18:53

Wolność kocham i rozumiem.

Wolność kocham i rozumiem.
Cześć :)

 *

Mało mnie w internetach, coraz mniej... I nie przepraszam, bo mi z tym na razie dobrze.

Internety są super, naprawdę. Ale wciąż wolę real i nie mam ochoty dryfować w stronę tej całej rozdętej bańki przaśnych bzdetów, tanich sensacyjek, miernych treści, kultu pozorów, póz i umizgów, lansu, gorączkowego festiwalu próżniactwa, kupczenia wszystkim czym się da, bycia małpką na postronku lajków i falołersów.

Można powiedzieć, że... niepokoi mnie swoją trafnością ponury wydźwięk netflixowego serialu Black Mirror. W szczególności "trzepnął mnie" mój ulubiony odcinek - Fifteen Million Merits.

I jeszcze raz podkreślam - nie chcę zabrzmieć jak sfrustrowany cap co pozostał mentalnie w ubiegłym eonie, doceniam dobrodziejstwa wirtualu, ale - moja baza jest i pozostanie w prawdziwej rzeczywistości. Mimo tego, że prawdziwa rzeczywistość to nie pasmo hajlajtów przepuszczonych przez najmodniejsze filtry z lajtruma.

Ot, co.

Nie martwcie się o mnie - nie grozi mi anachoretyzm :) Po prostu uważam, że te (optymistyczny wariant zakładając) sto lat naszej podróży doczesnej to jednak cholernie mało i szkoda mi czasu na pewne rzeczy, np. porównywanie mojej skromnej szafy z kilkoma przestronnymi garderobami Kylie Jenner, zastanawianie się, czy rozmiar 38 już czyni mnie tłustą świnią i czy jak ośmielę się wyjść z domu po bułki (gluten! zgroza!) bez perfekcyjnego makijażu (pod dyktat jutubowych guru szpachli) to już jestem niekobieca i zaniedbana.

Ekhm, jak by to powiedzieć... mam to przenajserdeczniej w doopie. Nie daję faków, ju noł.

Nie dam sobie wpoić, że bez makijażu jestem odrażającym paszczurem i nie dam sobie wpoić, że staranny mejkap czyni mnie zniewoloną przez patriarchat idiotką.

Czasami mam dzień na lumpiarską bluzę, czasami lubię się totalnie odpindrzyć, ale mój wygląd nie jest mną.

Zwisa mi miętkim kalafiorem, co dla "nieomylnego miliona much" jest atrakcyjne i sexy. Nie aspiruję do bycia aprobowaną czy adorowaną przez jakiś tłum anonimków. Klasycznych szpilek nie noszę i nie zamierzam - jak już, to stabilniejszy obcas :)

Uwielbiam celebrować dużą porcję Shahi Paneer, i uwielbiam też, kiedy włażę upocona pod prysznic po wyczerpującym treningu interwałowym. Nie biorę udziału w publicznym, infantylnie kokieteryjnym (?) samobiczowaniu się kobiet za każde zjedzone ciasteczko czy czekoladę - jak już cheat meal, to bez żalu i tego żenującego kwękania o rosnącym tyłku.

Doceniam ludzi, którzy umawiając się np. na obiad, są obecni nie tylko ciałem - tj. nie siedzą z przyklejonym do łapy telefonem. Podczas swojej turystyki kulinarnej coraz częściej wokoło widuję osoby, które prawie nie zamieniają ze sobą ani słowa przez cały wspólny posiłek, bo siedzą z gałami wlepionymi w smartfon. Masakra.

Do czego zmierzam? Do konkluzji, że świadoma obecność w realnym życiu z prawdziwymi ludźmi jest fajna. Że fajny jest bliski kontakt z samym sobą, znajomość własnych potrzeb i marzeń, a nie sztucznie zaszczepionych #goals. Że świadome wciąganie treści jest fajne. Że fajny jest samodzielny pomyślunek. Że nic bardziej nie boli nad zmitrężony czas.

To tyle.

Pozdro szejset mordeczki i do następnego :)


*
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger