12:24

Atrakcyjna urna na prochy zamiast pierdzionka zrękowinowego? Hał romantik! :/

Albo lanserska miejscówa na cmentarzu, jak w filmie 'Barney's version', który niedawno oglądalim i podobałosie...

Yyy...

A ja o kłakach dzisiaj chciałam. Przeczytałam ostatnio na blogu Anwen wpis dotyczący immanentnej tendencji i/lub presji otoczenia, aby po porodzie ścinać/skracać włosy. Albowiem - rzekomo - długie hery:

- są niewygodne/niepraktyczne
- są czasochłonne i upierdliwe
- obciążają cebulkę i włosy chętniej wypadają
- a po rozmnożeniu łysienie jest mandatory
- zwłaszcza jak karmisz cyckiem
- (tera z grubej rury) długie włosy są "niepoważne" i dobre dla płochych panien z sianem w przyłbicy, matce NIE WYPADA niefrasobliwie paradować z długim lokiem

Pręgierz opinii publicznej to dziś na szczęście "tylko" długie i rozdwojone ozory wrednych i intelektualnie hermetycznie zapuszkowanych babsztyli, których drażnią rebeliantki względem etosu szarej a nobliwej raszpli o zgryźliwie skrzywionych wargach grubości sznurowadeł. Dajmy jednak pokój biciu piany o aspekt "obyczajowy" i skupmy się na względach pragmatycznych :)

Postanowiłam się wypowiedzieć, a co. Przerabiałam 1,5 roczne karmienie "naturalne" prawie na nonstopie., więc mam teoretycznie prawo świecić glacą, a jakoś nie świecę. Choć moje włosy z natury są raczej przeciętnej/normalnej gęstości i grubości, a sporo przeszły w wyniku przechodzenia z rudości marchewkowej via ciemny brąz do platyny, a potem nazad do naturalek, więc wiem, o czym gadam :)

W ciąży dorobiłam się niezłej szopy do połowy pleców - włosy rosły mega szybko i prawie wcale nie wypadały. Rewelacja. Po porodzie... miałam ważniejsze sprawy do ogarnięcia, dopiero jak ochłonęłam, zapragnęłam radykalnej zmiany - wymyśliłam se jasny blond. W trybie na wczoraj! Przy farbowanym średnim brązie. Położonym na wściekłą marchew. Dawaj! No i faktycznie, w przeciągu miesiąca (poszły ze trzy rozjaśniacze...) byłam blondyną. Ale znudziło mi się rychlej, niż przypuszczałam, w ogóle jakoś tak mi odwaliło w kierunku naturalnego koloru i doznałam wszechstronnej epifanii dotyczącej świadomej i naturalnej pielęgnacji i trybu życia w ogóle. Wiem, brzmi nieco patetycznie, ale cóż. Olałam farbowanie (ostatni raz - sierpień 2013 - L'Oreal Sublime Mousse naturalny brąz od skalpu do połowy długości, żeby stworzyć na tej mojej nieszczęsnej platynie efekt ombre i móc zapuszczać naturalki). Obkupiłam się w przyszybszacze porostu, wcierki, suple, herbatki itd. Jako, że skutki rozjaśniania lubią wychodzić po czasie, musiałam regularnie ścinać suche końcówki. Niemniej jednak, kłaki pozostawały długie za ramiona. Wypadanie wzmożone wzięłam po prostu za wylezienie tej sierści, która nie wylazła w czasie pączkowania. I tyle.

Natomiast w kwestii fryzury przy małym dziecku nie wyobrażam sobie większej wygody, niż długie włosy umotane w "szoguna" na czubie. Żałuję tylko, że w ogóle zdecydowałam się na grzywkę. Za taki koczek ciężko chwycić, nic się nie majta irytująco przy twarzy, niezbyt widać podniszczone końcówki, nie trzeba codziennie myć i układać, pełen luzik. Odżywki i maski nakładałam sobie np. wiedząc, że kilka godzin spędzę w domu, np. gotując jadło lub cokolwiek, schły sobie same zazwyczaj. Pyk pyk, niejako mimochodem. Przecież to nie wymaga siedzenia i wpatrywania się godzinami w parujący łeb w lustrze... kwestia umiejętności zarządzania sobą w czasie, i to na poziomie rudymentarnym. Na "czarną godzinę" miałam pod ręką zasypkę dziecięcą i szczotę z włosia dzika, która odświeżała mi łeb w trybie instant. Żadnej filozofii :) Natomiast parę razy w życiu miałam krótkie włosy, i... NIGDY, K., WIĘCEJ. Codziennie rano - zmierzwione wypióry powyginane we wszystkie strony i przetłuszczone uklepane "gniazdo" od poduszki. Fuj. Bez umycia i układania (przy użyciu suszarki, żeby nadać objętość) nie było mowy o wyruszeniu na spontanie po mityczne bułki. Pomijam, że wiatr powieje, masz kłaki w buzi, w oczach, chłoszczą po nosie itd. Dziecko ma za co chwytać. Ponadto wypadałoby latać do fryzjera co miesiąc na odświeżenie kształtu strzyżenia. Dla mnie TO jest upierdliwa opcja :)

Aczkolwiek uważam, że każdemu służy co innego po prostu... Nie próbuję tu absolutnie zdyskredytować krótszych fryzur albo forsować wyższości dłuższych! Co kto lubi, ale niech sam wybiera, a nie przy wtórze ciocinych "mundrości" i na podstawie z ciocinego tyłka wytarganych życiowych prawideł... Ja się wypowiadam na podstawie własnych doświadczeń - zadają one ewidentny kłam pewnym mitom, i tyle. Od zawsze długie włosy były istotną częścią toyadziej tożsamości, dlatego czułabym się źle i nieswojo, rezygnując z nich w imię... tychże mitów i pierdymałów :) A owszem, co najmniej dwie osoby z rodziny próbowały na mnie cisnąć, żebym ścięła włosy na krótko, bo "i tak po co ci one TERAZ"... dziękować niebiosom za mój krnąbrny charakter, bo czułabym się bez tych włosów, jakby mi ktoś nasrał na ufnie wyciągniętą dłoń. Nie warto ulegać jakiejś zbiorowej histerii, owczemu pędowi :) 

Swoją drogą, ja mam jakąś taką fazę jak Samson - moja MANA jest we włosach, zaś obecnie przekraczają one magiczny Rubikon, po którym będą tylko rosnąć w siłę i piękno...;) Grzywka odrosła, zbieram plony zeszłorocznej intensywnej dbałości o skalp (grubszy kucyk dzięki bejbikom!), wkrótce zetnę ostatnie ślady rozjaśniania i zapomnę o porozdwajanych końcówkach. Uwielbiam swój naturalny szatyński odcień, nie tracę kasy i czasu na maskowanie odrostów. Pielęgnacja weszła mi w krew i stanowi nieobciążającą rutynę, jeśli nie wręcz pewien relaksacyjny rytuał. Córka uwielbia bawić się moimi rozpuszczonymi włosami i robi to niezbyt brutalnie :)

Podsumowując. Jeśli preferujesz długie hery, a zaciążysz - nie martw się na zapas o łysienie, wszak stres znacząco sprzyja utracie włosia ;) Ze wzmożonym wypadaniem trzeba się liczyć, ale prawdopodobnie przejściowo, nigdzie nie jest powiedziane, że musisz się od razu przeistoczyć w Smeagola, jest doprawdy spora szansa, że zachowasz przyzwoitą czuprynę bez konieczności obsmyczania się na rekruta/pieczarkę. Nie zaszkodzi prewencja: sensowne odżywianie organizmu(!), delikatny masaż skóry głowy, wcierki, suplementy (Calcium Panthotenicum, Maxi Krzem). Nie wiem, jak wygląda jedynie słuszna naukowa prawda na temat "cięższości" włosa długiego sprzyjającej rzekomo wypadaniu... ale gdyby rzeczywiście ciężkość włosa miała tak znaczący wpływ na wypadanie, to chyba w ogóle włosy powinny nam spłynąć z czaszuni podczas mycia, jak "nabiorą wody"? Nie wiem, nie znam się.

Wot, wsjo. Jedyne, co mi łazi po głowie, to dredy. Nie muszę mieć wymuskanych śliczniusich fioków, ja muszę mieć potężną grzywę, o której wiem, że jest moja, troskliwie uhodowana, zdrowa, i mocarna. Że jest jakimś symbolem mojej historii, blablabla, dobra, kończę, bo zaczynam grzęznąć w neozabobonizm...;)

***

P.S. Telefonek leży dalej zdechły, ale spoko, ja już mu nakręcam spektakularną rezurekcję, trzymajta kciuki proszę!


9 komentarzy:

  1. Panuje utarte przekonanie, że mama musi mieć krótkie włosy. Kit z tym przekonaniem jeżeli kobieta dobrze się czuje w dłuższych i jej się to podoba, a w dodatku kłaczki są ładne i zadbane to po kiego czorta ma ścinać? By się dopasować do ogółu i pierdyliarda życzliwych rad? Szczerze mówiąc uwielbiam Cię w półdługich włosach, grzywka też pięknie wyglądała i nie wyobrażam sobie żeby było inaczej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się sobie najbardziej podobuję w długich i nie ulizanych a w wersji 'out of bed' :) Grzywka fajniejsza była na fotach niźli w realu, a ja ostatnio dążę do upraszczania sobie życia i unikam upierdliwych rozwiązań, hah.

      Usuń
  2. Nigdy w życiu nie słuchać życzliwych złodupców, same się ogoliły z powabnych włosów i co ?Chcą aby wszyscy tak wyglądali.Mówię nie! Dbam świadomie o włosy mam długie zadbane i mam gdzieś co by chcieli inni. Zyję jak ja chcę a nie jak inni by chcieli bym żyła-psia mama

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Mój szalenie romantyczny partner zmartwił się ostatnio, że w razie(!) mojego(!) zgonu(!), może jednak lepiej byłoby mieć ten ślub oficjalnie, bo nie musiałby się np. w kostnicy tłumaczyć kim dla denatki jest... :)

      Usuń
    2. No to nie ma rady, trza powiedzieć 'tak' :D

      Usuń
  4. Aaaa a toś ty mleczna ;) jakoś tak wykoncypowałam, że dziecię już pewnie ze 2,5 latka samojedzące, a to taaak :) o i mam kolejny mit, który być może się wykluje w kwestii różnicy zdań nt długości karmienia dziecięcia, niektóre kończą już gdy pacholę osiąga pół roku, inne po roku, jeszcze inne do 2 lat, w wysokich obcasach chyba czytałam o kobiecie (nie Polce) karmiącej piersią kilkuletniego syna.

    O tak, czytałam przebieg komentarzy u Anwen, włączyłam się żywo a jakże! Fakty czy mity. Niektórzy lubią mity, bo można je sobie dowolnie układać, kształtować wedle sytuacji, mają przystawać do rzeczywistości wewnętrznej zbudowanej na wzorcach często fałszywych (bo każdy takie ma), doświadczeniach starszych pokoleń (skąd to zaufanie? wiek nie zawsze równa się mądrość. Starszy wiadomo bardziej doswiadczony życiem, lecz to inny człowiek, z innymi potrzebami). A jak nie pasuje mit, to się go lekko przycina. Z faktami nie da się tak zrobić, trzeba je przyjać na rozum, takie jakie są. Na nich można dopiero budować siebie prawdziwego. Starszym dziś paniom wmawiano, że włos długi kusił facetów, a one wszak "już złapały chłopa" to po co im włosy, albo obciąć albo chowac pod chustką, przecież swojego chłopa już nie trzeba kusić c'nie? ;] nie trzeba podsycać ognia w tym związku, chłop wie która jego baba, po co baba miała się wysilać, a kończyło się tak, że po paru latach małżeństwa zwracali sie do siebie właśnie per baba/chłop jak brat z siostrą drocząc się, wstydząc się siebie. Nie było ognia. I to wszystko przez włosy ;) taki upadek małżeństwa. Przez rychłe pozbywanie się uwodzących pukli.
    Niki
    Ale pojechałaś z koksem! :) b.dobry tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma prawie 2,5 roku, a 1,5 roku pazernie doiła "mlesio z cysia" (cudowny żargon, nieprawdaż). Z karmieniem to jest osobna okazja do tępienia mitów, może też się zbiorę do napisania na ten temat. Powiem tylko tyle, że ja nie nastawiałam się dogmatycznie do tej kwestii, ot samo wyszło, jak wyszło. Na luzie, bez ciśnień.

      A co do włosów - czasy takie nadejszły, że wtórny rynek matrymonialny już nawet nie kwitnie, co wre, i nie ma tak, że masz paragon na jednego chłopa/babę z wiekuistą gwarancją uwiąza...pfu, przywiązania. Trza się, kurna, STARAĆ. Dbałość o powab jest częścią tychże starań, a raczej - zaniechanie tej dziedziny w sposób rażący może ewokować nieprzyjemne konsekwencje. Trza trzymać fason i nie ma bola :)

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger