18:10

Thriftoholic.

Thriftoholic.
Tralalaaa! Rzeczy z lumpa:

- kolorowy przezroczysty top Vero Moda
- czarna koszula z łańcuszkami
- białe giezło Cubus
- pudrowo różowe giezło Culture
- bakłażanowe wdzianko dziergane
- grafitowa spódnica ze skóry naturalnej
- śmiszne słitaśne bucisze Sugar
- 100% jedwabny top stalowoszary Warehouse

















No i moje metalicznie mszyste szpony tak bajdełej...

Aha. Fajnie się idzie na przeszpery (wut?) z tom pieśniom na usty:



18:07

Tadaaam!

Tadaaam!
Oto ja z grzywką:




:))

10:25

Fuck you, 4head!

Fuck you, 4head!
Nosiło mnie już od jakiegoś czasu...

Ja naprawdę uwielbiam bezgrzywkowe fryzury. Generalnie uważam, iż taka topielica z przedziałkiem pośrodku rozstąpionem niczem mojżeszowe Morze Czerwone, to jest najlepszość. ALE. Mader Nejczer "pobłogosławiła" mię niestety czołem sporem i wypukłem... W średniowieczu byłby szał. Niby en vivo nie ma tragedii, ale np. aparat fotograficzny widzi jakby głównie to czoło, co mnie przyprawia o womit... 

Tak się też złożyło, że ostatnio natrafiałam w internetach na foty naprawdę fajnych propozycji grzywek. I zaczęło mi świtać jakieś halo powolutku... 


 






Ale, że nie ma opcji, żebym się wybrała do fryzjera w ciemno (a paru zaufanych mam aż na rodzimym Dzikim Wschodzie), to pozostawało mi li i jedynie... sięgnąć po nożyczki samej :) 

Wydzieliłam trójkąt od (prawie) czubka głowy do zakoli włącznie, związałam mocno resztę włosów, sczesałam na twarz to, co miało stać się grzywką, i - ciach. Potem jeszcze kilka ciachnięć wyrównawczych, i wyglądam mniej więcej jak Hannah Pixie na ostatnim zdjęciu. Bardzo jestem zadowolona!

17:41

Don Huanita El Piczos.

Don Huanita El Piczos.
Nie chciało mi się wczoraj stać przy garach za bardzo, to walnęłam pizzę z wykorzystaniem tego, co akurat było w lodówce i pod ręką... Czyli trzy składniki na krzyż, ale czasami tak jest nawet lepiej, niż przekombinować... :)

Ciasto - jak ktoś lubi niezbyt "mokre", niezbyt grube i niezbyt puchate:

1,5 szklanki mąki
4g drożdży instant
dwie łychy oliwy
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki cukru

Wyrabiam na kulę w sporej plastikowej misce, nakrywam ścierką, i kładę w zaciszne zawietrzne miejsce... Na pół godziny, aż spuchnie. Przygotowuję piekarnik. Na blasze rozpaćkuję ciasto. Na to tym razem poszła oliwa z czosnkiem, pomidory, oliwki czarne i duuużo poszarpanej mozarelli :) Do pełni szczęścia zabrakło świeżej bazylii, ale posłużyłam się suszoną... zawsze coś...

Bach do piekarnikowej buchary! Rzadko odmierzam dokładnie czas, więc po prostu od czasu do czasu sprawdzam, jak się sprawy mają. Uznawszy, że potrawa jest już gotowa, wyjmuję, et voila:




Muszę przyznać, że całkiem toto apetyczne wyszło... :)

13:26

#Ratajkowski to szlondra!

#Ratajkowski to szlondra!
Heh, taka parafraza refrenu piosenki, którą śpiewała Kasia Nosowska... Jak to szło? "Milena to dziwka - tak zwykli mawiać ci, co jej nie mieli, a bardzo chcieliby mieć..." Cóż, życiowe toto jak cholera, niestety.

W związku z chwytliwym hitem Robina Thicke (m.in. pospołu z Pharellem Williamsem) 'Blurred lines' zrobił się ostatnio szum wokół modelki o - ponoć - jakichśtam polskich korzeniach, Emily Ratajkowski. Dziewczę pląsa sobie przeto radośnie w teledysku do rzeczonej piosenki, odziane prawie zupełnie w nic (na YT wersja ugrzeczniona, na Vimeo unrated). A z racji tego, że  wybitnie "ma się z czym pokazać", wzbudziła większe zainteresowanie niż koleżanki z klipu. Moim skromnym zdaniem, nic dziwnego.

Patrzta:















Wiadomo, uroda to do pewnego stopnia rzecz gustu, ale doprawdy, pisać o niej, że jest "obleśna", "ohydna", "pospolita", że na pewno ma wszędzie silikon (baby) lub, że: pusta i głupia, dupodaja i lachociąg (chłopy), to chyba tylko w Polszy... Przykro to stwierdzić, ale 80% komentarzy od rodaków jest właśnie w ten deseń. Ehh... Banda sfrustrowanych Anonimowych Faperów i zakompleksionych Anonimowych ultrakrytykanckich Paszteciar, albo ogólnie, prymitywnych Anonimowych Nołlajfów, sorry. Ja tam nie jestem jakaś oczadziała na punkcie jej powabu i nie zamierzam jej bronić z pozycji "psychofanki" (lol), ale ludzie, opamiętajcie się trochę...

14:51

Pański "artyzm" trąci Cepeliadą...

Pański "artyzm" trąci Cepeliadą...
Przedstawiam tę oto, własnoręcznie pstrzoną kilka dni temu, bluzkę:




18:07

Ciasteczka a'la Piegusy :)

Ciasteczka a'la Piegusy :)
Jako, że bardzo mi smakują sklepowe ciasteczka o wdzięcznej nazwie "Pieguski", postanowiłam rozkminić ich domową wersję - pozbawioną zbędnej chemii. I zapewne tańszą. Szperałam w necie za jakimiś przepisami, eksperymentowałam - wychodziły różnie... Aż w końcu, metodą prób i błędów, opracowałam "swój" patent na te pyszne ciacha.  Oto on:

Składniki:

2,5 szklanki mąki
1 szklanka cukru 
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
pół opakowania cukru wanilinowego (opcjonalnie)
2 jajka
kostka masła 200g

*DODATKI*
posiekana czekolada (np. mleczna, a ja uwielbiam białą!)
suszone owoce (rodzynki, śliwki, morele, żurawina)
słonecznik, pestki dyni, wiórki kokosowe
starta skórka cytrynowa (warto dodać)
chilli, cynamon
M&M's

Wykonanie:

Dziecinnie proste :) Wszystkie składniki mieszamy i wyrabiamy na gładką masę, następnie wmiksowujemy wszelkie wybrane przez siebie bakalie. Wstawiamy ciasto do lodówki, nagrzewamy w międzyczasie piekarnik (ok. 130 stopni). Formujemy kulki, kładziemy na blasze i rozpłaszczamy je dłonią, zachowując odstępy, bo ciastka "spuchną" również wszerz. Pieczemy do zrumienienia.

Voila.

P.S. Ja przeważnie podwajam składniki, ponieważ ciacha znikają w trybie ekspresowym.


Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger