22:21

Wiktoriańskie fascynacje i fiksacje Toyada. No kto by się tego spodziewał :)

Wiktoriańskie fascynacje i fiksacje Toyada. No kto by się tego spodziewał :)
Od wielu, wielu lat, czuję jakąś wybitną "miętę" do "klimatów" dziewiętnastowiecznych, wiktoriańskich, w zakresie literatury, architektury, ubiorów, fotografii, etc. Artefakty estetyki tamtego okresu mnie po prostu każdorazowo rzucają na kolana, zwłaszcza w zestawieniu z dzisiejszym wszędobylskim paradygmatem "iścia" na łatwiznę - byle jak najszybciej, dużo i tanio...

Marzy mi się kiedyś trip na południe JuEsEndEj - Savannah ("Północ w ogrodzie dobra i zła" - film - polecam wszystkiemi członki!), Atlanta, Gettysburg, Nowy Orlean, Charleston i co tam jeszcze. Ówczesne domy ocalałe z wojny secesyjnej, plantacje, posiadłości, miejsca. Południe jest totalnie fascynujące... konglomerat historycznej niesprawiedliwości, przemocy, i z drugiej strony jakiejś takiej aury tajemniczości, nawet niewinnej sielskości, sama nie wiem. Na Południu jest też stosunkowo wiele zjawisk paranormalnych, nawiedzonych lokacji itd.

(Angielskie mieściny z zabytkowymi domami, kościółkami etc. też są w planie moich przyszłych włajaży, w szczególności sentymentalna pielgrzymka do Haworth!)

Tak czy inaczej! Co mnie tak inspiruje w tych klimatach..? Cóż, relatywnie stara już jestem, i im dalej posuwam się w latach, tym bardziej tęsknię za czymś, co było apoteozą piękna, majestatycznego rozmachu, co było obliczone na swoistą wiecznotrwałość. Ludzi nie zrażała perspektywa misternej, żmudnej dłubaniny, gdyż efekt końcowy przeważnie wart był zachodu. We współczesnych rzeczach materialnych (i nie tylko...) najbardziej wkurza mnie ich nietrwałość, prostactwo formy i lichota wykonania. Wszędzie obrzydliwa obfitość wszystkiego, a przyzwoitej jakości ze świecą szukać... Niedawno wygrzebałam ze strychu ponad trzydziestoletnią, skórzaną listonoszkę mojej mamy - poza drobniutkimi otarciami, wygląda idealnie! Wewnątrz porządna mocna podszewka, mnóstwo praktycznych przegródek (nie cierpię torebek w postaci jednego przepastnego wora z mini kieszonką na telefon). Wyobrażacie sobie, żeby którekolwiek sieciówkowe, niewarte swej ceny badziewie przetrwało w stanie nieomal idealnym choćby sezon przy codziennej eksploatacji? Noł faken łej. I sooorryyy, ale torebczak to taki mój swoisty mikrokosmos oraz drugi dom, i przeżywszy frustrację po serii nieudanych torebek wiem, że wolę wydać np. raz 500 zł i mieć coś konkretnego na lata, niż 5 razy po 100 i wszystko zbiorczo wywalić do kontenera po roku. To taka dygresyjka.

Architektura. 

Łypnijmyż no choćby ślipiem na poniższy tumblr:

victorianhouses.tumblr.com

A jak nie chceta, to i tak wam wlepia:












 
Potrafię takowe scrollować z bezwładną żuchwą godzinami... Faktem jest, że domostwa tego typu często wzbudzają rzygawicze czknięcia u miłośników modnego aktualnie "szpitalnego" minimalizmu (biel, szkło, stal, pusta przestrzeń, ascetyczne wzornictwo)... ;) Owszem, sama nie jestem przekonana, czy aby na pewno chciałabym dzisiaj mieszkać w takiej eklektyczno - wybujało - monumentalno - spektakularno - nadziubdzianej hacjendzie, ale to głównie ze względów pragmatycznych - bez pomocy służby nie dźwignęłabym utrzymania takowej w ładzie i czystości. Zresztą, nie wszystkie wiktoriańskie haviry były aż tak odpindrzone, część była jednak bardziej wizualnie stonowana. Ale co by nie gadać, że przeżytek, że zbytek, że nowobogacki kiczowaty przepych tudzież blichtr (ale przynajmniej "odjebany perfekcyjnie" - w przeciwieństwie do obecnych koszmarków...) - to budownictwo miało o całe niebo wincyj stajla i KLIMATU, niż, przykładowo, przeszklone wielkomiejskie fallusy. Albo siermiężne kwadratury burego betonu.
 
Fotografie. Cóż... dzisiejsze samojebki mają swój krotochwilny urok, nie powiem. Szczęśliwie mało kto materializuje je dla potomności na papierze... :) Ale ostatnio pół dnia spędziłam z rozdziawioną z zachwytu gębą nad portretami autorstwa Julii Margaret Cameron. Ta dostojna matrona, żona przy dobrze sytuowanym mężu, "zajawiła się" fotografią w wieku "pod pięćdziesiątkę", no i spójrzta - moim skromnym zdaniem, JEST MOC. Co zabawne, niejeden ówczesny nadęty Mr Knowitall protekcjonalnie wytykał Julii jej rzekome beztalencie i "słabującą" technikę - cóż, ludzka nikczemność, złośliwość i skłonność do zawiści jest stara jak sama ludzkość; dobrze, że Julia nie słuchała ujadzaczy i robiła swoje. Paczta:











Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie te portrety są po prostu... NIESAMOWITE. Oczy portretowanych, ich wyraz, czy nawet....eee... dusza nieśmiertelna?:P - są uchwycone w przyprawiający o ciarki na grzbiecie sposób... I ta subtelność, jakaś oniryczność, lekkość. No po prostu magia. Druga zabawna rzecz, to fakt, iż - mimo dzisiejszej nieomal omnipotentnej techniki fotograficznej (wyśrubowany sprzęcior, postprodukcja, supermoce z fotoszopa) - mało komu udaje się choć ZBLIŻYĆ do klimatu pani Cameron, a uwierzcie, że wielu próbuje ją naśladować... Efekty uderzają zbytnią dosłownością, gryzącą w oczy ostrością, niecierpliwością w oczach modela. Swoją drogą, ciekawam, jak Julia wydobywała z dziecięcych twarzyczek ten przejmujący, tragicznie "dorosły" i refleksyjny wyraz... Biorąc pod uwagę długi czas naświetlania... Może dzieci były wtedy jakieś inne, ja nie wiem. W każdym razie, szacun i wszelkie wyrazy czołobitnego uznania z toyadziej strony.

Moda. Kurczę... No mam nieodparte wrażenie, że niezależnie od majątku i wieku, panie wyglądały jednak o wiele bardziej elegancko i korzystnie w tych wysokich upięciach włosów i sylwetkach komplementowanych przez długie spódnice i gorsety, niż ogół dzisiejszych dzierlatek i matron. Tjaa, sama noszę na ogół portki, tiszerciwa i trampki, ale cichaczem marzą mi się piękne sukienuchy z materiałów typu batyst czy muślin i gazylion haleczek pod kiecą; ponadto niezależnie od posiadanej figury wymodelowana w klepsydrę sylwetka ZAWSZE prezentuje się pięknie. Damesy z dziewiętnastowiecznych fotogramów pewnie przewracają się w mogiłach na widok dzisiejszych nastolatek w opiętych do niemożliwości biodrówkach prezentujących w przykucu "dekolt hydraulika"... yyy plus oczywiście czerwone koronkowe stringi z poliestru, coby beło SEKSI. Brrrr. Podoba mi się też idea "sprawiania sobie garderoby" co kilka sezonów, na wymiar, wedle spersonalizowanych preferencji. Wszystko spójne, przemyślane, żadnych przypadkowych szmatek, dobrze zainwestowane hajsy. Jeszcze kwiaty, prawdziwa(!) biżuteria na ozdobę! Ha, do tego "otwarte karty" w zakresie fizjonomii - praktycznie brak tapeciarstwa, oszczędny makijaż... wot, zazwyczaj odrobina barwiczki na puce. Ewentualnie przyciemnianie brwi i rzęs.

Podsumowując - taaak, jestem stara i hołduję mitom o Złotego Wieku :D A tak serio, to wcale nie. Nie chciałabym żyć onegdaj, mimo wszystko; współczesne czasy pozwalają mi na przeszczepienie fajnych elementów tamtych czasów do swojego życia, np. mogę sobie sprawić taką suknię (rekonstruowaną), mogę pojechać w podróż i uradować gały spacerem po Savannah, mogę zajeżdżać w tę i we wtę "Przeminęło z wiatrem" lub "Wichrowe Wzgórza", mogę inspirować się wiktoriańskim stylem przy urządzaniu mieszkania, ustrzelić jakieś stare klimatyczne bibeloty na pchlim targu etc. Przy okazji jednak jestem doskonale świadoma walorów życia tu i teraz, głównym w nich jest właśnie... yyy świadomość i mnogość  opcji do wyboru; czynię też dzięki za obecny poziom higieny i wiedzy medycznej (polecam przeczytać "Stulecie chirurgów", momentami horror).

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger