14:50

Piękno, brzydota, uniwersalizm, relatywizm, kult szpachli, umiłowanie naturalności, feministki i kosmity.

Natknęłam się razu pewnego na artykuł o pewnej młodej dziewczynie - blogerce, feministce, która regularne usuwanie owłosienia pod pachami, na nogach i w strefie intymnej uznała za idiotyczny (bo "wbrew naturze"), czasochłonny i uciążliwy zabieg, a co gorsza - skutek opresyjnej względem kobiet kultury patriarchalnej, jeden z  przejawów terroru "urodyzmu" - i postanowiła całkowicie zarzucić depilację. 

Artykuł okraszon był zdjęciami.

I mnóstwem niewybrednych komentarzy.

Wiecie co? Zaczęłam trochę krążyć wokół tego tematu. Przyznam, że nie "siedzę" od strony merytorycznej w temacie feminizmu, ale wydawało mi się, że dzisiejsze feministki na ogół bronią DOWOLNOŚCI w zakresie własnego wyglądu i wyboru ścieżki życiowej... Tępią slut shaming itd. Poszperałam co nieco w internetach - i owszem, NA OGÓŁ tak jest, ale przewija się też bardziej radykalne stanowisko, krzyczące, że jakiekolwiek(!) okołowizualne starania podejmowane przez kobiety są wynikiem patriarchalnego spisku i należy ich stanowczo zaprzestać. Unikać jak ognia makijażu, sukienek, długich włosów, obcasów i koloru różowego... Przecierałam gały ze zdumienia, że można AŻ TAK nienawidzić wszystkiego, co kulturowo kojarzone jest z kobiecością. No właśnie - kulturowo, kojarzone. I żeniby zewsząd atakuje nas wściekła presja na określony wygląd.

Nie da się ukryć, że mamy niekiedy do czynienia z pewnym histerycznym i groteskowym kultem młodego i oderwanego od realiów wyglądu - ale też nie uważam, żeby tej presji podlegały tylko kobiety, bo mężczyźni również są brutalnie wtłaczani w schematy. Zgodzę się, że może to być irytujące, ale... haloo, wakie-wakie, przecież nie ma żadnego przymusu (mówię o polskim tu  teraz) ulegania tej presji...? Może odrobina zaufania do własnego rozumu i nawyk samodzielnego myślenia przyjdzie w sukurs? Wydaje mi się, że człowiek w miarę dojrzewania i rozwoju osobistego przestaje przywiązywać przesadną wagę do swojej (oraz cudzej) powłoki zewnętrznej - przestaje też mieć obsesję na punkcie porówywania się z innymi.

Co nie znaczy, że każdy oświecony musi być obowiązkowo fizycznym abnegatem.

Jeśli kogoś uszczęśliwiają włosy na całym ciele - cóż MNIE to przeszkadza? Dopóki jakaś dziołcha nie wciska mi perfidnie w fizys swojej pachy zdobnej w wonny i uperlony wachlarzyk podczas np. jazdy autobusem bez klimy - to szczerze, mało mnie obchodzą jej decyzje w tym zakresie. Czy znajduję owłosione ciało estetycznie satysfakcjonującym? Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nie żyję na szczęśliwej wysepce pt. JA, tylko w dalece nieheterogenicznym społeczeństwie. Wsiadając do krakowskiego tramwaju nr 22 kierunek Walcownia muszę liczyć się z tym, że w okolicach ulicy Dietla prawdopodobnie dosiądą się niezbyt miło woniejący panowie gustujący ponad miarę wszelaką w pośledniej jakości trunkach... Cóż z tego? Mogą? Mogą. Wybierając transport publiczny muszę się liczyć z jego "urokami". Jasne, że wolałabym, aby wszyscy byli gładcy i powabni, dbali o higienę osobistą i prezentowali wysoki poziom kultury. Jednak mam świadomość, jak bardzo utopijna to wizja.

Tak się złożyło, że z natury(!) jestem dość mocno uwrażliwiona na estetykę wszelaką - przyrody, otoczenia, przedmiotów, dźwięków, słów... a także nolens volens ludzi. Piękno jako fenomen  potrafi mnie totalnie zachwycić, pochłonąć i wprawić mego ducha we wznioślejszy stan niźli modlitwa. Patos bardzo? Trudno. Tak po prostu mam. ĆPIĘ WIDOKI. Jaki wpływ na mój zachwyt mają kanony, schematy..? Na pewno nie żyję w oderwaniu od świata, więc jakieśtam wzorce musiałam zinternalizować, ale mimo wszystko czuję i wiem, że mój zachwyt jest autentyczny i często gęsto podobają mi się obiekty niepopularne. Jesteśmy unikalną wypadkową wewnętrznych i zewnętrznych procesów, które nas kształtują i wypieranie się tego jest równie sensowne jak boksowanie stogu siana... Zresztą - poglądy i preferencje na przestrzeni życia ulegają swoistym fluktuacjom i modyfikacjom. Cały czas ewoluujemy - a przynajmniej, powinniśmy.

Wzrok nie bez powodu jest królem zmysłów, a jak ludź ma wybór, to ZAWSZE wybierze wariant, który postrzega za "korzystniejszy" dla siebie (pod warunkiem, że ów jest dlań dostępny) - wyselekcjonuje z kosza największe, najbardziej jędrne i czerwone jabłko, przedłoży malowane porcelanowe cacko nad wyszczerbiony gliniany kubek, przytulnie urządzony pokoik nad szarą obdrapaną izbę, a wreszcie prędzej wytypuje na żonę - dorodną córę sołtysa z ustami jak pąk piwonii, za którą ugania się (ciekawe czemu? przypadek?) 3/4 wsi, niźli szarą i zgrzebną latorośl kowala... No SORRY, tu nie ma żadnej karkołomnej filozofii, spisku żydomasońskiego ani brutalnego prania mózgu w procesie socjalizacji. Sprawa jest prosta jak budowa cepa. Człek ma ewidentną miętę do wszystkiego, co postrzega jako obiektywnie ładne/przyjemne/atrakcyjne/opłacalne/dobrze rokujące ewolucyjnie. Ma również coś bardziej subiektywnego - gust - ale w przypadku nadobnej córy sołtysa jest dosyć prawdopodobne, że jego gust podzieli jeszcze wiela chłopa... Czy to jest sprawiedliwe? Nie.

Ale JEST. Jest naturalne. Jak pyton pożerający antylopę.

Wkurza mnie zarówno terror wizualnej sztampy, jak i terror pewnej... jak by to ująć... "wyglądowej poprawności politycznej" - nachalne próby relatywizowania piękna za wszelką cenę - no, bo skoro Rubens czcił grube baby z cellulitem (a i figurka Wenus z Willendorfu nie wzięła się znikąd), to znaczy, że piękno jest całkowicie umowne, abstrakcyjne, arbitralne, względne... a zatem - gówno warte i w zasadzie to taki niepoważny, sztuczny, narzucony konstrukt. Stąd już o krok od triumfalnej a przewrotnej konstatacji, że "brzydkie to nowe piękne", hura, wiwat chorobliwa otyłość. Rozumiem tolerancję i szacunek dla wszystkich bez względu na różnice fizyczne, ale... kompletnie nie kupuję słodkopierdzących frazesów typu "wszyscy są piękni". Jakoś dziwnym trafem nikt nie kwestionuje różnic intelektualnych między ludźmi, prawda..?

Podobnie, jak...

Generowane przez bota chaotyczne słowa raczej nie będą perłą literatury. 

Perfumy nie polegają na przypadkowym koktajlu nut - a ich przemyślnej kompozycji. 

Bezładna kakofonia nie pretenduje do szlachetnego miana muzyki.

Niezgrabne arytmiczne ruchy nie mają nic wspólnego z tańcem.

Kupa kamieni ma się nijak do misternych wytworów architektury.

Na tej samej zasadzie - postrzeganiem piękna ludzkiego kieruje osobliwy, w miarę (stety, niestety?) uniwersalny "silniczek", oparty w dużej mierze na HARMONII i proporcjach układu... Regularność, symetria, prawidłowość, planowość - to jest zawsze rdzeń, reszta to już tzw. kwestia gustu, czyli - krzepiąco dla córy kowala - całkiem spora i puchata otoczka dowolności. Czyli, dla każdego coś miłego. Z harmonią się jednak nie dyskutuje, drodzy państwo. Wariacji jest zawsze mnóstwo, można naciągać, naginać, wałkować i szatkować koncepcję piękna - ale wyżej tyłka nie podskoczymy (choć niektórzy bardzo by chyba chcieli). Zmieniają się wzorce, ale szczerze wątpię, żeby np. zgangreniałemu kulasowi kiedykolwiek przypisano wzniosłe walory estetyczne. Chyba, że w ramach fascynacji turpizmem - ale jest to zamierzony zabieg wprowadzenia dysharmonii celem wywołania szoku estetycznego.
Uwielbiam (możliwie dyskretnie - zęby mi miłe) obserwować ludzkie twarze, ich unikalną równowagę - lub właśnie wytropić intrygujący "zgrzyt", przydający facjacie charyzmy... Uwielbiam też podziwiać spójność i oryginalność czyjegoś stylu ubierania się. Jak byłam zakompleksioną gówniarą, czyli caluśki eon temu, starałam się dowartościować skanując innych i typując ich "słabe punkty" - byłam w tym doprawdy świetna. Dziś na szczęście, dorobiwszy się stabilnej samooceny, nie mam potrzeby umniejszać bliźnim, aby urosnąć we własnych oczach. Nie mam też absolutnie żadnego problemu z tym, że ktoś ma coś, o czym ja marzę - wręcz przeciwnie, odczuwam zastrzyk motywacji jeśli np. dostrzegam w kimś spełnienie potencjału, o który sama siebie podejrzewam - albo po prostu szczerze podziwiam z dalsza. Polecam, milej się żyje, nie patrząc wilkiem na innych. Nic mnie chyba bardziej nie mierzi od pospolitej zawiści, resentymentu, bóldupienia i tych wszędobylskich fontann żółci, podkładania świń.

No i te lamenty, że wszęęędzie fotoszop odpowiedzialny za te idealne zblurowane ryje i ciała... Guzik prawda. Codziennie wychodzę z domu i autentycznie widuję MNÓSTWO pięknych i zgrabnych ludzi - ki czort, oni też są wyretuszowani, czy może ten przeklęty fotoszop to trochę już taka histeria i paranoja jak z Iluminatami..? :/ Mało tego - jakoś doprawdy nie widzę tego rzekomego zatrzęsienia wypacykowanych lal. Serio, co najmniej połowa widywanych przeze mnie CODZIENNIE kobiet ma makijaż znikomy bądź zgoła żodyn. Pewnie, że na imprezie w klubie sprawa wygląda nieco inaczej, ale to wielkie larmo, że wszędy retusz i sztuczność, uważam za mocno "na wyrost"...

Żyłka mi niebezpiecznie drga, kiedy jestem świadkiem szczucia w tym temacie jednych kobiet na drugie. I tego kreowania jakiejś "wyższej" kasty np. te "super zajebiście naturalne" (przy czym pojęcie "naturalności" jest w dzisiejszych czasach, hmm, cokolwiek śliskie...) - lub przeciwnie - "super wielce zadbane=odpicowane". Wtf? Dżizas, co komu przeszkadza CUDZY busz w gaciach czy horrendalnie drogie szpile z czerwoną podeszwą?

Poważnie, karwia, nie ma chyba gorszego mentalnego wieśniactwa niż zaglądanie komuś do przysłowiowych majtek, w portfel i do talerza. 

Zauważyłam, że do skrajnych poglądów wyjątkowo chętnie lgną ludzie słabi i zakompleksieni. Kto ma wiotki kręgosłup wewnątrz, potrzebuje sztywnego gorsetu na zewnątrz. O ile rozumiem uzasadnioną krytykę i kontestację "terroru piękna", o tyle egzaltowane zacietrzewienie, zero-jedynkowość myślenia i ślepy fanatyzm godny neofity jakiejś sekty wzbudza we mnie podejrzenie graniczące z pewnością, że mam do czynienia z kimś, kto ma poważny problem - nie ze światem, a z samym sobą. Za fortyfikacjami skostniałych przekonań kryje się często dotkliwie poturbowane ego, przerdzewiałe resentymentem (zgadza się, pasjami wprost uwielbiam to słowo) i wiecznie wojujące z wyimaginowanymi chochołami.

Jestem przeciwna indoktrynowaniu dziewczynek w lalki i różowe falbanki, ale łatwo popaść w kolejną chorą skrajność, wciskając córce na siłę wiertarkę i wóz strażacki, serwując podskórnie przekaz, że dziewczyńskie=gorsze i głupsze. Nie zastępujmy jednego ekstremum kolejnym, równie "mądrym".

Tak samo w dorosłym życiu. Gardzisz szpachlą, to jej nie używaj - as simple as that! Osobiście nie uważam, jakoby makijaż był nieodzownym elementem "zadbania". Naprawdę, da się bez tego żyć. Ale jak ktoś lubi się malować, to czemu nie? Jedynym miejscem, w którym czuję przesyt makijażu i wszelkiej sztucznej pozy, jest instagram i jutub - ale bardziej mnie to nudzi, niż drażni. Myślę, że po każdym zachłyśnięciu się danym zjawiskiem przychodzi faza wyeksploatowania, znużenia i opatrzenia - mocno wykonturowany wielowarstwowy mejkap a'la drag queen nie sprawdza się w codziennym życiu i na dłuższą metę "lżejsza" twarz wygrywa. Ale powtarzam - co kto lubi! To naprawdę jest TYLKO wygląd, więc nie róbmy z tego jakiejś powalonej krucjaty... :/

Kwestia "naturalności" jest bardzo często podnoszona, i bardzo często rozumiana nader nagniotkowo, wyrywkowo i "jak mi wygodnie". Co to w ogóle znaczy, być naturalnym? Człowiek, drodzy państwo, odznacza się tym, iż posiada jedną naturę - NATURĘ DWOISTĄ :) Na jego prymitywną "zwierzęcość" nakłada się bowiem nierozłącznie coś takiego, jak KULTURA. Jesteśmy ucywilizowaną, z mniejszym lub większym sukcesem (w zależności od egzemplum), małpą. Makijaż/ubiór zatem jest analogicznie naturalny/nienaturalny jak każdy inny wynalazek kulturowy. Nie jest ani zły ani dobry, to człowiek nadaje mu znaczenie. Człowiek bowiem specjalizuje się w nadawaniu sensów i znaczeń, bo tak funkcjonuje nasz umysł. Z perspektywy naszej "zwierzęcej" natury zamachem na naturalność jest jakikolwiek postęp cywilizacyjny, rozwój technologii, medycyny, jakakolwiek sztuka etc. Samochody, samoloty, komputery, telefony, drapacze chmur - to wszystko jest tak sakramencko nienaturalne, że głowa mała... Kupa złomu udająca ptaka, gigantyczne szlane fallusy - toć to absurd! Wróćmy do buszu, powłaźmy z powrotem na drzewa. Pieniądze też są nienaturalne i ich wartość jest czysto umowna - wot, blacha i papier... Tępe masy widzą iluzję, a ty, samotny mędrku, prawdę. Więc może zrezygnuj z dorobku współplemieńców po całości i konsekwentnie, zamiast wylewać żale na złą i niedobrą, przegniłą moralnie cywilizację... oczywiście - o ironio - nierzadko ze swojego (zerwanego z drzewa?) ajfonka tudzież maczka... :3 :3

Ehh, żarty żartami, ale jak dla mnie sprawa jest jasna - zostałam rzucona w taką a nie inszą czasoprzestrzeń, gdzie wprawdzie mam jakieś pole manewru jeżeli chodzi o codzienne wybory, ale nie mogę się teleportować do utopijnej krainy zunifikowanych płciowo i wizualnie misiów zgodnie grających w łapki. Elastyczna adaptacja nie musi być równoznaczna z bezrefleksyjnym konformizmem i "zniewoleniem". Można być świadomym - i nadal, mimo wszystko - konsumentem.

Właściwie to nie wiem, dlaczego wlepiłam w tytuł posta kosmitów - oh well, niech już zostaną, bo dobrze się komponują.

***

Na marginesie jeszcze jedno spostrzeżenie - wydaje mi się, że 'boom' na mejkapy graniczące z teatralną charakteryzacją ewidentnie się przejadł i przemija. Rzekłabym, że już można zaobserwować świeżą i kojącą "fazę" na naturalność i zdrowy dystans do "idealnego" dopracowanego wyglądu... Co nie znaczy, że makijaże i "wypracowany look" są złe - po prostu może zostawmy to w gestii zainteresowanej/zainteresowanego i wszyscy na tym skorzystają :)

Inna rzecz, że z wiekiem człowiek sam jakoś tak dryfuje w kierunku luzu, swobody, pogodzenia z samym sobą, mania wywalone na to "co ludzie powiedzą"... :)

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger