18:09

Keep calm & byle do marca.

Keep calm & byle do marca.
Wżeram poświąteczne resztki i nieomal czuję, jak transformuję w poświąteczną primabaleronę. Oh well.

Styczeń będzie postny... :3

Święta. Kurtuazyjne small talki. Nie jestem dobra w te klocki; w końcu - rasowa introwertrzyca. Sylwestrowa gorączka na szczęście mnie ominie w tym roku - żadnych tam strobo mejkapów, cekinów, brokatów, sztucznych rzęs, gonitwy i umizgów. Zamierzam milusio spędzić wieczór bez żadnego idiotycznego ciśnienia na cokolwiek (nooo może z wyjątkiem flaszuni winka) u boku Mojego Ulubionego Ludzia :)

Ponoć śniegi marazy w zanadrzu. Nie cierpię tej pory roku, ale jak ma być bury syf, to już z dwojga złego wolę chyba skrzysty biały syf. A tak serio to już żyję wiosną. Żyję wiosną już od września... :P

Trochę a propos small talków i innych czczych spiardolin zwiększających "poślizg" w kontaktach społecznych... Strasznie mnie denerwuje, jak ktoś sadzi w słowie pisanym takie "refleksyjne" wielokropki w środku zdania. Oczywiśnie przed zdaniem i po nim również. Dziwna doprawdy maniera, i właśnie na fejzbuku moje gały są rażone takimi żenibynatchnionymi statusami ostatnio. Uprzedzam wujki i ciotki dobre rady - tak, wiem jak zarządzać feedem aktualności; już zablokowałam brużdżący kałtent. Drażni mnie też podpisywanie np. zdjęć w stylu "takie tam... ciuszkowo", "działeczkowo", "smuteczkowo", "pieskowo", "kotkowo" i inne kijciwnyrowo... :/ DŻIZAS. Smaga mnie to po dendrytach podobnie jak słynne już "PIENIĄŻKI". Brrr.

Tak czy siak, mordy moje, nadciąga kolejna umowna cezura w Waszych żywotach, więc życzę Wam niemania większych probsów niźli owian mitycznym nimbem sporadyczny pryszcz na jedwabistej doopie, ogólnie zacnego zdrowia i kondycji psychicznej, wiela energyi witalnej oraz "czystej krwi", nieskażonej (swoją bądź cudzą) frustracją, zawiścią i nienawistnym jadem; życzę też aktywnego poszukiwania, rozpoznawania i spontanicznego chwytania jak najlepszych cytryn, które życie podrzuca, by robić z nich zajebiaszczą lemoniadę :) Życzę Wam też COJONES do nawet najbardziej karkołomnych życiowych zmian, jeśli czujecie, że coś gdzieś poszło nie tak jak trzeba... Zdezorientowanym dwugłowym życzę ukręcenia wreszcie łba ich osobistemu (często wewnętrznemu) Kilgrave'owi*. 

To wsjo ode mnie na dziś, do miłego!


* - Toyad jest na świeżo z serialem "Jessica Jones", który niniejszym baaardzo poleca.


TAKIE TAM... TOYADZIKOWO... ;_;


22:16

AAA, czystki.

Dziś będzie li tylko o czczych z eschatologicznego punktu widzenia doczesnych pierdymałach, które jednakowoż w rozsądnych dozach przyjemnie uziemiają udręczoną kwestiami ostatecznymi duszę. Zrozumiano?

Aaa oczyszczam se skrupulatnie przestrzeń osobistą - toksyczne osobniki już od dłuższego czasu nauczyłam się bezlitośnie eliminować z moich kręgów, tudzież trzymać na sztywny dystans, ale wiadomix, że w tej materii nie lza ustawać w wysiłkach; szafa natomiast cyklicznie rzyga do worków łachami, które mi wincyj nie służą/wyrosłam/znudziłam się. Można powiedzieć, że szafa zwraca już ze swych przepastnych trzewi takie ostatnie niedobitki garderobiane. O ile "zawsze" miałam słabość do "dziubdziania" w zakresie stylówki - klimaty bohemy, zwiewności, warstwy, pełno kolorów, wzorów, wybajerzonych dodatków i WSZYSTKIEGO, to w obecnej codziennej praktyce o wiele lepiej sprawdza mi się jednak wygodnicki i uniwersalny minimalizm. Wybajerzone w opór to mogą być jedynie dodatki - biżuty, utorbienie, bucisze. Ale nie baza. Bazę zredukowałam ostro do monochromatycznych, raczej wysokogatunkowych, a zatem miękkich i miłych w dotyku, wystarczająco luźnawych (ale nie workowatych!) elementów. W zakresie kolorystyki triumfuje ostatnio ciemna strona mocy... Pierdyliard niuansów czerni i "ciepłej" szarości, plus coś, z czego nie zrezygnuję -  od zawsze bałwochwalczo wielbiony kolor wina, ponadto odwieczna szuwarkowa zieleń, która propsuje tuningowaniem barwy moich tęczówek, a jeżeli już jasne rzeczy to szampańskie lub kremowe... Chłodne błękity w kwesti dżinsu. Złoto w ozdobach. Skóra. Subtelny, wydandysowany i niejako "podskórny" rockowy/dekadencki sznit, aleee... Niestety, znam starsze od siebie "dziewuchy" (35+) które tak bardzo kochają muzyczną alternatywę (co się skądinąd chwali!), że aż zafiksowały się na swoich uniformach sprzed prawie dwóch dekad... i wyglądają jak - pardon - "ryczący" milf przebrany za własną córkę na szkolnej rockotece... :/ Takie to... SUABE, tak rozpaczliwie atencyjne :P  Żeby nie było, że Toyad ciotka klotka prawi morały - uważam, że tatuaże, dredy, piercing etc. można genialnie wizualnie zaaranżować bodaj w każdym dojrzałym wieku - pod warunkiem, że jednak nosiciel zna umiar np. w modyfikacjach, zaś ich "oprawa" jest jak najdalsza od taniej tandety i jarmarcznej wulgarności. Wszak Barbie pokolorowana na czarno nie staje się z automatu mniej kiczowata i plastikowa, prawda..? Staje się po prostu... NEKROBARBIE. :D

Nie chciałabym przedzierzgnąć się w śmiszno-straszne podmamusiałe emo o wczorajszej jędrności w kusej kiecy z gorsetowym sznurowaniem i w pończoszkach-kabaretkach, z fikuśnie (to słowo wprost idealnie oddaje "erotyzm" z meblościanką w tle) podtapirowanymi czerwonymi strąkami (cholera, ZAWSZE czerwonymi, wszak Rrruda Grrażyna jeszt po godzinach w korpo taka szekszowna, mrał)... :D 

No dobra, wybaczta mi tę opisową popływkę, ale chyba łapieta, o co cho.

Wybitnie się natomiast jaram prostą stonowaną elegancją opartą na rzeczach zacnej jakości, podkręconą właśnie np. interesującym tatuażem dyskretnie wyzierającym spod mankietu/kołnierzyka/nogawki. Ogólnie mam piekielnego świra na punkcie nieoczywistości i tej subtelnej granicy między opozycjami binarnymi. Marzy mi się taka spójna kapsułowa szafa, z której wywlekam po omacku dowolną "górę" i tworzy ona co najmniej przyzwoite kombo z dowolnym "dołem". Nie cierpię medytować o poranku nad stertą łachów! 

Pielelęgnacyjną i makijażową rutynę również staram się uprościć. Aktualnie eksperymentuję tylko z produktami do twarzy, co do reszty - trzymam się swoich ulubieńców. Znowu poświęcam sporo uwagi włosom, bo jednak porządny włos przydaje niewiaście powabu jak mało co... Na porost wspaniale sprawdza się u mnie Calcium Panthotenicum doustrojowo, dowolna wcierencja skalpowa o przyjemnym składzie (teraz droższa - EcoLab, ale Jantar i Green Pharmacy też wporzo), delikatny szampon na co dzień i mocniej oczyszczający od święta, od wielkiego dzwonu peeling kawowy, po każdym myciu maska (Alterra, Kallos, Bingo Spa - co się nawinie) - ale nie trzymana godzinami pod czepcem (nie chce mi się), tylko dosłownie chwilkę... Końcówki zabezpieczam odżywką b/s, teraz arganową Dr Sante (bardzo spoko). Do olejowania tylko i wyłącznie łopian! Błyszczą się po nim kłaki jak wściekłe! Po żadnym innym oleju nie  widziałam tak spektakularnych efektów. Polecam. 

Na japiszonie testowałam wczoraj żelatynowe oczyszczanie porów i muszę przyznać, że działa. Olej kokosowy organiczny też mnie przekonał jako kosmetyk na noc, a byłam sceptycznie nastawiona. O dziwo szybko się wchłania, a rano skóra jaśniejsza, gładsza, stany zapalne wyraźnie podleczone. Jeżeli chodzi o makijaż - u mnie od lat to samo: odpimpowane brwi jako absolutna podstawa, krechy również składają się na mój signature look, ale jak nie mam czasu, to nie rysuję. Konturowanko przy pomocy wspaniałego "zgaszonego" bronzera Kobo oraz płaskiego ściętego pędzla - rewelacja. Kompletnie mnie nie kręcą paletki cieni do powiek - jakoś niespecjalnie kumam, co jest fajnego w kolorowych powiekach... :D Używam tylko paru neutralnych kolorów, a i to nie zawsze. Róż - tak, jak najbardziej. Porządny korektor do rozświetlenia okolic pod oczami. Porządne pędzle. W sumie - tyle.

Na paznokciach prawie non stop noszę hybrydy, nie wyobrażam sobie teraz ciapać się zwykłymi lakierami... Poświęcę temu osobny wpis, ale korzystając z okazji wspomnę tylko, że pod hybrydami paznokcie bardzo mi się "ogarnęły", uporałam się z onycholizą od urazu mechanicznego na trzech paznokciach, no i ogólnie - przyjemnie jest mieć permanentnie odpicowane szpony, nie stresując się, że manikiur szlag trafi od byle mycia garów czy niefortunnego pacnięcia dłonią w cokolwiek. Trzymają się nienagannie bez żadnych niespodzianek dokładnie tyle czasu, ile od nich wymagam. Zazwyczaj są to +/- dwa tygodnie, bo wyraźniejszy odrost mnie już drażni, a ten sam kolor dłużej - nudzi. Więc co dwa tygodnie jestem w stanie wygospodarować sobie godzinę na manikiura i jestem mega zadowolona. Zero smrodu, zero bezczynnego wachlowania łapami, zero odgnieceń od pościeli, zero odprysków. A te mity o szkodliwości hybryd biorą się wg mnie wyłącznie z partyzanckiego przygotowania płytki paznokciowej (brutalne rypanie bloczkiem zamiast delikatnego zmatowienia) i/lub partyzanckiego usuwania hybryd (spiłowywanie tudzież zdzieranie żywcem - zgroooza!). 

Widzita. Takie tam pierdololo o duperszwancach. Czasem trzeba.

***

A w szerszym kontekście życiowym - twórczo dostrajam zewnętrzne feng shui do wewnętrznych fal... :)

22:59

Rzynu rzynu...

Gooooooood Morning Vietnaaam Ryje*

Long time no see... :P

Jakoś tak... zmieniłam nieco "scenerię" trzy miechy temu, no i cóż, adaptacja do nowych warunków pochłonęła większość moich mentalnych nakładów energetycznych... :) Zresztą zmiany ciągle w toku! I nie narzekam, bo generalnie na lepsze.

Uważam, że to był Bardzo Dobry Rok. Dla mnie. Milowy (k)rok w życiu. Pod wieloma względami. W kierunku pozytywnego balansu. Między moimi dwiema głowami. Ożfaaak... właśnie zauważyłam, że używam pretensjonalnych i pseudoenigmatycznych równoważników zdań... Sorówa za to! Ogar, Toyad! :D

W każdym razie... Ehh. Wiecie co..? MOŻNA. Można i DA SIĘ.

***

Wiele rzeczy klaruje mi się ostatnio w trybie instant, objawiają mi się znienacka a z mocą wołu różne oczywiste oczywistości. Okazuje się, że człowiek może przez 30 lat czcić rozmaite hipostazy kwadratury koła. I wtem, z przysłowiowego wtorku na środę ogarnąć, wot, empirycznie, że koło jest jednak okrągłe. I takie... doskonałe. Da'a..?!!
 

***

*-u mnie "Ryj" ma wydźwięk czułego zdrobnienia... :P

21:14

Blożo wporzo.

Blożo wporzo.
Dwa tygodnie temu przejeżdżałam autobusem obok jednego z najstarszych i najbardziej klimatycznych cmentarzy w Rzeszowie i z trudem powściągnęłam impuls katapultowania się zeń na przystanku (przypomniawszy sobie w ostatniej chwili, że mam pilne "załatwienia")... Ceglany mur, porośnięty obficie bluszczem w kolorze soku z czerwców kaktusowych (jogurciki truskawkowe takie mniamuśne, prawdaż)... Znad muru leciwe drzewa o zrudziałych liściach prześwitywały przez mgielne mleko, pomiędzy nimi dachy grobowców niegdysiejszych dygnitarzy, kamienne pukle i skrzydła kamiennych anielic, rachityczne krzyże. Wyblakłe już promienie słoneczne prześwietlały tę mgłę i całość sprawiała naprawdę niesamowite wrażenie. Było dość wcześnie rano, mało ludzi wokoło i taki "filozoficzny", metaliczny chłodek w powietrzu. Nie wiedzieć czemu, ale chłód kojarzy mi się właśnie tak... kontemplacyjnie. Dystans, odosobnienie, cisza, introspekcja i te sprawy. Uwielbiam też "zimno" w perfumach, ale nie takie wodniste, tylko właśnie suche, mroźne, kryształowe. I uwielbiam się szlajać o tej porze roku po nekropolach. Przygnębiają mnie jedynie nowoczesne komunalne miejsca pochówku - szare betonowe molochy. W zakresie estetyki odnoszę wrażenie, że choć dawniej środki były bardziej "prymitywne", to jakoś polot znacznie większy... Wot, paradoks. Dość ziornąć na ogół współczesnych sanktuariów (architektonicznie inspirowanych bodaj... yyy silosami?) i porównać je do tych starszych. Toporne koszmarki okraszone cepelianym kiczykiem, zero kunsztu, zero natchnienia, zero klimatu. Ma być łatwo, tanio i szybko; i tak jest dzisiaj ze wszystkim, niestety.

Enyłej, w skrócie, bo jak zwykle płynę w meandry dygresji - tera liście są bure i pospadały prawie wszystek z drzew i krzew, nostalgiczny spacer z robieniem klimatycznych fot musa przełożyć na przyszły rok. DEMYT! :/

***

Bo ja ostatnio w rozjazdach roboczych stale jestem i na czasie mi niestety nie zbywa. A jak już zbywa, to na energii nie zbywa. Najwincyj tłustego myślotoku mam zawsze w momentach, w których nie mam możliwości go upłynnić w słowotok pisany. Nosz ironia po prostu. Aleee, nie dam temu blogu sczeznąć, więc donciułory, choćbym miała się na dyktafon nagrywać w drodze do kołcho... pracki mojej lowcianej, to beda coś tu mękolić, obiecuja :)

Czy Was lub Wasze otoczenie też tak sponiewierały wirusiska i grypska..? Mnie w tym roku wyjątkowo... :/ W sumie prawie cały ostatni miesiąc upłynął mi pod #jaknieuroktosraczka, zaliczyłam serię paskudnych infekcji z antybiotykiem na finalny akord (no miejmy karwia nadzieję, że finalny!). W tle nowa praca i lekki schiz, czy się kurować do oporu w domu (jak by nakazywał rozsądek), czy przysłowiowy czopek w doopsko i jednak iść cosik porzeźbić przed tym komputrem (jak by podpowiadało poczucie obowiązku). No i TAK TO :)

Ale, żeby nie było, że jest tak całkiem do kitu - mam też, a może przede wszystkim, mega powody do pierdzenia na różowo, baa... z "efektem syrenki" :P Albowiem jednak, mimo choróbska, ogólnie - darzy mi się :) Pławię się od pewnego czasu w codziennej ekstazie oceanicznej i nie zamieniłabym jej już na żaden tryb "wulkaniczny"... Ooo, nigdy w życiu!!!

Programowo nie obnoszę się w żadnej społecznościówce z prywatą, gardzę zbukowym ekshibicjonizmem, przez lata patrzyłam na liczne wylukrowane do imentu atrapki SZCZENŚCIA, którymi najpierw w pocie czoła oklejano "walla", a później... z cichym zażenowaniem, najlepiej późną nocą, zwijano "majdan", tj. dokumentację fotograficzną oraz kasowano ulepkowe statusiki po kolejnej miełosnej klapie. Takie to jakieś... beznadziejnie przewidywalne, te sezonowe romansidła nie trwające zazwyczaj dłużej aniżeli moda na animal print. Każdy robi jak chce i jak uważa. Tu nie chodzi o jakąś dulszczyznę, tylko wiecie, bardziej o te perły i te wieprze. Ze ścisłym gronem najbliższych osób powinno się utrzymywać kontakty w realnym świecie, zaś autentyczne szczęście nie potrzebuje nachalnego samouprawdopodobniania się za pomocą wirtualnej fasadki. Dla kogo..? Dla ekipy średnio zainteresowanych, tudzież żądnych taniej sensacyjki znajomków..? Czy może samego siebie trzeba naocznie okłamywać przekonywać, że jest super i słitaśnie i wszystko gra..?

Zaznaczam, że to nie jest żaden atak na nikogo, raczej moja "głośna" osobista refleksja na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. Znam kilku fajnych pozytywnych ludzi, którzy Z UMIAREM uchylają czasem rąbka życia familijnego i OD CZASU DO CZASU wrzucą jakieś zabawne a niekompromitujące foto dziecków. I to jest okej. Słowa wytrychy - umiar, wyczucie, ogar. Egzaltowane epatowanie swoim jakże modnym i światowym lajfem korpobiczy, świeżym związuniem, ślubełkiem zawartym pół godziny wcześniej czy pisiont twarzy bobasa w negliżu jest już zwyczajnie słabe. Poprawcie mnie proszę, jeśli błądzę w tej kwestii... ;)

Internety są fajne, ale bywają i grząskie. Codzienna porcja świeżo utoczonego jadu zawsze czeka zwarta i gotowa - czy to jutub, czy to insta, czy to blo, czy to fej, czy dowolny art. Kiedyś mnie to bardzo ruszało. Obecnie skłaniam się ku posępnej acz zaskakująco kojącej koncepcji kosmologicznej, że jednak nie wszyscy w kole samsary idziemy łeb w łeb; niektórzy najwyraźniej dopiero z tym wcieleniem awansowali z rozwielitki w COŚ na kształt ludzia. Makes perfect sense. Staram się teraz w żaden sposób nie nobilitować swoją uwagą, czasem i cenną energią jednostek sfrustrowanych, przeżartych resentymentem, agresywnych, zawistnych, prymitywnych, zaszczutych, ograniczonych. Szkoda życia na bełtanie się z nimi w jednej szambonierce. Można się śmiać, można nad nimi płakać, i obie reakcje są właściwe, ale jeszcze lepiej po prostu wzruszyć ramionami i iść w swoją stronę.

I jeszcze jedno. W sumie chyba właśnie to jest clue moich pokrętnych wywodów... :) Że "szczęście" to zazwyczaj wybór. Zazwyczaj zajebiście prosty wybór. Zazwyczaj jest tuż pod nosem..! Tylko wprzódy wypadałoby wyjąć głowę z własnej rzyci :)

Tera uwaga, #ryjspam - żech niby jaka Kasandra natchiona, ajajaj!





19:09

I'm gonna kill you. Hahaha! No, seriously. Run.

Jeden wypad po sprawunki "na miasto", a tak wiela obserwacji socjologicznych..!

Jednak słuchafony na uszy podczas użytkowania komunikacji miejskiej się przydają. Nie trzeba wysłuchiwać głośnych deliberacji na temat cudzych poglądów politycznych i stanu zdrowia. Dziś miałam wątpliwą przyjemność być uczestnikiem egzaltowanej licytacji pięciu (trzech starszych, dwóch w średnim wieku) osób o tym, kto jest "chorszy", dowiedziałam się niechcący wiele o zwyrodnieniach stawowych i ostrogach... ze szczegółami... ehh. Szczęściem nie rozmawiano o stanach zapalnych przydatków. Nie o to chodzi, żeby ludzie ze sobą nie rozmawiali, ale darcie, za przeproszeniem, japy, na tematy - jak by nie patrzeć - dość prywatne, naraża osoby postronne na dyskomfort, konsternację i niesmak... Plus jest taki, że wysiadłam dwa przystanki wcześniej i zaliczyłam przyjemny spacerek :)

Następna sytuacja. Urząd. Petenci, w tym Toyad, ogonkują cierpliwie pod drzwiami, upewniwszy się, że zajęli miejsce po ostatniej osobie z kolejki. I zawsze, ale to ZAWSZE wparuje z impetem do budynku taka żeniby wielce "roztargniona" krowisia i "nie zauważywszy" tłumu ludzi pod drzwiami szturmuje owe drzwi od kopa. Zwrócić takiej uwagę, to robi okrągłe oczy i rżnie głupa w stylu "oj, to państwo też czekają do pokoju X?" - nie, karwia, tak se tylko lubimy zabijać czas, akurat w tym miejscu. Przeczekujemy ulewę, gdy świeci słońce. :/ Damn, jacy ludzie są głupi i/lub bezczelni... W poczekalni do lekarza to też niestety standardzik.

Dobra, załatwiłam co miałam załatwić. Idę na przystanek. Parę metrów przede mną dziarsko sadzi młode, wyjątkowo zgrabne dziewczę w nonszalancko obszarpanych ołwersajzowych (nioch nioch nioch) dżinsach, wysokich butach, ramonesce i rozwianych pięknych naturalnych włosach do talii. Z przyjemnością za nią podążałam i myślałam sobie, że kurczę, fajnie ta dzisiejsza młodzież wygląda! :) Dziewuszka minęła ławkę, na której siedziały jakieś dwie zgarbione pindy i akurat jak przechodziłam obok nich, usłyszałam z jakim jadem krytykowały tę, co ich minęła... Aż rzuciłam z niedowierzaniem okiem na te obgadujące franceloty - i cóż, tak jak było do przewidzenia... obie z twarzy podobne zupełnie do nikogo, jedna na głowie miała dwa smętne wytłuszczone strzępy na krzyż, druga suchego jak drewniany wiór rudego zaondulowanego pudla, nie pamiętam jak były ubrane, pamiętam, że z całokształtu waliło po oczach pospolitością. Nie to, żebym broniła obszarpanych spodni, bo nie każdemu się muszą podobać, aleee... wiecie, chodzi mi o ten charakterystyczny syk żmii za plecami :> 

Dobra, jadę wreszcie autobusem do GalRzesza. Autobus naładowany ciżbą jak meserszmit. Toyad dynda na zakrętach ucapion rury w pobliżu środkowego wyjścia, gdyż za chwilę wysiadka. Buja autobusem na nierównościach, ciężko utrzymać równowagę. Do przystanku jeszcze kawałek, tymczasem w stronę wyjścia przepycha się już jakieś "zapobiegliwe" babsko z tobołami i ciężko a smrodliwie sapiąc, brutalnie napiera na plecy i rękę biednego Toyada - bo przecież musi być pierwsza, jak się drzwi otworzo! Coby jej przed nosem nie zamkli! Trza zdążyć! :O 

Arrrrgh!!!

Na szczęście jużem w domu, popijam kawę, relaksuję się... :)

22:23

Ni K ni D się to nie trzymie! :/

Ni K ni D się to nie trzymie! :/
Zrobiłek se podczas konsumowania zupy z dorodnego łańcuckiego dyniacza fejk septuma, ło:


Tło z premedytacją pociapałam, albowiem znać beło zeń artystyczny piergolnik w pokoju... :P

***

Taka se łaziłam pozytywnie oczadzona chłonąc pierwsze mgielno-listne wyziewy jesieni... i ostatnio jakoś diabli wzięli mój romantyczny amok - w chałpie nie grzejo, co rano trauma wygrzebywania się spod cieplutkiej pierzyny wprost w chłodno - stęchłą (okno zamknięte na noc) zawiesinę, szybko zmierzcha, w dzień buro i smętno i mżawa, no i mózg też już "zajarzył", że chyżo nadciąga Wielka Smuta jesienno - zimowa. Entuzjazm mię tedy stopniowo opuszcza, subtelnie uchodzi jak powietrze z mojej piłki poddupnej korzystnej kręgosłupowi.

Swoją drogą, korzystnej bardzo - gorąco polecam wszystkim jojczącym w temacie "kręgosłup". Odkąd bujam się codziennie (ot, po prostu balansuję siedząc np. przy kompie) na takiej dużej ćwiczebnej piłce - cykliczne boleści odcinka lędźwiowego zaprzestały nawracać. Mię. Yyy. W sensie... do mnie.

Ale wracając do tematu - owszem, zblazowanam ostatnio. Chce mi się spać i... żreć, za przeproszeniem. Atawizmy chromolone, demyt..! Uszami już klaskałam, bo parę kilogramów poszło weg, ale... waga dziś wskazała, że wzięły se jeno krótki urlop:/ No cóż. Staram się znów zalewać głodomora hektolitrami wody. Ale bywa, że lodówka jakoś tak bliżej w danym momencie sta... zwłaszcza, jak PMS się dodatkowo przyplącze, a ów niestety zaostrza się wraz z zaawansowaniem w leciech... :/

***

Jak zwykle na jesień (i wiosnę) zwieram swe poślady w uogólnionej krucjacie prozdrowotnej i sprzyjającej powabom... ;) Familia z mojego poduszczenia przeprowadza gruntowne profilaktyczne odrobaczanie przy pomocy Zentelu (tęgi kaliber) wspomaganego ziółkami. Odkąd zainteresowałam się kilka lat temu potencjalnymi przyczynami Atopowego Zapalenia Skóry (i różnych innych przewlekłych badziewi) - o których się powszechnie nie mówi, a lekarze zazwyczaj enigmatycznie bąkają o etiologii autoimmunologicznej, tudzież podłożu dziedzicznym, i wypisują receptę na kolejny sterydzik - moje problemy skórne praktycznie... zniknęły. O tej porze roku powinnam już, zgodnie z tradycją, mieć czerwone swędzące łaty w zgięciach łokci i na szyi, tymczasem - czysto, gładko. Jakieś trzy lata temu rzuciłam się desperacko na zmasowane oczyszczanie, odpasożycanie, odtruwanie organizmu oraz testowanie różnych diet, supli. Efekty były piorunujące. Teraz już tak nie świruję (m.in. odpuściłam płukanie kichulców). Nade wszystko staram się unikać zbędnej chemii w paszy - wiadomix, że nie zawsze się da, ale nie sięgam z własnej woli po wysokoprzetworzone syfy, pijam głównie wodę lub niesłodzone zioła (mięta, lapacho, pokrzywa, herbata zielona, rooibos), z "grzesznych" napojów - kawa (niesłodzona, ale z mlekiem) i czasami alkohol, jednak raczej wino niż tuczne piwsko. Wot, drobne nawyki, a robią robotę. Pieczywa jadam mało. Nabiału jeszcze mniej. Unikam też (w miarę możliwości) białomącznych "pampuchów"... Mam niestety słabość do makaronu i w ramach weekendowego przyzwolenia na gastro rozpustę nie odmówię sobie dobrej carbonary... ;) O morale też trzeba dbać! Generalnie jednak staram się sobie nie szkodzić na co dzień. Dbam o podaż witaminy D poza miesiącami słonecznymi, suplementuję krzem. Ostatnio zjadłam też parę "setów" Calcium Panthotenicum, które rewelacyjnie przyspiesza mi wzrost włosów, a zależy mi na rychłym uzyskaniu optymalnej długości do ramion.

No i jedyne, co bym jeszcze tutaj dodała... to wincyj ruchu :) Wincyj ruchu by się przydało rozbisurmanionemu w fizycznym lenistwie y gnuśnemu w członkach Toyadu.

Kiedy deszcz rzęzi w rynnie, z dna psychy wybijają wzburzone tumany nostalgicznego szitu... *.* [tu mina Sziwy & naćpana Kasandra mode on] I taka to puenta na dzisiejszy wieczór... :)

A tak serio, to idę zara spać, bo widzita, co się dzieje.

17:38

Sentymentalny trip sierpniowy, a zaduma wanitatywna z okazji, że jesień dyszy w kyrk.

Sentymentalny trip sierpniowy, a zaduma wanitatywna z okazji, że jesień dyszy w kyrk.
W połowie sierpnia miałam okazję wybrać się z gębą po kweście w rodzinne strony... mojej rodziny ;) Przy okazji zahaczylim o zabytkowy, urokliwy i baaardzo stary (z ok. 1500 roku) kościejek drewniany w Binarowej (powiat gorlicki, 4 km od Biecza). Nie mam ambicji przytaczać tu jego historii ani mądrować się z dziedziny sztuki sakralnej, albowiem codziennie można nieodpłatnie to miejsce zwiedzać, a pani przewodniczka szczegółowo wszystko tłumaczy. Naprawdę warto. Chodzi mi jednak o podzielenie się ogólnym wrażeniem i refleksją.

Mam słabość do miejsc, przez które - jak by to szumnie nie brzmiało - "przemawiają wieki". Duch tamtych czasów. A w tym miejscu bardzo intensywnie go czuć. Pomijam już stęchły muzealny smrodek. Ołtarz, figurki i obrazy też mnie średnio fascynują. Ale polichromie... a raczej ich tematyka... WOW. Cóż za klimat! Wszystko tam oscyluje wokół eschatologii... No po prostu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że czołowymi ówczesnymi toposami były... śmierć, grzech, marność kondycji człowieczej. Wszędy na ścianach malowidła przedstawiające smętny los grzeszników na sądzie ostatecznym, diablęta perwersyjnie torturujące niegodziwców, siedem grzechów głównych upersonifikowanych pod stopami aniołów (bodajże to byli anieli), ladacznica w sukience lubieżnie odsłaniającej... kostkę, wizerunek kostuchy z ostrzem kosy namalowanym dokładnie na wysokości szyj wiernych (!), spersonifikowana śmierć dybiąca na życie niczego nie świadomego kupca dobijającego targu w karczmie... W sensie, że memento mori i nie znasz dnia. Ani godziny. A tak w ogóle to wszystko vanitas.

Dobry był jeszcze specjalny konfesjonalik do spowiedzi... yyy... rodzinnych. Tak. Kolektywne spowiadanie danej familii. Czo jakoweś tajemnice..?? :) I odprawianie pokuty pod surowym okiem spowiednika. 

W kościele panuje wilgotny chłodek i półmrok sprzyjający melancholijnej kontemplacji ludzkiego losu... :) Robienie zdjęć z fleszem jest zabronione, więc zrobiłam telefonem kilka poglądowych foci...
Zapewniam, że nie oddają nawet namiastki tamtejszej atmosfery. Ale patrzcież na te biesy..!






Liczyłam na to, że uda mi się jeszcze obfocić zapamiętane z dzieciństwa, obrosłe pnączem i legendami miejsce pochówku ofiar epidemii cholery w l. 1847-48 (Szerzyny Podlesie), potocznie zwane Czarnym Krzyżem. Czarny Krzyż, który zapamiętałam stał w leśnej gęstwinie i rzeczywiście straszył. Był stary, drewniany, zmurszały i smętnie zwieszały się z niego jakieś wątłe rośliny... wyrastał znienacka przed oczami zbłąkanego wędrowca z mrocznej leśnej gęstwy, spomiędzy pajęczyn i bluszczu... nie wiem, na ile to dziecięca wyobraźnia a na ile faktyczne wspomnienie, w każdym razie - moje rozczarowanie było ogromne, gdy odkryłam, że w miejscu starego postawiono nowy, mały betonowy krzyż z oficjalną tabliczką, wybrzuszenie terenu sugerujące zbiorową mogiłę elegancko wydzielono słupkami, i... jakoś tak... to już nie jest TO :) Jako bachorzęta trwożliwie słuchaliśmy lokalnych legend i później z ciarami na grzbietach lokalizowaliśmy w trakcie długich spacerów to "przeklęte" miejsce w lesie :)

Przy okazji familijnej wyprawy pozachwycałam się tym, że żmija podczas spaceru po łące spod nóg czmycha, poubolewałam nad nieogarnionym chamstwem ludzkim objawiającym się w zanieczyszczonym śmieciami i zmętniałym potoku, w którym dawno temu brodziłam z kuzynką i zbierałyśmy w przejrzystej wodzie "kacze mydła", a srebrne rybki śmigały nam pod nogami. Ehh. Cóż, na starość człowiek robi się sentymentalny... :) Wybaczcież.

I do następnego. :)

* Zaduma wanitatywna w toyadzim wykonie:

19:29

Overthinking..?

Pozwolę sobie poczynić kilka luźnych uwag tytułem upuszczenia strutej juchy.

O czymże to ja się ostatnio przekonałam ponad wszelką wątpliwość, a raczej - utwierdziłam w przekonaniu.

O tym, że... Gdybym miała, czysto hipotetycznie, wyekspediować z trwałym skutkiem w kosmos jakąś grupę hominidów... to (zaraz obok jakichś zwyrodnialców i zbrodniarzy) poleciałaby przaśna tłuszcza charakteryzująca się ignorancją vel "głowa we własnej dupie", zerową refleksją (bo i cóż tu rozważać, kiedy ciemnota i ciasnota) oraz - obowiązkowo - gorliwą dyspozycyjnością do autorytarnej szczekaniny wszem i wobec, a już zwłaszcza w internetach. 

Przerażający jest brak jakiejkolwiek pokory wobec własnych wąskich horyzontów... Owszem, warto mieć "swoje zdanie", stanowisko w danej kwestii, ale czasami więcej "jaj" wymaga uczciwe przyznanie się do konsternacji - spowodowanej, chociażby, pływaniem w smrodliwie popiardującej od dna medialnej magmie dezinformacji i manipulacji... Nieufność, wyważenie i ostrożność wobec serwowanych zewsząd na tacy rewelacji wydaje się rozsadną postawą... Zaś tokujące z gębą eksperta krzykaczki i krzykacze - zwłaszcza używający populistycznej, plugawej retoryki - przyprawiają mnie o autentyczny, mizantropijny rzyg.

I nie chodzi mi wyłącznie o uchodźców... Równie dobrze może być to kwestia futer naturalnych, skór naturalnych, mięsożerność vs roślinożerność. Zniesmacza mnie i odrzuca POZIOM praktycznie każdego "gorącego" dyskursu na tle polityczno-światopoglądowym. A szkoda, bo twardo uważam, że pluralizm opinii i rzeczowe(!) argumenty uczciwie(!) brane pod uwagę przez wszystkie(!) strony mają ogromny potencjał rozwojowy. Takiego potencjału nie ma natomiast wzajemne obrzucanie się błotem... Jak kilkulatki w piaskownicy wojujące o łopatkę, dla których kontrolowanie emocji rozumem to jeszcze abstrakcja. Ale... dorośli ludzie..? Żeniby tacy wielce cywilizowani..?? Ręce opadają.

To, co mnie zatrważa, to to, że wyważonych, racjonalnych, nie-oszołomskich wypowiedzi jest na pierwszy rzut oka promil. Jedyna nadzieja w tym, że co mądrzejsi ludzie nie mają zazwyczaj tendencyj do mitrężenia czasu na jałowej szarpaninie z "omnibusami", co właśnie wypełzli spod otoczaka rzecznego i dorwali cud techniki komputrem zwan. Mam tedy nadzieję, że to, co czytuję w internetach i słyszę w realu, nie jest miarodajną próbką społeczeństwa, w którym żyję. Mam, karwia, nadzieję... :/

Jeszcze raz powtórzę - można mieć odmienne, nawet skrajnie odmienne opinie na KAŻDY temat. Praktycznie nie ma chyba sporu, w którym po obu stronach nie padałyby logiczne argumenty. Zauważyłam, że zazwyczaj im mniej argumentów, tym więcej emocji, a im więcej emocji, tym trudniej o argumenty...

I to w zasadzie wszystko, co mam tu do powiedzenia. To nie jest wszak docelowo blogas o "poważnych" wiekopomnych sprawach. Mam już zresztą po kokardę całej tej histerycznej gównoburzy, doprawdy. Całe szczęście, że niezawodne fashionistki postują niezmordowanie jeno nowe fatałaszki, mejkapy i inspirujące selfies Kylie Jenner - bez sarkazmu, teraz to strach otworzyć lodówkę...

(No dooobra, nutka sarkazmu jednak była...)

Przygnębionam po prostu - zarówno samymi zawirowaniami dziejowymi, jak i medialnym gnojem wokół nich. Tyle.

21:31

Nie napalaj się jak szczerbaty na suchary...

Nie napalaj się jak szczerbaty na suchary...
Eee... no właśnie, bo ja się napaliłam. Na wełnianego czarnego kapeluta, na eleganckiego shoppera, na grubaśny pledo-szal... Wełniany kapelut okazał się projektowany z myślą o jedynie słusznym "uniwersalnym" rozmiarze i kształcie łba, ehh, "elegancki" shopperek przy wnikliwych oględzinach wykazał szpetnie posklejane brzegi, smród chińskiego plastiku, dysfunkcyjność wewnętrzną ("latająca" luzem poliestrowa kosmetyczka bez żadnych dodatkowych przegródek ani kieszonek), zaś szale... hmm, szale nie były złe, ale - kolory bez szaŁu :P Wiem, wydziwiam strasznie. Szal musi być jednak twarzowy, albowiem jest noszony w bliskim sąsiedztwie fizis, zaś w bliskim sąsiedztwie fizis osoby o ciepłym typie kolorystycznym chłodne i przygaszone kolory (burgundy i popiele - skądinąd cudowne) wyglądają smętno i blado... Ze dwa mi się jednak spodobały - beżowiaczek ożywiony wstawkami ciepłego różu i kraciaczek również zorientowany na ciepło-beżowo-wiśniowo-cośtam. Obydwa przyłożone do, za przeproszeniem, ryja, z miejsca przydawały mu blasku i urody. Temu ryju.

Cóż, krew mi oczami nie idzie na razie. Pożyjem, uwidzim.

Jedną z rzeczy, na które jestem od dłuższego czasu srodze napalona, są midi rings. Takie małe pierścionki noszone wyżej niż "normalnie". Coś w tym stylu:



Pełno tego wszędzie po sieciówach, sama kupiłam podobne w H&M, ale po chwili złota farbka z nich paskudnie spełzła i 25 zeta jak psu w tyłek wsadzić. Mimo wszystko drogo jak na jednorazówkę. Z kolei w "lepszych" sklepach (srebro, złoto) ceny nieco od czapy a i dizajn paradoksalnie mniej atrakcyjny... Jakieś infantylne serduszka, kiczowate cyrkonijki itp. Jeszcze nie sprawdzałam na DaWandzie i generalnie wśród artystów rękodzielników - może to jest dobra opcja? Jak zacznę na Etsy grzebać, to pójdę całkiem z torbami, więc póki nie opływam zanadto w zbywalne hajsy muszę bardziej cyzelować wydatki.

Od dziś jestem szczęśliwą posiadaczką Lanvin Eclat D'Arpege. Śliniłam się na ten zapach od dłuższego czasu. Nie jest może tak unikalny, wyszukany i ścinający zachwytem jajca jak kadzidlany Black Cashmere Donny Karan, ale - doskonale nadaje się na "codzienniaczka przyjemniaczka świeżaczka" i ma jakiś taki... leśno-elfio-sensualny wdzięk. Albowiem kojarzy mi się właśnie z taką jędrnodupną elficą w zielonych aksamitach (yyy... za duzio prozy Miszczunia Sapkowskiego za nastoletniości??). Nie boli mnie od niego dynia, wręcz przeciwnie, pół dnia obsesyjnie przytykam zgięcie lewego przedramienia do stęsknionej kichawy i ciągle mi mało... mogłabym się tarzać w tym zapachu. Po mchu. Z oną elficą.

Swoją drogą, ostatnio bliski jest mi temat manicure hybrydowego i zbieram inspiracje z dziedziny "stylizacji" szpona. Odkryłam kilka świetnych kont-kopalni inspiracji na insta... ale... czy to ze mną jest coś nie elo, że nie czaję fenomenu ekstremalnie wydłużonych "trumienek" albo "stilettos"..? Pół biedy, jeśli stylistka ogarnia coś takiego, jak symetria względem osi i potrafi nadać perfekcyjny kształt tym trumienkom/szpadrylcom... ale z tego co widzę, dalece nie każda, nawet wśród "profesjonalistek", to potrafi :) I co z tego, że zdobienia misterne, jak kształt nieestetyczny... O, albo jeszcze robienie na siłę z naturalnie szerokich i krótkich paznokci sztucznie długich i wąskich. Jak lody w rożku. Bitchz, please. Krótkie "męskie" paznokcie potrafią też fajnie wyglądać, jeśli są zadbane i noszone z bezpretensjonalną godnością! :) Moim osobistym ulubionym kształtem pazura jest naturalny migdał, ewentualnie zaokrąglona na "rogach" ścięta równo "półrurka"; nie przepadam za przesadnie długimi szponami u siebie - denerwuje mnie wtedy głośne stukanie o klawiaturę i ogólnie jakoś tak... mam wystarczająco "wiedźmowato" długie i wąskie palce, żeby je jeszcze optycznie ukrogulczać... :P

Bla bla, podczytam sobie jeszcze "Bożych bojowników" do poduchy i zmykam się regenerować wypoczynkiem nocnym. Przy świeżych i cudownie chłodnych (wreszcie!) podmuchach z uchylonego okna... :)


20:59

Dear Lord... Just stay out of my way. Amen.

Daaamn... ależ mi tu blograjdół zarósł chwaściem wszelakiem! 

W tym roku kontynuacja punktów zwrotnych oraz kamieni milowych z roku poprzedniego. Wypatruję, kurza melodia, momentu, aż życie przestanie mną rzucać jak pies flakiem i moja chybotliwa tratewka dobije do jakiejś urokliwej wyspy, o której nawet Pambuk zapomniał*. 

* - A propos wyspy. Gdyby ktoś Was kiedyś zapytał (dajmy na to, w ramach suchara na rozmowie o pracę - jak u mnie) o 3 rzeczy, które byście zabrali ze sobą na bezludną wyspę, to błagam, nie odpowiadajcie jak "ohoho-popiszę-się-wyobraźnią-godną-rozwielitki-o-ambicjach-hipsterskich" gimbo-przychlasty, tj. że oczywiście internety, loffcianego ajfonka/maczka, rodzinkę, książki czy coś równie uderzająco błyskotliwego i oryginalnego. No kaman. Bierzemy jakiś plecak z niezbędnikiem surwiwalowym (apteczka, maczeta do wyrzynania buszu, ciepły śpiwór, mile widziany jakiś kitrak a'la namiot), broń palną (w celach samoobronnych lub - w ostateczności - samobójczych) oraz gruuuuby notes celem snucia memuarów. Wot, taka dygresja.

Ale u mnie ta mityczna wyspa to po prostu alegoria. Alegoria kawałka stałego lądu pod sędziwym trzydziestoletnim tyłkiem. Alegoria delektowania się świeżą bryzą i kojącym szmerem fal, przewidywalnością krajobrazu, jego dzikością i pięknem. Deficyt pierwiastka ludzkiego też jest tu raczej umowny; chodzi mi głównie o odcięcie od osobników toksycznych.

Meh. No cóż. Pozostaje zagryźć zęby i wiosłować, wiosłować, wiosłować... I po drodze starać się doceniać każdy podmuch dobrego wiatru w wątłym żagliku. Dżizas, brzmi jak pijacka gadka quasi-motywacyjna, a ja jestem CZEŹWA niczem przysłowiowa świnia... wstyd, Toyad. Ić spać, Toyad. Nuże, paszoł won, Toyad..!

***

Ponoć dziś ostatni dzień upałów. Prawdę rzekłszy, mam już po kokardę takich temperatur i z sentymentem wypatruję jesieni. Wczesnej, umiarkowanej, złotawej. Klimatycznej, z lekka dekadenckiej, poranno-mgielnej i wieczorno-dymnej, kapeluszowo-szalowo-płaszczowej, ale jeszcze bez zamarzających w plenerze smarczanych stalaktytów zwieszających się malowniczo z czerwonawej kichawy...

Przeszłam się dziś po galerii (tak, takiej jak GalMok albo GalKrak) i nawet nawet siecióweczki łyknęły niekiepskiego boho klimata. Fajne stonowane kolory, niezłe kroje, transparentne bluzki koszulowe, krata, olbrzymie koco-szale, przyciężkawy obuw, interesująca biżuteria i torebki odbiegające odrobinę od sztampy poprzednich sezonów. Szkoda, że wszędy jednak praktycznie to samo (drobne niuanse kolorystyczne i cenowe) i szkoda, że jednak np. biżuteria w sieciówach to (przeważnie) GUNWO nad gunwami, co druga sztuka koślawa, wyszczerbiona, a i śmiem suponować, że dwa razy na szyję/uszy/palce założysz, a zacznie czernieć i ujawniać bury stop najbadziewniejszych metali, o brudzeniu skóry już nie wspomnę... Bleh. Tani blichtr wzbudza mą nieufność, cóż poradzę. Szlag mnie z tym trafia, bo niektóre modele np. naszyjników są zajebiste, ale nie zaryzykuję, wolę se odłożyć hajsy na, chociażby, pozłacane srebro. Enyłej, poza biżutami to te pledy na szyję i kapeluty wełniane są całkiem obiecujące. Może nawet zdradzę lumpoholizm i coś se wreszcie ustrzelę w sieciówie..?

No i TAK TO... ;) Na razie tyle, przypomniałam się, jest okejka, luzik arbuzik.

22:21

Wiktoriańskie fascynacje i fiksacje Toyada. No kto by się tego spodziewał :)

Wiktoriańskie fascynacje i fiksacje Toyada. No kto by się tego spodziewał :)
Od wielu, wielu lat, czuję jakąś wybitną "miętę" do "klimatów" dziewiętnastowiecznych, wiktoriańskich, w zakresie literatury, architektury, ubiorów, fotografii, etc. Artefakty estetyki tamtego okresu mnie po prostu każdorazowo rzucają na kolana, zwłaszcza w zestawieniu z dzisiejszym wszędobylskim paradygmatem "iścia" na łatwiznę - byle jak najszybciej, dużo i tanio...

Marzy mi się kiedyś trip na południe JuEsEndEj - Savannah ("Północ w ogrodzie dobra i zła" - film - polecam wszystkiemi członki!), Atlanta, Gettysburg, Nowy Orlean, Charleston i co tam jeszcze. Ówczesne domy ocalałe z wojny secesyjnej, plantacje, posiadłości, miejsca. Południe jest totalnie fascynujące... konglomerat historycznej niesprawiedliwości, przemocy, i z drugiej strony jakiejś takiej aury tajemniczości, nawet niewinnej sielskości, sama nie wiem. Na Południu jest też stosunkowo wiele zjawisk paranormalnych, nawiedzonych lokacji itd.

(Angielskie mieściny z zabytkowymi domami, kościółkami etc. też są w planie moich przyszłych włajaży, w szczególności sentymentalna pielgrzymka do Haworth!)

Tak czy inaczej! Co mnie tak inspiruje w tych klimatach..? Cóż, relatywnie stara już jestem, i im dalej posuwam się w latach, tym bardziej tęsknię za czymś, co było apoteozą piękna, majestatycznego rozmachu, co było obliczone na swoistą wiecznotrwałość. Ludzi nie zrażała perspektywa misternej, żmudnej dłubaniny, gdyż efekt końcowy przeważnie wart był zachodu. We współczesnych rzeczach materialnych (i nie tylko...) najbardziej wkurza mnie ich nietrwałość, prostactwo formy i lichota wykonania. Wszędzie obrzydliwa obfitość wszystkiego, a przyzwoitej jakości ze świecą szukać... Niedawno wygrzebałam ze strychu ponad trzydziestoletnią, skórzaną listonoszkę mojej mamy - poza drobniutkimi otarciami, wygląda idealnie! Wewnątrz porządna mocna podszewka, mnóstwo praktycznych przegródek (nie cierpię torebek w postaci jednego przepastnego wora z mini kieszonką na telefon). Wyobrażacie sobie, żeby którekolwiek sieciówkowe, niewarte swej ceny badziewie przetrwało w stanie nieomal idealnym choćby sezon przy codziennej eksploatacji? Noł faken łej. I sooorryyy, ale torebczak to taki mój swoisty mikrokosmos oraz drugi dom, i przeżywszy frustrację po serii nieudanych torebek wiem, że wolę wydać np. raz 500 zł i mieć coś konkretnego na lata, niż 5 razy po 100 i wszystko zbiorczo wywalić do kontenera po roku. To taka dygresyjka.

Architektura. 

Łypnijmyż no choćby ślipiem na poniższy tumblr:

victorianhouses.tumblr.com

A jak nie chceta, to i tak wam wlepia:












 
Potrafię takowe scrollować z bezwładną żuchwą godzinami... Faktem jest, że domostwa tego typu często wzbudzają rzygawicze czknięcia u miłośników modnego aktualnie "szpitalnego" minimalizmu (biel, szkło, stal, pusta przestrzeń, ascetyczne wzornictwo)... ;) Owszem, sama nie jestem przekonana, czy aby na pewno chciałabym dzisiaj mieszkać w takiej eklektyczno - wybujało - monumentalno - spektakularno - nadziubdzianej hacjendzie, ale to głównie ze względów pragmatycznych - bez pomocy służby nie dźwignęłabym utrzymania takowej w ładzie i czystości. Zresztą, nie wszystkie wiktoriańskie haviry były aż tak odpindrzone, część była jednak bardziej wizualnie stonowana. Ale co by nie gadać, że przeżytek, że zbytek, że nowobogacki kiczowaty przepych tudzież blichtr (ale przynajmniej "odjebany perfekcyjnie" - w przeciwieństwie do obecnych koszmarków...) - to budownictwo miało o całe niebo wincyj stajla i KLIMATU, niż, przykładowo, przeszklone wielkomiejskie fallusy. Albo siermiężne kwadratury burego betonu.
 
Fotografie. Cóż... dzisiejsze samojebki mają swój krotochwilny urok, nie powiem. Szczęśliwie mało kto materializuje je dla potomności na papierze... :) Ale ostatnio pół dnia spędziłam z rozdziawioną z zachwytu gębą nad portretami autorstwa Julii Margaret Cameron. Ta dostojna matrona, żona przy dobrze sytuowanym mężu, "zajawiła się" fotografią w wieku "pod pięćdziesiątkę", no i spójrzta - moim skromnym zdaniem, JEST MOC. Co zabawne, niejeden ówczesny nadęty Mr Knowitall protekcjonalnie wytykał Julii jej rzekome beztalencie i "słabującą" technikę - cóż, ludzka nikczemność, złośliwość i skłonność do zawiści jest stara jak sama ludzkość; dobrze, że Julia nie słuchała ujadzaczy i robiła swoje. Paczta:











Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie te portrety są po prostu... NIESAMOWITE. Oczy portretowanych, ich wyraz, czy nawet....eee... dusza nieśmiertelna?:P - są uchwycone w przyprawiający o ciarki na grzbiecie sposób... I ta subtelność, jakaś oniryczność, lekkość. No po prostu magia. Druga zabawna rzecz, to fakt, iż - mimo dzisiejszej nieomal omnipotentnej techniki fotograficznej (wyśrubowany sprzęcior, postprodukcja, supermoce z fotoszopa) - mało komu udaje się choć ZBLIŻYĆ do klimatu pani Cameron, a uwierzcie, że wielu próbuje ją naśladować... Efekty uderzają zbytnią dosłownością, gryzącą w oczy ostrością, niecierpliwością w oczach modela. Swoją drogą, ciekawam, jak Julia wydobywała z dziecięcych twarzyczek ten przejmujący, tragicznie "dorosły" i refleksyjny wyraz... Biorąc pod uwagę długi czas naświetlania... Może dzieci były wtedy jakieś inne, ja nie wiem. W każdym razie, szacun i wszelkie wyrazy czołobitnego uznania z toyadziej strony.

Moda. Kurczę... No mam nieodparte wrażenie, że niezależnie od majątku i wieku, panie wyglądały jednak o wiele bardziej elegancko i korzystnie w tych wysokich upięciach włosów i sylwetkach komplementowanych przez długie spódnice i gorsety, niż ogół dzisiejszych dzierlatek i matron. Tjaa, sama noszę na ogół portki, tiszerciwa i trampki, ale cichaczem marzą mi się piękne sukienuchy z materiałów typu batyst czy muślin i gazylion haleczek pod kiecą; ponadto niezależnie od posiadanej figury wymodelowana w klepsydrę sylwetka ZAWSZE prezentuje się pięknie. Damesy z dziewiętnastowiecznych fotogramów pewnie przewracają się w mogiłach na widok dzisiejszych nastolatek w opiętych do niemożliwości biodrówkach prezentujących w przykucu "dekolt hydraulika"... yyy plus oczywiście czerwone koronkowe stringi z poliestru, coby beło SEKSI. Brrrr. Podoba mi się też idea "sprawiania sobie garderoby" co kilka sezonów, na wymiar, wedle spersonalizowanych preferencji. Wszystko spójne, przemyślane, żadnych przypadkowych szmatek, dobrze zainwestowane hajsy. Jeszcze kwiaty, prawdziwa(!) biżuteria na ozdobę! Ha, do tego "otwarte karty" w zakresie fizjonomii - praktycznie brak tapeciarstwa, oszczędny makijaż... wot, zazwyczaj odrobina barwiczki na puce. Ewentualnie przyciemnianie brwi i rzęs.

Podsumowując - taaak, jestem stara i hołduję mitom o Złotego Wieku :D A tak serio, to wcale nie. Nie chciałabym żyć onegdaj, mimo wszystko; współczesne czasy pozwalają mi na przeszczepienie fajnych elementów tamtych czasów do swojego życia, np. mogę sobie sprawić taką suknię (rekonstruowaną), mogę pojechać w podróż i uradować gały spacerem po Savannah, mogę zajeżdżać w tę i we wtę "Przeminęło z wiatrem" lub "Wichrowe Wzgórza", mogę inspirować się wiktoriańskim stylem przy urządzaniu mieszkania, ustrzelić jakieś stare klimatyczne bibeloty na pchlim targu etc. Przy okazji jednak jestem doskonale świadoma walorów życia tu i teraz, głównym w nich jest właśnie... yyy świadomość i mnogość  opcji do wyboru; czynię też dzięki za obecny poziom higieny i wiedzy medycznej (polecam przeczytać "Stulecie chirurgów", momentami horror).

12:28

InstaMix vol. 5 :)

InstaMix vol. 5 :)
Kurza twarz... tak se popaczałam krytycznem ślipiem na moje ostatnie pościwa i... z deka zionie tu smutem. Pora na odmulenie jakąś lekkostrawną lajtóweczkę pyknąć, a InstaMix nadaje się do tego idealnie - dużo obrazków i mało do czytania :)

Niektóre foty jeszcze w "starych" włosach:


Moje ulubione oksy steampunkowe:


Bardzo fajne neutrale na codzień z Essence:


Młody jęczmień... w smaku wyjątkowa koszmara, jak wywar z rozwielitek z dodatkiem glonów i mułu:


Kwiotki w Hamie:


Medytacja przy drzewie, a co:


Takie cuda tylko w Instytucie Religioznawstwa w Collegium Broscianum na Grodzkiej w Krakowie:


Hipsterskie hybrydy:

 To są chyba bzy, nie? :)


Jaskółeczki są mega urocze, choć ogólnie za ptaszorami nie przepadam:




Hipsterskie pazury hybrydowe i beznadziejny dezodorant:


Tfurczość autochtonów na dzielni:



Trampexy zawsze spoko:


Me likie:



Granitowe szpony:









Ha, zaklinałam się, że kłaków nie skrócę tak mocno, i co... :)


Nie ma to jak parchatka na dziobie :/


Mama przywiozła z Portugalii:


Uwielbiam płomienne chmury, wiem, że to takie ORYGINALNE haha:


Banany z poziomami:


W tle na lodówce dzieło mej Progenitury, wspaniałe, prawdaż:


Cycas Revoluta, sagowiec, podobne do palmy, a ja uwielbiam palmy! Muszę się skupić, żeby go nie ubić (nie mam "ręki" do roślin) - otrzymał nawet imię: Czolito :D


Toyad czasem w ramach samopomocy babskiej to i flamboyage wykona:



Upały lipcowe spędzałam tak:


Moussaka, przepyszne zapiekane żarełko - bakłażan, cukinia, sos pomidorowo-mięsny z cynamonem, ser grecki na wierzch. Zdjęcie nie oddaje szału podniebienia, musita mi uwierzyć na słowo :)


Łąki nowohuckie:


Patrzę se na sufit namiotu, a sufit patrzy na mnie:


Zieloniutki kitrak, Quechua, z Decathlonu, rozkłada się w 2 s:


Księciunio do wzięcia, komu komu:


Toyad tkliwy nihilista... :D Bralet z Charlotte Rouge, model Lovesick, jaram się jak dzika:


No i tak.

Do następnego!
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger