrzydza.
Hejka.

Dzisiaj taka tam etiudka wiosenna by pre-wielkanocny Toyad.

Przeto.

Pisałam kiedyś o tym, co z wierzchu pomładza i odświeża wizualnie personę żeńską w swej drugiej i trzeciej młodości. W planach był sequel dotyczący pomładzania duchowego... I wiecie co? 

Wszystko sprowadza się do tego, że najważniejsza jest prewencja - ŻEBY SOBIE NIE POZWOLIĆ ZGNUŚNIEĆ.

Jeśli mamy tendencję, a zaniedbamy prewencję, będzie katastrofa - już po trzydziestce zaczniemy przypominać zgryźliwego, wyniosłego, odpychającego babsztyla. Tatko mojej przyjaciółki zwykł mawiać (żartobliwie), że u kobiet brzydota idzie zazwyczaj w parze ze zgryźliwością... a według mnie odwrotnie - to zgryźliwość pociąga za sobą brzydotę. 

Na paskudny charakter "nie pomoże puder, róż". 

I nie chodzi tu o to, żeby być za wszelką cenę miłą, potulną mdłą pipką bez własnego zdania - wręcz przeciwnie! Ale paskudny charakter to przede wszystkim trwałe wyzucie z pogody ducha, ostentacyjne cierpiętnictwo, obarczanie bliskich poczuciem winy, ociekanie pasywną agresją, umniejszające komentarze, pogardliwe spojrzenia, lekceważenie, manipulowanie, demontrowanie rzekomej wyższości, zaniedbywanie własnego rozwoju wewnętrznego.

Branie wszystkiego śmiertelnie serio, oraz brak poczucia humoru niesamowicie postarza, pobrzydza i odpycha bliźnich... Niestety, nie bardzo wiem, czy porada w stylu "ej weźże czasem babo zluzuj majty" trafi do przekonania osób dotkniętych tym swoistym deficytem - obawiam się, że taki wieczny negatywizm i "zagipsowany" styl bycia jest w znacznym stopniu kwestią osobniczą. Jednak są też ludzie, którzy dali sobie wmówić, że np. po trzydziestce to już "wypada" być "poważnym" - przy czym "powaga" rozumiana jest tu jako męczeńsko wzdychliwe oddawanie się zaprogramowanym społecznie czynnościom życiowym (znienawidzona robota, sterczenie przy garach, gderanie i narzekanie, kompensacyjna konsumpcja, samoświadomość godna śniętej ryby, pożałowania godna egzystencja na autopilocie...).

Uśmiechnięte, ciepłe, mądre i życzliwe spojrzenie potrafi rozświetlić twarz o niebo skuteczniej, niźli Szanele i Dijory :) I nie, nie mam na myśli szczerzenia się wbrew sobie do przypadkowych ludzi np. w zbiorkomie, bo sama nienawidzę jak mi jakiś dziadu komentuje mojego biczfejsa. To zupełnie nie o to kaman - kaman o zmniejszenie nadprodukcji jadu. Ustabilizowanie jadotoku. We własnym mózgogarze.

Jestem zdania, że zgryźliwe, gnuśne i zawistne babsztyle starzeją się o wiele rychlej - i nader szpetnie. Widzę to na przykładzie niektórych koleżanek mojej mamy (60+). I - o ironio, odnotowałam to też na przykładzie osoby, która od zawsze ma totalną obsesję na punkcie własnego wyglądu i zagadnień anti ageing, i przeznacza horrendalne nakłady czasowe i finansowe na zapobieżenie efektom starzenia... Efekt..? Marny, żeby nie powiedzieć - mikry. Wygląda jak Smeagol. Dlaczego? Ano cóż, mam na to swoją buńczuczną, pół żartem pół serio, teorię - dłuuugie dekady hiperaktywności gruczołów jadowych i toksemia tym faktem wywołana = utrwalony "skwaszony", pełen złośliwej pogardy wyraz twarzy osoby "wszechwiedzącej", hejtującej wszystko i wszystkich dookoła. Jest to osoba, która mając trzy liche strzępy w charakterze włosów, PIERWSZA będzie krytykować cudze. W sumie to mi jej trochę żal - zero pasji, hobby, koleżanek, przyjaciół. Czytanie Dupelków i ekscytowanie się cudzymi potknięciami to raczej słaba pasja... Takie "kolczaste" nastawienie przysparza może "przyjaciół" (czyt. tchórzliwych klakierów) wśród zakompleksionych gimbusów, ale na dłuższą metę - zatruwa wartościowe relacje. Może to nie ma związku, ale... ot, dzielę się swoimi luźnymi rozkminami :)
Sama jestem bodaj ostatnia skłonna do pierdzenia różowymi obłoczkami, miewam swoje momenty gnuśnego kocura, zdarza mi się w trakcie PMSa strzyknąć żółcią spod żebra, ale... docelowo staram się skupiać na jasnej stronie żywota. Nie karmię się negatywami. Ale też nie wszędy te pozytywy występują i nie zmuszam się do bycia "tą szlachetną" za cenę własnej podskórnej frustracji... nie czuję imperatywu kochania wszystkich mimo wszystko, ale zamiast jatki z takimi osobnikami wolę dyskretnie się ulotnić do jakiejś milszej piaskownicy. Po prostu.

Higiena emocjonalna - ważna ważność w temacie przeciwstarzeniowym.

Gollum - ku przestrodze... ;)

12:06

Toyadzie ułatwiacze żywota w zakresie wizualnego ogaru.

Toyadzie ułatwiacze żywota w zakresie wizualnego ogaru.
Elo!

Im jestem starsza, tym większego znaczenia nabiera dla mnie optymalizacja moich procesów życiowych w klimacie 'slow life', a tak naprawdę nie tyle slow, co żywot we własnym naturalnym tempie i w zgodzie ze sobą.

Zawsze byłam fanką trybu 'work smarter, not harder' - także w zakresie ogaru zewnętrznego. Jestem estetką i wymagam od siebie pewnego wizualnego standardu, ale też staram się nie podporządkowywać tej kwestii przesadnych nakładów, raczej trzymać się blisko złotego środka. Nie lubię wyglądać na 'trying too hard', wiecie :)
*Zaślepione resentymentem femi-nazi-neofitki wojujące o stępienie w sobie do zera /zaimprintowanej przez opresyjny patriarchat, hurr durr/ potrzeby atrakcyjnego wyglądu (spod szyldu: zapuść wachlarz pod pachą i spal stanik) uprzedzam, że nic nie wskórają nawracaniem mnie na abnegację. Więc - pozdro szejset, baj baj.

 1.) Suchy szampon.

Dotąd Batiste, ale od niedawna absolutym hitem jest dla mnie... zwykła czysta skrobia ryżowa. Nie dość, że wychodzi ekonomiczniej, to jest o niebo skuteczniejsza. Nie posiada też zapachu, a Batiste moim zdaniem są irytująco naperfumowane. I - zapewne - jest zdrowsza dla skalpu.

Mam włosy skłonne do przyklapu u nasady, a przez rozjaśnianie są dość suche na długościach, więc żal mi poddawać je codziennemu praniu w detergentach, ponadto - zwyczajnie nie lubię tej czynności! Szok i niedowierzanie... :D W sensie, mycia włosów (z dwukrotnym spienianiem szamponu), nakładania maski/odżywki, odczekiwania aż podziała, spłukiwania, blablabla, suszenia, układania itd. Dużo jednak zachodu z tym. Jak hery wyschną mi same, mam falowany puch, który wygląda dość niechlujnie, może przy dłuższych włosach wyglądałby lepiej... Zobaczymy. Mój kręgosłup też nie lubi, kiedy wiszę łbem w dół (a ja z kolei nie lubię myć włosów inaczej). Więc staram się ograniczyć częstotliwość mycia głowy, a przy tym oczywiście - zachować świeżość fryzury. 

Suchy szampon genialnie mi w tym pomaga. Mogę spokojnie myć hery co 2 lub 3 dni i poświęcać im wówczas więcej troski (olejowanie, maska pod ciepły kompres, masaż, wcierka, suszenie na szczocie). Win win.

2.) Rzęsy 2:1.

Moje rzęsy są raczej długie, ale niestety proste i sztywne jak druty i na domiar złego smętnie skierowane w dół, przez co psują mi kontur oka i "obciążają" spojrzenie. Żeby wyglądały w miarę znośnie, musiałam używać zalotki (czasochłonne i upierdliwe) i odpowiedniego tuszu (MF Masterpiece) z odpowiednią (upierdliwą i czasochłonną) techniką malowania, zaś efekt i tak dupy nie urywał... :/ Natomiast zmywanie mascary to dla mnie... no, istna masacra :P Błotnisty smar na całej twarzy, potem oczy jak u królika - nie, nie, nie...

Ponad rok temu zakochałam się w przedłużaniu rzęs... Jakiż to jest komfort! Ładnie zrobione rzęsy 2d zastępują calutki makijaż oka na ok. miesiąc. Wstajesz rano, ziorasz w lustro i... wow, nie wyglądasz jak kret ze wstrząsem anafilaktycznym! 

Po dołożeniu cienia/krechy mamy efekt jeszcze bardziej wyjściowy.

Bynajmniej nie odczuwam żadnych niedogodności przy takich rzęsach - zdarza mi się spać z dziobem w poduszce, używać olejów do twarzy (omijam jedynie okolice oka), nie jest mi "ciężko" ani nic.

Znalazłam sobie fajną "dealerkę" rzęsiorów, mam blisko, jest sympatycznie i sprawnie (często 1,5 - 2h tnę komara przy relaksacyjnym plumkaniu) a i cena do przełknięcia... Z efektów jestem bardzo zadowolona.

Wiem, że jest sporo przeciwniczek takiego zabiegu, bo niby efekt jest nienaturalny (swoją drogą, wiele zależy od metody i kunsztu stylistki). Ale dla mnie efekt jest okejka, a do tego nieoceniona wygoda i oszczędność czasu. Zresztą - rzęsy sztywne od czarnego smaru wyglądają może o tyle "naturalniej", że zdążyły się "opatrzeć" społeczeństwu, a przedłużane to - mimo rosnącej popularności - wciąż wzbudzająca nieufność nowinka. 

Jednak gdybym miała naturalnie wywinięte ładne rzęsy, nie fatygowałabym się ani z 2d, ani z malowaniem. Wystarczyłby prosty myk typu tightlining.

3.) Henna na brwi/microblading.

Dla mnie brwi > wszystko... ;) Moje własne mają wprawdzie dość nobliwy zarys łuku (dziękować genom po kądzieli, uff), ale kłaczki są jasne i delikatne i zwykłam je przyciemniać henną co parę tygodni, doraźnie stosuję skośnie ścięty pędzelek (Zoeva) i puder Golden Rose nr 104 lub cień Maybelline Color Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. Jednak w planach mam zabieg microblading.

4.) Długie/półdługie włosy i nieudziwnione cięcie.

Szczerze? Nie jestem fanką mocno krótkich fryzur, bo jestem stanowczo zbyt wygodna i leniwa żeby toto regularnie odświeżać u fryzjera i codziennie układać (niestety przy moich włosach poranne "gniazdo" na czubku murowane), a poza tym... po prostu wolę dłuższe włosy, bardziej mi się podobają (powiedzmy, w 8 przypadkach na 10). Boby i loby też wporzo :)

Moim skromnym zdaniem dłuższe hery są bardziej uniwersalne i łatwiejsze w obsłudze - zawsze można związać, spiąć, niedbale umotać w bułę na czubku itd. Nic nie odkształca się od poduszki, czapki, nie chłoszcze po pysku na wietrze itd. W razie potrzeby można też wykombinować różne ciekawe loki, fioki, koki, sploty i inne cuda (do których mam absolutnie dwie lewe rąsie, więc odpadam, ale jakby co, to MOŻNA). 

Od czasu do czasu napada mnie dzika żądza grzywki, tudzież strzyżenia warstwowego a'la shag, ale doświadczenie mi podpowiada, że to ryzykowny pomysł (konieczność regularnego podcinania, fruwające kłaki w okolicach oczu, potem mozooolne zapuszczanie... brrr).

Ale ostatecznie - nie ręczę za siebie :>

5.) Nieskomplikowana stylówa.

Tutaj znowu - lubię wyglądać dobrze i czuć się komfortowo w ubraniu, ale nie znoszę poświęcać temu zagadnieniu zbyt wiele czasu i uwagi... Zakupy mnie śmiertelnie nudzą, szwendania się po galeriach handlowych nienawidzę. Od czasu do czasu, będąc w rodzinnym mieście, zapoluję w lumpie - ostatnio coraz mniej rzeczy przechodzi moją ścisłą selekcję, muszą być naprawdę świetne.

Dlatego na maksa ograniczyłam się kolorystycznie, liczebnie i stylistycznie w swojej garderobie. Sprawdza się u mnie reguła ponadczasowego, minimalistycznego zestawu bazowego podrasowanego jakimiś ciekawszymi butami i utorbieniem, ewentualnie nakryciem głowy/okularami/zegarkiem/biżuterią/szalem. Kocham #allblackeverything <3

Akcesoria "robią" cały efekt. Biżuty, czapki, kapelusze. A już bucisze i torbaby to doprawdy ostatnie rzeczy, na których bym oszczędzała!

6.) Hybrydy.

Malowanie paznokci zwykłymi lakierami zawsze mnie potwornie frustrowało, ponieważ - mimo cudowania z różnymi produktami podkładowymi i nawierzchniowymi - najdalej po dwóch dobach miałam już paskudne odpryski i szlag mnie trafiał. Poza tym - koszmarny smród dla mnie (i otoczenia), godzina bezczynnego wachlowania łapami żeby to badziewie wyschło, później rano i tak odgniecenia od materiału z pościeli... wrrr.

Dzięki lakierom hybrydowym na manicure poświęcam zazwyczaj 1-2 h w miesiącu - bez smrodu, bez odgnieceń, bez odprysków.

Dodatkowo - można, jak się chce, poszaleć ze zdobieniami, bo mamy pewność, że manicure spokojnie przetrwa te 3 tygodnie.

Dla mnie - rewolucja - i rewelacja.

7.) Wybrane elementy makijażu zamiast pełnej szpachli.

Podziwiam kobity, którym chce się codziennie rano celebrować jutubowo-instagramowy mejkap z graficznymi brwiami, doklejanymi paskami rzęs, konturowaniem nosa, strobingiem, bakingiem, idealnie zblendowanymi tęczowymi cieniami na powiekach, perfekcyjnie wyrysowaną pomadką etc... Lubię zabawę makijażem, ale muszę mieć nastrój, ochotę i czas na nią, a poranny rozgardiasz i pośpiech temu nie sprzyja. To ma być relaksująca przyjemność a nie mus. Dlatego zazwyczaj stawiam na jakiś motyw przewodni (brwi, krecha, usta, rusałczana świetlistość).

No a poza tym... jakoś coraz mniej mnie przekonuje taka odrealniona, wielowarstwowa maska. Zawsze kminiłam w kierunku, że makijaż ma podrasowywać i eksponować nasze osobnicze atuty, a tymczasem robi się z tego powoli jakiś maniakalny kult "jedynie słusznej" sztampy. Serio, wszystkie te tumblr girls i insta baddies są coraz mniej od siebie odróżnialne... Kontur a'la drag queen, wargi jak parówki - a górna koniecznie wywinięta na nos (tak, duże usta są okej, tak, ostrzyki hialuronem są dla ludzi, tylko może... yyy WARTO ZNAĆ UMIAR?).

Ostatnio zoom na fakturę czoła pewnej makijażowej guru wzbudził we mnie niekłamanego brzyda - dziewczynina ma zdrową, jednolitą, gładką cerę, a mimo to naładowała grubaśną warstwę kryjącego podkładu, który po zastygnięciu wyglądał jak cement, beton, skorupa... no, fuj. Tymczasem w komciach małolaty pieją z zachwytu nad wybitnym talentem swej idolki. Dafak?

Zawsze mi się wydawało, że idealny podkład ma być możliwie niewidoczny, doskonale stopiony z cerą i ma adresować jakieś jej potrzeby - korygować wypryski, koloryt etc.

Nie mam rewelacyjnej skóry na gębie, ale jak tylko ma "lepsze momenty" to z radością rezygnuję z paprania jej po próżnicy. A jak już papram, to staram się uzyskać subtelny efekt dewy i airbrushed, a nie cakey... Cakey to chyba nie to samo co on-fleek. Ale może ja się nie znam... :/

Nie mam hopla na punkcie kupowania i kolekcjonowania zbędnej kolorówki - owszem, od czasu do czasu wypróbuję czegoś wszechstronnie rekomendowanego, ale zazwyczaj trzymam się ulubionych produktów. Wolę też wydać raz na pół roku więcej hajsu na godziwy jakościowo kosmetyk, niż co miesiąc kompulsywnie dorzucać lichej drobnicy... 

Właściwie mój mejkap zamyka się w paru kamuflażach Artdeco (cudownie kryją moje zombiakowe cienie pod oczami), podkładzie (mój ostatni hit - Catrice HD Liquid Coverage), pudrze ryżowym z Paese, eyelinerze Essence (ten i żaden inny), hajlajterze Lovely (najlepszy), pudrze z GR do brwi, różu w musie Maybelline, brokacie do ciała Inglot, kilku matowych pomadkach Bourjois, które i tak przegrywają zazwyczaj z Niveą jagodzianą (daje fajny półprzejrzysty kolorek)... Mam ze dwie paletki cieni, ale okazjonalnie po nie sięgam. Przeważnie jak maluję którąś z koleżanek :)

Podsumowując - makijaż powinien być dla baby, a nie baba dla makijażu.

8.) Treningi interwałowe i HIIT.

Moje niedawne objawienie! Ćwiczę co drugi dzień. Ok. 20-30-40 minut. Na drugi dzień czuję mięśnie, ale nie mam bolesnych zakwasów. Do tego mega przypływ energii i szybko zauważalna poprawa kondycji! Odnośnie zgubionych kilogramów jeszcze za wcześnie, by się chwalić... ale interwały i HIIT uchodzą za nader skuteczne smalec-slayery :) A najlepsze jest to, że - interwały są na tyle krótkie, że odpadają wszelkie focze wymówki w stylu "jestę matkom, nie mam na to czasu". Nie potrzeba specjalnego ekwipunku, jedynie dobra wola. Polecam na początek p. Monikę Kołakowską z YT, ma jeden filmik z prostym treningiem 17-minutowym dla takich totaaalnych zdychulców kanapowych z zerową kondycją ;)


13:52

Bezsenność, białe noce - pomniejszają moce. Toyad dobra rada.

Przedstawię dziś Toyadzie sposoby radzenia sobie z uporczywym niespaniem. Poniższe sposoby to sposoby, które sama przetestowałam, działają NA MNIE i postanowiłam się nimi podzielić. Adresowane są do osób z problemami z godziwym wypoczynkiem nocnym. Przeważnie sypiam dość dobrze, ale miewam też "ciągi" baaardzo kiepskiego snu, a nawet trwającej tygodniami i miesiącami bezsenności... i wiem, jak to cholernie RUJNUJE codzienne funkcjonowanie - zero koncentracji, piasek pod powiekami, rozdrażnienie, psychiczna rozsypka, podatność na stres, stany lękowe, na dłuższą metę także zmniejszona odporność na choróbska etc. Dlatego dobra jakość snu jest dla mnie teraz jednym z codziennych priorytetów. 6 godzin litego snu to dla mnie minimum, optymalnie jest to 8, a nawet więcej. 

Tu dygresja. Spotkałam się kiedyś z bardzo negatywnym podejściem do mojej - rzekomo nienormalnie dużej (?) - potrzeby snu, że niby - imaginujta se - SZKODA ŻYCIA NA SEN. Dziś wiem, że owszem - szkoda życia - na bycie wiecznie niedoje... nieprzytomnym i nieproduktywnym. Śmieszna rzecz... osobnik prawiący mi onegdaj tego typu mundrości spędzał swój żywot głównie "z kablem w dupie" - skrolu skrolu, wypoki i dżoł monstery, wieczna prokrastynacja i zawalone studia, permanentny brak pracy i dewiza "za hajs matki baluj" (w wieku 30 lat), nałogi, imprezy, śmieciowe żarcie i uberwyjebanizm na jakikolwiek wartości i cele w życiu... Och, i oczywiście to nienawistne narzekanie, że inni mają lepiej, bo mieli łatwiej... więc chodźmy się najebać tanim bełtem w bramie, opłakać swoją zmieloną przez SYSTEM, niedocenioną wyjątkowość i ponadprzeciętną wrażliwość. 

No sorry, ale tak to wyglądało... Dobrze, że szybko zmieniłam towarzystwo. 

Koniec dygresji.

Nie ma tedy nad czym deliberować po próżnicy - dobry jakościowo sen jest, obok odżywczej paszy budującej zdrowie, zajebiście ważny w życiu. Chroniczny niedobór snu przyczynia się do wcześniejszej umieralności. Śpijta tyle, ile osobniczo potrzebujeta i odstrzelcie każdą łajzę, która wam wnijdzie w paradę w powyższym temacie. Za wyjątkiem małego pacholęcia, gdyż ono ma niejako w pakiecie startowym uprzykrzanie starym wypoczynku nocnego... Heheszki. 

Wracając już na właściwe tory:

1.) Kładź się spać tylko wtedy, gdy faktycznie czujesz senność. Nie wcześniej i nie później. Jeśli położysz się "z rozsądku" wcześniej, bez uczucia sennego znużenia, jest spora szansa, że będziesz się bezsensownie miotać w pościeli i tylko się zirytujesz - wtedy nici ze spania... Zauważyłam też, że można "przegapić" swój odpowiedni moment na położenie się do łóżka - wtedy mózg wskakuje na drugi bieg i może być trudno go ponownie wyciszyć. Wyrko ma się kojarzyć przyjemnie, a nie stresować użytkownika. Jeśli po położeniu się mija kwadrans, max. dwa, a ty nie śpisz, wygrzeb się z barłogu, owiń jakimś pledem i idź najlepiej do innego pomieszczenia poczytać książkę. Żadnego komputera ani telefonu! Książka idealna na tę okoliczność to taka neutralna emocjonalnie, w kierunku przynudnawej... Taka, do której nie możesz się zebrać od wielu tygodni, a wypadałoby przeczytać (mile widziane kroniki lub biografie) :)

2.) Unikaj wieczornego przebodźcowania sensorycznego (urocze słowo, prawdaż). Zadbaj o to, by co najmniej parę godzin przed planowanym kimanczem nie ekscytować się i nie emocjonować (daruj se kłótnie i trudne rozmowy, nie oglądaj trzymających w napięciu lub przygnębiających filmów), jak również nie nadwerężać intelektualnie. Zauważyłam po sobie, że służy mi nieślipienie w internety wieczorem - może to kwestia niebieskawego światła emitowanego bezpośrednio w pysk, nie wiem (pono są na to specjalne filtry). Ale lepiej np. umyć garki, pościerać blaty, posegregować kolorami łachy do prania, mrucząc ommmm.

3.) Przewietrzony pokój, odpowiednia wilgotność i temperatura powietrza, ciemność, wygodne wyrko, miła ciału piżamka - mam nadzieję, że te warunki to oczywista oczywistość..?

Koronkowe fikuśne majtasy wzgryzasy to dobre intro do coitus, ale do spanka lepsza przaśna bawełenka, ot co.

4.) Cisza. Mam teraz sąsiadów, którzy poczyniają pranie o godzinie 2:20 w nocy. Wirująca wściekle pralka to niekoniecznie odgłos, który sprzyja spokojnemu zasypianiu - przypuszczam, że w "normalnych" warunkach mogłabym ją olać, podobnie jak dźwięki lodówki i trele ptasząt za oknem, ALE - jeśli cierpisz na bezsenność, KAŻDY nieadekwatny dźwięk chłoszcze ci nerwy... W takiej sytuacji warto spróbować stoperów usznych - specjalnych zatyczek (do kupienia w aptece), tłumiących dźwięki z otoczenia. Przetestowałam kilka rodzajów - zwykłe piankowe po przycięciu końcówki są okej, ale zdarza im się w nocy wypaść z ucha. Woskowe uchodzą za najlepsze, a ja lubię też takie w kształcie "choinki". Wrażenie zatkanych uszu jest początkowo dość dziwne, ale ja się szybko przyzwyczaiłam i doceniłam komfort idealnej błogiej ciszy przy zasypianiu :) Nie słyszę domowników człapiących w nocy do kibelka, pochrapywania chłopa itd.

5.) A propos kibelka - nie żłop dużych ilości płynów ok. 2h przed spaniem, bo pęcherz nie da ci spojnie zasnąć. 

6.) Kolacja - nie żryj na noc niczego ciężkiego, mocno doprawionego i tłustego, natomiast w razie kłopotów z zasypianiem olej też zasadę super dietetycznej kolacji i wszamaj uczciwie coś węglowodanowego i sycącego (ale też nie przesadzaj z ilością) - tego typu posiłek tworzy przyjemne ciepełko w brzuchu i wprawia mózg w zadowolenie, relaksację, a co za tym idzie - ewokuje senność. Licha sałatka zjedzona o 19. tytułem kolacji może skończyć się późniejszym irytującym burczeniem i uczuciem głodu.

7.) Często spotykam się z zaleceniem ciepłej kąpieli i masażu przed snem - rada jest może i okej, o ile ciepła kąpiel nie okaże się gorąca a masaż zbyt intensywny i pobudzający, bo wtedy na 100% osiągniemy efekt odwrotny do zamierzonego... Ja zawsze po wieczornym peelingu wylinki na odwłoku mam kłopoty z zaśnięciem.

8.) Wieczorny wysiłek fizyczny MOŻE utrudniać zasypianie - niektórym wieczorne kardio pomaga, ale ja nie mam tego szczęścia - lepiej mi uskuteczniać prozdrowotne hopsasa rano lub w południe.

9.) Kawa kawusia - spoko, byle nie popołudniu. 

10.) Alkohol może i sprzyja ululaniu, ale przy borykaniu się z bezsennością sprzyja też uzależnieniu. Browarek od czasu do czasu jeszcze nikogo nie zabił, ale osobiście zalecam omijać alkohol szerokim łukiem przy jakimkolwiek dyskomforcie psychicznym - to wybitnie złe kombo. A bezsenność obciąża psychę.

11.) Relaksacyjna muzyka/dźwięki. Wierzcie lub nie, ale odkryłam, że świetnie mi się zasypia przy radyjku internetowym di.fm (Digitally Imported, polecam, elektronika różnej maści, ambient, EBM, psytrance, psychill, tribal house), w charakterze kołysanki - kanał Space Dreams - to muzyka bardzo "przestrzenna", relaksacyjna, medytacyjna, sprzyjająca wprawieniu mózgu w fale alfa. Włączona CICHUTKO w tle bywa niezwykle pomocna w kierowaniu myśli na senno-marzycielskie tory.

Na yt jest też mnóstwo fajnej nuty do zasypiania (np. po 8h, nie przerywanej reklamami), warto wypróbować.

Moja znajoma zasypia przy włączonym cicho szumie radiowym i twierdzi, że cudownie ją to odpręża.

12.) Zegar precz! Przestań kontrolować czas w nocy, bo tylko się dodatkowo nakręcasz (o kur..., nawet jak teraz zasnę to zostanie mi tylko 3h snu, a rano do roboty, łojezu, aaa! - i oczywiście gul na szyi i ciśnienie pińćset...) 

13.) Melatonina. Czasami działa, czasami nie, ale można dać jej szansę. bo jednak często działa.

14.) Za ogromną część przypadków bezsenności odpowiedzialne są stresy i problemy, czyli - psycha. 

Dla mnie okazało się niesamowicie korzystne... pisanie do samej siebie szczerych maili. Jasne, rozmowa z zaufanym przyjacielem jest nieoceniona - ale czasami przyjaciele mają po kokardę własnych trosk i nie chcemy ich ciągle obarczać własnymi (w naszym mniemaniu "pierdołami", które jednak skutecznie zatruwają nam krew). Dlaczego maile? Osobiście mam traumę z wczesnej młodości, kiedy ktoś nieproszony dorwał się do moich osobistych notatek i je wydrwił - dziś wiem, że to żenujący przykład braku elementarnej wrażliwości, kultury i klasy TEJ OSOBY, ale jednak uraz pozostał do dziś - mam swoistego pierdolca na punkcie poszanowania prywatności.

Przekucie swoich lęków, obaw, uczuć, nadziei i radości w słowa pozwala je skonkretyzować, zobaczyć obiektywnie i wtedy przestają nas żreć i podjazdowo nękać z podświadomości. Bardzo ważne jest, aby poza wylewaniem żali w każdym takim mailu znalazły się też pozytywy - rzeczy, które są dobre, za które jesteśmy wdzięczni. Możemy być wdzięczni za tak wiele rzeczy, a często w ogóle tego nie doceniamy! Werbalizowanie ich ZWŁASZCZA wtedy, gdy dominują negatywy, przywraca nam balans i prawidłową optykę na wiele spraw. Wywnętrzywszy się przed samą sobą, zrzuciwszy balast z wątroby, wchodzę w rolę swojego najlepszego zioma (którym w końcu jestem). Piszę i doradzam tak, jak wobec kogoś dla mnie najważniejszego (bo tak, kuźwa, ostatecznie, jest). I wiecie co? Porządkuje mi to łeb. Wprowadza zdrowy i trzeźwy dystans do problemów, a jednocześnie chroni mnie przed uciekaniem przed nimi, bo je nazywam - konfrontuję - rozwiązuję. Sprawia to, że jest mi o całe niebo lżej, nawet, jeśli rzeczy walą się na pysk. Pomaga odzyskać kontrolę.

I ostatecznie przekłada się na lżejszy gar, a zatem - lepszy sen. Lżejszy gar to lepszy sen, zakarbujta to sobie.

15.) Jeśli nic żywcem nie pomaga, idź do lekarza.

Rozpiergolona gospodarka hormonalna (szwankująca tarczyca, policystyczne jajniki) skutecznie psuje zdrowy sen. Namierz przyczynę najszybciej, jak to możliwe, a póki co - w ostateczności, jako mniejsze zło - wspomóż się pigułami... Łatwo się uzależnić, prawda, ale czasami takie "przełamanie schematu" pomaga restytuować naturalny, prawidłowy rytm snu. Zdarza się bowiem, że kolejna nadciągająca noc - potencjalnie ZNOWU nieprzespana - nastraja nas negatywnie, spinamy się, oczywiście ze snu nici, no i wpadamy w błędne koło.

Ok, a co na mnie zdecydowanie nie działa?

- ciepłe mleko przed snem (boli mnie po nim łeb)

- olejki eteryczne (lubię je, ale nijak mi się nie przekładają na spanie)

- ziołowe specyfiki, herbatki czy tabletki - otumaniają lekko, ale i tak nie śpię

- wszelkie medytacje czy autohipnoza - może to kwestia wprawy, nie wiem, ale próbowałam i tylko mnie to frustruje... ja potrzebuję chyba rozproszyć świadomość, a nie skupiać ją na wmawianiu sobie, że moje kulasy mają ciężar ołowiu.

No dobra, to tyle. Pozdrawia Was cudownie wyspany, rześki i zadowolony Toyad :)

Edit: W poszukiwaniu nieoczywistych remediów na niespanie trafiłam na zagdnienie ASMR (autonomous sensory meridian response). Chodzi mniej więcej o celowe wywołanie przyjemnych ciar na ciele. "Wyzwalacze" są mocno zindywidualizowane i na yt są setki filmików. Zjawisko bardzo ciekawe i zamierzam się w nie wgłębić, bo pamiętam, jak oglądałam kiedyś filmik o masażu twarzy i głowy i totalnie odpłynęłam, samo patrzenie na to było niesamowicie kojące nerwy! 

19:15

Być kałem... Albo kosmosem!

Nie da się permanentnie popiardywać tęczowo opalizującymi banieczkami o zapachu truskawek.

No, karwia, no nie da się...

Czasami jest po prostu tak, że niby wszystko ok, teoretycznie szafa gra... a jednak nastrój zaczyna pikować na pysk. Czasami jest tak, że jazgot budzika dotkliwie wrzyna się w mózg, a wygrzebanie się spod ciepłej kołdry i wymarsz do łazienki celem dokonania niezbędnych ablucji przytłacza rozmachem niczym eskapada na Mount Everest. 

Najgorsze są bezsenne noce. Od studiów miewam "fazy" na niespanie, czasami wielomiesięczne... I nic mnie bardziej nie rąbie po psychice, jak właśnie chroniczny niedomiar wypoczynku nocnego. Wygląda to tak, że w dzień podpieram się nosem ze zmęczenia i z ledwością kontaktuję, a jak przychodzi do położenia się spać - nagle oczy jak spodki, ciśnienie jak po pięciu czarnych kawach, w każdej pozycji niewygodnie, wszystko uwiera, swędzi, siku, pić, w brzuchu burczy, najmniejszy szmer wzmaga akcję pikawy... A jak nawet uda się "przysnąć", to ten sen jest ciężki, męczący, jakby na wpół świadomy. W moim przypadku pierwszy kwadrans od przyłożenia łba do poduszki rokuje - albo będzie spane, albo będzie kiepsko. Po czym to poznaję? W pierwszym przypadku moje myśli się niejako rozwarstwiają jak chusteczka higieniczna, są bardziej takimi płynącymi swobodnie obrazami... W drugim przypadku - słyszę linearną, uporczywą autonarrację, która wymusza "słuchanie" jej. Masakra.

Podejrzewam, że moja (rzekomo, wkrótce ponawiam badania) łagodna subkliniczna niedoczynność tarczycy może tu mieć coś do gadania... Plus niegdysiejszy przewlekły stres, którego obiektywne źródła (a raczej, ekhm, źródło) skutecznie wyeliminowałam, ale destrukcyjne skutki odczuwam jeszcze do dziś.

Mus więc podejść do sprawy holistycznie, ale i merytorycznie.

Nie, nie mam depresji - to tylko chwilowy dołek, dołeniek. Spleen. Zawżdy u kresu zimy Toyad robi się trochę takie rozmiękłe EMO - jak przygrzeje słońce i wynijdzie zieloność, zrobi mi się o niebo lepiej. Obserwuję teraz ten stan "z boku" i wiem, że takie "falowanie" jest egzystencjalnie normalne (łoo, babo, to żeś pojechała mistycyzmem z fizyki teoretycznej).

Jednakowoż nie czekam na ten moment lepszości z założonemi gnaty, a zmuszam się do działania - ruszyłam wreszcie zleżały odwłok i kilka razy w tygodniu ćwiczę, pochyliłam się z czułą troską nad tym, co jem, z uwzględnieniem własnej osobniczej kondycji a nie chodliwych na jutubie modnych nowinek żywieniowych... Najmędrszą rzeczą, jaką ostatnio usłyszałam w tej kakofonii nawiedzonych zdrowościowych radykałów, było to, że nie ma jednej słusznej uniwersalnej diety dla wszystkich. Nawet "obiektywnie zdrowe" pokarmy mogą pewnym osobom szkodzić... Np. brokuły, pomidory i kasza jaglana przy problemach z tarczycą. Trzeba cierpliwie zgłębiać wiedzę i próbować, szukać optymalnych rozwiązań i przede wszystkim wsłuchiwać się w SWÓJ WŁASNY organizm.

W grudniu i styczniu namiętnie żłopałam olej lniany - efekty w postaci polepszenia włosów i skóry były szybkie i znaczące, ale... żołądek odmówił współpracy. Przez godzinę po spożyciu zaledwie łyżki oleju było mi mega niedobrze, czkałam jak stary żul, bolał mnie brzuch... Odpuściłam, choć może kiedyś dam jeszcze temu szansę. Temu oleju ;)

Póki co stawiam na koktajle na zielonej bazie (szpinak, jarmuż z dodatkami, seler naciowy) i zauważyłam już niezły boost w zakresie przemiany materii, co bardzo mi odpowiada. Zobaczymy, jak będzie długofalowo. Robię też rozpoznanie w zakresie wyciskarek wolnoobrotowych i wkrótce do koktaji dołączą zdrowe, świeże soki warzywno-trawne :)

A zatem - tak, zaczynam od rudymentów... Oko cyklonu wycisza się po kolei - od środka. 

:)

11:38

Nie ciulej franco.

Nie ciulej franco.
Joł!

Myślita se, wot, Toyad nabajdurzył, naciulał, że będzie popiardywał pościkami jak po solidnej wojskowej grochówie, a tu taki wuj, że mianowicie wuj Wacław.

No i poniekąd mocie recht!

Ale wierzcie mi lub nie - ponapoczynałam multum pościw, które sobie dojrzewają w kokonach w folderze "robocze" - bywa, że podejmę jakiś wątek i czuję, że jeszcze coś do niego dopiszę, więc nie publikuję na hop siup tralala (patrzcie ją, jaka wyważona). Phehe. Ponadto, karwia, od początku 2017 nie narzekam bynajmniej na nudę - nie zawsze z super przyjemnych powodów (choróbska, rehabilitacja)... Choć teraz to głównie ogarniam się w nowym lokum i to bywa fizycznie męczące, ale i fajne (na wiosnę będę se urzeczywistniać namiastkę tropikalnej dżungli na tarasie, niach niach niach, nie mogę się już doczekać). Wskoczyła mi też znowu faza na zdrowości żywieniowe, pielęgnacyjne i ruch - mobilizuję się przy pomocy prostej i przejrzystej apki Habits i ewentualnie SplenDo - łatwiej mi małymi codziennymi kroczkami robić postępy niż rozpisywać czasochłonne, dalekosiężne i karkołomne projekty i plany. No i nie lubię jak aplikacja na telefon zżera mi kawał pamięci i zamula.

Do tego dochodzi urzędowa biegunka... W naszym cudnym i mleczno-miodnym kraju załatwienie nawet prostych formalności bywa wysoce problematyczne i wymaga potężnych nakładów czasowych, nerwów ze stali oraz niezłego hartu ducha w zakresie cierpliwego kursowania od Annasza do Kajfasza celem zgromadzenia sterty jakże niezbędnej papierologii.

Tak czy inaczej, wreszcie wyłania się jakaś sensowna dioramka. Ponad dwumiesięczne unieruchomienie w domu zrujnowało mi odporność i kondycję, ale już czuję, że zaczynam je odzyskiwać. Zielone koktajle - to jest to! :) Aktywność fizyczna - wprawdzie nie jestem "typem wybitnie sportowym" (buhaha, delikatnie mówiąc), ale zaprawdę powiadam Wam, że nie ma lepszego sposobu na przywrócenie homeostazy endorfinowej niż ruszenie dupska z fotela. Do lata muszę ogarnąć zad, bo przydałoby się zatargać go WRESZCIE pod jakąś palmę czy cuś... :P

Takżetego. Odezwę się wkrótce, baaj!








Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger