20:01

Ćmy nocne na łoczi. Se przyklej. Dzieffczyno.

Ćmy nocne na łoczi. Se przyklej. Dzieffczyno.
Łojezu. Wreszcie, po tylu miesiącach jałowego toczenia śliny przy oglądaniu 'bjuti gurus on jutjub', weszłam w posiadanie własnych Ardell Demi Wispies. Mimo, że jestem wymęczona choróbskiem (tak, jeszcze mnie trzyma, zaraza jedna) i wyglądam odrobinę kał-like, od kopa je przykleiłam do swych powiek (nooo...za drugim podejściem dopiero mi się udało optymalnie wycyrklować punkt przyczepu paska, ale spoko) iii... Holender jasna. To jest konkretnie to, co określam jako EFEKT WOW! Jako, że nie lubię zdjęć z lampą, a mrokness zapada o tej porze roku boleśnie wcześnie, siupnęłam 3 mini filmiki z gatunku samojebki ruchome:




Sasasa! Oooj, aż się napaliłam na oczne kłaky 1:1... Dżizas... Jak rzęsy ROBIOM z ludzia lachonarium, to po prostu mózg w poprzek staje :O

20:36

Hajlajtery, blaszery, lipglosy i moje zmięte włosy.

Hajlajtery, blaszery, lipglosy i moje zmięte włosy.
Foćka zbiorcza moich skromnych nabytków z Cocolity:


Makeup Revolution - Vivid Baked Highlighter - Peach Lights - zaprawdę, zaprawdę...najpiękniejszy rozświetlacz jaki miałam! 15 zł
Makeup Revolution Vivid Baked Blush - Hard Day - śliczny różo-rozświetlacz, odcień, rzekłabym, beżobrązowo-różany... 12,50 zł
Bourjois róż wypiekany Lilas D'Or - piękny odcień, cieplejszy niż Rose D'Or i bardziej naturalnie wygląda na mojej fizys. Pachnie korzennie.
L'Oreal Color Riche Le Gloss - Temptress' Shine - świetny, nielepiący błyszczyk z miedzianymi drobinkami, posiada wspaniały aromat karmelu, 10,90 zł

Bardzom zadowolona, głównie z Makeup Revolution, która to firma okazuje się być tania i dobra :) Skuszę się chyba jeszcze na ten bardziej złotawy rozświetlacz, albowiem te "piczowe lajty" to tak bardziej w ranną zorzę wpadają, niźli brzoskwinię. Odcień różu 'Hard Day' jest natomiast niezwykle naturalny i nienachalny - jest róż, ale tak, jakby go nie było, a była zdrowa promienna cera ^^

***

Moje włosy po przycięciu zdecydowanie ożwawiały, co demonstrują zwiększoną tendencją na samoistne "pogięcie" (dzisiaj po myciu):


Tak mi się coś wydaje, że one mają ochotę się wić! Od spodu miewam całkiem ładne skręty, bywa, że wręcz ruloniki, natomiast z wierzchu już gorzej, muszę im pomóc ugniataniem. Hmm. Wypadałoby poczytać o wydobywaniu skrętu, ponoć to jest całkiem możliwe w przypadku włosów, które nie mogą się zdecydować czy są proste czy falowane... 

Ok, zmykam się kurować czosneczkiem.

Aaa, jeszcze taka dygresja - cholera, ja nie wiem co jest ze mną nie elo, chyba mam jakieś niezbyt pańskie nozdrza... ale kiedy specjalnie wybrałam się, podjarana jak dziecko, do Starej Mydlarni obwąchać słynne Yankee Candle, rozczarowałam się niemożebnie. Wot, nooo, świece zapachowe. Nic, NIC specjalnego, może poza ceną i polorem hajlajfu z jutuba... ;P Albo faktycznie ze mnie taki tępym dłutem ciosany plebejusz, że nie rozróżniam woni ambrozji od byle odświeżacza z klopa. Nie wiem...




18:21

Hoo am Iy??

Hoo am Iy??
No i co... jakieś paskudne grypiszcze rozłożyło mię na łopaty, wykorzystując moment swoistej ...konfuzji psychosomatycznej. Damn! :/

Wczoraj w południe zdążyłam zaliczyć wizytę u fryzjerki zaznajomionej. Upierniczyła mi srogi kawał fryzury, ale jestem ukontentowana, bo mam już ok. 90% swoich zdrowiutkich naturalek, a odrośnięta grzywka została sprytnie zaaranżowana z resztą włosów poprzez subtelne wystopniowanie (żadnego strzępienia i degażówek), tył wygląda teraz o niebo lepiej i... gęściej. Teraz muszę je przez zimę podgonić z przyrostem, pewnie jakimiś dropsikami Calcium Panthotenicum lub Maxi Krzem. Może za jakiś czas zatęsknię za subtelnymi jaśniejszymi refleksami, ale farbowania całości już nie planuję - dopóki nie mam siwych... :) 

Ostrzegam, foty by webcam sprzed pięciu minut - zagrypiony bezmakijażowy Toyad w podomce:



:)

Z inszej beczki... Jak tam postanowionka i cele na nadchodzący rok?? :P Co z zeszłorocznymi..? U mnie całkiem nieźle, może bez jakiegoś szału, ale parę istotnych spraw ogarnęłam. Mam nadzieję, że 2015 uczynię swoją superbiczą... ;> Właściwie, to czemu by nie zacząć jechać z koksem jeszcze przed styczniem? :P

***

No i ten... przypomniałam sobie ostatnio o pewnej piosnce, której - jak na ckliwą, nie czarujmy się, POŚCIELÓWĘ - trudno jednakowoż odmówić uroku, a i wideło ładniutkie:


Posłuchały? Świetnie. A tera prędziutko na odmulenie jakiś Schranz :D








17:41

Toyad siem bjeri za puważne tematy... Zanim ciśniesz zbuczkiem w koffankie, kobito.

Właśnie przeczytałam w ynternetach frapującą opinię, że Angelina Jolie jest be i fu, bo ROZBIŁA małżeństwo, i wogle żonatym facetom się do łóżka nie włazi. Nosz wredota jedna, wzięła i wbiła Bradziowi i Jen na chatę oknem pod osłonom nocy, wskoczyła im znienacka "na bombę" do wyra, wylądowała okrakiem na zdziwionym zaspanym Bradziu i TADAAAM, rozpad związku nastąpił w okamgnieniu. Lol...
A tak serio.

Lubię Angelinę. Na tyle, na ile można "lubić" kogoś, kogo się zna z mediów. Nie, nie jestem jakąś psychofanką. Po prostu uważam, że jest piękna (kwestia gustu), oryginalna, utalentowana, wyrazista, charyzmatyczna, odważna, niebanalna, a na swój sposób też dobra i wrażliwa. Aczkolwiek nie znam całego obrazu tej osoby, więc snuję przypuszczenia na podstawie fragmentarycznych informacji. Jednak przyznam, że dosyć ufam własnej intuicyjnej ocenie. Mniejsza z tym. 

Nie lubię łbów, które stać tylko na prostacką, parafialną perspektywę w ocenie ludzi i świata. Nie, nie pochwalam pakowania się z buciorami w cudzy związek, usankcjonowany bądź to przez urząd, księdza, księżyc w pełni, czy status na fejzbuczku, bądź zgoła bez żadnych glejtów. Ale nie uważam też, żeby chłop był w tym całym trójkątnym galimatiasie jakąś bezwolną marionetką, głupiutkim chutliwym zwierzątkiem, które spotkawszy podczas samotnego spaceru po lesie anonimową damską pupę wystającą z krzaków, bezmyślnie sobie na niej użył, skorzystał - niczym z bankomatu, ponieważ "taka jego natura". Owszem, są kobiety, które znajdują upodobanie w kokietowaniu cudzych facetów. Tylko, że jeśli chłop prawy, a w związku mu się darzy, to takie awanse będą po nim "spływać". Nałogowy ciuptajło będzie oczywiście zachwycony, pytanie, czy warto być partnerką kogoś takiego? Pozostaje też kwestia tego, czy aby związku nie toczy jakiś "robal" od środka, a jak toczy, to na ile proces rozpadu jest zaawansowany i czy w ogóle odwracalny. To już sprawa dwojga ludzi, czy uporają się z problemami, czy wykażą dobrą wolę - przy wspólnym naprawianiu, albo uczciwie stawiając sprawę - przepraszam, nie wyszło, do widzenia. 

Czasami nie warto bowiem uporczywie reanimować trupa. Żaden cyrograf z krwawą parafką, żaden ślub nie jest, stety niestety, paragonem na dożywotnią gwarancję obopólnej szczęśliwości. Sorry. Jeśli wydaje się komuś, że romantycznościowa przysięga przede Absolutem i setką świadków, piękna i droga kiecka oraz impreza z wielką pompą zapewnia dozgonną miełość i pomyślność wszelaką, to cóż... współczuję, bo egzystowanie w świecie tęcz i jednorożców jest może i przyjemne... do czasu, aż nie roztrzaskasz czółka z plastikowym diademikiem o skały zwane Rzeczywistością. Nie to, żebym była matrymonialnym czarnowidzem - SKĄD! Ale dobry związek czy dobre małżeństwo to coś, na co się tyra w trybie KONSTANT, i na co się tyra WSPÓLNIE. A nawet mimo to, warto mieć świadomość, że życie bywa czasem zwyczajnie przewrotne. Coś pójdzie nie teges. Ludzie się też przecież zmieniają. Następują okoliczności, których za Chiny Ludowe byśmy nie przewidzieli parę lat wstecz. Czasami orientujemy się, że przestaje nam być po drodze ze sobą. Pół biedy, kiedy to się dzieje symetrycznie. Często jedna strona bardziej cierpi przy rozstaniu - ale co wtedy? Pytanie, czy da się kogokolwiek uszczęśliwić na siłę? Pytanie, czy faktycznie kogoś kocham, skoro wolę go widzieć u swego boku w postaci uwiędłej mimozy, niż autentycznie kwitnącego przy kimś innym? Trudne te pytania, ale warto je przemyśleć. 

Czasami spotykamy na swej drodze potencjalnych towarzyszy życia w niewłaściwej kolejności. Wydaje nam się, że to chyba to, a potem się okazuje, że BUM, teraz to już na pewno to. Albo na odwrót - było TO, a myśmy mieli siano w przyłbicy i śmy przespali. I klops. Albo i nie klops. Wydaje mi się, że Brad jest jednak szczęśliwy ze swoją decyzją. Czas ją poniekąd uprawomocnił. Czasami człowiek szuka w życiu bliżej nie określonych kwadratowych kół, ale czasami faktycznie udaje mu się stworzyć mega udany związek dopiero "za kolejnym zamachem". 

Szanowna ynternautka szkalująca Angelinę zabłysnęła jeszcze moim "ulubionym" frazesikiem, tym o piesku, który nie weźmie, jak mu suczka nie da. Zaiste, balsam na zranione serca zgorzkniałych, zdradzonych kobiet, które winą za zaistniały stan rzeczy pragną obarczyć "tę trzecią", a nie biednego "zbałamuconego" przez zuom Lilith niewinnego misiaczka. Troszku żałosne. No, ale o ileż łatwiejsze i bardziej krzepiące, niż wzięcie na klatę faktów. Albo misiaczek jest zwykłym bucem erotomanem niewartym splunięcia, albo ziarno trafiło na podatny grunt z inszych, skomplikowańszych przyczyn, no i co z tym zrobić. Mam wrażenie, że króluje jednak prymitywna zaborczość emocjonalna i deficyt wyobraźni, plus kozioł ofiarny to zawsze taka wygodna opcyjka... O ja biedna, zraniona... Na szczęście znam też chwalebne wyjątki od skundlałej mentalności stadnej. Wyjątki, które stać na pogłębioną analizę tego, co poszło źle - jeśli "składowa nadprogramowa" wyzwoliła jakąś reakcję, na którą zbierało się od dłuższego czasu, a która być może stanowiła kubeł zimnej wody na łeb dla jednego lub obojga partnerów. Paradoksalnie, taki szpetny fakt jak zdrada, może naonczas obrócić się w coś pozytywnego. Jak otrzeźwiający choć bolesny policzek. Ale "szkapom dorożkarskim" to nie grozi, wolą się zafiksować na swoim ograniczonym polu widzenia.

/"Nic tak nie otwiera oczu i nie prostuje garba, jak nóż wbity w plecy"./

Przypominam, że cały czas piję do sytuacji, w której zdrada jest incydentalna i ma podłoże emocjonalne, a nie, że wot, chłop po prostu nie przepuści żadnej obwoźnej dziupli, która akurat zaoferuje mu swoje walory... Taki to zasługuje tylko na wystrzelenie go z buta na orbitę. W trybie instant. /Psychofag chromolony jeden... Pfu!/

Konkludując. Czy Angie rozpirzyła cudze małżeństwo? Heh... Taa, jest definitywnie winna okazania się dla Brada zbyt zajebistą, aby przez resztę życia poczciwe chłopię żałowało, że "dla zasady" przegapiło być może największą życiową szansę na prawdziwe doczesne szczęście we dwoje. Spekuluję, rzecz jasna :) Jednak myślę, że niejedna "suka" chętnie dawała by Bradziowi, Jen też przecież dawała (alboż i nie? i tu jest przysłowiowy pies pogrzebion??) a jednak świadomie wybrał Angelinę. Celebryty też ludzie som, nie półbogi. Popełniają życiowe wtopy i próbują się z nich wybuksować. Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Każdemu życzę samych lepszych skutków :)

***

Kuźwa, zara wychodzę na chwilę na miasto i muszę tak niefortunnie spuentować swój karkołomny wywód - może później mi coś jeszcze do łba wpadnie to klepnę...






11:25

Toyad's Dreamcloset. Boho zajawki na sezon niemile piżdżący :)

Toyad's Dreamcloset. Boho zajawki na sezon niemile piżdżący :)
Wbiłam do Res z cichą nadzieją lumpeksowego podboju - wczoraj odbierałam kosmetyki z Cocolity i potem miałam jeszcze parę spraw na mieście, toteż wdepłam akurat na Niu Arajwal do lumpa w dawnym Domarze. Babsztyli chmara, czas mnie gonił, ale zdołałam ucapić... bezrękawnik z popielatego yeti o kroju ramoneski, nosz cudo, właśnie się moczy w pachnącym płynie, mrał. No i jeszcze maxi spódnicę w etnicznych wzorach. gdyż ponieważ również żywię sentyment do takowych. Jak skompletuję cały połów (zgadza się, jeszcze nie sfinalizowałam misji), zapodam dokumentację nowych ajtemsów. Tymczasem...

...pracuję nad swoimi jaranko-tablicami z różnych dziedzin lajfu, no i chciałam scalić w sensowny kolektyw wyszperane w internetach foty kompatybilne z moją wizją jesienno-zimowej konfekcji idealnej. Toyadziej, ofkors. Tylko, że świat żeniby cywilizowany przez fall/winter fashion rozumie zazwyczaj to, co w Polszy nadało by się co najwyżej na późną wiosnę... :/ No ale. Prawda jest taka, że w zimie  i tak niewiele nacudujesz z codziennymi outfitami, mus posiadać porządnie ocieploną okryjbidę i bucisze, do tego czapu, szaliku, rękawicu i wio. Można niby poszaleć z kolorami czy wzorami dodatków, ale mało kto się na to porywa, bo jednak w naszych rodzimych saganach i sakwach króluje pragmatyzm. Przez co ulice w czasie smętnych jesienno-zimowych dni są tym bardziej smętne, bo jedna bura postać łudząco podobna do drugiej. Czerń, granat i szarości. Czasami zdarzy się paradny karmin. 

Nie musi być od razu oczojebnie! Wystarczy jeden ciekawy motyw, fason, faktura, wzór, ozdobny duperszwanc, dyndałek, cosik. No, ale jednak kolorów też nie warto ignorować - mocarne są, zaiste. 

Ok, do rzeczy. Co mnie jara na chwilę obecną?

Wszelkie balbińsko miziaste futrzaki. Jak Wielki Ptak z ulicy Sezamkowej. Yeti. Nie jestem przekonana, czy na poniższych fotach są same faux fur, a wręcz jestem przekonana, że nie... no i właśnie... Ja bym, owszem, miała psychiczne opory przed wdzianiem prawdziwego futra. Z drugiej strony... przecież preferuję skórzane buty i torebki - i nie chodzi o fanaberię, ale o prozaiczną sprawę jakości. Posiadam kilka par butów, które pamiętają końcówkę mojej szkoły podstawowej (glany, workery, adiki, sketchersy) i choć zajeżdżałam je tyle lat, wciąż z powodzeniem nadają się do użytku. W glanach zlazłam Tatry, Bieszczady, potykałam się o krawężniki, i poza subtelnymi odrapaniami do zapastowania - są absolutnie idealne. Natomiast obuwie ze skóry ekologicznej ZAWSZE kwalifikowało się do wywalenia po jednym sezonie, a niekiedy i tegoż nie przetrwało... :/ Z kolei przy futrzakach sztucznych element trwałości/jakości jakby nie stanowi takiego kluczowego zagadnienia. Dla mnie przynajmniej... Poliester z powodzeniem zastępuje mi norki czy lisa. Co o tym myślita?? Tak czy siak, wizualny efekt, stety niestety, do mnie przemawia.











Przemawiają do mnie też wszystkie malownicze dodatki, elementy dziergane, pstrokate, wyszywanki itd. Spódnice maxi! Loff!




















Tja. Takżetego. 

Kuszą mnie martensy w jakimś widocznym z kilometra kolorze (hmm, magenta? turkus?), no i koniecznie jakieś odjechane nakrycie głowy muszę skombinować. Ach, no i KIEDYŚ masthewem będzie najbardziej wielka i pstra toreb z Bright Boho... :))) I będę śmigać, a jesienno-zimowa deprecha może mnie pocałować w zad.
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger