15:51

Umyj se kichy na Wjosne.

Temat dzisiaj trochę mało elegancki poruszę. Albowiem będzie o kichach zaklajstrowanych długoletnim żywieniem się czymkolwiek co nie jest MIŁOŚCIOM I POWIETRZĘ.

Tak. Bo tak jest. Niedowiarków odsyłam pod adres dra Google. Nie będę się tu merytorycznie wymądrzać, bom nieutytułowana w tej dziedzinie, zresztą szkoda powielać informacje ogólnodostępne.

Z grubsza rzecz ujmując, człowiek conieco posunięty w latach, jako ja, ma już parę kilosów skamieniałego syfu w jelitach. Żadne regularne wypróżnianie tego faktu zbytnio nie zmienia. Do czego piję, to to, że żadna żadność nie zastąpi Ci solidnego płukania jelit. Najlepiej wybrać się na profesjonalną hydrokolonoterapię, ale domowa lewatywka też jest okej. Kupujeta se w aptece wlewnik gumowy wielokrotnego użytku, cena licha, bo ok. 20 złociszy, i jazda z koksem. Oczywiście nie przeprowadzamy zabiegu "na pałę", tylko uprzednio trzeba się solidnie merytorycznie podbudować! Coby se krzywdy nie zrobić! Aczkolwiek sam proceder wydaje mi się raczej idiotoodporny, więc spoko, grunt, to podejść do sprawy na lajcie, bo powszechnie bodaj wiadomo, że na spinie może być, ekhm, ciut ciężko... ;)

Enyłej.

Chodzi mi po prostu o to, że czasem trzeba przełamać jakieś zaimprintowane nam "be" i "fu", kiedy chodzi o coś tak ważnego, jak nasz dobrostan zdrowotny. I psychiczny też, bo lewatywka to genialny sposób na odtrucie organizmu z toksyn, które - siłą rzeczy - zatruwają też nasz umysł. Gwarantuję, że różnica w samopoczuciu jest znaczna. A cera jak się poprawia! A sen!

Szczerze? Ja też miałam obiekcje. Dojrzewałam do tej akcji oczyszczającej przez kilka dobrych miesięcy. Ale cholera, co jest bardziej "obrzydliwe", niezbyt komfortowy zabieg, który można wykonać z dala od oczu świadków, tak jak depilowanie pach, czy świadomość, że taszczy się w trzewiach np. 8 kilogramów cuchnącego skamieniałego kompostu, który nie dość że zatruwa, to jeszcze blokuje wchłanianie substancji odżywczych przez organizm? Leczenie próchnicy też do wybitnych przyjemnostek nie należy, ale kuźwa, jest na pewno o niebo lepszą alternatywą niż spróchniałe uzębienie i trumienny wyziew z paszczy. Sorry, ale perfekcyjna kreseczka na powiece i modne szmaty nie wyczerpują zagadnienia bycia kobietą zadbaną. Nie według mnie. Ale róbta co chceta :)

Aha. I ten, żeby nie było. Wiem, że ciachanie lewatywy z gorliwością neofity może wyjaławiać florę. Chodzi mi raczej o konkretną kurację oczyszczającą (miesiąc niby, ale już po tygodniu jest "efekt WOW"), zwłaszcza, jeśli do tej pory jej nie przeprowadzaliśmy, np. taką jaką proponuje Tombak (u mnie właśnie in progress). Poza tym, warta rozważenia jest lewatywa z własnego moczu, który - świeży! - jest czysty i ma właściwości dezynfekujące, a przy tym przyjazne dla organizmu PH, ponoć zajebiście dobie radzi z odklejaniem od ścianek jelita tego całego dziadostwa. Ja się na tę wersję jeszcze nie porwałam, ale łazi mi po głowie. 

W trakcie kuracji warto spożywać kasze i kiszonki, przyjmować jakiś dobry probiotyk, nawadniać się obficie, zrezygnować z cukrów i pszenicopochodnych produktów.

Lewatywka usuwa nie tylko kamienie kałowe, ale też pleśnie, pasożyty i inne "cudowności".

To tyle ode mnie. Puenta? Polecam lewatywkowe czyszczenie kiszek stolcowych w ramach wiosennych porządków :*

12:29

Bitch, what is your life about?

Wiosenka, juhu, wiosenką powietrze już pachnie, hurej hurej.

***

Wieta. Pewna słynna dzikowschodnia tarocistka, spoźrzawszy na mnie jeno, orzekła, żem spiryt niespokojny, duch w sensie, mam pieprza w doopie i powinnam dużo podróżować. Dobyłam wonczas z trzewi sceptyczny rechot, ale tak po prawdzie, choć PODRÓŻOWAĆ na razie to se mogę via Google Earth co najwyżej, to fakt faktem - lubię co jakiś czas zmieniać scenerię. Właśnie jużem poczuła ten zew. Pora zawitać na Dziki Wschód. No i za Krakowem się stęskniłam trochę... :) Tak że w marcu włajaż włajaż!

***

Aha, kiedyś kiedyś się czaiłam na maskę do włosów Romantic; najtaniej jak znalazłam, to było jakieś 12-13 zł w zapyziałej rzeszowskiej drogerii. A parę dni temu jadę se z wózkiem alejką w Biedronie, ziewam, jadę, ziewam, patrzam, a tu seria Romantic w cenie 7,79. 

7, 79 zł za 500 ml maski, rzekomo dobrej, na kłaki.

No wzięłam bez mrugnięcia okiem, rzecz jasna... Arganową. Bardzo spoko, po pierwszym użyciu. Chyba dokupię jeszcze Anti Age zieloną. Mraux.

18:13

Faux gauge, DIY, vol. 1.

Faux gauge, DIY, vol. 1.






Naciulałam kilka par, coby mi Fimo nie zdechło od powietrza. Wot, prowizorka... Najbardziej podobają mi się pierwsze chabrowe i drugie szare z brokatem. Mam już we łbie patent na solidniejsze mocowanie, ale muszę się zaopatrzyć w materiały, a wiadomo, końcówa miesiąca i te sprawy...

19:06

Tvrbanica by B'day Grl :)

Tvrbanica by B'day Grl :)



No nic nie poradzę, że mi ostatnio padło na takie klimaty. Kwasowy trajbal.

Szmaticzku - Reserved sprzed eonów.
Kolczykos - moja krwawica.

17:22

Dredowate lachonaria!

Dredowate lachonaria!
Normalnie jaram się w opór...

 Piękna facjata i makijaż, dredy pasują idealnie:


Fejki, ale klimat dobry:


Kokon:





Najbardziej mi się podobają takie "chude" jak kabanosy:




Galapril wygląda bosko, choć jej dredy same w sobie podobają mi się średnio... No, ale twarz. Twarz to ma harataną dłutem Michała Anioła:








:)

Pojaram się, pojaram i mi przejdzie. Mam nadzieję... :>

***

To nie jest tak, że podobają mi się jak leci wszystkie zadredzione łby, bo mam "fazę" jak zbuntowana siusiara. Właściwie, to podobają mi się tylko estetycznie zrobione (i utrzymane!) dredy, komplementarne ze stajlem i ogólną estetyką danej persony. Facetom dredy generalnie pasują bardziej, taka prawda. Ja ogólnie nie "lecę" na gładko ogolonych pizdryczków będących ucieleśnieniem babcinego archetypu idealnego zięciunia... Taki mam jakiś "defekt" ale nie narzekam :)

U kobiet podobają mi się raczej drobne, smukłe, gęste, oczywiście długie, no i z "pędzelkami" na końcach... Nie podobają mi się bylejakie "baty" wyglądające jak koślawa kiełbasa z wiekowych krecich trucheł. No przepraszam najmocniej ewentualnych nosicieli za to malownicze porównanie, ale tak mi się to niestety kojarzy... :) 

Wyrosłam już, i to dawno, z dorabiania piździe uszu, czyli doszukiwania się i nabudowywania na wszystkim jakiejś wydumanej filozofii - a wiem, że niektórzy mają lekkiego jobla na punkcie szufladkowania innych, np. nosi dredy = słucha reggae, ma doczepiane dredy - blee feee, nie jest TRÓ (cokolwiek to znaczy?), nie uczęszcza do kościoła = czci Belzebuba. Itp. Histeryczna potrzeba identyfikacji z jakąkolwiek grupą czy subkulturą kojarzy mi się z nastoletnimi kompleksami i pryszczatym "buntem"... Natomiast postrzeganie świata wyłącznie na czarno-biało wydaje się domeną ludzi niezbyt rączych umysłowo. Wspominała o tym Galapril, że często obcy ludzie przez jej fryzurę biorą ją za kogoś, kim niekoniecznie jest.

Na deser filmik przepięknej i przeuroczej norweskiej mamuśki, która ma milusie, choć nie "tró" (AHH, "CZAR PRYSŁ" ZIĄ, CO NIE?) dredziska, i kupę dystansu, ale i respektu(!) do sprawy "dreadlock journey".

 

Kwestia tego, czy "białasy" mają moralne "prawo" nosić 'locs', wydaje mi się zbyt żenująca, by ją poruszać. Pieprzenie, że nie wypada Ci czegoś robić ze względu na kolor skóry to śmierdzący rasizm i tyle w temacie..

19:32

Kyrk mie boly.

Kyrk mie boly.
.


18:31

Im niżej upadnę, tym się wyżej wzniesę. Plus 10 do charyzmy jeśliś dobrowolnie szpetna.

Wiosna już prawie! ;) 
Radośnie spływa psimi odchodami pośród śniegowych roztopów...

Ok, ale ja nie o tym dzisiaj chciałam.

Chciałam poruszyć kwestię pewnego, hmm, poglądu zabobonu. Chodzi o stosunek urody do inteligencji. Co ma piernik do wiatraka? Ano właśnie, otóż, według neozabobonistów, pierwsze wyklucza drugie. Zwłaszcza, jeśli uroda nie jest produktem ubocznym genów, a wynikiem nieprzypadkowych starań "nosiciela" (-lki).

Nie tropię z jakimś szczególnym upodobaniem wszystkich neozabobonów, ale kiedy włażę na dosyć lubiany przeze mnie od dawna blogasek pewnej dosyć poważanej przeze mnie autorki, i trafiam tam na odczapisty nienawistny bluzg pod adresem dziewczyn dla których, dajmy na to, makijaż nie jest sprawą totalnie pozbawioną znaczenia, to wiecie, trochę mi ręce opadają... Co gorsza, srogo powiało hipokryzją, ponieważ ten wtręt brzmiał mniej więcej tak: "Wiecie, ja gardzę idiotkami poświęcającymi uwagę swojej urodzie. (...) Patrzcie, jakie mam śliczne rzęski po tej odżywce, niach niach niach, normalnie wcierałam przez pół roku dniem i nocą i opłaciło się - super efekt, prawda?" - i multum foci... 

Moja reakcja: Yyy... eee... O_o

To nie jest jednak jakieś szokujące novum w społeczeństwie. Myślenie, że uroda - niedajborze jeszcze podkreślona i obnoszona z dumą - jest symptomem jakiegoś deficytu umysłowego, a nawet tendencji do zgnilizny moralnej (wszak "kobieta jest jak przekład - piękna albo wierna"). Oczywiście, drugim końcem tego kija jest nieme założenie, że istocie żeńskiej o raczej lichej powłoce doczesnej Bozia MUSIAŁA, po prostu MUSIAŁA, wynagrodzić braki cielesne wybujałymi przymiotami rozumu i iście świetlanym charakterem.

Trąci średniowieczem, c'nie? Miałaś dziewucho pecha urodzić się gładka i powabna, to piergolnij się w ten drażniący bliźnich nadobny ryj rozżarzoną podkową, a twa dusza nieśmiertelna poszlachetnieje w okamgnieniu. Zaś intelekt ekspanduje...

No dobra... Heh. Do rzeczy. Po mojemu, piękne i zadbane ciało jest równie doskonałym przybytkiem dla pięknego intelektu czy osobowości, jak każde inne. Żywię podejrzenie, że pomysłodawcy i piewcy tej prymitywnej dychotomii mają 'some serious issues' w związku z akceptacją swej ludzkiej, żrąco-defekująco-ciupciającej natury. Współczuję. Nie ma nic gorszego niż wewnętrzny konflikt i nienawiść do samego siebie, skierowana dla zmyłki w innych...

Ale tak serio. Ja osobiście obstaję przy ujęciu holistycznym - ciało i psyche nie stanowią antagonizmów. Można obie sfery rozwijać symultanicznie, ba, wręcz należy... 

***

P.S. W cieniu tego uroczego zabobonu leży kolejny - imperatyw: urodziłaś dziecko, zbrzydnij, bo jak wyglądasz dobrze po ciąży, ziorają na ciebie podejrzliwie, czy aby nie podpisałaś własną juchą cyrografu ze Szmatanem... No, a poza tym, skoro masz pomalowane paznokcie i umyte włosy, to ponad wszelką wątpliwość dziecię chodzi głodne i z odparzonym tyłkiem.

:/

Looolz.

14:17

Tyn syriol, NI MO GŁEMBI!

Tyn syriol, NI MO GŁEMBI!
<now, shitstorm of rotten tomatoes>

:P

Z niejakim żalem zakończyłam "romans" z klasycznym, "babskim" serialem czyli Sex and the City. Nom, fajnie. Fajnie się oglądało, miło wielce było, nieraz człek prychnął na monitor przeżutem migdałem, tudzież nawet wstydliwe otarł wzy zwruszenia. To było moje pierwsze podejście do SATC! Wcześniej, tępa kretynka, dałam się apriorycznie zniechęcić dzięki opiniom "ekspertów", najczęściej męskich, niestety, którym za przesłankę do dissu wystarczył sam tytuł i... fizjonomia SJP. Ja rozumiem, że nie wszystko jest zajebiste dla wszystkich, i generalnie zajebiście, że jest właśnie tak, a nie inaczej, ale, kuźwa, nie znoszę ludzi, którzy ochoczo wypuszczają na każdy temat, którego nawet nie liznęli, gotową opińkę, niczym smrodliwe gazy z dupki po grochówie.

Jeżeli chodzi o bardziej wnikliwe "zarzuty", aniżeli końska facjata głównej bohaterki tudzież gryzący niektórych panów w (brązowe?) oczko fakt, iż panie z serialu bezpruderyjnie roztrząsajo kwestie związane z seksem, to chyba to, że bohaterki są - ponoć - odpicowanymi podstarzałymi pustakami nastawionymi na czczą konsumpcję, lans, rozpasany dupczing itd. 

Bzdura bełkot i herezja, wot, normalne baby, ani pikne, ani parchate, ale właśnie potrafiące być niezależne od konwenansów, atrakcyjne  i pewne siebie przy deficycie ślicznych buziek, wielkich bimbałów, w wieku, według współczesnej gimbazy, totalnie nadgrobnym, czyli 30-50. Szok, nie? No i, jakkolwiek Carrie nie jest moją ulubioną postacią, to swoim oryginalnym stylem świetnie gra na nosie tym wszystkim, którzy uważają, że kobieta po trzydziestce powinna się już ubierać jak lajtowa wersja statecznej sześćdziesięcioletniej matrony, czyli najlepiej w burą garsonkę, a włosy koniecznie na pieczarkę.

A czy promocja konsumpcjonizmu, to ciężko mi ocenić... Sama nie latam bo galeriach handlowych z pianą na pysku, ale ascezy jak Szymon Stylita nie uprawiam takoż. Nie pogardzę fajnym łachem jak się napatoczy, ale bycie żonom super modnom sensu mojego życia nie stanowi. Nie lubię zaglądać ludziom do portfela i w tyłku mam, kto na co ile wydaje.

Ulubiona postać? No ba, Samantha Jones. Uwielbiam ją m.in. za zwalające z nóg teksty i absolutny brak obłudy...


(http://fyessexandthecity.tumblr.com, sexandthecity.tumblr.com)

Jak żem rzekła, nie wszystko pasuje wszystkim. Tematyka tego serialidła ma z założenia być raczej LEKKOSTRAWNA i ROZRYWKOWA, nawet, gdy losy bohaterek ocierają się o bardziej ważkie egzystencjalne problemy. Poza tym, kaman, to jest FIKCJA, ju noł, służąca do umilania wolnego czasu świadomym sybarytom ;) Ma też specyficzne audytorium, bo, umówmy się, standardowy chłop nie musi czaić niuansów dziewczyńskiej przyjaźni, natomiast niektóre ambitne dziewoje co to majo pińć fakultetów z dupomarynoznawstwa i nawet w okolicznościach porannego oddawania stolca rozkminiają Heideggera, też nie muszą (choć mogą!) tego uroczego klimatu łapać. Spoczo. I totally get it. Ale wiecie... uznawanie, że wszystko musi być górnolotną, wysublimowaną, transcendentną strawą dla duszy samo w sobie świadczy o... ograniczeniu.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger