13:48

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.
Czołem kwarantannowe Wampiry.


*

Co oglądacie?

Moją guilty pleasure są od pewnego czasu seriale, zwłaszcza mroczne kryminały, zwłaszcza w typie nordic noir, ale nie tylko.

Nigdy nie dzieliłam się swoimi polecankami rozrywkowymi, ale w sumie... dlaczego nie? Czasy, zdaje się, stosowne po temu. Dorzucam dla ułatwienia od razu link do IMDB, gdzie możecie doczytać szczegóły i obejrzeć zajaweczkę.

Gorąco też pożądam Waszych rekomendacji, jeśli czujecie podobny klimat :)


1. Most nad Sundem - Bron/Broen

IMDB - 8.6

No co tu dużo gadać. Klasyk nad klasyki. Saga Noren to moja absolutna idolka, kochany, 'społecznie sczelendżowany' dziwak... Bardzo "czuję" tę postać. Nigdzie to chyba wprost nie padło (?), ale Saga prawdopodobnie ma zespół Aspergera, zaliczany do spektrum autyzmu. Serial wciąga, jest mroczny, skandynawski na wskroś i trzyma poziom (moim zdaniem) przez wszystkie odcinki i sezony.

2. Forbrydelsen - The Killing

IMDB - 8.4

Duński serial. Tym razem bohaterką jest Sarah Lund. Może nie jest tak aspołeczna jak Saga, ale też dość specyficzna, bardzo zaangażowana w pracę detektywa. Popyla w sympatycznych, odrobinę przypałowych sweterkach :) Serial wciąga, jest mrokness, są trupy, jest dobrze. Po skandynawsku.

3. Unforgotten

IMDB - 8.2

Serial brytyjski. Akcja dzieje się w Londynie, bohaterką jest Cassandra/Cassie Stuart, która dla odmiany jest dość nobliwa i nieprzypałowa. Bada tajemnice zbrodni z przeszłości. Fajny kryminałek, fajny.

4. Happy Valley

IMDB - 8.4

Patrząc na dość "poczciwą" i wesoło-jowialną fizjonomię głównej bohaterki, jakoś nie byłam przekonana... Kiedy w końcu jednak sięgnęliśmy po ten serial, żałowaliśmy, że tak późno. Bardzo, ale to bardzo dobry!

5. The Sinner  - Grzesznica

IMDB - 8.0

Coś trochę innego. Główna bohaterka, Cora Tannetti (Jessica Biel) popełnia z pozoru absurdalną zbrodnię, a detektyw Harry Ambrose (Bill Pullman)... zresztą, nie będę Wam psuć zabawy :)

6. Tabula Rasa

IMDB - 8.1

Belgijski thriller psychologiczny. Bohaterka Annemie/Mie cierpi na amnezję po wypadku, będąc jednocześnie głównym świadkiem i podejrzaną w sprawie tajemniczego zaginięcia mężczyzny. Bardzo dobrze się ogląda.

7. Jordskott - Las zaginionych

IMDB - 7.2

Szwedzki, dość 'odrealniony', klimatyczny, ale z pewnością nie wszystkim podejdzie. Moim zdaniem więcej tu klimatu niż wartkiej akcji, ale poczytuję to w tym przypadku na plus.

8. Darkness: Those who kill

IMDB - 7.6

Też raczej po stronie kryminalnej skandynawskiej klasyki, może nie wybitny, ale zacna propozycja na weekendzik. Mało popularny.

8. Der Pass - Pagan Peak - Granica zbrodni

IMDB - 8.0

Łooo, panie... Niemcom/Austriakom udało się wysmażyć coś bardziej nordic i bardziej noir, niż Skandynawom! Nie no, żartuję... ale jestem zaskoczona, pozytywnie. Widoki, muzyka (Hans Zimmer), napięcie... Twórcy nie cackają się tutaj z uczuciami i sentymentami widza, absolutnie.

9. Absentia

IMDB - 7.3

Agentka FBI, Emily Byrne (Stana Katic - girl crush AF!) zostaje uznana za zmarłą. Sześć lat później zostaje odnaleziona cała i zdrowa w lesie, jednak nie pamięta, co się w międzyczasie działo. Dowiaduje się za to, że jej mąż ożenił się po raz kolejny, dziecko ma do niej dystans, a ona sama... zresztą, obejrzyjta :)

10. Marcella

IMDB - 7.4

Ot, fajne serialidło w swoim gatunuku. Jest trup, jest wartka akcja, jest bohaterka z problemami rodzinnymi.

11. Beforeigners - Przybysze

IMDB - 7.9

Norweski, HBO. Miks komedii kryminalnej, sci-fi i... czegoś zupełnie od czapy :) Są Wikingowie tajemniczo zlądowani w teraźniejszości, jest para bohaterów o swoistej dynamice, jest współczesność w krzywym zwierciadle.

12. The Haunting of Hill House - Dom na wzgórzu

IMDB - 8.7

Nie przepadam za klimatami horrorowatymi, a jednak uwielbiam ten serial... Gdzie w tle stare tajemnicze domostwo, tam Toyad bieży w podskokach.

13. Real Humans

IMDB - 7.9

O humanoidalnych cyborgach walczących o swoje prawa (uznanie ich "człowieczeństwa") i "prawdziwych" ludziach. Interesujący, na dłuższą metę mnie znużył, ale wiem, że wielu osobom bardzo przypadnie do gustu.

14. Trapped - W pułapce

IMDB - 8.1

Islandzki, znowu dość klasycznie - surowe krajobrazy, ciemność, morderstwo, odludzie, wiatr ze śniegiem w oczy. Miodzio.

15. Deadwind/Karppi

IMDB - 7.2

Oglądamy aktualnie, jeszcze nie mam zdania, ale jedno wiem na pewno... śpiewno elfowy język fiński i Helsinki jako anturaż dobrze mi "wchodzą" :>

No i na koniec:

***True Detective*** - dla mnie 1. sezon poza wszelką konkurencją w zakresie klimatu, podskórnego niepokoju i tajemnicy. Ever. 

IMDB - 9.0


Jak o czymś sobie przypomnę, to zrobię apdejt.

Tymczasem, miłego!

* -






12:49

Babo, nie płyń z nurtem "Wybierzmnie", jak zdechła ryba.

Babo, nie płyń z nurtem "Wybierzmnie", jak zdechła ryba.
Cześć miśki tęskniące za Toyadem <3

Uskuteczniam wykopki archeologiczne. Oto post, który marynował się w roboczych od wielu długich miesięcy. Pochodzi z czasów, kiedy przyświecał mi jeszcze neoficki zapał energicznego uświadamiania, ratowania i odpsychofażania mas.

Nie to, że obecnie jest mi to obojętne - zawsze totalnie topnieję ze szczęścia na wiadomości o tym, że moje teksty zainspirowały kogoś do skutecznego pozbycia się toksycznej pijawy. Ale odpsychofażenie się to dopiero początek drogi, której dalsze etapy są dalece bardziej fascynujące, ponieważ kiedy na serio wkroczysz na ścieżkę osobistego "lewelowania się*", pojawia się efekt zapadki - mentalny regres do poprzedniego etapu jest praktycznie niemożliwy. I to jest zaaajebisty uczuć :)

 (*roboczo zapożyczone ze slangu graczy, nie bardzo wiem jak zastąpić 'level up' żeby zachowało immanentny sens - doskonalenie/ulepszanie to jednak nie do końca to).

Pora iść dalej.

Za moich czasów to była niejako wiedza tajemna (tutaj dozgonna wdzięczność i pokłony dla Mai, która była moim najpierwszym i najważniejszym światełkiem w tunelu), a dziś - choć wciąż nie jest idealnie, to jednak poszukującym o wiele łatwiej trafić na nić wyprowadzającą z labiryntu. A mimo to jednak nie wszyscy z labiryntu wyjdą. No cóż, im wyżej na szlaku, tym puściej, ale i... piękniej.

„Usta mądrości są zamknięte dla wszystkiego z wyjątkiem uszu zrozumienia.” – Kybalion.



 *

Ale tak sobie pomyślałam, że opublikuję ten pościk enyłej, bo może stanowić pożyteczny pomost od żucia starych okołopsychofażych szmat, do jakichś bardziej rozwojowych i przyszłościowych klimatów.

Otóż. Jak raz człowiek rozgryzie modus operandi jednego toksyka/narcyza/psychofaga, to tak naprawdę, jakby poznał wszystkich. Są jednowymiarowi, schematyczni i... nudni. Tak, nudni! Bezwartościowe szmatławce, puste wydmuszki, żyjące pozorami i tanią gadką. Teraz mój tox-radar błyska i wibruje wściekle już od pierwszej "czerwonej flagi" ostrzegawczej, jak pager na pizzę w Forum Przestrzenie :) W zasadzie psychofag to jedna i ta sama maska skrywająca tę samą brzydką zimną pustkę. Won z nimi. Nie rokują. Kiedy namierzysz takiego w swoim otoczeniu, zaiwaniaj w przeciwnym kierunku co sił w kulasach.

ALE. Halo! Jest przecież jeszcze druga część tej pochromolonej układanki.

BABA. (ok, nie wyskakiwać mi tu, że zjawisko psychospiergolenia nie ma płci, bo ja o tym doskonale wiem, ale jako baba przyjmuję w swojej narracji taką, a nie inną, perspektywę, ponieważ mój blogasek kierowany jest do BAB ---> koniec disclaimera)

Otóż, baba. Wrzućcie sobie w googla np. "mój mąż/partner mnie wyzywa/bije" z dopiskiem "forum". To, co można przeczytać, to jest jakaś zgroza. Włos się jeży, w jakim cuchnącym gunwie można nurkować, nazywając to miłością... Dzisiaj przyprawia mnie to o ciary przerażenia, wstrętu i... lekkiego zażenowania, ale z drugiej strony - daaawno, daaawno temu sama nie miałam pojęcia o prawidłach i dynamice toksycznych relacji i zwyczajnie nie byłam w tym punkcie samoświadomości, w którym jestem dziś. Aczkolwiek, when you know better, you do better, dlatego ja świadomie wyrzekłam się, raz a dobrze, grzechu "gupiocipstwa" - na wieki wieków amenT.

Poza tym... Prawda jest taka, że wiele z nas ma na pewnym etapie życia "syndrom gupiocipstwa", bo tak jesteśmy tresowane. Żeby zgrywać małe, nieszkodliwe, niepozorne, ugrzecznione, wyrozumiałe. Takie tam, easy-going. Tanie w utrzymaniu. Broń bosz "wymagające" i konsekwentnie egzekwujące własne granice. Booo - o zgrozo - żodyn nas nie "WYBIERZE" i ojojoj, ni ma winkszyj tragedii w życiu niż niemanie chłopa. Belejakiego. Wystarczy, żeby miał 3P - portki, penisa i puls :/ (no dobra... modne portki gołodupcowi same chętnie ufundujemy).

Do tego nierzadko jesteśmy wyposażone w kamień na szyi, czyli deficyty, uwarunkowania i nieświadome skrypty wyniesione z domu wraz z kiepskimi wzorcami, nie wyrastamy z infantylnych "ideałów" z bajeczek i komedyjek romantycznych, towarzyszy nam naiwna wiara w przybycie księciunia na biołym kuniu, który nas wyratuje z życiowej doopy/zblazowania/bezsensu/staropanieństwa. Paradygmat 'struggle love', czyli "trudnej" i usłanej cierniami "miłości" jako lepszej niż żadnej został medialnie uromantyczniony i wyniesiony na piedestał. I ma się świetnie. I jest cholernie, ale to cholernie szkodliwy. Gubią nas rozbuchane emocje odbierające głos przytomnemu osądowi rozumu, mrzonki o niezniszczalnym uczuciu co zwycięża wszelakie przeciwności losu.

Spoiler - nie, nie zwycięża. Tzn. może, ale w dobrych z gruntu związkach - zaś związek rzyci z batem nie uznaję za takowy. Sorry.

Wracając do kamienia na szyi - w większości w ramiona złotoustych toksyków rzucają się osoby z syndromem (ogólnie mówiąc) DDD, dzieci z dysfunkcyjnych domów, z głodnym serduszkiem na dłoni, gigantycznym niedoborem miłości (zwłaszcza zdrowej własnej) i atencji, których nie zaznały zbyt wiele w dzieciństwie i skłonne są trzymać kurczowo każdy lichy strzęp. Nie mogące sobie nawet wyobrazić, że na ów strzęp wcale nie trzeba "zasłużyć". Z rozmytymi granicami i wysoką tolerancją na wszelkie podłe gówno ze strony innych, zwłaszcza bliskich. Być może z wyższą niż przeciętna wrażliwością i (nad)empatią, a także z pewnym zacięciem mesjańskim i wzruszającą (a naiwną) wiarą, że dana osoba jest dobra, tylko się pogubiła, i my ją możemy naprawić, zanurzając skrzywionego delikwenta w bezkresie naszego bezwarunkowego uczucia i wiecznego wybaczania... Projektujemy na problematycznego partnera osobę swojego problematycznego rodzica, nieświadomie odtwarzając dawny spektakl w nadziei na inne, mniej ponure zakończenie. Polyanny "grające w zadowolenie", zapominające o przetrąconej żuchwie i podbitym oku na widok przeprosinowego bukietu róż, gdy zaledwie dzień wcześniej dostały srogi łomot (w skórę lub werbalnie). Przecież zawsze można z Misiem POGADAĆ i może za którymś razem ZROZUMIE że to boli i że nu-nu? Żyjące w matrixie romantycznościowych bzdetów, powtarzące niczym mantrę frazesy o cierpliwej miełości, co to wszystko cierpiętniczo znosi i wybacza. I że KAŻDY zasługuje na (tysiącdrugą) szansę, nie wolno nikogo przekreślać, a zwłaszcza Misiaczka, który robi taką zbolałą minkę koteła ze Shreka i obiecuje złote wierzby na gruszce.

Brrr. Przepraszam, czknęło mi się womitem.

Przypomina mi się pewna kobieta 70+, poniewierana przez męża i zdradzana na prawo i lewo, która z dumą wysyczała spomiędzy zaciśniętych zębów, że mimo wszystko ona WYGRYWA, bo mężuś ostatecznie JĄ WYBRAŁ, a nie te lampucery, z którymi narobił pozamałżeńskich dzieci.

Ech, ta trudna miełość taka pienkna, prawdaż.

To naturalne, że w pierwszym odruchu zaciekle bronimy swojej wizji rzeczywistości, na rzecz której ponieśliśmy już tyle emocjonalnych i materialnych kosztów... Trochę ciulowo, żeby to wszystko okazało się inwestycją jak psu w dupę, tudzież jak krew w piach. Mówiąc wprost - decydujemy się na kolejną rundę tej porąbanej gry, aby "nie przegrać", błędnie biorąc pozbycie się żelaznej kuli u nogi za STRATĘ i przegraną. Nie rozumiemy, że dobrowolna rezygnacja z tej ruletki jest jedyną szansą na wygraną - spokojne, szczęśliwe, godne życie na własnych warunkach.

Delikwentka w fazie nieświadomej (tj. zanim się zleweluje, niektóre nigdy) charakteryzuje się m.in. tym, że:

- Jej żyćko układa się w charakterystyczny szlaczek związkowych fakapów, ale ona nie ma pojęcia, jakiż to tajemniczy magnes w niej sprawia, że "przyciąga" gachów z problemami (długi, nałogi, zaburzenia osobowości, skłonność do agresji), ale ochoczo dźwiga to brzemię, jakim jest "trudna miłość", mając przed nosem marchewkę z napisem "ale Misio ma taaaki potencjał". Nie widzi, że marchewka jest z chińskiej gumy i nie czuje, że śmierdzi toksycznym szajsem.

- W relacji ma zadatki na niekonsekwentną, cieplusią mamusię dla swojego dorosłego chłopa z kompletem zdrowych kończyn i czaszką zasobną w szarą galaretę. Oczywiście nikt bidulka "nie rozumie" i "nie docenia", stawiając mu jakiekolwiek uzasadnione wymagania, natomiast ONA JEDNA na przekór światu pełnemu złych ludzi czule tuli synusia do memłona i głaszcze wyrozumiale po główce.

- Wyręcza go w najprostszych zadaniach. Wyszukuje mu oferty zatrudnienia, osobiście odpicowuje mu CV i pisze błyskotliwy list motywacyjny. Staje na uszach, aby pokazać, jaka to jest dobra, cierpliwa i troskliwa, aby "zaskarbić sobie" jego głęboką wdzięczność i buchający płomień miłości. Żeby ją wybrał.

- Całą energię i wysiłki inwestuje w Misiaczka, powoli stając się zaniedbaną, umęczoną, sfrustrowaną, gderającą kwoką. Zastanawia się, dlaczego nie dostaje żadnej formy uznania za swoje poświęcenia. Ba, jeszcze odkrywa, że Misio się puszcza na boku! Niewdzięczny! Wiecie dlaczego? Bo mamusia jest owszem, pożyteczna, gdy opiera śmierdzące skarpety, ale zgoła niepociągająca, bo ma coraz mniej wspólnego z atrakcyjną Kochanicą. Nie trzeba się dla niej starać, ani niczym jej imponować - i tak pozbiera te cuchnące skarpety, jak zawsze. A nawet taka żałosna, indolentna Mendżajna potrzebuje poczuć się jak samiec alfa, co jest wykluczone przy kastrującej jego Ego nadopiekuńczej mamuni.

- Bywa też, że rozczarowana i poirytowana biernym oporem gnuśnego Misiaczka PICK ME wchodzi w rolę surowego (wybiórczo) żandarma. Kontroluje, ile wysłał CV, ile stron z materiałów do egzaminu przeczytał (z odpytywaniem), przegląda mu telefon i historię wyszukiwarki w kompie, wydzwania gdzie i z kim jest itp.

Jeżeli kiedykolwiek złapiesz się któraś na wchodzeniu w rolę zastępczej mamuśki dla swojego pełnosprawnego chłopa, pacnij się w łeb, byle mocno. Nie mówię, że masz nim pomiatać i zaniedbywać, ale po prostu nie traktuj go jak swojego zaślinionego synusia na cycu, którego trzeba za rączkę prowadzić i paluszkiem pokazywać, co ma robić, żeby bidulek mógł funkcjonować jak przystało na dorosłego człowieka. Dlaczego? Bo to nie służy ani jemu, ani Tobie, ani związkowi. Podobnie, jak wieczne fundowanie bliskiej osobie z problemem alkoholowym tzw. "miękkiego lądowania" jest niedźwiedzią przysługą, bo nie pozwala jej zmierzyć się z realnymi konsekwencjami własnego nałogu, a co za tym idzie - oddala szansę samodzielnego odbicia się od dna, odbiera odpowiedzialność za własne życie i zdrowie, upupia w pozycji bezradnego dziecka. To nie jest pomoc ani wspieranie, to jest utrwalanie status quo.

I na koniec, moje ulubione "a czo z MIEŁOŚCIĄ? Bo ja go TAK koooffam..."

Cóż. Miłość piękna sprawa. Ale sytuacja, w której Ty kogoś uporczywie "kochasz", a on Cię notorycznie ciągnie w dół, gnoi, wykorzystuje, szmaci, okłamuje, ma Cię w totalnej w pogardzie, to sorry, ale to nie jest żadna szumnie zwana miłość, a zwykły destrukcyjny nałóg i współuzależnienie. W miłości jest miejsce na zdrowe wymagania i zdrowe granice. Dlatego właśnie mądry i kochający rodzic nie pozwala dziecku na wszystko, nie ulega każdej zachciance okraszonej wrzaskiem i tupaniem nóżkami.

Zdrową miłość można dać i otrzymać tylko wówczas, kiedy się ją najpierw ma dla siebie. Z pustego i Salomon nie naleje. Ale do tej rewolucyjnej konstatacji się dojrzewa (albo i nie).

Traktując siebie w określony sposób, ustanawiasz standard, w jaki będzie traktować Cię świat. W życiu dorosłym dostajemy przeważnie to, na co się godzimy. A godzimy się na to, na co - naszym zdaniem - zasługujemy. Jest to ściśle powiązane z naszym poczuciem własnej wartości. Jeśli masz niskie standardy tego, jak związek powinien wyglądać, jesteś wręcz idealnym łupem dla psychożercy i przemocowca. Nie otrzymasz miłości, jeśli sama siebie tak bardzo nienawidzisz, że pozwalasz deptać po sobie ubłoconymi buciorami. Nie wzbudzisz szacunku, co najwyżej litość, jeśli sama nie respektujesz własnej integralności i granic. Nie będziesz doceniona, jeśli sama siebie nie potrafisz najpierw docenić.

Babo. Przestań się kulić w kącie, wmawiając sobie, że nędzne ochłapy spod stołu to wszytko, na co zasługujesz. Musisz znać swoją wartość, inaczej ktoś Ci ją podyktuje, zgodnie z jego własnym samolubnym interesem. Jak nieuczciwy handlarz samochodami vintage - chce odkupić po taniości, żeby spylić z zyskiem dla siebie. Psychofagi mają ultraczuły radar na takie przepraszające że w ogóle oddychają i zabierają przestrzeń kobiety, które płoną żądzą zapracowania i "zasłużenia" na miłość. Choćby miały się przy tym złamać wpół.

Generalnie... Jeśli czujesz, że brodzisz po pachy w szitowiu, kserując brzydkie schematy, to mam dla Ciebie dwie wiadomości. Pierwsza, ta dobra, jest taka, że istnieje równoległa do Twojego matrixu rzeczywistość, w której nie musisz zapełniać studni bez dna i wtaczać syzyfowego głazu pod górę. Świat, w którym czujesz się absolutnie wystarczająca i wystarczająco dobra. Świat pełen niezachwianego poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Świat, w którym znasz swoją wartość i nie godzisz się na bycie niczyją wycieraczką. Druga wiadomość jest taka, że jeśli Twoje poczucie własnej wartości jest dziurawe jak szwajcarski ser i nie wiesz, czy o własnych siłach się z tego badziewia wygrzebiesz, to kicaj w podskokach na terapię, bo inaczej będziesz się turlać w tej betoniarce rzadkiego łajna ad mortem defaecatam. Twojem mortem, a jakże. Ale! Nie biegnij do byle jakiego terapeuty z łapanki (znam takich "specjalistów" z bożej łaski, którzy swoją ignorancją i brakiem przenikliwości wyrządziliby więcej szkody niż pożytku), tylko do osoby, która ma wiedzę i doświadczenie KONKRETNIE w subtelnej materii przemocy psychicznej i manipulacji. Jak nie możesz takowej znaleźć, ogarnij konsultacje np. przez skype. Albo przynajmniej czym prędzej odpal na YT kanały Wilczycą Być, Jesteś Mistrzem (Nelumbo Institute), Soul GPS - pełno tego teraz, jest w czym przebierać. Ja polecam Little Shaman - jest po angielsku i ma dużo błyskotliwych insajtów, np. w kwestii intymności z narcyzem. Chłoń wiedzę. Wiedza to artyleria na całkiem niezłe powstanko.

Niby każde poźno jest lepsze niż później, ale gwarantuję, że konstatacja oddania najpiękniejszych lat życia jakiemuś niegodnemu splunięcia patałachowi odbija się bardzo gorzką, żrącą zgagą. Długo się odbija. Plus, nie wiem, czy niektóre Polyanny zdają sobie z tego sprawę, ale pozostawanie w jakiejkolwiek relacji z osobą o rysie psychopatycznym (wielu narcystycznych zaburzeńców go ma) jest zwyczajnie NIEBEZPIECZNE. Wiele Polyann wierzących w ukryte dobro swojego agresywnego "nadwrażliwego" Misiaczka wącha kwiatki od spodu, zasilając policyjne statystyki... Ja nie żartuję. Dupa w troki. Zwłaszcza, kiedy są dzieci. Jeśli w grę wchodzi jakakolwiek przemoc, pieprzenie, że tkwisz w przemocowym bagnie dla ich "dobra" (ach, pełna rodzinka na obrazku), jest skrajnie nieodpowiedzialne i jest zwykłą wymówką dla własnego chorego nałogu. Nie tańcuj pod aprobatę "opinii publicznej" - ludzie będą Ci obrabiać tyłek niezależnie od okoliczności - że samotna matka, że odeszłaś od męża i "rozbiłaś rodzinę", ale gdy dziecku stanie się krzywda, ci sami ludzie będą filozoficznie pytali, gdzie była matka i czemu w porę nie odeszła od bydlaka. Ja wiem czemu. Ale to Cię nie zwalnia z odpowiedzialności. Bo to Ty jesteś dorosła i masz wybór, a Twoje dziecko go na tym etapie nie ma...

Dzieci wychowane w takim mikroklimacie przeważnie wyrastają na ofiary lub oprawców - kalki swoich rodziców, permanentnie uwięzionych w pasywno-agresywnym klinczu. Znajdą sobie partnerów życiowych wg tego samego klucza, i przekażą swojemu potomstwu dokładnie tę samą klątwę.

Błędne koło.

Bardzo, bardzo, bardzo bym życzyła ludzkości, aby opamiętawszy się wreszcie, przestała generować wielopokoleniowe nieszczęścia i krzywdy.

[Ok... Jak już wspomniałam, ten post pisałam dawno temu i na sporym nerwie. Wielu osobom może nie spodobać się to, że nie opakowuję przekazu w neutralne, poprawne, idealnie okrągłe, sterylne od triggerów emocjonalnych, uczesane słówka. Trudno. Zależy mi na autentyczności moich treści i nie zamierzam kastrować blogaska z mojego firmowego toyadziego sznitu. Wyrosłam już z ciasnego i niewygodnego akwarium dla people-pleaserów.]


*
Photo by Anatol Lem on Unsplash

18:04

Szaman Lotofag w czasach zarazy.

Szaman Lotofag w czasach zarazy.
Hejka Miśki! Mam nadzieję, że trwacie w dobrym zdrowiu i pogodzie ducha... mimo wszystko :)

 *

Tak sobie pomyślałam, że dam znać co i jak u mnie w tych osobliwych czasach.

Noo... tak z grubsza, bo nie zwykłam rozścielać prywaty w internetach :)

Rok 2020 miał być naszą biczą, nowa dekada, nowi my. I co? I ch... Oczywiście to nawiązanie do noworocznej szajby postanowień to tak pół żartem pół serio, ale ja - zapewne jak większość osób - miałam jakieś plany i cele do zrealizowania, z których wiele natrafiło na twardy reset. No i co teraz? Ano... nic. Plany i cele zawżdy warto mieć, coby nie dryfować w rzece życia z nurtem przypadku jako ten śmieć, ale - trza być świadomym płynnej zmienności naszego żywota oraz świata. I zachowywać elastyczność.

Jako aspołeczny ciul introwertrzyca w zasadzie nie odczułam dotkliwie tego całego social distancing. Jako copywriterka od paru lat i tak pracuję zdalnie przez większość czasu. Owszem, "trochę" co innego wybierać własne towarzystwo i siedzieć na zdalce z wyboru, a co innego - z powinności. Ale cóż, teraz tak trzeba i to chyba najlepszy sposób na przyczynienie się do szybszego wygaszenia ognisk tego gó... i pozbycia się wreszcie z głowy tego złowieszczego słowa na K.

Przyznaję, początkowo dałam się wkręcić w świrówkę z obsesyjnym czytaniem wiadomości i statystyk, ale ujrzawszy co stresor robi z moim organizmem (bezsenność, wysyp atopowych zmian po wielu latach remisji) - powiedziałam sobie ok, stop, dość. I wróciłam do swojej "normalnej" codziennej rutyny, wzbogaconej o jeszcze troskliwsze akty miłości względem siebie i bliskich.

Co pomaga mi przetrwać ten dziwny czas? Z pewnością podejście typu "dzień za dniem", które dokumentuję czymś w rodzaju kryzysowego dziennika pokładowego :) Robiłam już tak w trudnych momentach i działało. A poza tym:

1.) WDZIĘCZNOŚĆ I RESET PRIORYTETÓW. Nagle z kryształową klarownością dostrzegamy, co jest tak naprawdę ważne, a co mniej. Wbrew pozorom, zdrowie, jedzenie, dach nad głową, rodzina nie są taką oczywistą oczywistością. Naprawdę powinniśmy być cholernie wdzięczni za to, co mamy. :) Być może niektórym ludziom dopiero groźnego wirusa trzeba, żeby się zatrzymać w biegu i sobie to uświadomić. A innym pewnie nawet wirus nie pomoże i są źli na to, że nie mogą uprawiać cardio-shoppingu po galeriach. Nie wszyscy jesteśmy w tym samym punkcie świadomości - i to jest okay.

ALE... tutaj muszę wspomnieć, że bawią mnie niektóre "oświecone filozofy", których teraz istny wysyp na fejsbukach i innych instagramach, głoszące z pozycji moralnego absolutu, że przeto wirek w koronie przybył zbawić zepsuty świat od krwiożerczej konsumpcji i kapitalizmu. Ku chwale duchowej głębi, czy coś...

Seriously Karen. It's not that deep.




2.) ŚMIECH. Poczucie humoru nieraz ratowało moją psychę w najczarniejszych momentach. Wiem, że niektórzy mają turbo poważne podejście do poważnych spraw, ale tu nie chodzi o bagatelizowanie czy obśmiewanie tej EWIDENTNIE trudnej sytuacji, tylko o terapeutyczne oswajanie jej poprzez śmiech. Skoro darcie szat i włosów z głowy nic nie pomoże, czemu nie zredukować napięcia przy pomocy pociesznych kwarantannowych memów i filmików?

3.) DOMOWE SPA. Podczas dłuższej izolacji łatwo zgnuśnieć i wyhodować w sobie wielkiego obleśnego lenia. Nie ma! Codziennie motywuję się do drobnych, pielęgnacyjnych rytuałów, np. włosingów, szczotkowania na sucho, balsamowania zewłoku Palmersem, olejkowania skórek i tym podobnych głupotek-nie-głupotek, które terapeutycznie przekierowują moją uwagę w przyjemniejsze i bardziej beztroskie rejony.

5.) ODWŁOK W FORMIE. Ćwiczonka. A konkretnie - moje ulubione interwały przeplatane jogą. Za te pierwsze dziękuje mi doopa, a za drugie mój zdezelowany kręgosłup. Odpalajcie YouTube i jazda. Nie wiem jak Wy, ale ja nie zamierzam wyjść z kwarantanny jako roztyty i rozmemłany slob. Poza tym - endorfiny! Tego teraz potrzebuje nasz udręczony mózg!

Ale! Pamiętajcie, że nie chodzi o opresyjne ciśnienie na produktywność, tylko o troskę o ciało i ducha. Ja też wzięłam dwudniowy urlop i przeleżałam go w poduszkach, bo byłam przytłoczona tym wszystkim i potrzebowałam się odciąć, ponicnierobić przez chwilę, zebrać myśli. Jeśli tego potrzebujeta w danym momencie - nie krępujta się. Tylko trzeba uważać, żeby "gorszy moment" nie przeciągnął się w gorszy tydzień, dwa, miesiąc... bo to często hajłej do wpadnięcia w głębszy dół.

6.) OGAR DOMOWY. Nie musicie mi mówić, jakie to kuszące popaść w wizualny wyjebanizm siedząc sobie na tyłku w czterech ścianach, ale zapewniam, że snucie się po chałupie w zapierdzianych dresach i z niemytym kołtunem na głowie nie oddziałuje korzystnie na nasze morale. Mało tego, gdzieś kiedyś czytałam, że paradowanie w barchanach i na śmierdząco obniża naszą wydajność intelektualną (serio). Wygoda - tak, niechlujstwo - nie.

Ja osobiście ostatnio mam klimat na mroczny, wampirzy glam domowy... :> Z rozkoszą popierniczam sobie w burgundowej satynie tudzież orientalnych kimono-peniuarach. Czuję się jak milion dolców.

7.) URLOP OD SZPACHLI. Moja gęba odpoczywa sobie teraz od makijażu, za to ładuję w nią bogatą pielęgnację. Z upiększeń jeno henna na brwi i rzęsy, jak mam lepszy dzion, to i krecha jaskółcza na powiekę wjedzie, jakiś lekki korektor pod gały (niestety, muszę, żeby nie wyglądać jak po dziesięcioletnim romansie z heroiną) - et voila! Tyle wystarczy. Cudowny minimalizm kosmetyczny i na nowo odkrywana przyjaźń z naturalnością.

8.) VIDEOKONFA Z ZIOMECZKAMI. Nawet taki samotniczy, wielbiący swoją kryptę Wąpierz jak ja potrzebuje od czasu do czasu kontaktów towarzyskich z ulubionymi ludźmi ;) Fajnym pomysłem jest odstrzelenie się jak na imprezkę, szkło polane winiaczem w dłoń, odpalenie kamerki i udawanie, że jesteśmy w fensi lokalu. 

9.) INWENTARYZACJA. O obstrzątaniu chałupy od podłóg po sufity wszyscy trąbią wszędzie. Ja robię także selekcję w szafach i poupychanych po komodach rozmaitych szpejach. Planowałam "kilka" wydatków związanych z wiosennym odświeżaniem garderoby, ale w obecnej sytuacji nie zamierzam szastać groszem na łachy, które założę... yyy nie wiadomo kiedy. (Co innego perfumy :> Lub biżuteria :> )

10.) ODŻYWIANIE WEWNĘTRZNE. Tak. Ileż rzeczy ja mam na myśli pisząc o odżywianiu wewnętrznym! Mam na myśli skierowanie naszej uwagi do wewnątrz, pobycie ze sobą, realizowanie dawno odkładanych na bok pasji, oglądanie zaległych filmów, czytanie ulubionych książek (ja jadę z Wiedźminem po-raz-nie-pamiętam-który), ale także - dbanie o to, co konsumujemy, zarówno w zakresie tego, co fizycznie pakujemy do dzioba, jak i tego, co chłoniemy oczami oraz uszami. Nasz układ immunologiczny potrzebuje teraz naszej miłości jak nigdy. Co oznacza dbanie o zdrowie, jak i wystrzeganie się dysharmonii naszego spirytu. Ot co. Kontrolujmy sytuację wokół nas, ale bez popadania w spiralę grozy i paniki.

I pamiętajcie - nawet najdłuższa żmija przemija. Trzymmy się tedy w zdrowiu i ciepełku - będzie dobrze! :)

*
Photo by Simone Viani on Unsplash



Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger