10:05

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.
Co jest gorszego, niż pseudobohema? Że-niby-tró-bohema, która myśli, że jak będzie ostentacyjnie wyszydzać tę pierwszą, to sama zyska na "prawdziwszości"...

;)

***


15:27

Przezorna zawsze umalowana... :/

Przezorna zawsze umalowana... :/
Chciałam ino wyskoczyć do Zielarni po zamówiony balsam Herba Studio na krogulce, dosłownie za miedzę...tfu! ulicę. Narzuciłam więc parkę, wzułam pierwszy lepszy obuw, i wyleciałam z domu z włosem rozwianem. Kij, że z leciutkim kacykiem po wczorajszym piwku oraz po porannym neurotycznym "manualnym oczyszczaniu porów" wyglądałam hmm, delikatnie mówiąc, not maj best... I co, OCZYWIŚCIE musiałam wpaść na dwie osoby "pułci" żeńskiej, których nie widziałam od wieków, a akurat wolałabym przed tymi konkretnymi babsztylami wyglądać jednak maj best. No cóż, udałam wielki pośpiech i roztargnienie, i mignęłam chyżo obok, klnąc w duchu swą niefrasobliwość. Ehh, tak jest ZAWSZE kiedy wyglądasz jak kupa, a jak się wypacykujesz, to ani pies z kulawą nogą nie przetnie Twej trajektorii...

Oh well. Wutevr.



15:13

Hi. My name is 'Go fuck yourself'.

Hi. My name is 'Go fuck yourself'.
Na pewno każdy zna TEN TYP...

Wolny elektron, zazwyczaj bez konkretnego życiowego zajęcia (tym samym często i bez własnych środków), bez baby (tudzież chłopa), bez bliskich znajomków... za to z dużą ilością wolnego czasu, pokaźną dawką zrezygnowania, marazmu i frustracji, oraz olbrzymim łaknieniem towarzystwa, w którego uszy mógłby lać swe jojczenie, najchętniej całodobowo. 

Poznajcie Przydupasa (Przydupnice zdarzają się rzadziej, ale uczciwość nakazuje wspomnieć, iż takie zjawisko też w przyrodzie występuje).

Możesz sobie być asertywny. Wystarczy, że raz jeden zrobi Ci się takiego skulonego nieudacznika żal... Wystarczy raz... drobny gest, dołożysz do piwa w knajpie, biletu autobusowego, życzliwie wysłuchasz rzewnej historyjki o nieszczęśliwej miłości, toksycznej matce, zrytym przez podły świat berecie... i to już koniec, przepadłeś. Teraz szykuj się. Dałeś palec, delikwent z pazernej wdzięczności odciapie ci całą rękę. Kij z tym, że Ty masz swoje życie, swój świat, swoje problemy, zobowiązania, hobby, pracę, żonę, dziecko, psa, kota, rybki i tasiemca w jelicie. Przydupas ma to totalnie w dupie, ponieważ nawiązaliście...tfu! On nawiązał z Tobą mistyczną unię dusz. Zaczyna się faza unilateralnych godów... Wydzwania, pisze, wciąga Cię w swoje sprawy jak ruchome piaski, zwierza się, jojczy, chlipie w rękaw, sra Ci za przeproszeniem po fejzbuku, stara się wpierdaczyć na wieczór, na weekend, ochoczo proponuje kumpelskie piwko, które oczywiście stawiasz Ty, bo biedactwo nie ma pieniędzy, o czym się dowiadujesz jak już stoicie przy kasie... Aha, i nie kłopocz się swoją rodziną, nie przeszkadza MU. On was wszystkich uwielbia, łącznie z tasiemcem, po prostu z nieba mu spadliście, aby poratować na zakręcie życiowym, best fręds kurfa forewer. 

Tak. Pytanie, co WY z tej znajomości czerpiecie, wątpliwą przyjemność obcowania z wiecznym udręczonym malkontentem, wątpliwą satysfakcję z "pomocy potrzebującemu" (który de facto jest  nieźle kalkulującym cwaniakiem, lubiącym jeździć za darmochę na cudzym grzbiecie)? Otóż, przychodzi pora na trzeźwą diagnozę - mamy na karku pasożyta. Obsiorbującego nas z dobrego humoru, energii, czasu, pieniędzy.

Połapawszy się w sytuacji, "dawcy" mówią dość, zaczynają unikać Przydupasa. Normalni znajomi polegają na tym, że kontakt z nimi oraz korzyści płynące z przyjacielskiej relacji są obustronne i WSPÓŁMIERNE. Nikt nikogo nie dusi, nie uszczęśliwia swoją osobą na chama. Prawdziwi, sensowni znajomi są taktowni i DOMYŚLNI, nie trzeba im tłumaczyć, że to nieelegancko wydzwaniać do kogoś po 23, rozumieją pewne niuanse w lot, nie narzucają się, jeśli druga strona nie przejawia inicjatywy do częstych spotkań. 

Przydupasa ciężko się pozbyć aluzjami, warto go spławić radykalnie, choć miłe to nie będzie, bo przecież wbijacie mu "nóż w plecy", okazujecie się tak samo podli jak Świat. No cóż. Teraz tylko obsmaruje wam tyłki i obwiesi was najbardziej wszawymi kundlami przed kimkolwiek, kto zechce tego słuchać, być może przy okazji zyska kolejną "ofiarę". Ale to się i tak opłaci - wasz święty spokój jest bezcenny, zaś nic nie boli bardziej niż czas stracony z takim ćwokiem...

***

Ilustracja - stara, ale na temat:



Uchodzę za "aspołecznego ch.uja" (tak mnie kiedyś dosłownie kumpel określił) i dobrze mi z tym. Jest mi z tym wprost zajebiście! Cenię sobie swoje zasoby wysoko i nie szastam nimi gdzie byle, z kim byle. Wolę się dzielić z tymi, na których mi naprawdę zależy. Dla reszty mogę być bucem, I don't care.

21:01

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.
Dobra, poczułam się natchnięta...tfu, natchiona? do napisania tego postu. Czuję mianowicie, że muszę sprostować parę zabobonków i spiardolin-straszaków w temacie około ciążowo-porodowej fizjologii. Szlag mnie trafia, jak czytam tu i tam na forach, blogach itp. produkty czyjejś bujnej wyobraźni, czy raczej nieudolne domysły osób, które tego tematu empirycznie nijak nawet nie liznęły, natomiast aktywnie uczestniczą w zabawie w głuchy telefon, generując szkodliwe mity i uogólnienia. 

#1 Ciąża to 9 miesięcy wyglądania jak wieloryb.

Że co? No umówmy się, że dwa tygodnie od zapłodnienia mamy w brzuchu full zestaw 3,5 kg dziecko + okablowanie w postaci pępowiny + oporządzenie w postaci pęcherza z wodami płodowymi, i przez 9 miechów czekamy se z tym wszystkim do porodu... Lol.

Ekhem, ja przykładowo w czwartym miesiącu zapinałam sobie w talii (!!!) spódniczkę - bombkę z H&Mu w rozmiarze 36. W pracy wtajemniczone były tylko 3 zaufane osoby, reszta zrobiła wielkie oczy, kiedy się ujawniłam - pod koniec 5. miesiąca. Dopiero pod koniec 7 miesiąca pożyczyłam od koleżanki jedne specjalne ciążowe dżinsy, resztę ubrań miałam swoją. 

Jak słoń poczułam się dopiero w ósmym miesiącu... :) Ale dwa miechy to nie to samo, co dziewięć. Idzie wytrzymać.

#2 Poród to najgorsza najgorszość, wiekopomna trauma, ręka noga mózg na ścianie...

Też tak myślałam, słysząc niektóre mrożące krew w żyłach opowiastki... Tymczasem - w moim przypadku, ale wiem, że nie jestem wyjątkiem - wyobrażenia i domysły okazały się totalnie oderwane od realiów. Jadąc taxą w środku nocy do szpitala, byłam mega podjarana, że TO JUŻ i wreszcie spotkam oko w oko to tajemnicze, kopiące mnie od środka stworzenie! ;) Stres był, nie powiem, ale - nie był on moim zdaniem wart tych dwóch godzin przypominających casting do Egzorcysty ze mną w roli głównej, hehe...;P 

Cóż, pewnie bywają jednak bardziej czarne scenariusze, ale nie należy się na nie nastawiać! Moja prababcia powiła 11 synów, dożyła prawie sety w doskonałym zdrowiu, i do końca życia prowadziła gospodarstwo. W tamtych czasach nie było takich udogodnień jak dziś, współczesne baby narzekają na takie bzdety jak opryskliwy personel, ale do k... nędzy, ja osobiście doceniałam świadomość, że rodzę w renomowanym szpitalu, i że "w razie WU" jest do dyspozycji sztab specjalistów łapiduchów oraz wszystkie te maszyny robiące PING! a służące do ratowania życia. Moje przodkinie rodziły dzieci w towarzystwie akuszerek na wsiach gdzie psy dupami szczekały za przeproszeniem, tralala jakże eko i w ogóle heja banana trajbal, ale każda mała komplikacja oznaczałaby prawdopodobnie ostateczną eschatologiczną Czarną Dupę. Rozumiecie? Czarną Dupę bez światełka w tunelu.

Tak że tego. 

Ha! Lewatywa też, jak się okazuje, autentycznie przeraża rzesze... Dżizas, po tej całej osławionej lewatywie spodziewałam się większych fajerwerków, a tu taka chała. No cóż, przymierzam się aktualnie do porządnej hydrokolonoterapii, bo średnio mnie urządza turganie w kichach paru kilogramów kompostu wszelakiego.

Aaa, panuje jeszcze powszechne przekonanie, że chłop jako towarzysz porodu często mdleje OD TYCH WIDOKÓW niczym Julia Kapulet przy menstruacji. A nawet jak cudem nie kipnie, to będzie mu się śniło po nocach i na widok rozkraczonej partnerki zabije się biedaczek o drzwi, ścigany krwawo mięsnymi wizjami w stylu Hostelu albo innej Piły.

Tia. Prawda jest taka, że jak wyjątkowo wrażliwy delikwent nie chce, to ma możliwość nie patrzeć na "kino", są parawaniki itp., ale z doświadczeń znajomych mi facetów wynika, że in the heat of the moment para koncentruje się wyłącznie na jak najsprawniejszym przebiegu akcji, a nie na "efektach specjalnych", serio. 

#3 Potem już nie ma życia towarzyskiego, życia erotycznego, w ogóle nic nie ma, jest tylko nadwaga, rozstępy, mleczne doje i ryczący wniebogłosy roszczeniowy tobołek. Aha, no i deprecha poporodowa.

Jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to powiem tak - ja się zdążyłam doskonale "wyszumieć" za czasów licealnych, studenckich i trochę po nich, więc knajping do rana i tak mi dawno obrzydł... Aczkolwiek znam rodziców, którzy z powodzeniem go uskuteczniają, zmieniając się przy dziecku, albo korzystając z instytucji babć. Rewizja znajomych, w sensie oddzielenia ziarna od plew, dokonała się niejako samorzutnie, z czego jestem zadowolona. Gdyby nie przeprowadzka do Wawy, spotykalibyśmy się pewnie regularnie z wąskim a sprawdzonym gronem ziomali w Kra, z których część jest dzieciata, a pozostali dzieciatymi o dziwo nie gardzą, więc spoko. Odnośnie życia erotycznego, nie będę niesmacznie wylewna, ale jest hmmm, o trzy nieba lepiej niż przed prokreacją. Nadwagi zero, wręcz parę kilo mniej niż wyjściowo, rozstępów zero, cyckozwisu zero, włosy i zęby w porządku. Owszem, po części jestem genetyczną szczęściarą, ale z drugiej strony... ja naprawdę nie widzę tej szumnie opiewanej estetycznej pożogi u znanych mi mam. Jedna  wprawdzie przydeptuje sobie biust, ale kuźwa, jak się tak OKAZAŁY cyc potraktuje całkowitą rezygnacją ze stanika na roczny czas karmienia (bo przecież wygodniej), no to SORRY WINNETOU. Mleczne doje na moim "marnym" (choć ja lubię...) 65E wyglądały doprawdy zajebiście, normalnie Baywatch. Tobołek wprawdzie roszczeniowy, ale i najcudowniejszy na świecie, nie ma lepszego panaceum na bolączki tego świata, niż przytulanie takiego swojego ciepłego pachniaczka. 

Depresji poporodowej nie tykam, bardzo poważna sprawa, nikomu nie życzę, mnie szczęśliwie ominęło.

***

Samojeb z wczoraj:


22:21

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".
Poczułam się dziś dotkliwie stara jednak... Pobłądziłam na jakimś blogasku, skądinąd nawet dosyć wciągającym, gdzie autorka (w wieku wczesnostudenckim) wyraziła w jednym z postów swą niechęć do małych dzieci oraz to, że osobiście opowiada się za bezdzietnością z wyboru. No i luz, ok, szanuję taką postawę, i to wcale nie dlatego, że 7 lat temu deklarowałam podobne poglądy (bez nutki złośliwości, serio!). Punkt widzenia żenibyradykalny? Ooojtam, wielu ludzi nie marzy o posiadaniu dzieciaków, wielkie mi hipsterstwo, a pfff. Niestety poziom komentujących mnie położył... eskalacja prostackich, stereotypowych, jadowitych uwag o matkach jako roszczeniowych krowach, wywalających ochoczo gdzie się tylko da swe "obleśne wymiona", o dzieciach jako drących japę bachorach itd. 
Dlaczego właściwie poczułam się staro..? Bo wprawdzie w pierwszej chwili  krew mi zawrzała, czytając te ociekające żółcią niewybredne komcie, ale... no właśnie, stwierdziłam, że przecież - pomna słów Tony'ego de Mello* - nie będę uczyła świń tańca. Już mi się po prostu nie chce. Po co. Będę nawracać stado ledwo oderwanych maminej kiecki ciuptajłów z akademika, oraz grono głupiutkich foczek, hołdujących takim urban legends jak np. to, że kobiecy narząd rozrodczy po wydaniu na świat potomka przypomina potargany rękaw czarodzieja..? Heloooł... :)

***

* - To będzie chyba parafraza, gdyż nie mam pod ręką książki... ale chodzi o to, żeby nie uczyć świni tańczyć, bo nic z tego nie wyjdzie - człowiek się jedynie zmęczy, a i świnię zdenerwuje.

***


O'rly?



16:52

Co gryzie Rodaka Cebulaka, jeśli akurat nie metka od piżamy.

Bardzo często spotykam się z opinią, że Polacy to naród frustratów, którzy sąsiadowi zza płota życzą jak najgorzej, a tym gorzej, im tamten ma "lepiej" (zieleńszy trawnik, pobożniejsze pacholęta, cycata krowa, małżonka więcej mleka daje itp.). Spostrzeżenia tego typu płyną zazwyczaj od ludzi, którzy mają tzw. porównanie, bo wyemigrowali na stałe lub spędzili jakiś czas za granicą. Ponoć tubylcy przeważnie są milsi, życzliwsi, bardziej otwarci, pomocni i uśmiechnięci. Cóż, nie najeździłam się w swym krótkim (buhaha!) życiu za wiele, ale jak już się zdarzało, to byłam m.in. mile zaskoczona tym, że normalnym jest mówienie "dzieńdobry" mijanym na chodniku nieznajomym, że kosze z towarem są wystawione przed sklep, bo przecież nikomu by nie przyszło do głowy coś zajumać (a w naszym Rossmannie smętny pan w uniformie człapie za mną krok w krok)...

Jasne, że jest to grube uproszczenie, bo wredoty i fałszywce są wszędzie, tak samo jak te szczerozłote egzemplarze. Ale jednak, COŚ zdaje się być na rzeczy. Niestety. 

Jako przyczynę obstawiałabym jakiś jeden wielki zbiorowy kompleksior. Nie jestem w tej dziedzinie umna i uczona, ale mogę se snuć spekulacje jako mędrek wioskowy, czyż nie? No. Więc se snuję, i wychodzi mi właśnie, że to to. Albowiem w życiu swem krótkiem (buhaha!) naobserwowałam się trochę ludzi, i REGUŁĄ jest, że im ktoś bardziej nie lubi siebie, tym większe upodobanie znajdzie w gnojeniu bliźnich, choćby "tylko" szkalował ich słowem, a nawet li i jedynie myślą...Ludzie spełnieni życiowo mają lepsze rzeczy do roboty, niż dosrywanie komukolwiek. Natomiast lepszych od siebie będą podziwiać i traktować jak inspirację.

Ze swej strony dodałabym jeszcze takie trochę niezdrowe, obsesyjne skupienie na innych, warowanie na ich najmniejsze uchybienie. Kojarzy mi się to z takim grzebaniem w cudzym śmietniku w poszukiwaniu taniej sensacji, jak to śpiewała Nosowska. W środkach komunikacji masowej zagramanico rzadko ktoś się na Ciebie perfidnie gapi, takim charakterystycznym wzrokiem borsuka, którego ominęła trzecia z rzędu kolacja, kobity mają w zwyczaju robić sobie np. makijaż w metrze a reszta pasażerów jest SKUPIONA NA SOBIE, a jak wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie, to jest ono pozytywne i przyjazne. Kiedy trzeba komuś pomóc, bo np. wygląda na zagubionego, jest spora szansa, że ktoś wyjdzie z inicjatywą. Tu jest zazwyczaj dokładnie na odwrót - wścibstwo, obgadywanie, a kiedy trzeba zareagować, totalna znieczulica, nos w szalik, wzrok w buty. Zaznaczam, że istnieją chlubne wyjątki! 

Aha, jeszcze coś. Afirmacja przeciętności i "nie wychylania się". Widać to chociażby w sposobie ubierania się, a konkretnie w ilości kreatywnych barwnych indywiduów na ulicach, w Polszy wciąż brak sprzyjającego klimatu do noszenia się inaczej niż zachowawczo. Ma być "porządnie ostrzyżony" Adam i długowłosa Ewa, koniec kropka. Tatuaże, kolczyki w niestandardowych miejscach - ciągle są postrzegane jako gorszące udziwnienia. Oswojenie się z tym jest kwestią czasu, gorzej z odwagą do myślenia inaczej. Śmieszy mnie, kiedy para dorosłych ludzi, od zawsze na bakier z kościołem, gna brać ślub przed ołtarzem, bo co ludzie powiedzą. No fakt, będą gadać, bo między jednym a drugim odcinkiem "M jak Puszczę pawia" trzeba jakoś zabić nudę.

Na obronę Cebulaczków powiem oczywistą oczywistość, mianowicie, "zaplecze" mamy dość nieciekawe, pominę historię, ale sam fakt obecnych płac ukraińskich połączonych z europejskimi kosztami życia może być powodem do niezłego wkurwa. Ok, ale zamiast przekuwać wkurwa we frustrację, a frustrację w plucie jadem, możemy na tym wkurwie wyhodować motywację do ZMIANY...
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger