Hah, wspominałam niedawno, że wytaczam rozmaite "działa" przeciwko "depresji sezonowej". Bo, karwia, ja powinna żem była naturalnie wykwitnąć pośród rajskich plaż jakichś Hawajów abo Samoa...;/ Śledzę na insta jakieś barwne nimfy z tego typu plenerami w tle (wot, dzisiaj popląsam w sadzawce przy malowniczym wodospadzie, patrzcie jakie mam fajne pareo i opaleniznę) i szlag mnie trafia, gdy skonfrontuję to z mokropiżdżącym szaroburym syfem zza mojego okna. No ale cóż :) W każdym razie, Pan Los ufajdał mię akurat w tym punkcie globu... wprawdzie zawsze mogło być gorzej, ale prawda jest taka, że jak się postaram, to jeszcze wyjadę, chociażby na wczasy, w któreś z tak bosko pięknych miejsc, o!
A na tymczasem, zaopatrzyłam się w iluminację do pokoju. Zawsze chciałam i na chceniu mi schodziło. Dzisiaj po prostu postanowiłam, nabyłam, obwiesiłam okolice okienne i się jaram w opór. Śliczności! I jaki klimacik! Takie to proste, niedrogie, a od razu jakoś tak... milej :) Rzęsisty blask rozświetla ponure popołudnia i wieczory. Jeszcze mi tylko brakuje do pełni ukontentowania lampy Ashleigh&Burwood, ale chwilowo stać mnie tylko na kadzidełka Nag Champa... :D
Aa, ostatnio ogarnęłam parę naszyjniorów hendmejd. W sensie, że ja je ugniotłam własnemi ręcami :)
Foty robione telefonem, tłumią urok wisiurów... ;) Są kolorki, jest okejka. Dobra terapia na jesienno-zimowe smuty, swoją drogą!

Jakie piękne! Oj trzeba czymś ubarwiać tą szaro burą rzeczywistość za oknem!
OdpowiedzUsuń