11:45

Serce mi ROSSnie.

Serce mi ROSSnie.
Mini szoping z okazji, że promołszyn.





Brązowy eyeliner Miss Sporty - jakieś 6 zł. Bardzo fajny cieniutki aplikator (nie lubię pędzelków), jedynie kolor ciut zbyt sraczkowaty, mógłby być chłodniejszy... Ale to szczegół w sumie.

Pomadki - Eliksir Wibo nr 09, lekko śliwkowy odcień, oraz tzw. pomadka błyszczykowa Lovely, uroczy cukierkowy róż - obie ok. 5 zł. Fajne.

Pomadka, na którą się już od pewnego czasu czaiłam - półtransparentna Maybelline, cudny lekko łososiowy róż, w promocji niecałe 17 zł.

***

Zaspokoiłam głód mazideł do ust, powiedzmy...

***

Samojeb Zdziś.

19:26

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.
Te nowe pobliskie Delikatesy Centrum mie zaskakujo. Asortymentem w sensie.

Już nie muszę dylać do Pietra & Pavulona po takie zbytki jak kawior i hera. Tfu. Parmezan i makaron do lasagne. Przykładowo.

Mają nawet moje ulubione batoniacze Papita oraz watę cukrową. Choć od jakiegoś miesiąca staram się stronić od słodkiego... No, ale czasem jednak jest ten weekend, niech człowiek ma coś z życia, chipsa zapoda, piwskiem popije. 

Ale wracając do lamblii.

Otóż.

W tych nowych pobliskich Delikatesach Centrum rzuciła mie się na oczy, dosłownie, HERBATKA NA LAMBLIE. Rozumita? Na lamblie. Herbatka.



No oczywiście, że kupiłam! Ostatnio bowiem zgłębiam temat pasożytów ludzkich i jestem w szoku co do ogromu ignorancji społecznej z nim związanej... Praktycznie 9/10 ludzi ma w organizmie niechciane towarzystwo, i pozostaje w błogiej nieświadomości. Bo to jakieś tabu jest. Zarobaczony to może być bezpański kundel, przeca gdzieżby ja! - tak sobie większość z nas myśli, niestety, natomiast gołe fakty odnośnie inwazji robali są doprawdy powalające... Przyznaję się bez bicia, że ja do niedawna również nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy. Ale ze względu na moje AZS zaczęłam drążyć, drążyć, drążyć internety w poszukiwaniu potencjalnej przyczyny... Dokopałam się do niesamowicie ciekawej wiedzy, która w moim odczuciu bardziej "makes sense" aniżeli ciapanie się coraz to nową maściółką na bazie sterydu. No niestety, smętne realia są takie, że większość służbistów medycyny tzw. konwencjonalnej ma totalnie wywalone na zdrowie pacjenta rozumianego całościowo. Zamiast posprzątać śmierdzące gówno, lepiej nakrywać je haftowaną kołderką. I potem wielce dziwota, że dalej capi... :/ 

Tak czy inaczej, szczerze polecam zapoznanie się z powyższą kwestią. To naprawdę nie boli. W ramach ciekawostki powiem, że sztampowe badania z kału mają wykrywalność zaledwie 15-20%, więc nie ma się za bardzo co chełpić dobrymi wynikami. Badania enzymatyczne z krwi dają 50-60% pewności, jednak ich skuteczność wzrasta razem ze stopniem zarobaczenia. Właściciele jakichkolwiek zwierząt domowych powinni 1-2 razy do roku odrobaczać się razem z pupilami. Pomocna jest dieta - robale nie lubią np. czosnku, świeżych pestek z dyni, mocnych przypraw, kiszonek. Można walczyć ziółkami. Można iść po leki chemiczne do lekarza. Jedno jest pewne - niezwykle łatwo jest się tego dziadostwa nabawić, a o wiele trudniej toto doszczętnie wytępić. A jednak warto... 

20:56

Z gówna bicza nie ukręcisz.

Z gówna bicza nie ukręcisz.
Chodzi mi o idiotyczny bulwers związany z używaniem fotoszopa, tudzież inszego programu do obróbki zdjęć, w celach retuszu.

3 typowe przykłady bulwersu:

1.) postprodukcja jako zarzut "samooczywisty";

hmm, nie wiem na jakiej planecie niektórzy żyją, ale... po pierwsze, nie jest to wynalazek "dzisiejszych czasów", aczkolwiek owszem, w dzisiejszych czasach jest ona praktycznie STANDARDEM, i choć każdy ma prawo preferować surową, tradycyjną, analogową fotografię (którą ma niezaprzeczalny urok!), to jednak profesjonalna edycja profesjonalnych zdjęć cyfrowych raczej dla żadnego normalnego człowieka nie powinna dziś stanowić "pain in the ass", czyli, po naszemu, soli w oku... a jednak dla niejednego Kowalskiego stanowi, można wręcz powiedzieć, że "Kowalski" Ziutek cierpi na paranoiczne wywąchiwanie "efektu fotoszopa" w każdej dobrej fotografii, która może być "poprawiana", ale wcale nie musi; nie każde piękne zdjęcie to zasługa dziubdzianiny w PS, na miłość boską...

2.) fotoszop wyskakujący z lodówki;

"Kowalska" Ziuta z kolei dopatrzy się fotoszopa w każdej gładkiej i regularnej gębie na okładce piśmidła dla bab. BO ON TAM ZAPEWNE JEST, a jakże! Ale to nie znaczy, że brak pryszczy czy podkrążonych oczu w przyrodzie nie występuje; na własne oczy widziałam u koleżanki naturalnie alabastrową cerę, na której pora z lupą nie uświadczysz... :) Nie każdy kosmicznie zgrabny tyłek ma wyedytowany cellulit, byliw mi bicz, widziałam masę pornosów. Jak również siebie w lustrze...;P

3.) jestęfotografę, którzy fanatycznie odżegnują się od używania programów graficznych, podczas gdy w ich pracach WALI PO OCZACH fakt, że "król jest nagi"...

tiaaa, na maxmodels był kiedyś taki wielki "pro", który ostentacyjnie i agresywnie tępił niby wszelką ingerencję w naturę, zaś modelki na jego zdjęciach miały wręcz groteskowo zblurowane twarze...

Kolejny zabawny przykład hipokryzji, to znajoma znajomego znajomej, która regularnie obśmiewa na fejsie czyjeś nieumiejętne poczynania w PS (który tak w ogóle jest ZUEM!) podczas gdy sama posiada w swojej galerii takie "rodzynki" jak np. gumowe ręce (w sensie, że jakby bezkostne od ramienia po końce palców... powyginane jak plastelina) - ewidentnie zmasakrowane filtrem Liquify... No cóż...

Dżizas, wielkie aj waj. Wszystko dla ludzi. Jak to pięknie zawarł w swojej książce "W kadrze" David duChemin, "nie da się wypolerować gówna", tzn. z dennego zdjęcia żaden fotoszop nie zrobi cudu. Obróbka służy temu, aby fotografia możliwie najdoskonalej oddawała wyobraźnię, klimat, osobistą wizję autora. To tak górnolotnie. Z umiarem i umiejętnie użyty PS daje zajebiste rezultaty...

A jak jakieś dziewuszki wytną sobie syfa z nosa to też, w sumie cóż złego się dzieje? Komu krzywda? :)

***

Ja osobiście najbardziej lubię "majstrować" przy kolorach. Poniżej baaardzo stare zdjęcie zrobione zwykłą badziewną cyfróweczką Panasonic; dzięki odpowiedniej obróbce udało mi się uzyskać efekt Sadako ze studni skrzyżowanej z wiktoriańska laleczką.  
 


No dobra, tutaj już zdziwiałam z nudów... xD


15:10

Kolekcja lakierów, dwa hiciory sezonu, i o szponach w ogólności.

Kolekcja lakierów, dwa hiciory sezonu, i o szponach w ogólności.
Tylko w innej kolejności.

Moje paznokcie wzbudzają we mnie uczucia ambiwalentne. Bogu dzięki, nie przypominają kształtem "szufelek", za co jestem im wdzięczna, natomiast idealnymi migdałkami też nie są, ale odpowiednie piłowanie robi ściemę, że są. Wkurza mnie, że mają nierówną powierzchnię - generalnie rosną gładkie, ale od czasu do czasu pojawia się wgłębienie i w sumie "zawsze coś", nigdy nie są doskonałe... Ponoć to od tarczycy, AZS też pewnie się przyczynia do takich perturbacji. Anywayz...

Lubię mieć pomalowane! :)  Budzisz się rano, wprawdzie z ryja przypominasz nowonarodzonego kreta, ale za to dobry pazur sprawia, że serce roście. Lubię rzeczy, które niwelują efekt ślepej kretówy w brzasku poranka, np. henna na brwi i rzęsy (ehh, przypuszczam, że przedłużone rzęsy 1:1 dają piorunujący efekt anty-kret, ale póki co, poliżę lody przez szybkę, bo mam ważniejsze wydatki). Niestety jestem koszmarnym beztalenciem w dziedzinie eleganckiego malowania paznokci. Łapy mi latają jak w delirium, pędzel koślawo jedzie, zawsze se zaleję skóry, a potem pół dnia leżę i pachnę, żeby "dzieło" krwawicy mej wysuszyć, a w efekcie i tak dorabiam się paskudnych odgniotów od łacha, kłaka, tudzież pościeli. 

To znaczy... TAK BYŁO DO TEJ PORY. Ha! Bo tera jestem szczęśliwą posiadaczką utwardzacza Poshe!!! :D

Nie wierzyłam, nawet mi się nie śniło, że cała procedura od malowania do wyschnięcia może trwać MAX. 15 minut. Po tym czasie można stukać, pukać, w nosie dłubać, a szpon ani drgnie. A ten połysk! A ta trwałość! Najlepiej wywalone ostatnio 2 dychy, serio.

Szał numer dwa - zamawiając Poshe na allegro, skusiłam się na lakier Essie 'Shine of the times'. Sam w sobie nieciekawy, wot, przejrzysty glucik z połyskującymi drobinkami, ale EFEKT, JAKI DAJE NA INNYM LAKIERZE... No po prostu miazga. MIAZGA, Te drobinki, w zależności od "tła", mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Na czerni prezentują się bosko - opalizują od różu, złota, po turkusy i żuczkowe zielenie. 



A oto moja skromna kolekcja najczęściej śmiganych jemalij:










A tak wyglądają moja lewa rąsia, niestety o tej porze roku wizualnie zmasakrowana przez zmiany atopowe... :(((


12:11

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.
Ha!

Nawet pykłam i odpimpowałąm okolicznościowe foty ze słuchafonem malowniczo uwieszonym szyi. Bo akurat wyszedł mi fajny mejkap, w którym zadawałam już ostro szyku w lokalnej Biedronce, przegrzebując banany... Aha, no i jeszcze przy bankomacie se ładnie powyglądałam. A co.


Przeto subiektywny wybór najbardziej kultowych Toyadzich kawałków wszech czasów. Lojalnie nadmieniam, że miłośniczki słitaśnego radyjkowego plumkania nie znajdą tu nic dla siebie... Osobiście preferuję mordownię i mrok of darkness, tudzież stare nieśmiertelne perełki, ale tak do kupy dominują tzw. "ciężej strawne" lub "zryte" klimaty. Bo tak lubię, co nie?

Pewnie jeszcze będę dorzucać, jak coś mi się przypomni, ale najważniejsze punkty są. Niektóre wyzwalają całe pokłady intensywnych wspomnień, myśli, skojarzeń; inne po prostu wybitnie sposobią mój zacny tył do paralitycznego dęsu.



 

19:07

What has been zaciążone, can not be unzaciążone...

Z cyklu luźne piardy poboczne. Z przymrużeniem oka, a jednak...

Znowu dzisiaj przez przypadek natknęłam się na kipiący pociesznymi poradami program tefałenowski z serii, parafrazując, jak powić dziecię i nie spasztecieć... A NIE, przepraszam, WRÓĆ! To, co mnie właśnie w takich pogadankach zawsze niesamowicie mierzi, to założenie, że ciąża OBLIGATORYJNIE rujnuje kobiece ciało i sylwetkę i jedyne, co może taka nieszczęśliwa hipopotamica uczynić, to postarać się zminimalizować te, niechybne rzekomo, a koszmarne, szkody na wyglądzie, aby partner, biedaczek, mógł na nią spoglądać bez womitalnych czknięć... A nawet, o zgrozo, zechcieć współżyć przy zapalonym świetle! Szok, normalnie szok, nie??

Odkąd zostałam mamą, dotarła do mnie cała absurdalność i kretynizm natrętnie hołubionego na każdym kroku mitu, że każda świeżo upieczona rodzicielka boryka się z nadwagą i generalnie wszystko jej potwornie obwisa, nieapetycznie dynda, tzytzki pobierają wody gruntowe a skóra zyskuje darmowe kabaretki w postaci rozstępów. W bonusie cellulit.

Holender... Yyy... Nooo...

Otóż. Moi mili. Nie twierdzę, że problemy z sylwetką po ciąży nie występują wcale, ale uważam, że skala tego zjawiska, przedstawiana w mediach i obecna w potocznym wyobrażeniu, jest srogo wyolbrzymiona.

Jakoś tak patrzę i patrzę, rozglądam się, węszę, i wokoło widzę tabuny młodych mam wyglądających ładnie, zgrabnie, zadbanie. I nie, nie są one podcierającymi sobie tyłek kasą celebrytkami. Normalne baby +/- 30-letnie. Nie kojarzę żadnej, absolutnie żadnej, drastycznej metamorfozy z wiotkiej świtezianki w mamuta. Owszem, znam kilka takich pań, których figura pozostawia nieco do życzenia, ale... pozostawiała ona do życzenia już grubo PRZED zajściem w ciążę, więc..? Nie dajmy się zwariować! Wlazło, wylazło no i heja banana lajf gołz ooon, biczyz. :)

Jedyne, co widnieje obecnie 'nowego' na moim brzuchu, to mini blizenka po laparoskopowej ekstrakcji ślepej kichy rok temu. Reszta cacy, jak w dniu matury, waga też od liceum konstans, a prawie trzy dychy mam na karku.

O co ja się w sumie pieklę, pewnie pukacie się w czoło... :) No tak. W sumie nie ma o co. Tylko jak widzę pierdylionowy komentarz pod zdjęciem którejś blogerki - mamy, że jakim cudem TAKA FIGURA PO DZIECKU, to już zaczynam strzykać lewym żebrem z irytacji...

15:41

Kosmetykowy express.

Kosmetykowy express.
Czyli co aktualnie (z)używam.

Jadymy:


Rossmańska Alterra, żeniby sztyft do ust, ale osobiście na usta nie znam lepszej rzeczy od balsamu Tisane, a toto kładę na noc na rzęsy, i sprawdza się lepiej niż cokolwiek - składzik przyjazny i wartościowy, kosztuje kilka złociszy, w skórki okołopaznokciowe też można wcierać.

 
Catrice Camouflage Cream - kosztowało toto jakieś 12 zeta... a jako korektor na moje śliwkowe cienie pod oczami REWELACJA! Kryje świetnie, dobrze się trzyma skóry i nie zbiera w załamaniach, kolor ma idealny - leciutko żółtawy, więc tym bardziej niweluje moje fioletowe siniory. Super. Bardzo podobny produkt do kamuflażu Artdeco, który wprawdzie oferuje więcej odcieni, no ale cenowo Catrice zdecydowanie wygrywa.



Ostatni nabytek - baza silikonowa Pierre Rene, Smoothing Cashmere, 21 zł. No całkiem całkiem - porównywalnie albo nawet lepiej do Dax, zaś cena przystępniejsza. W połączeniu z musem Essence daje wyjątkowo estetyczną "szpachlę".






No właśnie, odkryłam go latem, kosztuje kilkanaście złotych, a jest świetny. Leciutki, a nieźle kryje, aplikacja palcami jest o dziwo szybka i przyjemna. Zakupiłam już następny.



Baza pod cienie Essence - I love stage. W sumie to nie wiem co mnie kopnęło, żeby ją kupić, bo raczej nie mam problemów z trwałością cieni. Ale ponoć w przypadku tendencji do zbierania się cieni w załamaniu powieki działa bardzo dobrze, nie wiem, jest ok, ale ja tam się spokojnie bez niej obywam... :)


 

Korund ze ZróbSobieKrem. Wot, duuuzio peelingu. Lubię mieć gładki ryj, więc używam, ale nie wiem jakim cudem zgrzyta mi w zębach później...



Catrice Colour Infusion, kolor Meet Mrs Roosevelt, taka przygaszona malina. Lipstain, czyli jakby flamajster do ust.  Efekt zrazu fajny, ale szybko "wyjada się" ze środka ust i zostają takie tylko longlasting brzegi, co mnie nie urządza, więc cacko dogorywa na dnie kosmetyczki...




Kwasiur! Mene&Moy System, kwas glikolowy 15% z wit. C. Kosztował ponad 100 zł, ale paćkam, paćkam, i kooońca nie widać, więc wydajne to aż do bólu. Szczypie chwilkę po aplikacji. Fajnie działa, skóra się przy myciu roluje pod palcami, więc złuszcza przyzwoicie, cera wydaje się bardziej jednolita, nawilżona lepiej, z mniejszymi porami.

13:16

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.
Zaprawdę zaprawdę, coraz częściej marzę o wydupieniu do jakiejś lepianki in the middle of fuckin nowhere, w jakimś mateczniku, generalnie DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

***

Ostatnio podczas tranzytu w Krakowie udałam się do furty ze sklepikiem przy Loretańskiej 11. Nabyłam m.in. słynny balsam kapucyński, który zażywam od kilku dni. Ziołowo - żywiczny, 55% alkoholu, pali w przełyk (bo jakoś nie mogę się przekonać do obsiorbywania łyżki pełnej cukru skropionego balsamem). Ponoć multitalent prozdrowotny, ubija na śmierć "pasażerów na gapę", dezynfekuje dziób, leczy parchy skórne, reguluje pracę układu pokarmowego, wzmacnia ogólnie, podnosi odporność, dodaje wigoru niczym sanatoryjny romans, blablabla. Ciekawa jestem efektów, od razu zauważyłam poprawę przemiany materii.




17:01

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.
Aaa, zupę żem machła. :)

Odczekam, aż dzieć powstanie z popołudniowej drzemki, i przystąpię do miksowania.

***

Już. 

Jest baaardzo specyficzna w smaku, wyrazista, pikantna, rozgrzewająca, z pewnością nie każdemu "podejdzie", ale ja dałam się zaintrygować.

400 g marchewki
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
kapka oliwy
2 pomarańcze (skórka i sok)
imbir
sól, pieprz

Cebulę drobno pokrojoną zeszklić w garnku na oliwie, dusić pod przykryciem parę minut, następnie wrzucić porąbaną marchewkę, rozgnieciony czosnek, zetrzeć trochę imbiru i skórkę z pomarańczy, zalać wodą, odrobinę posolić, przykryć i niech "perka" tak z 45 minut. Przestudzić, zmiksować/ zblendować, doprawić ewentualnie solą i pieprzem, rozcieńczyć sokiem z pomarańczy. Udekorować szczypiorkiem :)

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger