19:29

Takie tam. Filozofy zafajdane.

Grejt... Ryrasz se pieczołowicie nadgodziny, ryrasz se cierpliwie a cierpiętliwie, pasiesz gały swej wyobraźni niedaleką wizją swojego ozłoconego słońcem odwłoku leniwie bujającego się na hamaczku... w końcu nadciąga upragnione wolne... i co?

JajCO.

Oczywiście pogoda jak spod psa. 

Ale spoko, spoko. Ksiunżki można podgonić, zaśniedziały mózg nieco przeszlifować... Zawsze pacz na jaśniejszom strone żywota. Jak Błajan.

Potrzebuję porządku, spokoju oraz ciszy. Taka prozdrowotna głodówka sensoryczna. Bom ostatnio psychicznie przebodźcowana (nie mylić z przebolcowaniem, ekhem). Równowaga, zen, idealny lotos na perfekcyjnie lustrzanej tafli jeziora.

***

Jednym z elementów dojrzewania jest cykliczne "zrzucanie starej skóry". Do tego procesu zaliczam też obumieranie jałowych bądź zgoła trujących relacji, układów. Wszystko ma swój czas. I swój kres. I to jest okej...

I wszystko jest tak naprawdę ważne. I szmer wiewiórek na dachu, i śmierć Mędrca - są tak samo podniosłe*... 


* - Tak, czytam aktualnie Osho - jakoś wschodnie nurty myślowe ogólnie bardziej do mnie przemawiają. Aprobuję np. taoistyczną apoteozę naturalnej prostoty i autentyczności, rozumianej raczej jako "dziecięca" nieskażoność i nieograniczona kreatywność, nie zaś toporność, nieokrzesanie i ignorancja.

Edit: Mam mieszane uczucia co do Osho; w wielu punktach się zgadzam (aczkolwiek gros z nich nie stanowi niestety jego pajonierskiej wizji), a momentami - za przeproszeniem - chromoli jak potłuczony (np. że dziecko poczęte w wyniku gwałtu jest niejako "skazane" na bycie gorszym człowiekiem, a dziecko poczęte w nastroju medytacyjnym będzie na pewno szlachetne, och i w ogóle ach - co za żenujące kocopoły).

21:46

Natechło mie.

Natechło mie.
Ciekawam, czy zagląda tu jeszcze jaki pies z kulawym kulasem..? Hehe.

Matko Bosko Kochano, blogasseq mi zarósł pajęczynami, nietopery się zalęgły i duchi straszo.

A propos duchów... Oglądałam ostatnio cudownie absurdalny stary filmek z epickimi efektami dźwiękowymi - A Chinese Ghost Story. Zaprawdę zaprawdę, nie każdemu przypasiren takie kino (np. mój osobisty Ulubiony Ludź se dyskretnie chrapał), ale obstawiam, że moje co wierniejsze czytakiery czasem lubują się we wszelakich absurdalnych produkcjach, więc nie zaszkodzi rekomendnąć. Uroczy oldskul, baśniowy klimat, cudownie kiczowata estetyka. Mniami.

O, natomiast - skoro już przy filmach jesteśmy - rozpierdzieliła mnie, jak dawno nic, estetyka filmu Stoker. Nooo karwia, zbierałam szczenę z ziemi... Niesamowity perfekcjonizm detali, maksymalnie wysublimowany mrokness. Yup. Polecam wszystką ręką i każdziutkim kulasem. Swem.

Tak.

Czyli, że ogólnie to u mnie okejka. W miarę :) Zdrowie dopisuje, miełość dopisuje, a jakże. Troszku mocnego stresiwa się ostatnio przyplątało, ale - zahartowanam już w te klocki, dam se radę...

Staram się doceniać to, czym mogę się cieszyć tu i teraz. Napawam się tym niejako na zapas. Chrzanię głupie pierdoły, które nie będą miały żadnego znaczenia za parę miesięcy, bo o nich dawno zapomnę... Zdarzają mi się takie typowe ciulowe dni, ale to są tylko "ciulowe dni" - i nie nadaję im zbytecznej rangi. Jestem po prostu buńczucznie szczęśliwa. Na co dzień. I co się szczęśliwie nażyję, to moje! Nie czekam na jakieś mityczne "kiedyś", "jak już [cośtam]...". Ufam, że życie (kosmos? opatrzność? wutvr) mnie wesprze, kiedy będę tego naprawdę potrzebować - kaman, żyję już ponad 30 lat i zawsze, jak już mi się naprawdę paliło koło tyłka, nagle jakby zupełnie znikąd odpalał się totalnie nieprawdopodobny zbieg okoliczności, żeby mi ów zadek wyratować z opałów. :3 Może to przypadek, a może nie. Tak czy inaczej, ufię, że będzie okejka i po mojemu, A jak nie do końca po mojemu, to przynajmniej może będzie okazja nauczenia się czegoś i wysnucia mondrych wniosków na przyszłosć? Tak do tego podchodzę. 

Więc wiecie - kiedy mnie nie ma w internetach, to chłonę rzeczywistość. Ciągle jakoś wolę real niż wirtual - co jest ze mną nie halo..? 


***

Jak niektórzy kojarzą z insta, ostatnio mega fest, bo nieomal do platyny rozjaśniłam włosy. Były całe naturalne (poza końcówkami z odrośniętym ombre), więc szkody są w sumie znikome... Włosy bardziej określiłabym jako suche niż zniszczone. Te końcówki pójdą do obsmyczenia wkrótce i będzie zupełnie najs. Farbuję farbami, nie rozjaśniaczem (zuooo). Ogólnie spodobał mi się mój ryj w blondzie i zamierzam kontynuować tę przygodę. Jak mi się znudzi, zrobię "melted roots" i będę znowu zapuszczać naturalki. 

Czego mnie nauczyła przygoda z rozjaśnianiem?

- zawżdy lepsza farba trzymana godzinę, niż rozjaśniacz na 15 minut - a jak już koniecznie rozjaśniacz, to brońbosze Joanna!!! 
- fioletowe gasi żółte, niebieskie gasi rude - czyli perła na kuraka, popiel na rudziznę; polecam farbki Londa Color Naturals 12/9, Wellaton 12/1, Joaśka Naturia mix odcieni "Szlachetna Perła + Gołębi Popiel" (poczytajcie wizaż, będziecie wiedzieć o co cho)
- moje włochy nienawidzą przeproteinowania i z tego co wiem, rozjaśniane hery ogólnie łatwo zatruć proteinami i znacznie pogorszyć(!) ich stan - zalecam raczej humektanty i emolienty do oporu (o dziwo ciężko znaleźć produkt pozbawiony choćby śladowych ilości protein... keratyna, jedwab, mleko, pszenica, bawełna)
- nie gardzić kondycjonerami, czyli silikony czasem spoko - stosowane rozumnie potrafią być wielkim dobrodziejstwem (w przypadku włosów rozjaśnianych zabezpieczanie jest równie istotne jak pielęgnacja)
- płukanki i szampony do siwizny powodują masakryczny susz :/




To ja jako Legolasica Elfica. Hajart baj Szajsung Galaksy S3.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger