19:09

I'm gonna kill you. Hahaha! No, seriously. Run.

Jeden wypad po sprawunki "na miasto", a tak wiela obserwacji socjologicznych..!

Jednak słuchafony na uszy podczas użytkowania komunikacji miejskiej się przydają. Nie trzeba wysłuchiwać głośnych deliberacji na temat cudzych poglądów politycznych i stanu zdrowia. Dziś miałam wątpliwą przyjemność być uczestnikiem egzaltowanej licytacji pięciu (trzech starszych, dwóch w średnim wieku) osób o tym, kto jest "chorszy", dowiedziałam się niechcący wiele o zwyrodnieniach stawowych i ostrogach... ze szczegółami... ehh. Szczęściem nie rozmawiano o stanach zapalnych przydatków. Nie o to chodzi, żeby ludzie ze sobą nie rozmawiali, ale darcie, za przeproszeniem, japy, na tematy - jak by nie patrzeć - dość prywatne, naraża osoby postronne na dyskomfort, konsternację i niesmak... Plus jest taki, że wysiadłam dwa przystanki wcześniej i zaliczyłam przyjemny spacerek :)

Następna sytuacja. Urząd. Petenci, w tym Toyad, ogonkują cierpliwie pod drzwiami, upewniwszy się, że zajęli miejsce po ostatniej osobie z kolejki. I zawsze, ale to ZAWSZE wparuje z impetem do budynku taka żeniby wielce "roztargniona" krowisia i "nie zauważywszy" tłumu ludzi pod drzwiami szturmuje owe drzwi od kopa. Zwrócić takiej uwagę, to robi okrągłe oczy i rżnie głupa w stylu "oj, to państwo też czekają do pokoju X?" - nie, karwia, tak se tylko lubimy zabijać czas, akurat w tym miejscu. Przeczekujemy ulewę, gdy świeci słońce. :/ Damn, jacy ludzie są głupi i/lub bezczelni... W poczekalni do lekarza to też niestety standardzik.

Dobra, załatwiłam co miałam załatwić. Idę na przystanek. Parę metrów przede mną dziarsko sadzi młode, wyjątkowo zgrabne dziewczę w nonszalancko obszarpanych ołwersajzowych (nioch nioch nioch) dżinsach, wysokich butach, ramonesce i rozwianych pięknych naturalnych włosach do talii. Z przyjemnością za nią podążałam i myślałam sobie, że kurczę, fajnie ta dzisiejsza młodzież wygląda! :) Dziewuszka minęła ławkę, na której siedziały jakieś dwie zgarbione pindy i akurat jak przechodziłam obok nich, usłyszałam z jakim jadem krytykowały tę, co ich minęła... Aż rzuciłam z niedowierzaniem okiem na te obgadujące franceloty - i cóż, tak jak było do przewidzenia... obie z twarzy podobne zupełnie do nikogo, jedna na głowie miała dwa smętne wytłuszczone strzępy na krzyż, druga suchego jak drewniany wiór rudego zaondulowanego pudla, nie pamiętam jak były ubrane, pamiętam, że z całokształtu waliło po oczach pospolitością. Nie to, żebym broniła obszarpanych spodni, bo nie każdemu się muszą podobać, aleee... wiecie, chodzi mi o ten charakterystyczny syk żmii za plecami :> 

Dobra, jadę wreszcie autobusem do GalRzesza. Autobus naładowany ciżbą jak meserszmit. Toyad dynda na zakrętach ucapion rury w pobliżu środkowego wyjścia, gdyż za chwilę wysiadka. Buja autobusem na nierównościach, ciężko utrzymać równowagę. Do przystanku jeszcze kawałek, tymczasem w stronę wyjścia przepycha się już jakieś "zapobiegliwe" babsko z tobołami i ciężko a smrodliwie sapiąc, brutalnie napiera na plecy i rękę biednego Toyada - bo przecież musi być pierwsza, jak się drzwi otworzo! Coby jej przed nosem nie zamkli! Trza zdążyć! :O 

Arrrrgh!!!

Na szczęście jużem w domu, popijam kawę, relaksuję się... :)

22:23

Ni K ni D się to nie trzymie! :/

Ni K ni D się to nie trzymie! :/
Zrobiłek se podczas konsumowania zupy z dorodnego łańcuckiego dyniacza fejk septuma, ło:


Tło z premedytacją pociapałam, albowiem znać beło zeń artystyczny piergolnik w pokoju... :P

***

Taka se łaziłam pozytywnie oczadzona chłonąc pierwsze mgielno-listne wyziewy jesieni... i ostatnio jakoś diabli wzięli mój romantyczny amok - w chałpie nie grzejo, co rano trauma wygrzebywania się spod cieplutkiej pierzyny wprost w chłodno - stęchłą (okno zamknięte na noc) zawiesinę, szybko zmierzcha, w dzień buro i smętno i mżawa, no i mózg też już "zajarzył", że chyżo nadciąga Wielka Smuta jesienno - zimowa. Entuzjazm mię tedy stopniowo opuszcza, subtelnie uchodzi jak powietrze z mojej piłki poddupnej korzystnej kręgosłupowi.

Swoją drogą, korzystnej bardzo - gorąco polecam wszystkim jojczącym w temacie "kręgosłup". Odkąd bujam się codziennie (ot, po prostu balansuję siedząc np. przy kompie) na takiej dużej ćwiczebnej piłce - cykliczne boleści odcinka lędźwiowego zaprzestały nawracać. Mię. Yyy. W sensie... do mnie.

Ale wracając do tematu - owszem, zblazowanam ostatnio. Chce mi się spać i... żreć, za przeproszeniem. Atawizmy chromolone, demyt..! Uszami już klaskałam, bo parę kilogramów poszło weg, ale... waga dziś wskazała, że wzięły se jeno krótki urlop:/ No cóż. Staram się znów zalewać głodomora hektolitrami wody. Ale bywa, że lodówka jakoś tak bliżej w danym momencie sta... zwłaszcza, jak PMS się dodatkowo przyplącze, a ów niestety zaostrza się wraz z zaawansowaniem w leciech... :/

***

Jak zwykle na jesień (i wiosnę) zwieram swe poślady w uogólnionej krucjacie prozdrowotnej i sprzyjającej powabom... ;) Familia z mojego poduszczenia przeprowadza gruntowne profilaktyczne odrobaczanie przy pomocy Zentelu (tęgi kaliber) wspomaganego ziółkami. Odkąd zainteresowałam się kilka lat temu potencjalnymi przyczynami Atopowego Zapalenia Skóry (i różnych innych przewlekłych badziewi) - o których się powszechnie nie mówi, a lekarze zazwyczaj enigmatycznie bąkają o etiologii autoimmunologicznej, tudzież podłożu dziedzicznym, i wypisują receptę na kolejny sterydzik - moje problemy skórne praktycznie... zniknęły. O tej porze roku powinnam już, zgodnie z tradycją, mieć czerwone swędzące łaty w zgięciach łokci i na szyi, tymczasem - czysto, gładko. Jakieś trzy lata temu rzuciłam się desperacko na zmasowane oczyszczanie, odpasożycanie, odtruwanie organizmu oraz testowanie różnych diet, supli. Efekty były piorunujące. Teraz już tak nie świruję (m.in. odpuściłam płukanie kichulców). Nade wszystko staram się unikać zbędnej chemii w paszy - wiadomix, że nie zawsze się da, ale nie sięgam z własnej woli po wysokoprzetworzone syfy, pijam głównie wodę lub niesłodzone zioła (mięta, lapacho, pokrzywa, herbata zielona, rooibos), z "grzesznych" napojów - kawa (niesłodzona, ale z mlekiem) i czasami alkohol, jednak raczej wino niż tuczne piwsko. Wot, drobne nawyki, a robią robotę. Pieczywa jadam mało. Nabiału jeszcze mniej. Unikam też (w miarę możliwości) białomącznych "pampuchów"... Mam niestety słabość do makaronu i w ramach weekendowego przyzwolenia na gastro rozpustę nie odmówię sobie dobrej carbonary... ;) O morale też trzeba dbać! Generalnie jednak staram się sobie nie szkodzić na co dzień. Dbam o podaż witaminy D poza miesiącami słonecznymi, suplementuję krzem. Ostatnio zjadłam też parę "setów" Calcium Panthotenicum, które rewelacyjnie przyspiesza mi wzrost włosów, a zależy mi na rychłym uzyskaniu optymalnej długości do ramion.

No i jedyne, co bym jeszcze tutaj dodała... to wincyj ruchu :) Wincyj ruchu by się przydało rozbisurmanionemu w fizycznym lenistwie y gnuśnemu w członkach Toyadu.

Kiedy deszcz rzęzi w rynnie, z dna psychy wybijają wzburzone tumany nostalgicznego szitu... *.* [tu mina Sziwy & naćpana Kasandra mode on] I taka to puenta na dzisiejszy wieczór... :)

A tak serio, to idę zara spać, bo widzita, co się dzieje.

17:38

Sentymentalny trip sierpniowy, a zaduma wanitatywna z okazji, że jesień dyszy w kyrk.

Sentymentalny trip sierpniowy, a zaduma wanitatywna z okazji, że jesień dyszy w kyrk.
W połowie sierpnia miałam okazję wybrać się z gębą po kweście w rodzinne strony... mojej rodziny ;) Przy okazji zahaczylim o zabytkowy, urokliwy i baaardzo stary (z ok. 1500 roku) kościejek drewniany w Binarowej (powiat gorlicki, 4 km od Biecza). Nie mam ambicji przytaczać tu jego historii ani mądrować się z dziedziny sztuki sakralnej, albowiem codziennie można nieodpłatnie to miejsce zwiedzać, a pani przewodniczka szczegółowo wszystko tłumaczy. Naprawdę warto. Chodzi mi jednak o podzielenie się ogólnym wrażeniem i refleksją.

Mam słabość do miejsc, przez które - jak by to szumnie nie brzmiało - "przemawiają wieki". Duch tamtych czasów. A w tym miejscu bardzo intensywnie go czuć. Pomijam już stęchły muzealny smrodek. Ołtarz, figurki i obrazy też mnie średnio fascynują. Ale polichromie... a raczej ich tematyka... WOW. Cóż za klimat! Wszystko tam oscyluje wokół eschatologii... No po prostu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że czołowymi ówczesnymi toposami były... śmierć, grzech, marność kondycji człowieczej. Wszędy na ścianach malowidła przedstawiające smętny los grzeszników na sądzie ostatecznym, diablęta perwersyjnie torturujące niegodziwców, siedem grzechów głównych upersonifikowanych pod stopami aniołów (bodajże to byli anieli), ladacznica w sukience lubieżnie odsłaniającej... kostkę, wizerunek kostuchy z ostrzem kosy namalowanym dokładnie na wysokości szyj wiernych (!), spersonifikowana śmierć dybiąca na życie niczego nie świadomego kupca dobijającego targu w karczmie... W sensie, że memento mori i nie znasz dnia. Ani godziny. A tak w ogóle to wszystko vanitas.

Dobry był jeszcze specjalny konfesjonalik do spowiedzi... yyy... rodzinnych. Tak. Kolektywne spowiadanie danej familii. Czo jakoweś tajemnice..?? :) I odprawianie pokuty pod surowym okiem spowiednika. 

W kościele panuje wilgotny chłodek i półmrok sprzyjający melancholijnej kontemplacji ludzkiego losu... :) Robienie zdjęć z fleszem jest zabronione, więc zrobiłam telefonem kilka poglądowych foci...
Zapewniam, że nie oddają nawet namiastki tamtejszej atmosfery. Ale patrzcież na te biesy..!






Liczyłam na to, że uda mi się jeszcze obfocić zapamiętane z dzieciństwa, obrosłe pnączem i legendami miejsce pochówku ofiar epidemii cholery w l. 1847-48 (Szerzyny Podlesie), potocznie zwane Czarnym Krzyżem. Czarny Krzyż, który zapamiętałam stał w leśnej gęstwinie i rzeczywiście straszył. Był stary, drewniany, zmurszały i smętnie zwieszały się z niego jakieś wątłe rośliny... wyrastał znienacka przed oczami zbłąkanego wędrowca z mrocznej leśnej gęstwy, spomiędzy pajęczyn i bluszczu... nie wiem, na ile to dziecięca wyobraźnia a na ile faktyczne wspomnienie, w każdym razie - moje rozczarowanie było ogromne, gdy odkryłam, że w miejscu starego postawiono nowy, mały betonowy krzyż z oficjalną tabliczką, wybrzuszenie terenu sugerujące zbiorową mogiłę elegancko wydzielono słupkami, i... jakoś tak... to już nie jest TO :) Jako bachorzęta trwożliwie słuchaliśmy lokalnych legend i później z ciarami na grzbietach lokalizowaliśmy w trakcie długich spacerów to "przeklęte" miejsce w lesie :)

Przy okazji familijnej wyprawy pozachwycałam się tym, że żmija podczas spaceru po łące spod nóg czmycha, poubolewałam nad nieogarnionym chamstwem ludzkim objawiającym się w zanieczyszczonym śmieciami i zmętniałym potoku, w którym dawno temu brodziłam z kuzynką i zbierałyśmy w przejrzystej wodzie "kacze mydła", a srebrne rybki śmigały nam pod nogami. Ehh. Cóż, na starość człowiek robi się sentymentalny... :) Wybaczcież.

I do następnego. :)

* Zaduma wanitatywna w toyadzim wykonie:

19:29

Overthinking..?

Pozwolę sobie poczynić kilka luźnych uwag tytułem upuszczenia strutej juchy.

O czymże to ja się ostatnio przekonałam ponad wszelką wątpliwość, a raczej - utwierdziłam w przekonaniu.

O tym, że... Gdybym miała, czysto hipotetycznie, wyekspediować z trwałym skutkiem w kosmos jakąś grupę hominidów... to (zaraz obok jakichś zwyrodnialców i zbrodniarzy) poleciałaby przaśna tłuszcza charakteryzująca się ignorancją vel "głowa we własnej dupie", zerową refleksją (bo i cóż tu rozważać, kiedy ciemnota i ciasnota) oraz - obowiązkowo - gorliwą dyspozycyjnością do autorytarnej szczekaniny wszem i wobec, a już zwłaszcza w internetach. 

Przerażający jest brak jakiejkolwiek pokory wobec własnych wąskich horyzontów... Owszem, warto mieć "swoje zdanie", stanowisko w danej kwestii, ale czasami więcej "jaj" wymaga uczciwe przyznanie się do konsternacji - spowodowanej, chociażby, pływaniem w smrodliwie popiardującej od dna medialnej magmie dezinformacji i manipulacji... Nieufność, wyważenie i ostrożność wobec serwowanych zewsząd na tacy rewelacji wydaje się rozsadną postawą... Zaś tokujące z gębą eksperta krzykaczki i krzykacze - zwłaszcza używający populistycznej, plugawej retoryki - przyprawiają mnie o autentyczny, mizantropijny rzyg.

I nie chodzi mi wyłącznie o uchodźców... Równie dobrze może być to kwestia futer naturalnych, skór naturalnych, mięsożerność vs roślinożerność. Zniesmacza mnie i odrzuca POZIOM praktycznie każdego "gorącego" dyskursu na tle polityczno-światopoglądowym. A szkoda, bo twardo uważam, że pluralizm opinii i rzeczowe(!) argumenty uczciwie(!) brane pod uwagę przez wszystkie(!) strony mają ogromny potencjał rozwojowy. Takiego potencjału nie ma natomiast wzajemne obrzucanie się błotem... Jak kilkulatki w piaskownicy wojujące o łopatkę, dla których kontrolowanie emocji rozumem to jeszcze abstrakcja. Ale... dorośli ludzie..? Żeniby tacy wielce cywilizowani..?? Ręce opadają.

To, co mnie zatrważa, to to, że wyważonych, racjonalnych, nie-oszołomskich wypowiedzi jest na pierwszy rzut oka promil. Jedyna nadzieja w tym, że co mądrzejsi ludzie nie mają zazwyczaj tendencyj do mitrężenia czasu na jałowej szarpaninie z "omnibusami", co właśnie wypełzli spod otoczaka rzecznego i dorwali cud techniki komputrem zwan. Mam tedy nadzieję, że to, co czytuję w internetach i słyszę w realu, nie jest miarodajną próbką społeczeństwa, w którym żyję. Mam, karwia, nadzieję... :/

Jeszcze raz powtórzę - można mieć odmienne, nawet skrajnie odmienne opinie na KAŻDY temat. Praktycznie nie ma chyba sporu, w którym po obu stronach nie padałyby logiczne argumenty. Zauważyłam, że zazwyczaj im mniej argumentów, tym więcej emocji, a im więcej emocji, tym trudniej o argumenty...

I to w zasadzie wszystko, co mam tu do powiedzenia. To nie jest wszak docelowo blogas o "poważnych" wiekopomnych sprawach. Mam już zresztą po kokardę całej tej histerycznej gównoburzy, doprawdy. Całe szczęście, że niezawodne fashionistki postują niezmordowanie jeno nowe fatałaszki, mejkapy i inspirujące selfies Kylie Jenner - bez sarkazmu, teraz to strach otworzyć lodówkę...

(No dooobra, nutka sarkazmu jednak była...)

Przygnębionam po prostu - zarówno samymi zawirowaniami dziejowymi, jak i medialnym gnojem wokół nich. Tyle.

21:31

Nie napalaj się jak szczerbaty na suchary...

Nie napalaj się jak szczerbaty na suchary...
Eee... no właśnie, bo ja się napaliłam. Na wełnianego czarnego kapeluta, na eleganckiego shoppera, na grubaśny pledo-szal... Wełniany kapelut okazał się projektowany z myślą o jedynie słusznym "uniwersalnym" rozmiarze i kształcie łba, ehh, "elegancki" shopperek przy wnikliwych oględzinach wykazał szpetnie posklejane brzegi, smród chińskiego plastiku, dysfunkcyjność wewnętrzną ("latająca" luzem poliestrowa kosmetyczka bez żadnych dodatkowych przegródek ani kieszonek), zaś szale... hmm, szale nie były złe, ale - kolory bez szaŁu :P Wiem, wydziwiam strasznie. Szal musi być jednak twarzowy, albowiem jest noszony w bliskim sąsiedztwie fizis, zaś w bliskim sąsiedztwie fizis osoby o ciepłym typie kolorystycznym chłodne i przygaszone kolory (burgundy i popiele - skądinąd cudowne) wyglądają smętno i blado... Ze dwa mi się jednak spodobały - beżowiaczek ożywiony wstawkami ciepłego różu i kraciaczek również zorientowany na ciepło-beżowo-wiśniowo-cośtam. Obydwa przyłożone do, za przeproszeniem, ryja, z miejsca przydawały mu blasku i urody. Temu ryju.

Cóż, krew mi oczami nie idzie na razie. Pożyjem, uwidzim.

Jedną z rzeczy, na które jestem od dłuższego czasu srodze napalona, są midi rings. Takie małe pierścionki noszone wyżej niż "normalnie". Coś w tym stylu:



Pełno tego wszędzie po sieciówach, sama kupiłam podobne w H&M, ale po chwili złota farbka z nich paskudnie spełzła i 25 zeta jak psu w tyłek wsadzić. Mimo wszystko drogo jak na jednorazówkę. Z kolei w "lepszych" sklepach (srebro, złoto) ceny nieco od czapy a i dizajn paradoksalnie mniej atrakcyjny... Jakieś infantylne serduszka, kiczowate cyrkonijki itp. Jeszcze nie sprawdzałam na DaWandzie i generalnie wśród artystów rękodzielników - może to jest dobra opcja? Jak zacznę na Etsy grzebać, to pójdę całkiem z torbami, więc póki nie opływam zanadto w zbywalne hajsy muszę bardziej cyzelować wydatki.

Od dziś jestem szczęśliwą posiadaczką Lanvin Eclat D'Arpege. Śliniłam się na ten zapach od dłuższego czasu. Nie jest może tak unikalny, wyszukany i ścinający zachwytem jajca jak kadzidlany Black Cashmere Donny Karan, ale - doskonale nadaje się na "codzienniaczka przyjemniaczka świeżaczka" i ma jakiś taki... leśno-elfio-sensualny wdzięk. Albowiem kojarzy mi się właśnie z taką jędrnodupną elficą w zielonych aksamitach (yyy... za duzio prozy Miszczunia Sapkowskiego za nastoletniości??). Nie boli mnie od niego dynia, wręcz przeciwnie, pół dnia obsesyjnie przytykam zgięcie lewego przedramienia do stęsknionej kichawy i ciągle mi mało... mogłabym się tarzać w tym zapachu. Po mchu. Z oną elficą.

Swoją drogą, ostatnio bliski jest mi temat manicure hybrydowego i zbieram inspiracje z dziedziny "stylizacji" szpona. Odkryłam kilka świetnych kont-kopalni inspiracji na insta... ale... czy to ze mną jest coś nie elo, że nie czaję fenomenu ekstremalnie wydłużonych "trumienek" albo "stilettos"..? Pół biedy, jeśli stylistka ogarnia coś takiego, jak symetria względem osi i potrafi nadać perfekcyjny kształt tym trumienkom/szpadrylcom... ale z tego co widzę, dalece nie każda, nawet wśród "profesjonalistek", to potrafi :) I co z tego, że zdobienia misterne, jak kształt nieestetyczny... O, albo jeszcze robienie na siłę z naturalnie szerokich i krótkich paznokci sztucznie długich i wąskich. Jak lody w rożku. Bitchz, please. Krótkie "męskie" paznokcie potrafią też fajnie wyglądać, jeśli są zadbane i noszone z bezpretensjonalną godnością! :) Moim osobistym ulubionym kształtem pazura jest naturalny migdał, ewentualnie zaokrąglona na "rogach" ścięta równo "półrurka"; nie przepadam za przesadnie długimi szponami u siebie - denerwuje mnie wtedy głośne stukanie o klawiaturę i ogólnie jakoś tak... mam wystarczająco "wiedźmowato" długie i wąskie palce, żeby je jeszcze optycznie ukrogulczać... :P

Bla bla, podczytam sobie jeszcze "Bożych bojowników" do poduchy i zmykam się regenerować wypoczynkiem nocnym. Przy świeżych i cudownie chłodnych (wreszcie!) podmuchach z uchylonego okna... :)


20:59

Dear Lord... Just stay out of my way. Amen.

Daaamn... ależ mi tu blograjdół zarósł chwaściem wszelakiem! 

W tym roku kontynuacja punktów zwrotnych oraz kamieni milowych z roku poprzedniego. Wypatruję, kurza melodia, momentu, aż życie przestanie mną rzucać jak pies flakiem i moja chybotliwa tratewka dobije do jakiejś urokliwej wyspy, o której nawet Pambuk zapomniał*. 

* - A propos wyspy. Gdyby ktoś Was kiedyś zapytał (dajmy na to, w ramach suchara na rozmowie o pracę - jak u mnie) o 3 rzeczy, które byście zabrali ze sobą na bezludną wyspę, to błagam, nie odpowiadajcie jak "ohoho-popiszę-się-wyobraźnią-godną-rozwielitki-o-ambicjach-hipsterskich" gimbo-przychlasty, tj. że oczywiście internety, loffcianego ajfonka/maczka, rodzinkę, książki czy coś równie uderzająco błyskotliwego i oryginalnego. No kaman. Bierzemy jakiś plecak z niezbędnikiem surwiwalowym (apteczka, maczeta do wyrzynania buszu, ciepły śpiwór, mile widziany jakiś kitrak a'la namiot), broń palną (w celach samoobronnych lub - w ostateczności - samobójczych) oraz gruuuuby notes celem snucia memuarów. Wot, taka dygresja.

Ale u mnie ta mityczna wyspa to po prostu alegoria. Alegoria kawałka stałego lądu pod sędziwym trzydziestoletnim tyłkiem. Alegoria delektowania się świeżą bryzą i kojącym szmerem fal, przewidywalnością krajobrazu, jego dzikością i pięknem. Deficyt pierwiastka ludzkiego też jest tu raczej umowny; chodzi mi głównie o odcięcie od osobników toksycznych.

Meh. No cóż. Pozostaje zagryźć zęby i wiosłować, wiosłować, wiosłować... I po drodze starać się doceniać każdy podmuch dobrego wiatru w wątłym żagliku. Dżizas, brzmi jak pijacka gadka quasi-motywacyjna, a ja jestem CZEŹWA niczem przysłowiowa świnia... wstyd, Toyad. Ić spać, Toyad. Nuże, paszoł won, Toyad..!

***

Ponoć dziś ostatni dzień upałów. Prawdę rzekłszy, mam już po kokardę takich temperatur i z sentymentem wypatruję jesieni. Wczesnej, umiarkowanej, złotawej. Klimatycznej, z lekka dekadenckiej, poranno-mgielnej i wieczorno-dymnej, kapeluszowo-szalowo-płaszczowej, ale jeszcze bez zamarzających w plenerze smarczanych stalaktytów zwieszających się malowniczo z czerwonawej kichawy...

Przeszłam się dziś po galerii (tak, takiej jak GalMok albo GalKrak) i nawet nawet siecióweczki łyknęły niekiepskiego boho klimata. Fajne stonowane kolory, niezłe kroje, transparentne bluzki koszulowe, krata, olbrzymie koco-szale, przyciężkawy obuw, interesująca biżuteria i torebki odbiegające odrobinę od sztampy poprzednich sezonów. Szkoda, że wszędy jednak praktycznie to samo (drobne niuanse kolorystyczne i cenowe) i szkoda, że jednak np. biżuteria w sieciówach to (przeważnie) GUNWO nad gunwami, co druga sztuka koślawa, wyszczerbiona, a i śmiem suponować, że dwa razy na szyję/uszy/palce założysz, a zacznie czernieć i ujawniać bury stop najbadziewniejszych metali, o brudzeniu skóry już nie wspomnę... Bleh. Tani blichtr wzbudza mą nieufność, cóż poradzę. Szlag mnie z tym trafia, bo niektóre modele np. naszyjników są zajebiste, ale nie zaryzykuję, wolę se odłożyć hajsy na, chociażby, pozłacane srebro. Enyłej, poza biżutami to te pledy na szyję i kapeluty wełniane są całkiem obiecujące. Może nawet zdradzę lumpoholizm i coś se wreszcie ustrzelę w sieciówie..?

No i TAK TO... ;) Na razie tyle, przypomniałam się, jest okejka, luzik arbuzik.
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger