12:36

Co sprzyja higienie mentalnej, czyli poradnik hodowcy entropii, aby se umiał do tyłka palcem wcelować.

Naszło mnie na drugi epizod dot. ogarniania życiowej kuwety.

No właśnie, CZO sprzyja higienie mentalnej?

1.) ŚCISŁA DIETA INFORMACYJNA.

Wszyscy piergolą tera obsesyjnie o "czystym korycie" tudzież misze, a jeno nieliczni zwracają uwagę również na to, czym szprycują swój łeb. .. Czy są to treści odżywcze, czy antyodżywcze? Od pewnego czasu świadomie cyzeluję swój czas spędzany w internetach, a w szczególności wystrzegam się z niejakim wstrętem fejsbuczka i jego malarycznego klimatu, sprzyjającego bzdurnym gównoburzom, omijam szerokim łukiem wszelkie okołożywieniowe i lajfstajlowe selektywne doktrynerstwo, samozwańczych "influencerów", krynice głupoty i ignorancji, cały ten festiwal próżności i lansu... Plotkarskie dupelki, fora pełne półanalfabetów - naprawdę nie warto się zniżać do poziomu tego bagienka. Żeby nie było, że internet to generalnie chłam - ej, nadal z autentyczną przyjemnością zaglądam pod wiele wartościowych, inspirujących adresów! :) Ale miarkuję się, żeby nie odpalać kompa bezmyślnie, nawykowo, ot, z nudów i bez sprecyzowanego celu. Skrolu skrolu w stylu zombie pożerało mi kiedyś mnóstwo czasu, którego nie mogłam później odżałować.

Serwisy informacyjne również staram się omijać szerokim łukiem -  już nie pozwalam się szczuć tragediami, klęskami, katastrofami, sensacjami, głupotą, propagandą czy politycznymi przepychankami.

Bo nie wiedzieć czemu to, co piękne, dobre, uczciwe, budujące - raczej słabo się sprzedaje. 

Dość tego badziewia. Wystrzegam się jak ognia czytania nienawistnych komentarzy pod "kontrowersyjnymi" artykułami czy zdjęciami - szkoda mi energii, wolę ten czas poświęcić na jakieś przyjemne myśli, generowanie wysokich wibracji i zasilanie nimi właściwego pola energetycznego.

Zamiast tego np. mam rytuał sączenia kawy/mate przy youtube - rzecz jasna tutaj też selektywność treści idzie mi w sukurs i "paczam" tylko filmy, które inspirują (podróże!), uczą, motywują, dają do myślenia. Preferuję filmy po angielsku, bo zawsze to człowiek się osłucha różnych akcentów plus wskoczą nowe słówka. Przyjemne z pożytecznym!

2.) ODGRUZOWANA PRZESTRZEŃ. 

Ot, życiowa. Nie zdajemy sobie sprawy, że podprogowo nasz mózg rejestruje każdziutką pierdołę wokoło - owszem, nasza uwaga jest wybiórcza jak snop światła z reflektora, ale jednak te "śmieci" i duperele w przestrzeni zbędnie obciążają nam "procesor". Serio, ogarnięte otoczenie pomaga się skoncentrować, uspokoić, czas zdaje się płynąć wolniej itd. Nieogarom podpowiem, że rozpisanie konkretnych zadań w czasie pomaga w zachowaniu względnego ładu. Można nawet zrobić prowizoryczną tabelkę niezbędnych czynności porządkowych i - zrobione - zaznaczać. Polecam - osoba, która żyła z łatką bałaganiary przez ponad pół życia (swoją drogą, łatki przypinane w młodości potrafią nieźle zafajdać nasze życie... ehh).

Oczywiście nie warto popadać w obsesję i kompulsywnie jechać na szmacie dwa razy dziennie - to świadczy raczej o ekstremalnie nudnym życiu, lub - odwracaniu swojej uwagi od totalnego bajzlu w psychice.

3.) PODSTAWOWY OGAR WIZUALNY. 

Pidżama Mode OFF! Uwierzcie mi, wolny dzień, który spędzicie w domu w schludnym "dziennym" stroju, uczesanych włosach, minimalnym makijażu (jeśli normalnie stosujecie makijaż np. do pracy) i ulubionych perfumach, będzie o wiele produktywniejszy i zwyczajnie milszy, niż wolny dzień spędzony w zapierdzianych portkach od dresu, dziurawym spłowiałym tiszercie, nieumytych kłakach umotanych byle jak, z nieodświeżoną zmiętą po nocy gębą - generalnie tak, że wstyd listonoszowi drzwi otworzyć.

To naprawdę nie zajmuje wiele czasu - 10 minut? Można sobie wypracować uproszczenia dla "leniwych ale ambitnych" (aka - work smarter, not harder): naszykować outfit poprzedniego wieczoru, stosować suchy szampon aby wstawać rano z puszystą czupryną zamiast naleśnika, przyciemniać co jakiś czas brwi henną, stosować bogate serum na noc, po którym fizys wygląda świeżo i młodzieńczo itd.

4.) KONKRETNA INSTRUKCJA DNIA.

Mamy małych dzieci doskonale wiedzą, że pacholęta są spokojniejsze i radośniejsze, kiedy mają przewidywalną rutynę dnia. Wiedzą dokładnie, co po sobie następuje. Nawet moja pięciolatka z zapałem smaruje rysunkowe listy zadań (samoistnie podłapała ten patent, obserwując moje organizacyjne nawyki) i z radością uroczyście odhacza w kwadracikach takie zadania, jak "zabawa klockami", "rysowanie z mamą", "mycie zębów" itd. Wszystko jest jasne i przejrzyste, kiedy jest zapisane na papierze - znika ta paraliżująca gonitwa myśli, kakofonia sprzecznych impulsów, która skutkuje prokrastynacją, frustracją i lecącą na pysk samooceną.

Organizacja ratuje mi tyłek, dosłownie. Ale trzeba też uważać z fiksacją na pseudoproduktywności - jak wyżej wspomniałam, ścieranie wyimaginowanych kurzy pięć razy dziennie NIE JEST czynnością produktywną; jest kompulsywnym odruchem ZASTĘPCZYM dla zajęcia się prawdziwymi priorytetami. Własną pogubioną psychą, na przykład. Jest metodą na ucieczkę od tego, co naprawdę ważne. Trza uważać.

Fajnie jest trzymać chatę w takim standardzie, żeby zawżdy bez zażenowania wpuścić znajomka ze spontaniczną wizytą - ale już perfekcyjnie wylizane odrzwia i zdany śpiewająco test białej rękawiczki o każdej porze dnia i nocy nie są mi do szczęścia niezbędne...

5.) STRZEŻ GRANIC JAK CERBER.

Mam na myśli relacje międzyludzkie. Czy są one szczere, wzajemne, pozytywne? Czy może jałowe, uwsteczniające lub poddtrute toksyną..? Na te drugie szkoda czasu. Nasz moment na tym padole jest relatywnie krótki i szczerze mówiąc, jest on naszym najcenniejszym zasobem... Żal się rozmieniać na drobne i spędzać go w kiepskim towarzystwie... Naprawdę. 

Asertywność i nauka mówienia NIE, zwłaszcza dając odpór zręcznym manipulatorom, powinna być wałkowana od szkoły podstawowej obowiązkowo. Niestety, w zamian mamy raczej apoteozę postawy pokornego dawstwa i nieodmawiania "drobnych przysług"... Bo żeniby "kuleżeńskim" trza być, psia jucha. :/

Na szczęście osoba dorosła sama może zdecydować, co jej służy. Bronienie własnych granic to absolutna konieczność dla zachowania własnej integralności oraz wzmacniania poczucia szacunku do samego siebie. Będąc "fajnym" dla wszystkich, tak naprawdę jesteśmy niefajni dla samych siebie - dajemy się wykorzystywać, ograbiać z czasu, energii, a nierzadko i pieniędzy. Mało tego - jesteśmy "fajni" tylko w danym momencie, kiedy ktoś potrzebuje czegoś od nas (doraźnej rozrywki, postawienia browara, podwózki, noclegu, pożyczki). Lepiej mieć wąskie grono znajomków, a takich, którzy nas szczerze szanują. I nie pokażą nam pleców, kiedy to akurat my czegoś potrzebujemy.

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że nie da się zaprowadzić mentalnego kosmosu, utrzymując kontakt z negatywnymi, toksycznymi, fałszywymi osobami...  (w ostateczności, jeśli naprawdę nie mamy wyjścia, można zdecydować się na tzw. minimum kontaktu, które szerzej opisałam w TYM POŚCIE).

Dorzuciłabym tu jeszcze solidny dystans do tego, co ludzie o tobie sądzą lub mówią. Ich opinie są ich własnym produktem, którego ty nie musisz kupować. Polegaj głównie na sobie. Czy TY siebie lubisz..? Jeśli koniecznie chcesz brać pod uwagę feedback, to tylko ten konstruktywny, od autentycznie życzliwych ci osób.


6.) GRUNTOWNA INWENTARYZACJA ŁBA.

Defragmentacja dysku. Ktoś to jeszcze dzisiaj kojarzy..? :P

Tak. To jest ciężki temat, ale cóż, spróbuję go ugryźć.

Ciężki w sensie - ... bagatelizowany. Większość z nas do pewnego momentu - lub częściej - ad mortem defaecatam - wlecze za sobą balast szkodliwych nawyków myślowych, destrukcyjnych schematów i wzorców, którymi naponczowano nam umysł we wczesnej młodości. W domu rodzinnym, ale też w szkole, na podwórku itd. I ci dorośli ludzie bezrefleksyjnie powielają ten sam, zgubny spektakl, przyciągając "pecha", niefortunne zbiegi okoliczności, "niewłaściwe" osoby itd... Mówiąc wprost - nie radzą sobie, nie są w równowadze. Ale zamiast warstwa po warstwie dotrzeć do źródła własnego problemu, wolą go przywalić grubą polichromią wyparcia, zakłamania, pogoni za jakimś tematem zastępczym (np. jechanie na szmacie kilka razy dziennie), lub chorobliwie skupić się na cudzych "uchybieniach": rozstępach na tyłku jakiejś celebrytki i pilnym tropieniu śladów botoksu u aktorek. 

No niestety. Mało komu się chce PRACOWAĆ NAD SOBĄ, nad swoim charakterem. Mało kto widzi taką potrzebę! Prokrastynują, imprezują, upijają się, palą, ćpią, wdają się w kolejne płytkie romanse, zabijają się za hajsem, budują fasadę "luksusu" i lansu, usiłują dogonić jakąś ułudę perfekcji i... nie wiedzą, że gryzą się we własny ogon. Nawet, jeżeli mają momenty zastanawiania się, dlaczego są nieszczęśliwi, szukają przyczyn na zewnątrz, zamiast w sobie. 

Tu nie chodzi o to, żeby obwiniać siebie lub rodziców. Chodzi o wzięcie osobistej odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Nie chodzi o masochistyczne grzebanie się w traumach przeszłości - chodzi o ZROZUMIENIE, skąd się pewne mechanizmy wzięły, i jak można je przeprogramować, aby pracowały na naszą korzyść. Chodzi paradoksalnie o uwolnienie się od smrodu kaki, nie poprzez przykrywanie jej ściereczką, a poprzez - posprzątanie raz a dobrze.

Dla wielu będę teraz brzmieć jak jakiś niuejdżowy kołczo-oszołom, ale serio, daleko mi do tego :) Po prostu uważam, że warto żyć świadomie... zamiast spełniać oczekiwania innych lunatyków i pogrążać się w coraz większej frustracji. Jak chomik w karuzeli. Odcinać cenne kawałki siebie, żeby wpasować się do jakiejś uśrednionej foremki. Powtarzać zasłyszane opinie, zamiast myśleć za siebie. Iść pokornie za szarą tłuszczą, działać na autopilocie. Żeby brońbosze nie pochylić się nad własnymi deficytami, nie zdefiniować własnych potrzeb, nie sięgnąć po marzenia...

Taaak, trochę się rozpisałam przy tym punkcie, ale to dlatego, że jest to dla mnie ważne. Tego nie da się zrobić za jednym zamachem - jak u KonMari z chałupą... To raczej taki mozolny "proces w tle". Jednak zdecydowanie wart podjęcia.


7.) ZACZYNAJ WCZEŚNIEJ.

No, powiedzmy... Chodzi generalnie o uporanie się z kilkoma najważniejszymi celami na dany dzień jeszcze przed południem, o ile oczywiście jest to możliwe. Jak zaniedbam tę zasadę, to później pod wieczór dostaję wyrzutów sumienia i w popłochu czepiam się jakichś kompulsywnych zajęć - a stres przed wypoczynkiem nocnym jest wybitnie niewskazany... :) Lepiej odbębnić robotę wcześnie, a potem zdecydować, czy delektować się zasłużonym relaksem, czy śmignąć jeszcze podłogę w klopie na mokro i delektować się super efektywnym dniem.

Drugą opcją jest zaczynanie wcześniej rozumiane jako... POPOŁUDNIE/WIECZÓR wcześniej :) Lubię sobie czasami tak pyknąć na lajcie rzeczy z listy na następny dzień - wtedy rano mam luzik.


8.) NIE BIERZ SOBIE NA GARBA CUDZYCH PROBLEMÓW...

Jasne, przyjaciele od tego są, aby pomagać i wspierać w potrzebie - ale znaj zdrowy umiar. Pomoc, wsparcie i rada (o którą ktoś WYRAŹNIE poprosi) to jedno, ale nadmierne emocjonalne wkręcanie się w czyjeś kryzysy i WYRĘCZANIE DECYZYJNE nie należą do twojej odpowiedzialności. Niestety, czasami też nasze dobre chęci i szlachetne intencje obracają się przeciwko nam i potrafią skutecznie napsuć krwi... Po co. PO CO.


9.) RUSZ TĘ DOOPĘ.

Ha! Aktywność fizyczna, bejbe. Sama nigdy nie brylowałam na wuefie, ale cholercia... basen i interwały to ja kocham! Najlepsze w regularnych treningach jest to, że... organizm uzależnia się od tego wyrzutu endorfin. I później sam się będzie domagał ruchu. To jest piękne! Zauważyłam, że dni, w których rano (rozmemłana i ziewająca) zmuszam się do pokicania z Monią Kołakowską, są znacząco weselsze i bardziej udane, niż dni, w których nie ćwiczę :) Energetyczny boost plus długofalowe benefity w postaci zgrabniejszego zadka, o niebo lepszej kondycji, szybszego metabolizmu oraz regularnego pozbywania się toksyn.


10.) PRÓBUJ I NIE UPADAJ NA DUCHU.

Nauka czegokolwiek implikuje popełnianie szeregu błędów. Nie przemuj się wtopami, nie biczuj się. Ale też nie folguj w nieskończoność! Wymagaj od siebie tak, jak najcierpliwszy na świecie, kochający rodzic - nauczyciel - od dziecka - motywuj zamiast karać, próbuj różnych metod, kombinuj. Zwracaj uwagę na swój dialog wewnętrzny. Wystrzegaj się krytykanctwa - ono NIGDY nic nie daje, poza poczuciem winy, poczuciem gorszości, tworzeniem trwałych blokad i zahamowań. Natomiast konstruktywna informacja zwrotna - jak najbardziej! Zawsze kmiń: co dałoby się zrobić lepiej następnym razem..?

15:44

Dlaczego tymczasowo lekce sobie ważę imperatyw ultrazdrowych końcówek i o tym, jak zyskałam 3,5 cm przyrostu w miesiąc.

Dlaczego tymczasowo lekce sobie ważę imperatyw ultrazdrowych końcówek i o tym, jak zyskałam 3,5 cm przyrostu w miesiąc.
Miało być dla równowagi o czymś czczym, więc będzie o kłakach.

Chojrakowałam, że rozjaśnianie nie zabiło moich włosów, a potem wróciłam z wakacji w Grecji i przyuważyłam, że końcówki są yyy... gorzej niż tragiczne... Słoneczna patelnia, słona i chlorowana woda = masakra. Na szczęście kawałek od skalpu miałam odrośniętych naturalek, którym nic a nic się nie stało. Postanowiłam podciąć ten suchy wiór o jakieś 5 cm i zrównać kolor. Wyszło nieźle, jednak żeby mieć całkowicie zdrowe naturalki musiałabym urżnąć ok. 15 cm.

A tego nie chciałam. 

Toteż zdecydowałam się na totalną włosomaniaczą heterodoksję, niekanonicznie odmawiając ścięcia całej zniszczonej partii włosów! :D Zakupiłam ostre nożyczki fryzjerskie i nową butlę Mythic Oil. Zainwestowałam także w olej musztardowy/gorczycowy i baterię supli na porost (Calcium Panthotenicum, Sufrin, witaminki z grupy B, młody jęczmień). Wygrzebałam z dna szuflady zapomnianą szczotkę z naturalnym włosiem dzika.

Dzik:




 Olej musztardowy:


Przysposobiłam sobie buteleczki po płynie do soczewek - super się sprawdzają do aplikacji wcierek/olejów na skalp!


Aktualna długość herów (po prawej nie ma dziury, ot, podwinęły się):



I co?

 - Skręcając pasemka i owijając je wokół palca obcinam co jakiś czas ostrymi nożyczkami najbardziej haniebne rozczworzone kotwiczki... phehehe :P Mam wycieniowane włosy, więc nie robię sobie tym procederem "choinki"...
- Stosuję metodę OMO (odżywka-mycie-odżywka), aby maksymalnie chronić wrażliwe partie. 

- Suchy szampon/skrobia ryżowa to mój najlepszy ziomal pomiędzy myciami (co 2,3,4 dni), wyczesuję biały pył starannie szczotą z dzika, która przy okazji pobudza ukrwienie skalpu i przyczynia się do szybszego porostu.

- Wmasowuję w skalp przed myciem (najlepiej na parę godzin lub na noc) olej musztardowy, który obwiniam o rekordowy przyrost długości moich herów... Ich normalny przyrost to zaledwie 1 cm na miesiąc, a pasemko kontrolne (wyrośnięte na przebarwieniu pigmentacyjnym, więc zawsze to samo) wykazało przyrost miesięczny aż 3,5 cm!!! Nawet mój chłop własnym ślipiem odnotował różnicę, więc wiedzcie, że coś jest na rzeczy :D Grzywka była podcinana nad brwi, a już sięga kości policzkowych, więęęc...

Jaki mam w tym cel? Uhodować w ekspresowym tempie tyle, ile trzeba będzie podciąć, aby kłaki były w nienagannej kondycji. Dlaczego nie postępuję odwrotnie, czyli najpierw cięcie potem zapuszczanie? Bo cięcie musiałoby być naprawdę radykalne, a zapuszczanie mega żmudne, zaś ja zafundowałabym sobie roczek wyglądania jak debil rok dyssatysfakcji z własnego wyglądu... Nie twierdzę, że krótkie włosy wyglądają źle - wręcz przeciwnie, ale JA w krótkich czuję się FATALNIE i doprawdy nic nie poradzę, że teraz wściekle pożądam włosów po zapięcie od stanika :)

Co z tego, że końcówki mam zrypane, skoro stare poćciwe silikony robią tymczasowo skuteczną ściemę nadając im doraźnie gładkość i błysk..? A i tak na co dzień noszę zazwyczaj niedbały koczek, więc w sumie stan moich końcówek nie ma większego znaczenia... Ach, że niby zniszczenia "pójdą w górę"? Nie pójdą. Znam swoje włosy. Kiedy nie katuję ich agresywnymi środkami (rozjaśniacz, prostownica), nie potrzebują absolutnie niczego do włosowego szczęścia. Daję sobie jeszcze 1-2 miesiące takiego intensywnego hodowania i zetnę te nieszczęsne niedobitki blondu ostatecznie. Wiem, że wówczas moje włosy będą w idealnym dla mnie stanie, a i długość będzie już dla mnie akceptowalna.

Ogólnie uważam, że włosy są dla mnie, a nie ja dla włosów, i wkurza mnie takie pitolenie, że ojojoj, jak cienkie i delikatne, to musowo trza ciąć od linijeczki (och, ewentualnie ZASZALEĆ w "U") - osobiście lepiej się teraz czuję w wycieniowanych włosach - mój falujący z natury puch wygląda naprawdę korzystnie, w przeciwieństwie do prostego cięcia, które musiałam codziennie żmudnie wyciągać na szczocie, żeby uniknąć efektu niechlujnej szopy. A jak deszcz, to i szczota ani prostownica nie pomogą - loczki jak u amorka. W takiej sytuacji wycieniowana szopa obleci jeszcze jako "boho nieład" :)

Więc wiecie... schematy i reguły sobie, Toyad sobie . Wot, jak zawsze.

20:30

Kiedy nie można zrealizować zasady ZERO KONTAKTU z jednostką toksyczną: minimum kontaktu + taktyka szarego kamienia.

Kiedy nie można zrealizować zasady ZERO KONTAKTU z jednostką toksyczną: minimum kontaktu + taktyka szarego kamienia.
Hejka :)

Dziś akurat znowu będzie o psychofagach, bo wiem, że duża część mojej "publiczności" ceni tego typu posty. Ale spoko, wrzucę potem też jakieś lajtowe pościwo na odmulenie :)

Osoby, które zdołały wyratować się z przemocowej relacji z wysoce toksycznym humanoidem (psychopatą, socjopatą, osobą narcystyczną lub z zaburzeniem borderline) wiedzą, że jedynie słusznym działaniem po przebiegnięciu własnego Mostu Trwogi jest spektakularne puszczenie tego mostu z dymem NIEZWŁOCZNIE po dotknięciu bezpiecznego gruntu. Nie ma tęsknego ziorania na drugi brzeg, koniec.

A jednak wiele świeżo ocalonych ulega tej niezdrowej pokusie... że może nie warto tak pochopnie zrywać przełęczy nad przepaścią... Wytężają gały, próbując wyłowić z mrocznego buszu zarys psychofażej sylwetki... Czy mnie szuka..? Podąża za mną..? Woła..? Przeprasza..? Ehh. To tylko czip niewolnika wyłapuje jeszcze sygnał "właściciela". Trzeba go zlokalizować i potraktować odpowiednio, tj. - młotkiem. Ów czip. Mówiąc subtelnym językiem poetyckich metafor.

Powrót do pato-matrixa to czyste szaleństwo i samobój. Więc złota zasada 'ZERO KONTAKTU' to najlepsze dostępne koło ratunkowe.

Ale.

Co, jeśli toksykiem jest np. bliska (pokrewieństwem) rodzina lub współrodzic naszych dzieci..? Szef, współpracownik albo ktokolwiek, z kim jesteśmy "przymusowo" powiązani..?

Wtedy pozostaje nam wdrożenie zasady 'MINIMUM KONTAKTU' oraz tzw. TECHNIKI SZAREGO KAMIENIA. Jak to mniej więcej wygląda?

1.) FIZYCZNY DYSTANS. Bezwzględnie należy dążyć do fizycznego odseparowania od oprawcy. Jeśli toksykiem jest współmałżonek, rodzic lub rodzeństwo, konieczne będzie ogarnięcie wyprowadzki - w przypadku uczniów, dobrą okazją jest skończenie szkoły i usamodzielnienie się. Wiem, że zaraz wjadą argumenty, że kogoś nie stać na mieszkanie... Kurczę. Wiem, że nie jest to proste, ale wiem też, że większość ograniczeń sami tworzymy w swoich głowach. I tam też najwięcej szkód wyrządza toksyk - skutecznie rujnując samoocenę drugiej osoby tak, żeby widziała wyimaginowane kłody pod nogami zamiast własnych realnych możliwości. Zasmucają mnie szczególnie wymówki młodziutkich, w pełni sił i potencjału dziewczyn czy chłopaków pozbawionych zobowiązań w postaci ślubu czy potomstwa z psychofagiem... Spotykam się też z wymówką pt. "młodsze rodzeństwo", lub dotrzymanie towarzystwa drugiemu, "dobremu" rodzicowi... To jest znamienny syndrom dysfunkcyjnej rodziny - parentyfikacja dziecka. To CHORE, że dziecko ma być odpowiedzialne za własnego rodzica, ma niańczyć i chronić nie tylko jego, ale jeszcze inne dzieci w domu... Tylko o sobie nauczone jest myśleć na szarym końcu, a najlepiej wcale. Nie tędy droga. To rodzic jest dorosły i chronienie siebie, a także swoich dzieci przed dewastującą ich psychikę toksyną powinno być jego cholernym PRIORYTETEM! Jeśli świadomie WYBIERA rolę zinfantylizowanej, biernej satelitki swojego współmałżonka, to niech sam ponosi konsekwencje swojego wyboru. Nie zbawiajmy nikogo na siłę. A młodszemu rodzeństwu lepiej posłużymy wsparciem, dając przykład wzięcia życia w swoje ręce i przecierając mu szlak na bezpieczny grunt. 

Podsumowując, należy skorzystać z każdej opcji ewakuacji, a jak takowej chwilowo brak, to trzeba będzie ją sobie stworzyć. Skończ jojczeć, zacznij móżdżyć.

2.) REGULACJE PRAWNE - punkt dotyczy osób uwikłanych z psychofagiem w kredyty, małżeństwo, wspólne potomstwo, nieruchomości czy biznesy. Nie będzie to przebiegało sprawnie i przyjemnie, ale im szybciej zaczniesz, tym lepiej. Nie licytuj się, nie odgrażaj, nie ujadaj po próżnicy - po prostu DZIAŁAJ. Jak nie wiesz co i jak, umów się na konsultację do profesjonalisty. Mocni w gębie to są zazwyczaj toksycy, więc ty lepiej postaw na oszczędność w słowach i twarde konkrety. Zapewniam, że nieprzenikniona twarz pokerzysty i zdecydowane manewry formalne są o wiele skuteczniejszym orężem niż łzawe, czcze pitolenie "bo złożę papiery o rozwód", "bo zgłoszę to na policję", "bo cośtam". KONKRETY.

3.) JASNO WYTYCZONE GRANICE. Koniec cackania się z psychofagiem jak ze śmierdzącym jajkiem. Zakomunikuj spokojnie wprost, czego sobie NIE ŻYCZYSZ i nie będziesz akceptować, i twardo wyciągaj konsekwencje - ZAWSZE. Jak zaczyna ci ubliżać przez telefon natychmiast rozłącz się i konsekwentnie odrzucaj połączenie, a najlepiej przejdź na komunikację pisemną. Nie masz obowiązku wysłuchiwać czyichś wynurzeń. Jak delikwent/ka nie ma nic obiektywnie ważnego do powiedzenia, to nie reaguj na jakiekolwiek próby wciągnięcia cię w emocjonalną szarpaninę. Nie fatyguj się z odpisywaniem na wiadomości "nie na temat".

Uwaga! W przypadku nachodzenia w domu czy miejscu pracy, czyli po prostu - stalkingu - absolutnie nie zwlekaj i nie wahaj się zgłaszać incydentów nękania na policji!

4.) KOMUNIKACJA ZAPOŚREDNICZONA. Najlepiej od razu oficjalnie przejść na suchą, mailową, formalną komunikację, ograniczoną wyłącznie do spraw realnie istotnych. W przypadku np. wysoce skonfliktowanych rodziców super sprawą byłby neutralny mediator rodzinny, niestety nie jest to jeszcze rozwiązanie popularne w naszym kraju. Jednak ustalenie wyłącznie pisemnej formy komunikacji w pilnych/ważnych kwestiach jest bardzo korzystne, ponieważ - wszystko pozostaje "na papierze", w razie gróźb czy innych działań o charakterze nękania mamy dowód tegoż, wszelkie wspólne ustalenia również pozostają do wglądu. Komunikacja zapośredniczona sprzyja trzymaniu zbędnych emocji na wodzy - z obu stron.

5.) NA ZIMNO, BEZ POŚPIECHU... Jeśli psychofag wjeżdża na agresywne tony i usiłuje cię zaczepiać, "triggerować", pamiętaj, że nie musisz odpowiadać od razu. Nie musisz też wcale odpowiadać. Nie masz żadnego obowiązku być na każde pierdnięcie samozwańczego pępka świata, sorry, ale np. na maile można odpowiadać w ciągu 48h. Masz też prawo być zwyczajnie zajęta/y i nie odbierać telefonu. Narcyści zazwyczaj łakną po prostu atencji, twojej silnej emocjonalnej reakcji, i potrzebują gratyfikacji NATYCHMIAST - odmów im tej pożywki (fachowo - narcissistic supply - narcystycznego zasilania). Jeśli chcą ci po prostu dosrać, ignoruj prowokacje. Jeśli chodzi o coś ważnego, odpowiadaj opieszale i nader zwięźle, jakbyś nadawał/a telegram. Konsekwentna odmowa dostarczania toksykowi psychofajerwerków bywa bardzo skuteczna w zniechęcaniu do dalszego kontaktu. Być może zrazu się zaperzy i będzie pociskać jeszcze bardziej, ale - wytrwaj. A ewentualne bluzgi i pogróżki zawsze nagrywaj/zachowuj tytułem materiału dowodowego.

6.) ANGAŻ EMOCJONALNY GŁAZU. Wiem, że toksycy potrafią nas nieźle podkurwić - jak mało kto, bo dokładnie wiedzą, za które sznureczki pociągać - ale dołóż wszelkich starań, aby nie okazać żadnej specyficznej reakcji. Niech za ikonę TECHNIKI SZAREGO KAMIENIA posłuży niezrównana Maud Pie z My Little Pony:




Tak. Dokładnie tak to ma wyglądać :)

Kiedy jest się zmuszonym do (sporadycznych, rzecz jasna) osobistych kontaktów z psychofagiem, należy się zachowywać jak android napędzany hydroksyzyną. Psychofaży egzaltowany słowotok zbywaj baaardzo powściągliwymi, acz uprzejmymi pomrukami półgębkiem (mhm...aha...ehm...), ale nie wnikaj i nie dopytuj o szczegóły, na pytania odpowiadaj tak/nie/nie wiem/zastanowię się. Po załatwieniu sprawy nie przeciągaj niepotrzebnie spotkania, zakomunikuj (nie tłumacząc się) konieczność oddalenia się ku swoim obowiązkom, et voila.

7.) ŚCIŚLE CYZELUJ INFORMACJE - to jest mega ważne!!! Nigdy, absolutnie, pod żadnym pozorem, nie opowiadaj toksykowi o swoim życiu - bacz też uważnie na to, co i komu mówisz (wspólni znajomi i krewni...) oraz co wrzucasz na fejsa itp. Ci ludzie brylują w wykorzystywaniu każdej informacji przeciwko innym, więc dopilnuj, żeby wiedzieli możliwie jak najmniej. Nie informuj o swoich planach, stanie zdrowia, towarzystwie, pracy, wyjazdach, niczym. Wskazane tematy to pogoda i dupa Maryni.

8.) ZERO TŁUMACZENIA SIĘ!!! Osoby, które się "na wszelki wypadek" tłumaczą, są idealnym celem dla wszelkich manipulatorów i szantażystów emocjonalnych. Jeśli masz kłopot z asertywnością, znajdź sobie na yt filmiki instruktażowe - pełno tego jest i naprawdę - to się da wytrenować. Podstawa to krótkie, proste, konkretne komunikaty - żadnego "chyba", "raczej", "nooo wieeesz". Powtórz komunikat głośno i wyraźnie - w razie potrzeby, trzykrotnie, ale nie więcej. 

Nigdy też nie pozwól się kontrolować i rozliczać ze swojego czasu, swoich pieniędzy i swoich znajomych.

9.) TO NAPRAWDĘ NIE JEST TWÓJ PROBLEM. Pamiętaj. Jesteś odpowiedzialna/y WYŁĄCZNIE za siebie (i swoje dzieci). Nie daj się obarczyć poczuciem winy za kiepskie finanse, zły stan zdrowia, obniżony nastrój czy inne fumy dorosłego osobnika (teksty typu "przez ciebie zejdę na zawał", "tyle dla ciebie zrobiła/em" itd.)... Wzbudzanie odpowiedzialności w jednostkach nadempatycznych jest stosunkowo proste i mnóstwo manipulatorów jedzie sobie raźno na tym koniku. Nie daj się wkręcić w te chore gierki. 

Jeśli psychofag insynuuje, że "przez ciebie" się zabije, to wiedz, że wyłącznie on decyduje o swoim zdrowiu i życiu i niezależnie od tego, czy to faktycznie zrobi, NIE BĘDZIE w tym twojej winy, bo nikt nie ma prawa wymuszać na kimś w tak perfidny sposób określonego zachowania - ale mimo to (nie uprzedzając toksyka) radziłabym zadzwonić na numer alarmowy i zgłosić policji potencjalnego samobójcę. Nie powinno się ignorować żadnych tego typu komunikatów, ale też pod żadnym pozorem nie wolno ulegać dyktatowi szantażysty. Myślę, że radiowozy pod chatą skutecznie ostudzą atencjusza, a jeśli zagrożenie jest realne, to i tak interwencja będzie nieodzowna. Nic więcej zrobić nie możesz.

10.) NIUANSE. Tak naprawdę, powyższe wskazówki zaledwie ułatwiają radzenie sobie z toksykami, ale w cięższych przypadkach (np. agresywni przemocowcy) powinny być raczej taktyką tymczasową, poprzedzającą trwałe zerwanie relacji, jeśli tylko nadarzy się sposobność (zmiana pracy, miejsca zamieszkania, osiągnięcie pełnoletności przez potomstwo). Natężenie toksyny w toksynie bywa różne, czasami minimum dyplomatycznego kontaktu sprawdza się doskonale przy nadwątlonych więzach familijnych i wyczerpuje roszczenia obu stron. Trzeba wszystko optymalizować pod konkretny przypadek.

10:36

Dylematy postpsychofagozy - czy ostrzegać nowe "nabytki" psychofaga?

Dylematy postpsychofagozy - czy ostrzegać nowe "nabytki" psychofaga?
Spotykam się dość często z jakąś taką "mesjańską" tendencją u osób, które mają za sobą wyniszczający, toksyczny związek z jednostką o rysie psychopatycznym, mianowicie... osoby te pragną jakoś "ostrzec" aktualną ofiarę/ofiary swojego zaburzonego eksia.

NIE. RÓBCIE. TEGO.

Z jednej strony jest to niby dość szlachetny odruch, mimo to - nie warto. Po stokroć nie warto.

Dlaczego?

Po pierwsze zastanów się, czy NAPRAWDĘ twoją jedyną intencją jest uratowanie jakiejś zbłąkanej owieczki, w której widzisz siebie sprzed x lat, a może... a może po prostu słyszysz syreni śpiew swoich starych, zamkniętych w podpiwnicznych lochach podświadomości demonów, pragnących wepchnąć cię znowu w życiowy krowi placek..?


Po drugie. Nawet, jeśli przyświeca ci - ot, z dobroci serca - misja zbawienia obcej dziewuszki, to sobie daruj, bo ona najprawdopodobniej ma już dokumentnie sprany mózg i została skrupulatnie zaprogramowana, co ma o tobie myśleć. Najpewniej się już osłuchała łzawych i zatrważających historii, jaką to jesteś podłą do szpiku kości, pazerną, mściwą, wredną, zazdrosną, chorą psychicznie, obłąkaną i zaborczą suczą. Jak to skrzywdziłaś biednego, wrażliwego misia pysia i po jego dawnym (mitycznym) dobrobycie nie ostał się kamień na kamieniu, i on teraz - z jej pokaźną (zwłaszcza finansowo-mieszkaniowo-pijarową) pomocą - mozolnie odbudowuje swój Złoty Wiek. Potęga miełości, panie tego. Pamiętaj - lasia jest niezwykle precyzyjnie odłowiona z wiela, najpewniej - potulna, ufna, niedowartościowana mimoza, która nagle zachłysnęła się ideą, że jest czyjąś Gwiazdą Zaranną. Taki słodki biały zahipnotyzowany króliczek z puszystym ogonkiem, który z dewocją służy Panu Swojej Bajki i przegryzie aortę każdemu, kto poważy się zakwestionować jego majestat.



W jej oczach wyjdziesz na żałosną świruskę, co to wciąż obsesyjnie myśli o jej Księciuniu, knuje gierki i intrygi. Utwierdzisz ją jedynie w tym, że to, co Księciunio prawi na twój temat, jest prawdą. Nie zniżaj się, proszę, do tego poziomu.

Nie pakuj się w uszczęśliwianie nikogo na siłę, bo jeszcze zbierzesz po łbie, a w najlepszym razie się skompromitujesz...

Może właśnie najlepszą rzeczą, jakiej ta pogubiona dziołszka teraz potrzebuje, jest potężny chlast mokrą ścierą od życia przez fizys? Lekcja od kosmosu? Nie baw się w wysłannika Karmy, Karma może i bywa irytująco nierychliwa, ale - sprawiedliwa... Bo - chyba się nie łudzisz, że jakikolwiek związek tego typu (czyli rzyci z batem) czeka świetlana przyszłość..? Chyba się nie łudzisz, że psychofagi się zmieniają? Nie na lepsze i nie dla kogoś. Słodka idylla w toksycznym związku jest równie spektakularna, co ulotna. Kolos na glinianych nogach. Za każdym razem (spójrz wstecz... na siebie... i swoje liczne poprzedniczki) kończy się tak samo, więc... Ciesz się, że CIEBIE już tam nie ma. I skup się na swoim życiu.

A jak aktualna zbłąkana owieczka zacznie conieco kapować, to jak zechce skonfrontować fakty z teorią, to sama cię znajdzie. Ot, tyle.

14:14

Ważkie wskazówki po temu, jak pomóc sobie ogarnąć życiową kuwetę.

Ważkie wskazówki po temu, jak pomóc sobie ogarnąć życiową kuwetę.
Hejka.

Dziś będzie pokrótce o tym, co pomaga doraźnie ogarnąć życiową dupę. Wpis ten wyda się niektórym odbiorcom pitolongiem o oczywistych oczywistościach - i bardzo dobrze! Ale wiem też, że młodszej mnie bardzo przydałyby się te wskazówki - i lepiej uczyć się na cudzych błędach, niż na własnych... ;)

1.) RUDYMENTA. Zamiast nihilistycznie wzdychać ku niebiosom trza naprawdę zacząć u podstaw - codzienne zdrowe funkcjonowanie. Jedzenie, kupa, sen... I ruch! Jeżeli wciągasz jakieś antyodżywcze śmiecie, niedosypiasz na rzecz bezrefleksyjnego skrolowania internetowej papki informacyjnej, odpalasz jedną fajkę od drugiej i zapijasz kawą, a stres - alkoholem, to cóż... nawet, jeśli masz 20 lat i końskie zdrowie dzięki wspaniałym genom, uwierz - do czasu.

Mało jest spraw ważniejszych niż zdrowie. O ile "za gówniarza" pewna doza głupoty w tej materii jeszcze uchodzi za górnolotną beztroskę, o tyle szczerze dziwią mnie osoby 25+, 30+, 35+ żywiące się głównie fast foodami i mrożonym instant chłamem z supermarketu... to nie jest kwestia kasy, bo (wbrew wygodnemu mitowi) zdrowa pasza nie musi kosztować krocia. Daleko mi do żywieniowego oszołomstwa, gdyż, jak kiedyś wspominałam, unikam wszelkiej neofickiej fiksacji i monomanii, ot, staram się po prostu jeść świadomie i unikać przetworzonego, pustego odżywczo szajsu.

Jeżeli znajdujesz cokolwiek niepokojącego w swoim samopoczuciu, idź do internisty, zrób przegląd. Morfo i siuśki nawet prywatnie w labie nie kosztują dużo.No i tarczyca - deficyty energii nierzadko biorą się z zaburzeń jej pracy.

Odnośnie problemów ze snem zdarzyło mi się popełnić pościwo.

Tedy nie będę się powtarzać.

Rzeknę jeno - odpowiednia osobniczo porcja wypoczynu nocnego ma zasadnicze znaczenie dla jakości żywota, koniec kropka... choć wiem, że takie stawianie sprawy nie przysparza w pewnych kręgach lansu... (wszak podkrążone emo gały takie sexy, awangarda, rachityczne filozofy w porozciąganych swetrach i przeklęci poeci w zadymionych piwnicach, mrał).

2.) UGASIĆ OGIEŃ. Jeśli są jakieś bieżące sprawy, które Cię stresują, przerażają i prokrastynujesz ile wlezie rozwiązanie ich - pamiętaj, że chcąc uwolnić się od strachu, musisz mu spojrzeć w ślipia. Inaczej będziesz wiecznie uciekać - z duszą na ramieniu i jęzorem na brodzie.

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale ZRÓB TO. Umów termin. Zadzwoń gdzie trzeba. Przeprowadź niewygodną rozmowę. Cokolwiek z tego nie wyjdzie - postawa proaktywna przywróci Tobie spokój i poczucie kontroli nad swoim życiem. Działaj. TERAZ. Go, go, go!

3.) ŹRÓDŁO SAMODYSCYPLINY - MOTYWACJA. Jako siusiara byłam totalnie niezborną, niezorganizowaną, roztrzepaną ciumrą. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, jak dalece kijowa jest to kondycja i - mimo deficytu wrodzonych inklinacji do porządku - postanowiłam wziąć się za mordę i pokonać tę słabość charakteru. Bo nie chcę zgnić na kanapie przed tv lub przed komputerem, jojcząc, że inni mieli łatwiej/lepiej/pieniądze/szczęście/znajomości/wpływowych rodziców. Nie chcę, żeby życie mi przeciekało przez palce. Nie chcę bezmyślnie zmitrężyć tych swoich "pięciu minut" na tym padole.

Wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoje życie jest zawsze punktem zwrotnym. Wybaczcie szczerość, ale bezczynne siedzenie na roszczeniowej dupie i skauczenie, jak to inni mają lepiej, jest do bólu frajerskie. Nie ma nic bardziej żałosnego i godnego litości od pogubionego człowieczka, którego jedyną radostką w szarym życiu są cudze potknięcia i porażki.

Więc wstań, otrzep się z kurzu i ogarnij własną rzyć. Nie zadomawiaj się w szarzyźnie, przeciętniactwie, miernocie, lichocie i skisłych towarzystwach wzajemnej adoracji.

Wielopoziomowe zajęcie się sobą to paradoksalnie najbardziej altruistyczna rzecz jaką możemy zrobić.

4.) PLANUJ. Na bieżąco. Organizacja ratuje życie - dosłownie. Zatem zrób sobie pyszną kawusię lub zaparz aromatyczną herbę, usiądź na tyłku i rozpisz sobie plan dnia, plan tygodnia, miesiąca. Notuj też na marginesie wszystko, co przyjdzie Ci do głowy, żeby zrobić. Każdą jedną pierdółkę, każdy impuls "a może bym...". Ja prowadzę uproszczony BuJo (Bullet Journal, obczajta na yt) - i daje mi to przyjemne poczucie, że zawżdy panuję nad sytuacją :) Nie kładę się spać, jeśli nie zagospodaruję dnia następnego. Ważna wskazówka - wybierz 3 zadania z listy do zrobienia, które mają absolutnie najwyższy priorytet, i zrób je ASAP. Najlepiej zaraz po zgrzebaniu się z łóżka - o ile to możliwe. Nawet nie wiesz, ile rzeczy pchniesz w ten sposób do przodu! Przełożyłam wszystkie swoje treningi interwałowe na rano - i od tej pory nie ma zmiłuj, żebym wypadła z tygodniowego rytmu, zaś satysfakcja z odfajkowanego wcześnie rano ważnego zadania daje kopa do realizowania następnych... Tak to działa.

/Najbardziej demotywujący dla mnie scenariusz dnia to przyspać za długo, odpalić bezmyślnie kompa i wdepnąć z samego rana w medialną kakę typu dupno hajo z Majdanami w Dubaju. A potem jeszcze dać nura w komcie i potarzać się mentalnie z radosnymi świniaczkami w błocku. Bo ktoś tym nowobogackim celebrytĄ tak pięknie, "ynteligiętnie i z klasom" podesrał... Jako żywo, średniowieczny motłoch ryczący z zachwytu podczas egzekucji i ciskający ekskrementami. Buchają gejzery frustracji - rzecz jasna pod sztandarem słusznej krucjaty przeciwko upadkowi kultury, promowaniu kiczu i zgniłych wzorców moralnych. Paradne... I jakie przewrotne. Obrzydliwa hucpa.

Koniec dygresji./

5.) MÓZG LUBI UPROSZCZENIA I SCHEMATY. Upraszczaj wszystko co się da. Optymalizuj. Jak z masz z czymś problem, np. z regularnym sprzątaniem chaty, rozpisz sobie schemat działania w czasie (tak, tak jak dla debila:)) i po prostu postępuj wedle instrukcji. Jak czegoś się uczysz, to robisz notatki, a potem przyswajasz wiedzę z zapisanych informacji. Idiotoodporne. Nie umiesz w kreatywne gotowanie na spontanie, a chcesz jednak praktykować domową szamkę? Znajdź sobie kilka niezawodnych przepisów, zanotuj je w "zeszycie do wszystkiego" (czyli np. BuJo) i proceduj. Warto mieć też na podorędziu plan żywieniowy na co najmniej parę dni oraz listę zakupów spożywczych - nienawidzę tracić czasu na rozkminianie każdorazowego obiadu, latanie do sklepów i sterczenie w kolejkach. Zakupy staram się robić większe, przemyślane, a rzadziej. I rano, kiedy jest świeży towar i mało ciżby.

Systematyczna optymalizacja doprowadziła do tego, że zamiast lękliwie egzystować z ponurym widmem spiętrzonych powinności, mam wewnętrzny zen (noo... coś w tym rodzaju). I potrafię naprawdę delektować się porą relaksu, bo wiem, że nań zasłużyłam. Prokrastynując - niby się opierdzielasz przy przyjemnostkach, ale gdzieś w głębi czai się ta kwaśna świadomość ważniejszych spraw, która - nie czarujmy się - psuje całą radość z tych przyjemnostek.

6.) CEŃ SOBIE SWÓJ CZAS I ZASOBY. Nie rozpraszaj swojej uwagi i energii na jakieś pierdoły. Skanalizuj ją w sposób celowy. Poświęcaj swe zasoby priorytetowo na sprawy ważne - wartościowe - dla Ciebie. NIGDY nie rozmieniaj się na drobne. Nie zadowalaj się bylejakością - byle jakim pożywieniem, treściami i... towarzystwem. Se-lek-cjo-nuj. Nie warto chłonąć bezkrytycznie wszystkiego. Nie warto nawykowo skrolować fejsa czy instagrama. Nie warto spędzać życia z gałami wlepionymi w jakikolwiek ekran. Nie warto tkwić w iluzjach, krzywdzących lub drenujących relacjach, łudząc się, że takie są standardy i "tak już jest"... Pamiętaj - z eschatologicznego punktu widzenia nic nie boli bardziej, niż stracony czas. Nie marnuj go na plotki, zawistne spekulacje, intrygi, uwsteczniające rozrywki itd.

Warto rozwinąć w sobie asertywność. Wobec tej kakofonii cholernego badziewia, które atakuje zewsząd.

7.) USTAL CELE. Zanim skierujesz gdzieś strumień swojej energii i uwagi, musisz wiedzieć gdzie i po co. Gdzie jesteś, a gdzie chcesz dojść. Zachowując w miarę trzeźwy osąd, rzecz jasna (30 kg w dwa miesiące nie brzmi zbyt realistycznie)... Niemniej jednak - warto mierzyć wysoko. Wierzę, że wytrwałość (prędzej czy później) zaprowadzi człowieka praktycznie wszędzie, gdzie chce dojść, więc warto być ambitnym. Nie zadowalać się byle dołkiem z ciepłym gówienkiem, bo każde gówienko kiedyś ostygnie. Zwizualizuj sobie szczegółowo siebie za 5 lat - siebie tak, jakby porażka nie istniała. Kreśląc tę wizję, nie słuchaj podszeptów wstydu i lęku (naah... innym to się może udać, ale nie mnie...).

8.) OGARNIJ PRZESTRZEŃ. Przyznam się, że od dziecka żyłam z łatką bałaganiarza. Problem w tym, że od dziecka również przejawiałam potężny organiczny opór wobec czynności i wszystkiego, co oparte było na jakimś niezrozumiałym dla mnie dogmacie. Sprzątaj, BO TAK. Do dziś przymus i presja najskuteczniej studzą moją motywację do czegokolwiek. Jestem typem osoby, która sama się musi zmotywować, musi wiedzieć PO CO coś robi. Muszę mieć "bigger picture". Z biegiem czasu, kiedy zewnęrzny terror sprzątania ustał... odkryłam, że - hej, super się przebywa w ładzie :)  W uporządkowanej, czystej i wizualnie przyjemnej przestrzeni spokój umysłu przychodzi jakoś samoistnie, łatwiej też się skoncentrować i być kreatywnym. Wypoczywać. Same korzyści!

No dobra, powiecie, urzekła mnie twoja historia :P Do czego zmierzam - zagracone otoczenie wpływa na mózg o wiele bardziej, niż nam się wydaje. Rzecz jasna, negatywnie. Pedantką prawopodobnie nigdy nie będę, ale - z dumą mogę powiedzieć, że ogar jest. Teraz staram się przekazać dziecku, że pokój sprząta się nie dla świętego spokoju od zrzędzącej mamy, tylko po to, żeby przyjemniej się w nim przebywało.

9.) RUTYNA. Stety niestety, raczej nie zrobisz życiowej wolty z wtorku na środę. To bardziej jak ewolucja, a nie rewolucja. Skup się na nadążaniu za bieżącymi zadaniami, czas i tak upłynie, a nowe (niewygodne początkowo) nawyki przedzierzgną się niezauważalnie w... "to wgl można inaczej?". Warunkiem jest systematyczność. I cierpliwość*.

10.) UCZ SIĘ i INSPIRUJ SIĘ. Wysiłek poznawczy to jedna z najmądrzejszych inwestycji. Jeśli nie masz pomysłu na jakiś konkret, to szlifowanie języka obcego jest zawsze dobrym pomysłem. Ja jestem też uzależniona od słuchania podcastów lub ulubionych youtuberów, zwłaszcza wtedy, kiedy motywacja leci na ryj.

*A propos cierpliwości - spadki motywacji i gorsze dni są wliczone w koszty całego przedsięwzięcia - nie da się ich uniknąć, zwłaszcza na początku. Ale nie ustawaj w staraniach.

Pamiętaj - nie oglądaj się na ludzi. Zwłaszcza na te gnuśne cyniczne "szare eminencje", co z koślawym uśmieszkiem szyderstwa będą odprowadzać Twoje wyprostowane plecy, a potem sączyć innym w uszy swój jad na Twój temat... Oni chcą utrzymać status quo, woleliby otaczać się li tylko niegroźnymi pociesznymi piętaszkami, żeby móc brylować na ich tle.



Większość ludzi reaguje z dość prymitywnej, podświadomej matrycy - osoby piękne/zdrowe/bogate/szczęśliwe są dla nich ogromnym zagrożeniem. Dlaczego? Bo są jaskrawym naocznym dowodem, że MOŻNA porzucić wygodną i bezpieczną rolę ofiary. A nic tak nie boli jak konstatacja, że ktoś właśnie zrealizował potencjał, o który sami siebie podejrzewamy. Układ zawsze daży do równowagi, więc wszystko, co wystaje poza schemat i przeciętność będzie przez kolektyw "ciągnięte w dół". Wiem, że brzmię tutaj dość cierpko i radykalnie, ale... sorry, nie wpisuję się w nurt słodkiego bżdżenia w duchu syndromu Polyanny.

To tyla.

A, jeszcze wystąpienie Brene Brown o krytykach, w zasadzie wyczerpuje temat niekonstruktywnego feedbacku:






12:34

Bułkę przez bibułkę. Czy aspirujesz do kasty nabzdyczonych indorów?

Tytuł luźno nawiązuje do pewnej zabawnej Mantry... ;)

Dzisiaj powiem trochę o czymś, co wzbudza moją potężną niechęć, gdyż zazwyczaj idzie ramię w ramię z fałszem, zawiścią, resentymentem, brakiem wyobraźni, okrucieństwem itd.

Określenia "bułkę przez bibułkę" używam w odniesieniu do osobników napuszonych, zadętych, odznaczających się świętoszkowato-pretensjonalnym obejściem, wysterylizowanych z dystansu oraz autoironii, o atroficznym bądź szczątkowym poczuciu humoru (ale broń boszsz pikantniejszego, satyrycznego, czarnego, rubasznego, absurdalnego, czy ironicznego... pozostają powierzchowne, aseptyczne, konwencjonalne śmieszki heheszki, najlepiej z klakierami w tle jak w sitcomach, albo zgryźliwy cynizm). Charakterystyczna jest idolatryczna służalczość względem zinternalizowanych bez jakiegokolwiek wysiłku umysłowego reguł, monumentalnych Uznanych Autorytetów (m.in. religijnych), ostentacyjnym aspirowaniem do pańskich manier - arystokratycznych w takim sensie, jak gmin zwykł je prostolinijnie imaginować w swej platonicznej tęsknocie... Czyli - najczęściej zupełnie od czapy. Jak niektórzy nuworysze, co to z wtorku na środę zapominają, jak jeszcze niedawno fajdali pod chałupą i ucierali tyłek liściem łopianu, ledwo strupy z rzyci odpadną, pędzą fundować sobie złote klamki i marmurowe sedesy. INWESTUJĄ W POZÓR. Bo myślą, że pozór - blichtr, jest kwintesencją bogactwa. Nie rozróżniają "aktywnego życia duchowego" od pustego rytualizmu i bezrefleksyjnego pacierzowania. Obłudę i kołtuńskie konwenanse nierzadko zaś mylą z prawdziwym pionem moralnym i przyzwoitością.

Tymczasem zaprawdę powiadam Wam, nic bardziej mylnego. Różnica przypomina tę między zdrowym kręgosłupem i silnymi mięśniami szkieletowymi, a gorsetem. Zdrowa sylwetka nie potrzebuje sztucznej korekty, protez, podpórek, atrapek itp.

Podobnie charakter.

Niektórzy jednak dobrowolnie tkwią w ciasnych, skostniałych konstruktach myślowych jak w hermetycznej puszce, ale łudzą się, że to wspaniały pałac - forteca. Ścisłe, podane na tacy pod nos, prawidła obyczajowe to ich zbroja, blaszane ubranko, które z pietyzmem polerują, kiedy nikt nie patrzy. Bez niej byliby bezkształtnym przezroczystym glutem. "Co ludzie powiedzą" - sensem ich życia. Rządzi nimi tzw. gen niewolnika.
Byle co jest w stanie im uchybić. Niecenzuralne wyrazy, dowcipkowanie z "zakazanych" rzeczy, pojedyncza literówka w czyjejś sensownej skądinąd argumentacji, polemika z "odwiecznymi" dogmatami... W ich móżdżkach są tylko dwie szufladki - czarna i biała. Po co forsować szare komórki?? A zatem nieważne, że jakiśtam Miodek i niejaki Bralczyk legitymizują stosowanie wulgaryzmów w określonych sytuacjach i kontekstach. NIEWAŻNE. Brzydkie wyrazy = fujka = żule = rynsztok. Nie to co my, (wannabe) paniczyki. Koniec kropka. (Nie chodzi mi o  bronienie rynsztokowej retoryki - która jest niewątpliwie szpetna i drażniąca. Chodzi mi o to durne a powszechne zakłamanie, że "inteligentualistom" nigdy żadne słówko na K... i Ch... i J... się nie wymsknie. Akurat... Ludzie szlachetni zazwyczaj wolą sobie przekląć, niż być cichym skurwysynem. Ot co.)
Co ciekawe, tacy ludzie zazwyczaj z nabożnym namaszczeniem wypowiadają się o muzeach, teatrach i filharmoniach. Szkoda, że w nich chyba nie bywają. Bo gdyby mieli blade pojęcie o sztuce, mieliby świadomość, że to nie tylko jakieś "ładne" obrazki i wibrujące trele. Sztuka - sztuka wybitna, to odwaga do łamania zasad. Do myślenia pod prąd. Bo z nurtem to tylko łajno płynie. I inne śmiecie. Konformizm wyklucza jakąkolwiek wielkość! Ogromna część sztuki to rubaszność, sprośność, wulgaryzmy, seks, gołe baby i generalnie pogarda dla wszelkiej narzuconej "poprawności politycznej". A tzw. wyższe sfery nie zawsze sączą popołudniową herbatkę odginając z wdziękiem najmniejszy paluszek i prowadząc gładkie rozmowy o Niczym.

Dżizas.

Wkurza mnie to wybiórcze doktrynerstwo... Ludzie biorą sobie jakiś wycinek rzeczywistości i wpadają w monomanię. Po co? Świat nie jest czarno - biały. To nasz móżdżek operuje rozgraniczeniami. Ludzka natura jest wszędzie i zawsze dość podobna. Nie jest ani dobra ani zła - zależy, jak wybiera w danym momencie, a bywa, że logiki i konsekwencji brak... Poznajmy dobro po owocach, nie po chęciach czy deklaracjach! Jesteśmy prości i skomplikowani zarazem. Nie ma rzeczy ani zjawiska, które nie miałoby swojego mrocznego rewersu. Świat stoi opozycjami binarnymi. My również posiadamy swój Cień. I dopóki go nie zintegrujemy poznawczo, nie będziemy pełnią. Spychanie go, odcinanie i odżegnywanie się od niego paradoksalnie daje mu ogromną władzę nad nami.

I grozi staniem się zafiksowanym w swojej mikro puszce światopoglądowej dupkiem machającym pożyczoną szabelką z tektury.

Hmm. Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ten strumień świadomości jest dla kogokolwiek jakkolwiek zrozumiały, ale czułam mus uzewnętrznienia się. Chodzi mi po prostu o to, że ludziom brak odwagi do bycia kimś autentycznym. Chełpią się, że im coś odgórnie wpojono*. Żeby być damą, na przykład. Że to niby ogromna wartość jakaś. Ale cóż to znaczy być damą..?? Kto arbitralnie rozdaje ten tytuł i czy rzeczywiście warto detonować granat w rzyci, aby nań zasłużyć..? Buzia w ciup, rąsie w małdrzyk..?

Dla mnie literacką kwintesencją damy była wspaniała Melania Wilkes z "Przeminęło z wiatrem", ale sorry... i tak wolę ognistokrwistą, życiową, buntowniczą Scarlett. I charakternego Rhetta - zamiast "dżentelmena w każdym calu" - Ashleya.

* - drażni mnie w ogóle ten zwrot, bo sugeruje, że delikwent jest jakąś bezrozumną i bezwolną masą, której można wszczepić jakikolwiek czip i zaprogramować jak się chce...

13:08

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!

Les Babioles De Zoe - stajl inspo na odmulenie klimatu!
Chcę się jeno na szybkości podzielić moim niedawnym odkryciem w zakresie blogerek modowych. Otóż, blogerki modowe interesują mnie w 99,9% jak zeszłoroczne liście. Ale poszukując inspiracji trafiłam na Zoe. Zoe Alalouch:


Nosz karwia! Zoe ujęła mnie totalnie, bo:

- jej stylówki są frapującym mariażem nonszalanckiej bohemy z dandysowatą elegancją

- jest kapelusznikiem <3

- lubi trampki

- lubi warstwową biżu o etnicznym sznicie, niefrasobliwie miksuje srebro ze złotem i mosiądzem i w nosie ma, że "tak się nie robi" - i wygląda zajebiście

- jest jakaś taka inna - drobniutka, uśmiechnięta, rozczochrana, barwna i interesująca - w morzu napompowanych silikonem dziuń wyobciskanych bandażowymi sukienusiami, spozierających wzgardliwie znad odętych ostrzykniętych war - sorka, nic nie mam do tychże, ponad to, że zaczynają być męczącą me oczy sztampą (mój blogasek, MOJE ZDANIE, piss off, peace out)

No. I właśnie za czymś takim gały me tęskniły na pinterestach i inszych instagramach! :)




































13:57

O tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru.

Wróciłam niedawno z cudownych wakacji i ociekam radością oraz entuzjazmem, a jednocześnie po głowie chodzą mi dość poważne tematy... Hmm :) 

Dzisiaj o tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru. W sensie - żeby zacisnąwszy zęby zmilczeć jakiekolwiek pohańbienie naszych osobistych granic. Przymykać oko na mniej lub bardziej zawoalowane przejawy chamstwa, bucery, nieokrzesania. Tolerować, odpuszczać... Bo że niby tak szlachetniej, bo trzeba "być ponad", nie reagować, lepiej zostawić "bez komentarza".

Nie chodzi mi BYNAJMNIEJ o to, żeby się zawsze agresywnie strzępić i wzniecać guanoburzę pod byle pretekstem oraz generalnie być nabzdyczonym na punkcie własnego majestatu, roszczeniowym indorem!

Tym, co mnie jednak boli, jest deficyt elementarnej asertywności. Zwłaszcza, niestety, u kobiet. Że niby ugrzecznione potulnocipstwo magicznie przekłada się na "lepsze" relacje - tylko, yyy, lepsze dla kogo? Bo raczej nie dla samej zainteresowanej. Chyba, że zadowala ją perspektywa "ch*jowo, acz stabilnie". I pod cudze dyktando. Co kto lubi. Znam latami bitą i zdradzaną żonę, która dziś wypina z dumą pierś w oczekiwaniu na ordery, bo "utrzymała małżeństwo dla dobra dzieci"... Owe dorosłe już dzieci bujają się aktualnie po kozetkach u pojebologów, ale to drobny szczegół. W swoim mniemaniu dokonała heroicznego wyczynu, robiąc z siebie podnóżek i wycieraczkę. Ułuda daje momentami wspaniały haj, zaiste...

Powtarzam, że nie chodzi mi o bycie prącą na konfro, upierdliwą biczą. Po prostu szczerze ubolewam, że czasami w imię wypaczonego "świętego spokoju" postanawiamy zdławić, nie artykułować naszej uzasadnionej złości, buntu wobec niesprawiedliwości itd. Tolerujemy tratowanie brudnymi buciorami naszej świętej przestrzeni, patrzymy, jak ona się kurczy. I to już nie jest okej. Bo prędzej czy później dojdzie do implozji. Negatywne emocje będą się kumulować, kisić, aż w końcu, za przeproszeniem, coś jebnie. Oj, i to mocno. Pół biedy, jeśli na zewnątrz. Gorzej, jeśli np. w postaci somatycznej... :/

Często słyszę to cholerne "aaa, wiesz... nie ma sensu". Nie ma sensu otwierać japy i protestować, kiedy nasze podstawowe potrzeby i prawa nie są respektowane. Serio..??

Wiecie co, ja baaardzo nie lubię konfliktu i chaosu. Ale doświadczenie mnie nauczyło, że o wiele gorsze od chwilowego zepsucia powietrza jest trwałe zepsucie sobie krwi. Asertywność nie ma nic wspólnego z agresją, to kluczowe i absolutnie niezbędne narzędzie dla zachowania szacunku do samego siebie... Szacunek do siebie i godność osobista ma o niebo więcej wspólnego z ustanowieniem i obroną własnych granic, niż z takimi pierdołami jak długość spódniczki.

Ach, i ważna rzecz - asertywność można wytrenować niczym mięsień! Polecam z całego serca.

12:46

Rzecz o tem, jak zetknęłam się z systemem Davida Kibbe.

Rzecz o tem, jak zetknęłam się z systemem Davida Kibbe.
Hejka, to znowu ja! :P

Wieki całe nie wrzucałam tu swoich inspirek wygrzebanych z czeluści internetu w zakresie przyodziewku... Bo przez dłuuugi czas miałam kryzys garderobiany, który przeleczyłam metodą radykalnej redukcji szmat, ale wciąż czułam impas - większość propozycji outfitów na ulicy i w wirtualu była dla mnie taka... 'meh'. Niby fajne, ale... właśnie 'meh'. Wtórne, poprawne, może i ładne. Jednak zalew klonów i trochę nuda.

Jakiś czas temu bardzo zaintrygowała mnie typologia Davida Kibbe. Czytałam, czytałam i początkowo niewiele z tego kumałam. Z czasem - zaczęło mi się to jakoś składać do kupy. Zdaję sobie sprawę, że wielu osób Kibbe nie przekonuje, uważają jego system za jakiś absurdalny stylowy horoskop w który się albo "wierzy" albo nie. Zazwyczaj te osoby nader pobieżnie zapoznały się z zasadą działania owego "horoskopu" i tyle im wystarczy, aby zjawisko zdyskredytować. Tymczasem system Kibbe nie jest ani prosty, ani wzięty z czapy. Jestem bodaj ostatnią osobą skłonną popadać w jakiekolwiek doktrynerstwo, ale tutaj poczułam, że "coś jest na rzeczy" z tymi typami fizjonomicznymi. Chodzi przecież nie o wróżenie z fusów czy ptasich jelit, a o strukturę, symetrię, wzrost, proporcje - i choćbyśmy nie wiem jaką politpoprawną nowomową czarowali rzeczywistość, dla ludzkiego oka kwestia harmonii linii i form nie jest abstrakcją. Przykro mi. Owszem, można rzucać cegły i kamienie na chybił trafił, ale czy bez projektu architekta wyjdzie z tego funkcjonalny i piękny gmach? Nie sądzę. Oczywiście - ubrania to TYLKO ubrania i większość ludzi nie zaprząta sobie nimi zbytnio głowy, a jak zaprząta, to zazwyczaj w myśl zasady "dużo, modnie i tanio". Niektórzy ostentacyjnie wyzłośliwiają się na "pustych" blogerkach modowych, stylistkach itp. a jak jest WYPRZ to PIERWSI gonią z jęzorem na brodzie po naręcza poliestrowych szmatek :) No cóż... wolność, prawdaż :D

Toteż  - jeśli kogoś nie interere ta tematyka, niech zwyczajnie odpuści niniejszy post.

Bywało tak, że jakiś element garderoby cholernie mi się podobał, a sama wyglądałam w nim jak wioskowy głupek... Weźmy takie rozkloszowane spódnice/sukienki. W momencie największego natężenia fascynacji estetyką z filmów Tima Burtona zapragnęłam czarnej, gotyckiej "bombki". Sprawiłam sobie. I - mimo "poprawnej" figury - wyglądałam w niej jak stara baba przebrana za przedszkolaka na kinderbalu. No masakra. Podobnie było też z boho-szarawarami, szerokimi powiewnymi nogawkami i rękawami, drobnymi wzorami itd. W minimalistycznej elegancji wyglądałam niby poprawnie, ale... czułam się dotkliwie wykastrowana z jakiejś iskry. W końcu, metodą prób i błędów, mniej więcej rozkminiłam, co mi pasuje, a co nie. Ale po odchudzeniu szafy zależało mi na pozyskiwaniu wyłącznie ajtemsów 100% spójnych ze mną. Wtedy trafiłam na Kibbe.

Na początek polecam cały blog Grety Kredki, ale zacząć od podstaw:


No i moja ulubiona, genialna MUA, Alyona:

U Aly filmików na ten temat jest więcej. A w makijaże umie jak mało kto - nie zajmuje się durnymi haulami i ciapaniem tęczowych powiek; określiłabym ją raczej jako makijażowego inżyniera - proporcje, gra światła i cienia, nic nie jest przypadkowe. Sama Aly jest niezwykle ciepłą i empatyczną osobą. Podoba mi się to, że gloryfikuje piękno w jego różnorodności, a nie dążenie do sztampy.

Wracając do typów Kibbe! Test może kogoś szczęśliwie naprowadzić, ale mnie akurat zwiódł na manowce... :) Skorzystałam więc po prostu z konsultacji z Gretą i okazałam się typem Flamboyant Gamine. No i nagle wszystko pyknęło. WSZYSTKO. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ oznacza to dla mnie zielone światło i błogosławieństwo dla mojego ukochanego wewnętrznego dziwaka :D Hulaj duszo! Jako Flamboyant Gamine mogę, a wręcz powinnam:

- uskuteczniać eklektyczny nonszalancki styl (yaaay!)
- tudzież urokliwe retro a'la Gatsby (zawsze było mi ładnie w diademach i opaskach)
- nosić rozdmuchaną wycieniowaną grzywkę
- podkreślać gały krechą, rzęsami, smokey (yaaay!)
- podwijać rękawy i nogawki (od zawsze tak mi instynktownie pasowało, ale nie wiedziałam dlaczego)
- nosić osobliwe wyraziste printy na koszulkach (yaaay!)
- nosić ołówkowe i krótkie spódniczki
- nosić "toporne" i antypańciowate obuwie (yaaay!)
- nosić zwierzęce motywy (cętki, faux fur, wąż - sorryyy, ale ja uwielbiam)
- nosić rzeczy zbluzowane
- nosić boyfriendy (uwielbiam) i rurki (uwielbiam z wysokim stanem)
- nosić krótkie kurteczki i ramoneski (yaaay!)
- nosić się warstwowo i kontrastowo, np. obcisły dół luźna góra lub odwrotnie

Ogólnie - nie ukrywam, że jest mi to wszystko wybitnie w smak. "Czuja" miałam dobrego.

Nie chodzi o to, żeby się podporządkowywać w 100% i zmieniać upodobania na siłę. Chodzi o to, żeby wyłuskać z tego esencję, to, co dla nas najbardziej korzystne. Linie, fasony. Wydaje mi się, że - będąc ich świadomym - można bardzo fajnie zaadaptować Kibbe do własnego stylu i własnych naturalnych inklinacji. Od nas zależy, czy - i jak - użyjemy jakiegoś narzędzia.

U Kibbe zajebiste jest to, że podział na sylwetki nie przebiega według ich "wad" i "zalet", tylko opiera się na apoteozie własnej budowy ciała. W przeciwieństwie do wszelkich kretyńskich metamorfoz typu "Łabędziem być" nie każe wszystkim kobietom wciskać się w stereotyp cycatej seksbomby - klepsydry na niebotycznych szpilach, z bujną blond koafiurą. Wręcz przeciwnie - chodzi o kultywowanie, żadnego maskowania "zbyt szerokich ramion" (wtf?) i dosztukowywania biustu czy tyłka. 

No dobra, tymczasem zmykam złapać jakieś promienie słoneczne na tyłek. Dajta znać, czy kontynuować wątek własnych stylówek i inspirek :) Baaj!

15:41

Dlaczego warto wejść w kontakt z sobą przez pisanie?

Dlaczego warto wejść w kontakt z sobą przez pisanie?
Kiedyś wspomniałam o tym, że piszę do samej siebie. Zazwyczaj drogą elektroniczną, bo doświadczyłam za młodu przykrego incydentu wścibstwa i nieposzanowania prywatności ze strony pewnych osób. [Nie obcych... Osób, które najwyraźniej uważały, że stoją ponad moim prawem do poczucia bezpieczeństwa we własnej przestrzeni. Że "dziecko" nie powinno mieć "jakichś tajemnic". Że można je wyszydzić.

Podarłam wszystko jednego wieczoru.

Dziś mam świadomość, że to tamci niby-dorośli powinni się za siebie wstydzić. Powinni płonąć ze wstydu za swój żenujący brak empatii, elementarnej wrażliwości i dojrzałości. 

Odebrałam wiele lekcji z zakresu toksycznego wpływu tzw. "bliskich" ludzi... Ale o tym będzie kiedyś dłuuugi, osobny post.]

Wracając do pisania! Jakoś tak parę lat temu miałam pracę z dużą dozą samodzielności, jednak regularnie musiałam pisać sprawozdawczego maila do szefostwa o postępach, ewentualnych trudnościach i wszelkich kreatywnych pomysłach. Złapałam się na tym, że takie maile sprawozdawcze bardzo fajnie porządkują mi łeb, pomagają się zorganizować, oszacować progres w zadaniach, śledzić poziom motywacji itd. Postanowiłam wypróbować ten patent "w życiu". Działałam intuicyjnie, a okazało się, że jest to uznana i dość dobra metoda autoterapii, ale także po prostu - wartościowa praktyka sprzyjająca klarowności i jasności umysłu. 

Jestem typem osoby z naturalnymi skłonnościami do generowania chaosu, ale bynajmniej nie udaję, że świetnie się czuję jako hodowca entropii - wręcz przeciwnie, permanentny nieład powoduje u mnie zapętlenie, niepokój, efekt "jelenia w świetle reflektorów" - dlatego wzięłam się za pysk i poczyniłam znaczne postępy jako Chaos Commander. M.in. właśnie zajęłam się systemowym i systematycznym ustanawianiem kosmosu we wszelkich dziedzinach mojego żywota, zaś odgruzowanie sobie drogi do poznania samej siebie oflagowałam na czerwono jako najwyższy priorytet.

Niektórzy preferują pisanie odręczne, ale w zakresie strumienia świadomości stanowczo lepiej mi się klepie w klawiaturę, ponieważ idzie mi to szybciej. Nie muszę baczyć na styl pisma, który, kiedy się spieszę, trudno odkodować. Odręcznie sporządzam zazwyczaj krótkie notatki, punktowe listy, wykresy, mapy myśli itp. Bardzo fajnie o pisaniu dzienników wszelkiej maści mówi Lavendaire, jedna z moich ulubionych ostatnio zagramanicznych jutuberek:



Uwielbiam jej słuchać! Nie bełkocze, nie ma irytującego akcentu i polipa w nosie, gada zwięźle i do rzeczy, jest - przynajmniej dla mnie - niezwykle inspirująca. Polecam. Posiada także swoje podcasty. Sprawiła, że coraz bardziej przekonuję się jednak do prowadzenia odręcznych zapisków :) Podoba mi się idea 'current me vs. future me'.

Korzyści pisania:

1.) KOZETKA U POJEBOLOGA INSTANT. Kiedy jest Ci w życiu źle, po prostu siadasz i zwalasz z garba cały balast. Wszystko po kolei. Nie cenzurujesz się, jesteś szczera i autentyczna. W razie potrzeby bluzgasz jak marynarz. Metabolizm dotyczy nie tylko ciała, ale też ducha. Zbędne rzeczy należy wydalać, a toksyny w szczególności. Jak już się wybebeszysz z całego zalegającego syfu - zobaczysz czarno na białym swoje bolączki i o wiele łatwiej będzie Ci coś na nie zaradzić. Trudno jest walczyć z wrogiem w ciemnościach. Kiedy piszesz, rzucasz na problemy bezlitosny snop światła - i widzisz jak na dłoni, z której strony "ruszyć temat". Ważne jest, aby nie poprzestać na wyrzyganiu żali i nie wkręcić się w spiralę negatywizmu. Dlatego ja stosuję swoisty dwugłos: najpierw idzie szambo, a później - piszę jakby z pozycji swojej najbliższej osoby (którą notabene powinniśmy dla siebie być) - pochylającej się z najwyższą troską nad problemami kogoś najważniejszego. I tu już oczywiście wybija wulkan pozytywności, świeżej perspektywy, rady, pociechy, motywacji. 

Taka dychotomia wewnętrznego dyskursu jest bardzo sprawiedliwa. Posiadamy tzw. Cień i nie zagłuszymy go słodkopierdzącym szczebiotem Polyanny, musimy uczciwie dopuścić go do głosu, a potem - zrównoważyć.

Wiele rzeczy okazuje się wynikać po prostu z nieuświadomionego, irracjonalnego lęku. A remedium na wszelkie strachy to złapanie ich za kosmaty łeb i spojrzenie w fosforyzujące oczy rozmiaru spodków.

2.) ODZYSKANIE POCZUCIA KONTROLI. Pisząc regularnie, nasiąkasz przekonaniem o ciągłości i sensowności własnego życia. Ćwiczysz wewnętrzną uważność. Oczyszczasz system ze śmieciowych plików, które zamulają Ci wydajność. Zyskujesz też cenny dystans, który sprzyja pogodzie ducha. Wracam sobie czasami do swoich pisanych na gorąco tekstów i... ehh, człowiek rozemocjonowany jest jak kipiące mleko w garczku :) Skanalizowanie emocji w swobodnym pisaniu działa jak dobry amortyzator.

Możesz też po prostu śledzić swoją wytrwałość w trzymaniu się dobrych nawyków, wzloty i upadki w dążeniu do celów, ogólną ewolucję swojej osoby, opisywać na bieżąco wrażenia z przeczytanych książek i obejrzanych filmów (które niestety szybko ulatują), po prostu wszystko, co Cię w danym momencie jara, inspiruje, cieszy, wkurza lub niepokoi.

Możesz aktywnie pracować nad swoim nastawieniem, nad stanem umysłu. Uświadamiasz sobie, że nie jest on raz na zawsze wykuty w skale, tylko plastyczny jak glina.

3.) WINCYJ KREATYWNOŚCI. Tak tak, kiedy zatory energetyczne się rozpuszczają, można doświadczyć istnej powodzi twórczych wątków. Kiedy zwalnia się przestrzeń, pojawia się nowe. Chomikując zbędne "stare graty" na peryferiach świadomości blokujemy to miejsce i kręcimy się w kółko goniąc własny ogon. Tymczasem warto przecierać nowe szlaki neuronowe.

4.) SPOKOJNIEJSZY SEN. U mnie pisanie do samej siebie było kamieniem milowym w walce z bezsennością. Nie twierdzę, że zadziała u każdego, ale ja sobie chwalę. Resetuje mózg. Zwłaszcza fajnie jest np. raz w tygodniu wypisywać rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. 

5.) MOMENT SZCZEROŚCI. Zauważyłam, że wielu ludzi żyje na autopilocie. Studiują, pracują, wchodzą w związki, biorą śluby, rozmnażają się, ale to wszystko jakoś tak... na pół gwizdka. W półśnie. Śni im się, że szczęście to złoty dzban pod tyłkiem skrzata na drugim końcu tęczy. Mawiają, że "życie im się nie ułożyło" lub "ułożyło", tak jakby nie mieli na to wpływu, jakby byli bezwolnym pionkiem na szachownicy. Wchodzą bezrefleksyjnie w jakieś społeczne schematy i później łączą się w narzekaniu.

W pisaniu najbardziej chodzi o ten moment zatrzymania się w tu i teraz, moment totalnej szczerości z samym sobą. Bez upiększania, czarowania się, iluzji. Moment wyzwolenia z "czasu psychologicznego" (życia w potrzasku przeszłości i obawie przed przyszłymi zdarzeniami). Wejście w "teraz".

***

Łomatko... Zara pomacam się po żuchwie w poszukiwaniu brody taoistycznego mędrca LOL :D
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger