21:59

Okołoświąteczne rozkminy i spleenik. Życióweczka.

Podzielę się z Wami pewną refleksją, która ostatnio za mną uporczywie łazi.

Zwykło się zakładać, że człowiek buntuje się za młodu - w wieku, powiedzmy, nastoletnim. A potem niby dorośleje i "mądrzeje", przy czym jest to zazwyczaj kojarzone z pewną pokorną uległością względem oczekiwań społecznych. A bunt jest upupiany i nazywany protekcjonalnie "głupim wiekiem"...

Z perspektywy czasu stwierdzam, że wiek nastoletni był może w pewnym uproszczeniu "głupi" pod pewnymi względami, ale sam bunt głupi nie jest - pod warunkiem, że jest mądry :P (i wszystko jasne lol)

Właśnie swoisty brak pokory, nieposkromiona wolność zdrowej autoekspresji oraz niezłomna asertywność w obronie własnych wartości - kojarzą mi się z dorosłością. Bo stadny konformizm jest łatwy, a ludzie niestety preferują drogi na skróty i z ulgą wybierają lenistwo poznawcze.

Żeby móc potem zamykać innego człowieka z całym jego skomplikowaniem, głębią i unikalną historią w ciasnej szufladce opatrzonej zwięzłą formułką. Na podstawie jakiegoś przypadkowego skrawka informacji, mikrowycinka całości. 

Ale wracając do buntu.

Dojrzały bunt różni się od młodzieńczego. Nie miota się w głośnym zacietrzewieniu, jak zwierzątko w klatce; przypomina raczej majestatyczny himalajski szczyt - który jest wprawdzie cichy i spokojny, ale spróbuj go "ruszyć". To on wyznacza granice. No właśnie.

Przeciwko czemu buntuje się np. dorosły Toyad?

Przeciwko ignorancji, także, a zwłaszcza własnej, jeśli się na niej przyłapię.

Przeciwko arogancji i bezmyślności, unikaniu autorefleksji.

Przeciwko biernemu marudzeniu na własną sytuację - i potulnemu tkwieniu w niej.

Przeciwko premiowaniu cwaniactwa i wyszydzaniu "staromodnych" wartości typu szczerość, lojalność, uczciwość.

Przeciwko kołtuńskiej moralności i mentalności "coludziepowiedzo!".

Przeciwko schematom, sztampie i tandecie.

Przeciwko rozdętemu do porzygu kultowi pozorów.

Przeciwko powszechnemu schamieniu i bucerze.

Przeciwko zafiksowaniu na artefaktach, powłoce i rzeczach mało ważnych.

Nie zrozumcie mnie źle... Jestem ostatnią osobą, która nawoływałaby kogokolwiek do ascezy! :) Fajne rzeczy są fajne, zakupy są przyjemne, pieniądze są świetnym narzędziem do spełniania marzeń, nie ma nic złego w staraniu się być miłym wizualnie i dążeniu do szeroko rozumianego materialnego ziemskiego szczęścia.

ALE, karwia. Chodzi mi o to, żeby gdzieś po drodze nie skisnąć w ślepej kisze monomanii i mieć z tyłu głowy świadomość priorytetów. Co powinno być priorytetem? Coś, co dostarcza poczucia sensu. Czyli - przykładowo - dla mnie:

Wolność osobista. Autonomiczne wybory. Odpowiedzialność za własne życie.

Bezpieczeństwo emocjonalne i materialne, dobre zdrowie, mir domowy.

Wartościowe relacje z innymi.

Wartościowa relacja ze sobą.

Poznawanie siebie. Wierność własnym wartościom, choćby przysłowiowe skały srały.

Działalność twórcza - cokolwiek by to nie było, nawet pieczenie placków czy proste projekty DIY.

Możliwość swobodnej, zdrowej autoekspresji.

Tzw. work-life balance.

Wdzięczność. Dostrzeganie i docenianie codziennych radostek.

Celebracja relaksu, świadomy(!) sybarytyzm(!)

Empatia i życzliwość. Wielkoduszność.


A na czym polega mój cichy bunt? Na odmawianiu błogiej anestezji, jaką jest egzystencja na autopilocie. Na niebyciu zewnątrzsterowną kukłą. Mimo, że wymaga to stałej czujności w eliminowaniu pleniącego się wszędy badziewia z pierwszej listy i troskliwego siania, pielęgnowania dobrości listy drugiej...
 
Takie tam... Okołoświąteczne rozkminy i spleenik :)

16:20

'This too shall pass.'

Hejka!

Powiem wprost - dopóki nie nawali bajkowego śnieżku to zdecydowanie nie jest mój ulubiony czas w roku...

O ile wczesna jesień jest niezwykle piękna i klimatyczna, to TEN WŁAŚNIE moment tuż przed "prawdziwą" zimą uważam za najbardziej frustrujący i niesprzyjający byciu gejzerem optymizmu... Niby jest tak, że pogoda ducha nie powinna zależeć od pogody na zewnątrz, ale - w praktyce, u meteo-wrażliwców, zmarzluchów i miłośników światła słonecznego (dzień dobry), bywa, ekhm, różnie. U mnie przez ostatnie dwa tygsy bywało, ekhm, różnie - obniżony nastrój był częstym gościem, niestety...

Obniżony nastrój objawia się u mnie zazwyczaj wzmożoną sennością w ciągu dnia, brakiem koncentracji, poirytowaniem, rozkojarzeniem i apatią, trudnościami z zaśnięciem i uogólnionym rozdrażnieniem. Skłaniałam się ku wersji, że to przejściowe, jednak na wszelki wypadek wybrałam się z podejrzeniem aberracji działania tarczycy do wnikliwej Pani Endokrynolog (z polecenia, bo zazwyczaj zbywano mnie kultowym "widocznie taka pani natura") - szczęśliwie biochemia hormonalna w idealnym balansie; Pani Doktora przypomniała mi natomiast z całą stanowczością o konieczności uzupełniania wit. D3 do kwietnia, bo jej deficyty mogą właśnie powodować takie depresyjne klimaty (i szereg innego badziewia).

W weekendy lubię wziąć sobie krwawy odwecik za wczesne zdzieractwo i podrzemać leniwie do 9-10, bo - mogę :) I przyznam, że naturalne, stopniowe wybudzanie się przy pomocy światła słonecznego (zamiast presji agresywnego dźwięku budzika) cudownie niweluje moją sezonową mizantropię... :P A jak jeszcze mój Ulubiony Ludź zrobi swoje mistrzowskie fluffy pancakes, to już w ogóle - I'm in heaven! <3 Uwielbiam celebrować zasłużone lenistwo i interwały życia w błogim bezczasie...

Przez ostatnie tygodnie nawarstwiło mi się stresów i karkołomnych wyzwań; czułam się, jakbym manewrowała transatlantykiem między przyczajonymi zdradziecko pod powierzchnią wody niepozornymi górami lodowymi. Ot, niezdarny slalom z wielką rufą pomiędzy wyskakującymi nagle znikąd problemami. Jeszcze nie koniec, ale na szczęście - coś, co wydawało mi się nie do przejścia, zostało uwieńczone spektakularnym sukcesem, więc teraz delektuję się chwilą spokoju i ładuję akumulatory przed pracowitym styczniem... :) Ogólnie - z dziarskim entuzjazmem spozieram w 2018 rok. Czuję się trochę jak taxiing aircraft, przed spektakularnym startem z deszczowego Wypiździewa do słonecznego Paradyża... :D

Trza wreszcie pożegnać szare truchła przeszłości, sztywne mumiowe bandaże starych konstruktów myślowych, destrukcyjnych przekonań i lęków.

Won, kierwa. A kysz!

Można się martwić na zapas, snuć negatywne scenariusze - tylko - po cholerę? Ileż człowiek oszczędziłby sobie nerwów, gdyby przejmował się wyłącznie realnymi zagrożeniami, zamiast wydumanymi i mało prawdopodobnymi. Użytecznym kryterium jest zapytanie siebie samego: Nawet jeśli akurat tutaj powinie mi się kulas, czy TO będzie miało jakiekolwiek znaczenie za pół roku..? Jeśli to tylko błaha "porażka" z krótkim terminem ważności - chrzanić ją. Zamiast masochistycznie drzeć szaty i włosy ze łba, spytać siebie krótko, co następnym razem pasowałoby zrobić lepiej - i tyle.

Tyle mego słowa na czwartek. Była też w planach aktualizacja włosowa, ale podkusiło mnie samodzielnie przysmyczyć grzywkę - oczywiście popłynęłam na poprawkach i wyglądam jak recydywa z psychiatryka... rozpaczliwie usiłuję wbić się do Mistrza M. na reanimację. Pewnie przy okazji ciachnie po całości. Wtedy pyknę focie i apdejt pielęgnacyjny.

Tymczasem - baj :*
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger