12:34

Bułkę przez bibułkę. Czy aspirujesz do kasty nabzdyczonych indorów?

Tytuł luźno nawiązuje do pewnej zabawnej Mantry... ;)

Dzisiaj powiem trochę o czymś, co wzbudza moją potężną niechęć, gdyż zazwyczaj idzie ramię w ramię z fałszem, zawiścią, resentymentem, brakiem wyobraźni, okrucieństwem itd.

Określenia "bułkę przez bibułkę" używam w odniesieniu do osobników napuszonych, zadętych, odznaczających się świętoszkowato-pretensjonalnym obejściem, wysterylizowanych z dystansu oraz autoironii, o atroficznym bądź szczątkowym poczuciu humoru (ale broń boszsz pikantniejszego, satyrycznego, czarnego, rubasznego, absurdalnego, czy ironicznego... pozostają powierzchowne, aseptyczne, konwencjonalne śmieszki heheszki, najlepiej z klakierami w tle jak w sitcomach, albo zgryźliwy cynizm). Charakterystyczna jest idolatryczna służalczość względem zinternalizowanych bez jakiegokolwiek wysiłku umysłowego reguł, monumentalnych Uznanych Autorytetów (m.in. religijnych), ostentacyjnym aspirowaniem do pańskich manier - arystokratycznych w takim sensie, jak gmin zwykł je prostolinijnie imaginować w swej platonicznej tęsknocie... Czyli - najczęściej zupełnie od czapy. Jak niektórzy nuworysze, co to z wtorku na środę zapominają, jak jeszcze niedawno fajdali pod chałupą i ucierali tyłek liściem łopianu, ledwo strupy z rzyci odpadną, pędzą fundować sobie złote klamki i marmurowe sedesy. INWESTUJĄ W POZÓR. Bo myślą, że pozór - blichtr, jest kwintesencją bogactwa. Nie rozróżniają "aktywnego życia duchowego" od pustego rytualizmu i bezrefleksyjnego pacierzowania. Obłudę i kołtuńskie konwenanse nierzadko zaś mylą z prawdziwym pionem moralnym i przyzwoitością.

Tymczasem zaprawdę powiadam Wam, nic bardziej mylnego. Różnica przypomina tę między zdrowym kręgosłupem i silnymi mięśniami szkieletowymi, a gorsetem. Zdrowa sylwetka nie potrzebuje sztucznej korekty, protez, podpórek, atrapek itp.

Podobnie charakter.

Niektórzy jednak dobrowolnie tkwią w ciasnych, skostniałych konstruktach myślowych jak w hermetycznej puszce, ale łudzą się, że to wspaniały pałac - forteca. Ścisłe, podane na tacy pod nos, prawidła obyczajowe to ich zbroja, blaszane ubranko, które z pietyzmem polerują, kiedy nikt nie patrzy. Bez niej byliby bezkształtnym przezroczystym glutem. "Co ludzie powiedzą" - sensem ich życia. Rządzi nimi tzw. gen niewolnika.
Byle co jest w stanie im uchybić. Niecenzuralne wyrazy, dowcipkowanie z "zakazanych" rzeczy, pojedyncza literówka w czyjejś sensownej skądinąd argumentacji, polemika z "odwiecznymi" dogmatami... W ich móżdżkach są tylko dwie szufladki - czarna i biała. Po co forsować szare komórki?? A zatem nieważne, że jakiśtam Miodek i niejaki Bralczyk legitymizują stosowanie wulgaryzmów w określonych sytuacjach i kontekstach. NIEWAŻNE. Brzydkie wyrazy = fujka = żule = rynsztok. Nie to co my, (wannabe) paniczyki. Koniec kropka. (Nie chodzi mi o  bronienie rynsztokowej retoryki - która jest niewątpliwie szpetna i drażniąca. Chodzi mi o to durne a powszechne zakłamanie, że "inteligentualistom" nigdy żadne słówko na K... i Ch... i J... się nie wymsknie. Akurat... Ludzie szlachetni zazwyczaj wolą sobie przekląć, niż być cichym skurwysynem. Ot co.)
Co ciekawe, tacy ludzie zazwyczaj z nabożnym namaszczeniem wypowiadają się o muzeach, teatrach i filharmoniach. Szkoda, że w nich chyba nie bywają. Bo gdyby mieli blade pojęcie o sztuce, mieliby świadomość, że to nie tylko jakieś "ładne" obrazki i wibrujące trele. Sztuka - sztuka wybitna, to odwaga do łamania zasad. Do myślenia pod prąd. Bo z nurtem to tylko łajno płynie. I inne śmiecie. Konformizm wyklucza jakąkolwiek wielkość! Ogromna część sztuki to rubaszność, sprośność, wulgaryzmy, seks, gołe baby i generalnie pogarda dla wszelkiej narzuconej "poprawności politycznej". A tzw. wyższe sfery nie zawsze sączą popołudniową herbatkę odginając z wdziękiem najmniejszy paluszek i prowadząc gładkie rozmowy o Niczym.

Dżizas.

Wkurza mnie to wybiórcze doktrynerstwo... Ludzie biorą sobie jakiś wycinek rzeczywistości i wpadają w monomanię. Po co? Świat nie jest czarno - biały. To nasz móżdżek operuje rozgraniczeniami. Ludzka natura jest wszędzie i zawsze dość podobna. Nie jest ani dobra ani zła - zależy, jak wybiera w danym momencie, a bywa, że logiki i konsekwencji brak... Poznajmy dobro po owocach, nie po chęciach czy deklaracjach! Jesteśmy prości i skomplikowani zarazem. Nie ma rzeczy ani zjawiska, które nie miałoby swojego mrocznego rewersu. Świat stoi opozycjami binarnymi. My również posiadamy swój Cień. I dopóki go nie zintegrujemy poznawczo, nie będziemy pełnią. Spychanie go, odcinanie i odżegnywanie się od niego paradoksalnie daje mu ogromną władzę nad nami.

I grozi staniem się zafiksowanym w swojej mikro puszce światopoglądowej dupkiem machającym pożyczoną szabelką z tektury.

Hmm. Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ten strumień świadomości jest dla kogokolwiek jakkolwiek zrozumiały, ale czułam mus uzewnętrznienia się. Chodzi mi po prostu o to, że ludziom brak odwagi do bycia kimś autentycznym. Chełpią się, że im coś odgórnie wpojono*. Żeby być damą, na przykład. Że to niby ogromna wartość jakaś. Ale cóż to znaczy być damą..?? Kto arbitralnie rozdaje ten tytuł i czy rzeczywiście warto detonować granat w rzyci, aby nań zasłużyć..? Buzia w ciup, rąsie w małdrzyk..?

Dla mnie literacką kwintesencją damy była wspaniała Melania Wilkes z "Przeminęło z wiatrem", ale sorry... i tak wolę ognistokrwistą, życiową, buntowniczą Scarlett. I charakternego Rhetta - zamiast "dżentelmena w każdym calu" - Ashleya.

* - drażni mnie w ogóle ten zwrot, bo sugeruje, że delikwent jest jakąś bezrozumną i bezwolną masą, której można wszczepić jakikolwiek czip i zaprogramować jak się chce...

13:08

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!
Chcę się jeno na szybkości podzielić moim niedawnym odkryciem w zakresie blogerek modowych. Otóż, blogerki modowe interesują mnie w 99,9% jak zeszłoroczne liście. Ale poszukując inspiracji trafiłam na Zoe. Zoe Alalouch:


Nosz karwia! Zoe ujęła mnie totalnie, bo:

- jej stylówki są frapującym mariażem nonszalanckiej bohemy z dandysowatą elegancją

- jest kapelusznikiem <3

- lubi trampki

- lubi warstwową biżu o etnicznym sznicie, niefrasobliwie miksuje srebro ze złotem i mosiądzem i w nosie ma, że "tak się nie robi" - i wygląda zajebiście

- jest jakaś taka inna - drobniutka, uśmiechnięta, rozczochrana, barwna i interesująca - w morzu napompowanych silikonem dziuń wyobciskanych bandażowymi sukienusiami, spozierających wzgardliwie znad odętych ostrzykniętych war - sorka, nic nie mam do tychże, ponad to, że zaczynają być męczącą me oczy sztampą (mój blogasek, MOJE ZDANIE, piss off, peace out)

No. I właśnie za czymś takim gały me tęskniły na pinterestach i inszych instagramach! :)




































13:57

O tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru.

Wróciłam niedawno z cudownych wakacji i ociekam radością oraz entuzjazmem, a jednocześnie po głowie chodzą mi dość poważne tematy... Hmm :) 

Dzisiaj o tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru. W sensie - żeby zacisnąwszy zęby zmilczeć jakiekolwiek pohańbienie naszych osobistych granic. Przymykać oko na mniej lub bardziej zawoalowane przejawy chamstwa, bucery, nieokrzesania. Tolerować, odpuszczać... Bo że niby tak szlachetniej, bo trzeba "być ponad", nie reagować, lepiej zostawić "bez komentarza".

Nie chodzi mi BYNAJMNIEJ o to, żeby się zawsze agresywnie strzępić i wzniecać guanoburzę pod byle pretekstem oraz generalnie być nabzdyczonym na punkcie własnego majestatu, roszczeniowym indorem!

Tym, co mnie jednak boli, jest deficyt elementarnej asertywności. Zwłaszcza, niestety, u kobiet. Że niby ugrzecznione potulnocipstwo magicznie przekłada się na "lepsze" relacje - tylko, yyy, lepsze dla kogo? Bo raczej nie dla samej zainteresowanej. Chyba, że zadowala ją perspektywa "ch*jowo, acz stabilnie". I pod cudze dyktando. Co kto lubi. Znam latami bitą i zdradzaną żonę, która dziś wypina z dumą pierś w oczekiwaniu na ordery, bo "utrzymała małżeństwo dla dobra dzieci"... Owe dorosłe już dzieci bujają się aktualnie po kozetkach u pojebologów, ale to drobny szczegół. W swoim mniemaniu dokonała heroicznego wyczynu, robiąc z siebie podnóżek i wycieraczkę. Ułuda daje momentami wspaniały haj, zaiste...

Powtarzam, że nie chodzi mi o bycie prącą na konfro, upierdliwą biczą. Po prostu szczerze ubolewam, że czasami w imię wypaczonego "świętego spokoju" postanawiamy zdławić, nie artykułować naszej uzasadnionej złości, buntu wobec niesprawiedliwości itd. Tolerujemy tratowanie brudnymi buciorami naszej świętej przestrzeni, patrzymy, jak ona się kurczy. I to już nie jest okej. Bo prędzej czy później dojdzie do implozji. Negatywne emocje będą się kumulować, kisić, aż w końcu, za przeproszeniem, coś jebnie. Oj, i to mocno. Pół biedy, jeśli na zewnątrz. Gorzej, jeśli np. w postaci somatycznej... :/

Często słyszę to cholerne "aaa, wiesz... nie ma sensu". Nie ma sensu otwierać japy i protestować, kiedy nasze podstawowe potrzeby i prawa nie są respektowane. Serio..??

Wiecie co, ja baaardzo nie lubię konfliktu i chaosu. Ale doświadczenie mnie nauczyło, że o wiele gorsze od chwilowego zepsucia powietrza jest trwałe zepsucie sobie krwi. Asertywność nie ma nic wspólnego z agresją, to kluczowe i absolutnie niezbędne narzędzie dla zachowania szacunku do samego siebie... Szacunek do siebie i godność osobista ma o niebo więcej wspólnego z ustanowieniem i obroną własnych granic, niż z takimi pierdołami jak długość spódniczki.

Ach, i ważna rzecz - asertywność można wytrenować niczym mięsień! Polecam z całego serca.
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger