16:20

Mejk jor wqrw jusful.

Mejk jor wqrw jusful.
Czasami poranny wqrw jest zjawiskiem pożytecznem. Na porannym wqrwie możesz, na przykład, wściekle wyszorować ofajdaną kulinarnymi hitami zeszłego tygodnia kuchenkę. Tudzież odpicować do oślepiającej bieli umywalkę, wannę oraz ów wytworny porcelanowy obiekt, czyli klop. Możesz kompulsywnymi wymachami kończyny górnej zbrojnej w szmatę sprawić, że twoje lustrzane oblicze spozierające na Cię spode łba z żądzą krwi w ślipiach nie będzie już upstrzone śnieżynkami z pasty do zębów. Zawsze coś.

Taaak, na mój wkurw pomaga mi robienie rzeczy pożytecznych, a często zbyt przyziemnych i niewdzięcznych, by sobie psuć lepszy humor, jeśli się akurat takowy przytrafi, co przez ostatnie tygodnie jest u mnie rare. I to wery mocz rare, albowiem na tyle rare, aby poczuć się zaniepokojoną tym zjawiskiem. Mój wkurw poranny ze względu na galopującą frekwencję przedzierzga się we wkurw uogólniony egzystencjalny. WTF? Drugi tydzień odwyku od kawy? Zima w plugawym rozkwicie? Mało światła słonecznego? Suche powietrze i łupież w brwiach? Atop na łapach jak ilustracja-straszak z podręcznika dla adeptów wenerologii? Lipny sen? Zmiana diety (kuźwa paradoksalnie NA LEPSZĄ, DO CHOLERY)? Jakieś fiksum dyrdum hormonalne niedajborze? :/

Nie wiem, karwia, nie wiem...

Ale przynajmniej nie leżę w kącie chlipiąc, tylko szoruję ten ki... pfu! niuniam sobie przestrzeń życiową w oczekiwaniu na grejt kombek of siły witalne i endorfiny.

***

Prawie codziennie na noc muszę obklejać sobie łapy plastrami z Protopikiem... :/


17:41

Hipersomnia.

Hipersomnia.
Raz, że zima.

Dwa, że od niedzieli jestem na odwyku od kawy. Tzn. raczej od kofeiny, bo kawę owszem żłopię - zbożową Inkę... :) Poranki bez mocnej czarnej "siekiery" z ekspresu są okropne, rozmemłane, a podszyte wkurwem, chwytam pion jakoś na trochę przed południem, i potem już nawet leci. Ponoć po tygodniu - dwóch takiego detoksu człowiek nie budzi się już taki zdechły. Hope so..

Nuda. Pomalowałam se dziób, jak widać. Fajny kolor, pomieszałam paluchem Rimmel bordo z czerwienią Maybelline oraz fojoletem Lovely. Korci mnie Apocalips, chyba widziałam w ofercie coś podobnego...


 Tralala.


Takżetego...

20:17

Hello Winter...

Hello Winter...
No dobra, błysłaś bielą, dziecię śnieg uźrzało, to tera już se możesz wydupcać...








OFF YOU GO GREY COLD BITCH! Me likie Wiosna!

Dżizas, na białołęckim zadupiu musiałam dziś ostro nadkładać trasy, bo Quinny Zapp, zajebiaszczy bachorzęcy powóz, po zaśnieżonych chodniczynach nie pociągnie... Zresztą nie wiem, co by pociągnęło, chyba sanki, ale sankami do Lidla nie wjadę, siatami nie obłożę. Brr. Przynajmniej, grzęznąc, klnąc pod nosem i ciężko zipiąc, udało mi się zrobić weekendowy zapas niezbędnych lodówkowych statystów. Jutro mogą żaby lecieć z nieba, I don't care.

***

Nie wiem co wpłynęło na moje kudły i paznokcie - łykanie Calcium P., Maxi Krzemu, a może wcieranie balsamu Herba Studio, a może wszystko do kupy, ale - zapierdzielają z porostem jak nafukane! Eksplozja bejbików, wkrótce podwoję objętość grzywki, z której, nawiasem mówiąc, zamierzam zrezygnować, bo mię znudziła, mam już inszą hero-zajawę... :P

***

Ha. Niedługo już oficjalnie odhaczę parę istotnych punktów na liście postanowień noworocznych, wow... niesamowite, czasami coś wydaje się karkołomnym przedsięwzięciem, a przy wykrzesaniu dobrej woli połączonej z DZIAŁANIEM, okazuje się... całkiem gładką bułeczką. Wkręcam się w zwalczanie guzdralstwa i zwlekania KONKRETAMI. Najtrudniejsze kokosy do zdziobania przede mną, ale chuj, bring it on!

***

Rozkminiłam też, jak upstrzyć porę odmóżdżającego relaksu z SATC, czymś intelektualnie pożytecznym. Oglądam serial w oryginale, szczęśliwie kumam prawie wsjo, ale włączyłam napisy, żeby wyłapywać nieznane słówka, wypisuję je sobie i od kopa tłumaczę.

11:47

Zayebe... Galopujoncom turzycę in slow motion.

Ajblftduig^&*%^&(O!!! 

Dzisiaj rano znowu to samo. Dup! Dup! Dup! Rozklejam podpuchnięte powieki, jest 6:45. Zbliża się... DUP! DUP! DUP! Wściekle chwytam za "jaśka", obracam się na bok i z całej siły przyciskam sobie poduszkę do ucha. Łomot osiąga apogeum na wysokości moich drzwi, po czym źródło łomotu znika w windzie i mogę spać dalej...

7:30. DUP DUP DUP DUP DUP. Następna...

Ehh. Dlaczego niektóre panie z uporem maniaka noszą buty na obsasach, skoro poruszają się w nich z wdziękiem i finezją naspidowanej słonicy w chodakach?!

Geeez... Miałam kiedyś współlokatorkę, nazwijmy ją roboczo Xiężną Siermiężną. Była dość potężnej, żeby nie powiedzieć, topornej, budowy, i próbowała to niwelować bodaj w najmniej fortunny sposób z dostępnych - loczkami, falbankami, tiulami, ogólną słitaśnością, i - no właśnie - szpilutkami. Gdy wracała do domu, słychać było narastające dudnienie już kwadrans przed jej pojawieniem się w drzwiach. Na 3 minuty przed cała kamienica intensywnie rezonowała, wliczając mój obolały mózg... 

Niektórym paniom wydaje się, że są ultrakobiece w butach na wysokim obcasie. Tak, pod warunkiem, że potrafią się w nich poruszać z lekkością i gracją, a nie, jak wściekły esesman (vide moje aktualne sąsiadki z piętra), tudzież zgwałcona analnie czapla (zazwyczaj młodziutkie dziewuszki stawiające swe pierwsze kroki 12 cm nad ziemią... proponuję potrenować, zanim wypuścicie się tak "na miasto"). Efekt jest odwrotny do zamierzonego! Elegancki stukot TAK, ale na miłość boską, nie dźwięk tłuczenia kotletów.


12:51

Zespół niespokojnych nóg. To nie dżołk, to istnieje.

Zespół niespokojnych nóg. To nie dżołk, to istnieje.
Inaczej choroba Wittmaacka-Ekboma; melduje się "szczęśliwa" posiadaczka owego arcygłupiego syndromu, która nie spała dzisiaj przezeń cholerne pół nocy... Argh! Nad ranem poszłam po rozum do głowy i wpakowałam giry pod strumień lodowatej wody. Trochę pomogło.

NIE POMAGA natomiast w takiej sytuacji bycie czule przywaloną cudzą gorącą kończyną, tudzież dwiema... Nie pomaga też to, że właściciel tychże kończyn poczytuje sobie moje szamotliwe uniki za Syndrom Oziębłej Baby. Ehh, no trudno.

***

Zima stulecia miała być, tak straszyli. Wróżki meteotarocistki. Zaiste, zima, że chuj, za przeproszeniem. Zara stuknie połowa stycznia, a moje bidne pacholę nie wie, jak śnieg wygląda. To znaczy wie - ze Świnki Peppy. Na sankach miała córa śmigać, orzełki/aniołki machać, tarzać się, radować białym sy... tfu, puchem, i co, i jajco, chyba że dopierdzieli nam zima z opóźnieniem i skuje blade tyłki do kwietnia. Oby nie.


***


19:50

Szczota TT Olmołst Orydżinal.

Szczota TT Olmołst Orydżinal.

Podkusiło mnie, ale nie jest to oryginalny Tangle Teezer. Dałam zań 25 zeta, i dużo i mało... Kolor mi się podoba wielce, ewidentnie pije do Purple Glitter pierwowzoru. Szczota z miejsca podbiła serce mojego faceta oraz dziecięcia... No cóż, moje też. Genialnie masuje łeb. Moje koszmarne, samoistnie się dredujące kłaki wreszcie dają się BEZBOLEŚNIE i bez szarpaniny rozczesać! Wow! Żaden dzik ani insza inszość do tej pory tego nie ogarnęła! :D

Fajnie nabłyszcza (pono domyka łuski?), ale rzekłabym, że zbyt gorliwe szczotkowanie prowadzi do przyklapu i efektu naleśniura u nasady, hmm, ale ja mam zaiste 5 kłaków na krzyż, więc to pewnie dlatego.

Aha, sorry za ten okropny paskudny AZS na łapie... :/ Wyjątkowa wredota, Protopic zaklejony na noc ledwo daje radę...

19:58

Fru Pla.

Fru Pla.


Dziecko mi szaleje przy tym... ^^

No dobra, obie szalejemy, nie tylko ci pacjenci zakładu dla umysłowo rączych... ;P

***

Święty spokój po Świętach. Wreszcie... Prawie miesiąc spędziłam z Pacholino na wojażach. Wszędzie dobrze, ale na własnych śmieciach najlepiej. Nie wiem czemu, ale zawsze jak wyłazimy już z dworca Centralnego na powierzchnię, idiotycznie mnie raduje widok tego szpetnego fajfusa wygrażającego niebiosom, PałaCu Kultury w sensie. Pasuje do rzeszowskiej Wielkiej Ciii.

A tu focia krakowskiego Straszydła:

 Słit, nieprawdaż?

Anywayz!

Sorry, nie chce mi się brandzlować nad postanowieniami noworocznymi, za stara jestem, ale nie twierdzę, że takowych nie poczyniłam, po prostu będę trąbić, jak już odhaczę dobrą robotę... :)


***

Dzisiaj przyuważyłam na fejsie na (zalajkowanym niegdyś spontanicznie, w paroksyzmie zachwytu nad lalczynym powabem) profilu Wylony Hayashi zdjęcie jej pięknej, młodo (53) odumarłej (rak), matki w trumnie. Za taflą szkła. Wow... Zdjęcie jest przerażająco piękne, kobieta wygląda jakby spała. Tylko ten niesamowity spokój... Oczywiście część publiki z miejsca "wsiadła" na dziewczynę, że ma coś nie teges z garem, skoro wtrynia na fejsa foto własnej matki nieboszczki.

Bo oczywiście tłuszcza zawsze wie lepiej, jak masz przeżywać swoją żałobę.
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger