14:06

Toy dziś RZONDZI.

Toy dziś RZONDZI.
Bo zdał "teoryję" od kopa. Na maksika. W minut mniej niźli pińć. Wylazł pierwszy. Juhu!

Tera oczekiwanie na praxis, obawiam się, że może być CIUT ciężej, haha... ;P

Z tej radości pognałam na "złotóweczkę" na Zygmuntowskiej, wróciłam z worem łachów znowu... niestety, jeszcze nie obrodziły lumpy cieplejszymi łachi, resztówa sezonu letniego. Ale. Łup je łup, rajt? Wszystko ciepłam do kubła na pranie, tymczasem zapodaję owoce przeszperów z minionego tygodnia. Wszystko po zeta od sztuki.

Jadymy...

Białe "cuś" co pełni funkcję powiewającego dupokryja. Ciekawe takie. Love is wild - w tym śpię, a nie po ulicy dylam, coby nie było wątpliwości...


 Tia, i fajny zez.


Portki lekkie letnie w prążki.


Topina urokliwa All Saints:



Biały koszul H&M:


Top H&M:


Gaciory pidżamkowe:


Czal indyjski:


Levi's dżiny w stanie idealnym, ciemny piękny denim:



 Miętowa lniana kiecka H&M:




Tee z jakimiś maziajami, osobiście wyharatałam większy otwór na łeb:


Znowu biały koszul:



Góra od bikini w fazowe wzory (lowciam):


Top typowo wakacyjny, pod nim pomarańczowa góra od bikini w charakterze stanika:


Wiadomix, że przyzwoitym młodym mamom przysługują jeno obleśne rybaczki a'la emerytowana bawarska turystka, no ale...


Kiecka Bershka:


Kiecka George:


Kiecka H&M:


Kiecka H&M:


Kiecka H&M:


Okryjbida George:



Nie pamiętam:



Kiecuchna jak dla wiktoriańskiej panienki, CUDOWNOŚCI!! Ecru, batyst. Do tego słomkowy kapelusz i sandałki...




:)))

15:12

Powiało jesieniom..?

Powiało jesieniom..?
Upały - skwary - patelenki już chyba dobrze za nami. Nic to, jest okejka, nawet zdążyłam się już znudzić... :) 

Szkoda mi "sezonu" na kiecki... :( Bo uwielbiam. Wogle, codzienne noszenie lekkiego odzienia. Wynalazku pod tytułem "rajstopy" nie toleruję na swojej skórze, od razu mam chcicę się wściekle drapać, fujka. Albo gołe kulasy i kiecka, albo - niestety - portki, ni ma półśrodków. 

Żal mi jeszcze, poza kieckami, sezonowej wałóweczki. Bobu, szparagów, pomidorów. Dni długich i pełnych światła. 

Za to nadciąga sezon na insze fajne rzeczy, np. chusty i szale, ramoneskę, rozmaite wdzianka, kurtałki oraz parki. Mroczniejsze zapachy perfum. Rozgrzewające aromatyczne napoje... ;> Urocze piżamki  - "antyseksy", swetry - sierściuchy, siermiężny obuw (osobiście, wielce uwielbiam). 

***









21:20

Zwiady i zwidy różne, okoliczne i okolicznościowe.

Zwiady i zwidy różne, okoliczne i okolicznościowe.
W niedzielę bylim, jak za dawnych dobrych czasów, familią w Przylasku tak zwanym, w Studziance. Taka miejscówa dla tubylców, źródełko w lesie, słynące smaczną, krystalicznie czystą wodą o, rzekomo, dobroczynnych właściwościach. Jako małe dziecko często tam bywałam. Pamiętam jeszcze staaarą kapliczkę murowaną... Teraz jest nowa, drewniana, stawiana przez górali. Ale tamta murowana miała taki niesamowity klimat... Wewnątrz jakieś kiczowato-prymitywne malowidła ścienne, wszędzie łącznie z sufitem, feeria barw, kojarzę jakieś żywioły wody i ognia, błękit i ognistą czerwień, anioły, chmury i różne takie. Eschatologiczne klimaty w ludowym wydaniu, czyli mniam. No i ten półmrok, wątłe światło świec, i balsamiczna woń mnóstwa kwiatów. Budziło to we mnie wtedy zbożny trwożny naiwny podziw oraz respekt. Po latach chciałam odwiedzić to specyficzne miejsce, i z niemałym rozczarowaniem odnotowałam obecność nowoczesnego budyneczku w miejsce owej uroczej dziwacznej kolorowej kapliczki... :/ Ze starej został bodaj tylko obraz. Szkoda.

Woda natomiast tak samo dobra :)

I paprocie... Dużo paproci. Uwielbiam paprocie, nie wiem czemu! 
















Mnij wincyj takie filtery nakłada toyadzi musk via zewrok na rijaliti...a Toyad na foto via Picsart:


Ach, lowciam lowciam paprotki <3

18:09

Toyad, jak tam twoje lumbago??

Toyad, jak tam twoje lumbago??
Tak. Albowiem od jakiegoś tygodnia nie mogę się całkowicie spionizować, prawdopodobnie mam początki dyskopatii. Zalecenia od "Pani Doktory" - masaże, ćwiczonka, basenik i całkowity zakaz dźwigania ciężkich kloców (patrz: potomstwo dwuletnie dobrze odżywione), zwłaszcza "z przechyłu" na prostych gnatach. 

Fpyteczkie. Starość powitalim.

Haa! Zamiast namiętnie ryć przepisy ruchu drogowego, bo już mizerykordia w sensie dedlajn na gardle, dzisiaj postanowiłam wypróbować pastę cukrową do depilacji, na którą ostrzyłam sobie pazurki od dłuższego czasu, ale nie mogłam się zmobilizować do... zakupu cytryny, haha. Serio... Zawsze zapominałam o tej nieszczęsnej cytrynie... O_o Kornik demencyi toczy tesz musk, jak widać.

Ale ugotowałam tego ulepka pod sceptycznym okiem Maci, no i nawet zdążyłam wypróbować. ZAJEBIOZIS!!! :D Jako że giczale i resztę spokojnie "jadę" depilatorkiem, tak zawsze miałam zagwozdkę zyyy, ekhm, bikiniaczem. Strefą w sensie, ju noł łot aj miiin... :> Depilator w tamtych rejonach to troszku taka chińska tortura, a golara też rozwiązanie do bani - po dniu kłujące igiełki, chaszcze wzmocnione, krosty, swędzenie, pieczenie, ogólnie lipa. Wosk ponoć u profesjonalistki daje radę, ale wybaczta, ja to dzikus jestem i nie mam zamiaru się, za przeproszeniem, rozkramarzać... no i tania taka impreza też nie jest. No to rozkminiłam depilejszyn brazilian zrób-se-sam mit karmel, i, juhu, pełen sukces! ^^ Odrywanie materiału nie należy do oceanicznej ekstazy, ale trwa krótki momecik, zaś serce roście na widok kłaczorów wytarganych z cebulami, uwięzionych w cukrowym bursztynie. A skóra - atłas. Tego mi było trzeba! O! 

Przepis wytargałam ten standardowy, z Wizażu, 1/4 soku z citrona, 1/4 wody, szklanica cukoru. Wymiszać w garczku na lichym ogieńku, gotować aż zbrązowieje, wystudzić. Wyszło mi troszku rzadsze, ale na mocne kłaky taka "ciągnąca" konsystencja jest lepsza, choć wymaga użycia dodatkowo skrawków materiału (u mnie pod ręką była akurat tetrowa pielucha). No i spoko. Trochę pitolenia z tym jest, ale moim zdaniem warto. Czuję się nieomal luksusowo...;)

***

Ostatnio zdarzyło mi się odwiedzić Lukr, żeniby burżuazja nowootwarty rzeszowski klubik, ale czy ja wieeem... Owszem, wygląda to wszystko nieźle, ale moim skromnym zdaniem np. płacenie za wjazd powinno dawać przynajmniej szansę podparcia tyłka na twardym stołku barowym, wszak nie wszyscy przychodzą większą ekipą coby się zrzucić na stolik, zaś taki "wolny elektron" nie musi mieć ochoty bulić dodatkowych 40 zł celem usadzenia tyłka przy mikrym stoliczku. Ale co ja tam wiem, "wychowawszy się" głównie na krakowskich piwnicznych mordowniach z ciężkimi brzmieniami...;)

Druga sprawa - panowie dotknięci ewidentnym kryzysem wieku średniego... Ryczący pięćdziesięciolatkowie, brzucho, opięta koszulka polo z postawionym na sztorc kołnierzykiem, prześwitująca spomiędzy lichej czupryny mnisia tonsurka, rozbiegane świńskie oczka. Bleh. :/

Dress code w praktyce okazał się u niektórych wypindrzeniem jak na Sylwestra w remizie - brokat na oczach, sztywne ulakierowane pudło na głowie, taftowe kiecki, szpiluty, kopertóweczka z cekinami. Takie laski zadawały szyku wszędy - poza parkietem, albowiem, nie czarujmy się, prawdziwy spontaniczny dynamiczny bauns wymaga w miarę wygodnego odzienia, a na maksa wypindrzone lale z serii "królewna z drewna" przestępowały niemrawo z nóżki na nóżkę, cisnąc kurczowo błyszczące torebunie, męczeńsko tocząc maślanymi gałami spod doklejanych rzęs. Czułam się trochę jak pastucha z racji płaskiego obuwia (skręcona kostka), ale jak wyskoczyłyśmy z M. na parkiet, zakurwiłyśmy, za przeproszeniem, dobrego paralitycznego dęsa :D

***

Ło, Toyad rozmarzon. Błehehe.



15:54

Rozdeptałam ćmę... :/

Rozdeptałam ćmę... :/
Depłam rano bosą stopą na coś wilgotnego, paczam, no leży siakiś szarobury zwitek podobny zasadniczo do niczego, w pierwszym momencie pomyślałam, że stara kocica się spawiła śniadaniem, ale paczam wnikliwiej, wytężam zewrok, no i widzu, że ciem. Szczątki w sensie. W sensie, fujka. 

Zawrzasnąwszy z ofujenia wpakowałam chyżo pohańbioną owadzimi bebechami syrę do umywalki, lejąc na nią obficie Isaną brzoskwiniową oraz gorącą wodą. Bleh. 

No i spóźniłam się na cholerny autobus.

Enyłej, bo nie o tym chciałam...

Ekhe!

A o czym?

O moim nałogu znowu. Czyli o koszeniu okazji w lumpach. Otóż, stwierdziłam, że dawanie za tiszerciwo tudzież topiszcze typu bazowego wincyj niźli zet, to, kuźwa, istne zdzierstwo oraz rozbój w biały dzień. Tak, taka żem tera rozbisurmaniona! ^^ Złotóweczka we wtorki i czwartki, to jest to! 

To, co już uprane:

Tunika z jasnego popielatego melanżo-dresu H&M:



Transparentny top w fazowe wzorki:




Spódniczka w rajskim ubarwieniu H&M:



Śmietankowy koszul:


Kwietna dziewczyńska kiecuchna Apricot, bosska do kowbojek:



Spódnica denimowa (ciemniejsza niż na focie) Camaieu:


Granatowy sweterek Divided:


Tiszerciwo z fajnymi motylami Primark:


Wiśniowe (ciemne) wdzianko:


Massimo Dutti czarna bluzka:

Portki o których kiedyś wspominałam:


Czerwone proste:


Kiecuchna w łączkę Asos:



Parka Topshop:



Lejąca kiecka Stradivarius:


Gacie od piżamki F&F:


Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger