22:26

Nawet najdłuższa żmija - przemija..? Żmija z roztopionego cukru ciągnie się i ciągnie...

Holender jasna. Łohohooo, jakież to ja miałam ambitne plany popędzenia aktywności blogasowej! Wszak od czterech tygodni gniję w chałupie z powodu, że kulas mój połaman i zoperowan (nic poważnego, luzik:)). Chodzić mi nie lza - minimum do końca grudnia, a najlepiej połowy stycznia. Toteż kminiłam, że buchnie mi płodność tfurcza, ale cóż... e. Nie buchła. Najwyraźniej. Przez dwa tygodnie ćpałam tramala i z ledwością kontaktowałam, później zaś przyplątała się z zewnątrz lawina inszych problemów i upierdliwości.

Ostatnio momentami dryfuję w kierunku paranoidalnego ludziowstrętu. Nie, nie jestem zgorzkniałą, hejtującą frustratką. Ale im dalej w las, tym bardziej antroposcetycyzm wypiera resztki antropoentuzjazmu. I jest to ugruntowane doświadczeniami, nie domysłami i dowyobrażeniami. Jestem sobie zwyczajnie szczęśliwa, doceniam to, co mam - i kogo mam - obok siebie, staram się dbać o relacje z bliskimi, nikomu nie szkodzić, żyć swoim życiem. Jednego tylko wymagam - żeby to KUŹWA działało w obie strony!!!

Pal licho obcych. Życzliwe inaczej i niekompetentne damskie i męskie biurwiszony w urzędach, na przykład. Oh well. Prawdopodobieństwo ponownego spotkania jest znikome, więc można odpuścić nerwy. Ale...

Ale najgorsze są te wszystkie kryptomendy w otoczeniu, po których absolutnie nie spodziewasz się żadnego podsrywu. Gęby ich słodkim miodem ociekają, tiutiutiu, co tam słychać, tiutiutiu... fałszywe uśmieszki... a za kulisami Szare Eminencje, kombinujące, jak by ci tu bezinteresownie zaszkodzić - czynnie lub "tylko" słowem. 

Bezmyślnym, krzywdzącym szkalowaniem.

Era niezasłużonego nobilitowania pewnych ludzi minęła bezpowrotnie. Dość mam dopatrywania się na siłę iskierki dobra w osobach, które całą swoją postawą i postępowaniem potrafią tylko niszczyć i wprowadzać chaos. I nieustannie BRAĆ. Zagarniać pazernie, garściami, od siebie nie oferując kompletnie nic, nawet cienia szacunku czy wdzięczności - bo przecież się należy, jak psu micha. 

Jestem za pomaganiem w potrzebie! Ale pomaganie jest czymś innym niż wieczne wyręczanie, wypijanie za kogoś piwa, które sam nawarzył, nie pozwalanie na posmakowanie konsekwencji własnych działań, robienie ze sprawnego, poczytalnego, dorosłego człowieka życiowego inwalidy... Utrwalanie roszczeniowej, wyuczonej bezradności. Dawanie pod nos upieczonej ryby, zamiast nauki obsługi wędki. To tak, jakby "z miłości" do dziecka pozwolić mu jeść same słodycze, siedzieć przed komputerem całymi dniami, zrezygnować ze szkoły. A przecież nie o to chodzi. 

Potem się jeszcze dziwi taka "opiekuńcza" mamcia, że mimo jej (wypaczonej) wszechmiłości i cierpiętniczych poświęceń, wyhodowała na własnem wklęsłem ze zgryzoty cycu zmutowanego potwora. Żmijora. Ona serio nie pojmuje, że usuwaniem mu każdego pyłu spod stóp uczyniła mu jedynie ogromną krzywdę. Nie rozumie - i nie zrozumie, ponieważ to "pomaganie" (a raczej współuzależnienie) jest jej sposobem na... pielęgnowanie własnego Ego. Ja - taka szlachetna, wyrozumiała dla cudzych słabości, męczennica, święta, nieomal anioł! Nie to, co te egocentryczne, samolubne pipy, niezdolne do wyzbycia się własnych potrzeb, stawiające jakiekolwiek granice, wymagania...

Czasem należy pozwolić komuś zejść na dno, aby miał się od czego odbić. Czasem kryzys jest jedyną szansą na zmianę i należy pozwolić komuś go doświadczyć. A nie wiecznie serwować miękkie lądowanie, podkładając poduszkę pod zad. I trwać w błędnym kole.

Nie tędy droga.

Wielkodusznie jest dać drugą szansę.

Dawanie dwudziestej świadczy o chorym uwikłaniu. A nie o szlachetnym altruizmie.

***

Od pewnego czasu - wspominałam już o tym - dręczy mnie przemożna pokusa radykalnego wymiksowania się ze społecznościówki, a ściślej, ryjbuka. Trzymam to konto w zasadzie dla kilku (<5) stron, oferujących wartościowe treści, ewentualnie dla informacji o promkach w moich ulubionych sklepach. I tyle... Przestałam już w jakikolwiek sposób dzielić się tam szczegółami ze swojego życia, bo nie zamierzam majtać wackiem spod płaszcza. W sensie, zbytecznego ekshibicjonizmu praktykować.

Facebook daje niestety ogromne pole do manipulacji w prywacie i obrzydliwych gierek. Ostatnio natknęłam się na krucjatę znajomego znajomego przeciwko byłej żonie... Wszystko oczywiście publiczne... wylewanie pomyj... OHYDA. Ale masa kumpli "od piwa" gorliwie lajkuje i komcia każdą jego podżegającą spiardolinę.

Poziom żenady - poza jakąkolwiek skalą. A durny motłoch wprost pieje z zachwytu, jak szesnastowieczne bydło podczas palenia czarownicy...

***

Rok temu czułam przesyt negatywnych informacji. Zaczęłam więc je cedzić przez gęste sito. Udało się. Polecam.

W nadchodzącym roku chciałabym się skupić już wyłącznie na wartościowych relacjach, zaś szkodliwe, podcinające skrzydła, ususzyć na strup i pozwolić onemu parchu odpaść z mego tyłka.

Czas, karwia, najwyższy.

14:50

Piękno, brzydota, uniwersalizm, relatywizm, kult szpachli, umiłowanie naturalności, feministki i kosmity.

Natknęłam się razu pewnego na artykuł o pewnej młodej dziewczynie - blogerce, feministce, która regularne usuwanie owłosienia pod pachami, na nogach i w strefie intymnej uznała za idiotyczny (bo "wbrew naturze"), czasochłonny i uciążliwy zabieg, a co gorsza - skutek opresyjnej względem kobiet kultury patriarchalnej, jeden z  przejawów terroru "urodyzmu" - i postanowiła całkowicie zarzucić depilację. 

Artykuł okraszon był zdjęciami.

I mnóstwem niewybrednych komentarzy.

Wiecie co? Zaczęłam trochę krążyć wokół tego tematu. Przyznam, że nie "siedzę" od strony merytorycznej w temacie feminizmu, ale wydawało mi się, że dzisiejsze feministki na ogół bronią DOWOLNOŚCI w zakresie własnego wyglądu i wyboru ścieżki życiowej... Tępią slut shaming itd. Poszperałam co nieco w internetach - i owszem, NA OGÓŁ tak jest, ale przewija się też bardziej radykalne stanowisko, krzyczące, że jakiekolwiek(!) okołowizualne starania podejmowane przez kobiety są wynikiem patriarchalnego spisku i należy ich stanowczo zaprzestać. Unikać jak ognia makijażu, sukienek, długich włosów, obcasów i koloru różowego... Przecierałam gały ze zdumienia, że można AŻ TAK nienawidzić wszystkiego, co kulturowo kojarzone jest z kobiecością. No właśnie - kulturowo, kojarzone. I żeniby zewsząd atakuje nas wściekła presja na określony wygląd.

Nie da się ukryć, że mamy niekiedy do czynienia z pewnym histerycznym i groteskowym kultem młodego i oderwanego od realiów wyglądu - ale też nie uważam, żeby tej presji podlegały tylko kobiety, bo mężczyźni również są brutalnie wtłaczani w schematy. Zgodzę się, że może to być irytujące, ale... haloo, wakie-wakie, przecież nie ma żadnego przymusu (mówię o polskim tu  teraz) ulegania tej presji...? Może odrobina zaufania do własnego rozumu i nawyk samodzielnego myślenia przyjdzie w sukurs? Wydaje mi się, że człowiek w miarę dojrzewania i rozwoju osobistego przestaje przywiązywać przesadną wagę do swojej (oraz cudzej) powłoki zewnętrznej - przestaje też mieć obsesję na punkcie porówywania się z innymi.

Co nie znaczy, że każdy oświecony musi być obowiązkowo fizycznym abnegatem.

Jeśli kogoś uszczęśliwiają włosy na całym ciele - cóż MNIE to przeszkadza? Dopóki jakaś dziołcha nie wciska mi perfidnie w fizys swojej pachy zdobnej w wonny i uperlony wachlarzyk podczas np. jazdy autobusem bez klimy - to szczerze, mało mnie obchodzą jej decyzje w tym zakresie. Czy znajduję owłosione ciało estetycznie satysfakcjonującym? Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nie żyję na szczęśliwej wysepce pt. JA, tylko w dalece nieheterogenicznym społeczeństwie. Wsiadając do krakowskiego tramwaju nr 22 kierunek Walcownia muszę liczyć się z tym, że w okolicach ulicy Dietla prawdopodobnie dosiądą się niezbyt miło woniejący panowie gustujący ponad miarę wszelaką w pośledniej jakości trunkach... Cóż z tego? Mogą? Mogą. Wybierając transport publiczny muszę się liczyć z jego "urokami". Jasne, że wolałabym, aby wszyscy byli gładcy i powabni, dbali o higienę osobistą i prezentowali wysoki poziom kultury. Jednak mam świadomość, jak bardzo utopijna to wizja.

Tak się złożyło, że z natury(!) jestem dość mocno uwrażliwiona na estetykę wszelaką - przyrody, otoczenia, przedmiotów, dźwięków, słów... a także nolens volens ludzi. Piękno jako fenomen  potrafi mnie totalnie zachwycić, pochłonąć i wprawić mego ducha we wznioślejszy stan niźli modlitwa. Patos bardzo? Trudno. Tak po prostu mam. ĆPIĘ WIDOKI. Jaki wpływ na mój zachwyt mają kanony, schematy..? Na pewno nie żyję w oderwaniu od świata, więc jakieśtam wzorce musiałam zinternalizować, ale mimo wszystko czuję i wiem, że mój zachwyt jest autentyczny i często gęsto podobają mi się obiekty niepopularne. Jesteśmy unikalną wypadkową wewnętrznych i zewnętrznych procesów, które nas kształtują i wypieranie się tego jest równie sensowne jak boksowanie stogu siana... Zresztą - poglądy i preferencje na przestrzeni życia ulegają swoistym fluktuacjom i modyfikacjom. Cały czas ewoluujemy - a przynajmniej, powinniśmy.

Wzrok nie bez powodu jest królem zmysłów, a jak ludź ma wybór, to ZAWSZE wybierze wariant, który postrzega za "korzystniejszy" dla siebie (pod warunkiem, że ów jest dlań dostępny) - wyselekcjonuje z kosza największe, najbardziej jędrne i czerwone jabłko, przedłoży malowane porcelanowe cacko nad wyszczerbiony gliniany kubek, przytulnie urządzony pokoik nad szarą obdrapaną izbę, a wreszcie prędzej wytypuje na żonę - dorodną córę sołtysa z ustami jak pąk piwonii, za którą ugania się (ciekawe czemu? przypadek?) 3/4 wsi, niźli szarą i zgrzebną latorośl kowala... No SORRY, tu nie ma żadnej karkołomnej filozofii, spisku żydomasońskiego ani brutalnego prania mózgu w procesie socjalizacji. Sprawa jest prosta jak budowa cepa. Człek ma ewidentną miętę do wszystkiego, co postrzega jako obiektywnie ładne/przyjemne/atrakcyjne/opłacalne/dobrze rokujące ewolucyjnie. Ma również coś bardziej subiektywnego - gust - ale w przypadku nadobnej córy sołtysa jest dosyć prawdopodobne, że jego gust podzieli jeszcze wiela chłopa... Czy to jest sprawiedliwe? Nie.

Ale JEST. Jest naturalne. Jak pyton pożerający antylopę.

Wkurza mnie zarówno terror wizualnej sztampy, jak i terror pewnej... jak by to ująć... "wyglądowej poprawności politycznej" - nachalne próby relatywizowania piękna za wszelką cenę - no, bo skoro Rubens czcił grube baby z cellulitem (a i figurka Wenus z Willendorfu nie wzięła się znikąd), to znaczy, że piękno jest całkowicie umowne, abstrakcyjne, arbitralne, względne... a zatem - gówno warte i w zasadzie to taki niepoważny, sztuczny, narzucony konstrukt. Stąd już o krok od triumfalnej a przewrotnej konstatacji, że "brzydkie to nowe piękne", hura, wiwat chorobliwa otyłość. Rozumiem tolerancję i szacunek dla wszystkich bez względu na różnice fizyczne, ale... kompletnie nie kupuję słodkopierdzących frazesów typu "wszyscy są piękni". Jakoś dziwnym trafem nikt nie kwestionuje różnic intelektualnych między ludźmi, prawda..?

Podobnie, jak...

Generowane przez bota chaotyczne słowa raczej nie będą perłą literatury. 

Perfumy nie polegają na przypadkowym koktajlu nut - a ich przemyślnej kompozycji. 

Bezładna kakofonia nie pretenduje do szlachetnego miana muzyki.

Niezgrabne arytmiczne ruchy nie mają nic wspólnego z tańcem.

Kupa kamieni ma się nijak do misternych wytworów architektury.

Na tej samej zasadzie - postrzeganiem piękna ludzkiego kieruje osobliwy, w miarę (stety, niestety?) uniwersalny "silniczek", oparty w dużej mierze na HARMONII i proporcjach układu... Regularność, symetria, prawidłowość, planowość - to jest zawsze rdzeń, reszta to już tzw. kwestia gustu, czyli - krzepiąco dla córy kowala - całkiem spora i puchata otoczka dowolności. Czyli, dla każdego coś miłego. Z harmonią się jednak nie dyskutuje, drodzy państwo. Wariacji jest zawsze mnóstwo, można naciągać, naginać, wałkować i szatkować koncepcję piękna - ale wyżej tyłka nie podskoczymy (choć niektórzy bardzo by chyba chcieli). Zmieniają się wzorce, ale szczerze wątpię, żeby np. zgangreniałemu kulasowi kiedykolwiek przypisano wzniosłe walory estetyczne. Chyba, że w ramach fascynacji turpizmem - ale jest to zamierzony zabieg wprowadzenia dysharmonii celem wywołania szoku estetycznego.
Uwielbiam (możliwie dyskretnie - zęby mi miłe) obserwować ludzkie twarze, ich unikalną równowagę - lub właśnie wytropić intrygujący "zgrzyt", przydający facjacie charyzmy... Uwielbiam też podziwiać spójność i oryginalność czyjegoś stylu ubierania się. Jak byłam zakompleksioną gówniarą, czyli caluśki eon temu, starałam się dowartościować skanując innych i typując ich "słabe punkty" - byłam w tym doprawdy świetna. Dziś na szczęście, dorobiwszy się stabilnej samooceny, nie mam potrzeby umniejszać bliźnim, aby urosnąć we własnych oczach. Nie mam też absolutnie żadnego problemu z tym, że ktoś ma coś, o czym ja marzę - wręcz przeciwnie, odczuwam zastrzyk motywacji jeśli np. dostrzegam w kimś spełnienie potencjału, o który sama siebie podejrzewam - albo po prostu szczerze podziwiam z dalsza. Polecam, milej się żyje, nie patrząc wilkiem na innych. Nic mnie chyba bardziej nie mierzi od pospolitej zawiści, resentymentu, bóldupienia i tych wszędobylskich fontann żółci, podkładania świń.

No i te lamenty, że wszęęędzie fotoszop odpowiedzialny za te idealne zblurowane ryje i ciała... Guzik prawda. Codziennie wychodzę z domu i autentycznie widuję MNÓSTWO pięknych i zgrabnych ludzi - ki czort, oni też są wyretuszowani, czy może ten przeklęty fotoszop to trochę już taka histeria i paranoja jak z Iluminatami..? :/ Mało tego - jakoś doprawdy nie widzę tego rzekomego zatrzęsienia wypacykowanych lal. Serio, co najmniej połowa widywanych przeze mnie CODZIENNIE kobiet ma makijaż znikomy bądź zgoła żodyn. Pewnie, że na imprezie w klubie sprawa wygląda nieco inaczej, ale to wielkie larmo, że wszędy retusz i sztuczność, uważam za mocno "na wyrost"...

Żyłka mi niebezpiecznie drga, kiedy jestem świadkiem szczucia w tym temacie jednych kobiet na drugie. I tego kreowania jakiejś "wyższej" kasty np. te "super zajebiście naturalne" (przy czym pojęcie "naturalności" jest w dzisiejszych czasach, hmm, cokolwiek śliskie...) - lub przeciwnie - "super wielce zadbane=odpicowane". Wtf? Dżizas, co komu przeszkadza CUDZY busz w gaciach czy horrendalnie drogie szpile z czerwoną podeszwą?

Poważnie, karwia, nie ma chyba gorszego mentalnego wieśniactwa niż zaglądanie komuś do przysłowiowych majtek, w portfel i do talerza. 

Zauważyłam, że do skrajnych poglądów wyjątkowo chętnie lgną ludzie słabi i zakompleksieni. Kto ma wiotki kręgosłup wewnątrz, potrzebuje sztywnego gorsetu na zewnątrz. O ile rozumiem uzasadnioną krytykę i kontestację "terroru piękna", o tyle egzaltowane zacietrzewienie, zero-jedynkowość myślenia i ślepy fanatyzm godny neofity jakiejś sekty wzbudza we mnie podejrzenie graniczące z pewnością, że mam do czynienia z kimś, kto ma poważny problem - nie ze światem, a z samym sobą. Za fortyfikacjami skostniałych przekonań kryje się często dotkliwie poturbowane ego, przerdzewiałe resentymentem (zgadza się, pasjami wprost uwielbiam to słowo) i wiecznie wojujące z wyimaginowanymi chochołami.

Jestem przeciwna indoktrynowaniu dziewczynek w lalki i różowe falbanki, ale łatwo popaść w kolejną chorą skrajność, wciskając córce na siłę wiertarkę i wóz strażacki, serwując podskórnie przekaz, że dziewczyńskie=gorsze i głupsze. Nie zastępujmy jednego ekstremum kolejnym, równie "mądrym".

Tak samo w dorosłym życiu. Gardzisz szpachlą, to jej nie używaj - as simple as that! Osobiście nie uważam, jakoby makijaż był nieodzownym elementem "zadbania". Naprawdę, da się bez tego żyć. Ale jak ktoś lubi się malować, to czemu nie? Jedynym miejscem, w którym czuję przesyt makijażu i wszelkiej sztucznej pozy, jest instagram i jutub - ale bardziej mnie to nudzi, niż drażni. Myślę, że po każdym zachłyśnięciu się danym zjawiskiem przychodzi faza wyeksploatowania, znużenia i opatrzenia - mocno wykonturowany wielowarstwowy mejkap a'la drag queen nie sprawdza się w codziennym życiu i na dłuższą metę "lżejsza" twarz wygrywa. Ale powtarzam - co kto lubi! To naprawdę jest TYLKO wygląd, więc nie róbmy z tego jakiejś powalonej krucjaty... :/

Kwestia "naturalności" jest bardzo często podnoszona, i bardzo często rozumiana nader nagniotkowo, wyrywkowo i "jak mi wygodnie". Co to w ogóle znaczy, być naturalnym? Człowiek, drodzy państwo, odznacza się tym, iż posiada jedną naturę - NATURĘ DWOISTĄ :) Na jego prymitywną "zwierzęcość" nakłada się bowiem nierozłącznie coś takiego, jak KULTURA. Jesteśmy ucywilizowaną, z mniejszym lub większym sukcesem (w zależności od egzemplum), małpą. Makijaż/ubiór zatem jest analogicznie naturalny/nienaturalny jak każdy inny wynalazek kulturowy. Nie jest ani zły ani dobry, to człowiek nadaje mu znaczenie. Człowiek bowiem specjalizuje się w nadawaniu sensów i znaczeń, bo tak funkcjonuje nasz umysł. Z perspektywy naszej "zwierzęcej" natury zamachem na naturalność jest jakikolwiek postęp cywilizacyjny, rozwój technologii, medycyny, jakakolwiek sztuka etc. Samochody, samoloty, komputery, telefony, drapacze chmur - to wszystko jest tak sakramencko nienaturalne, że głowa mała... Kupa złomu udająca ptaka, gigantyczne szlane fallusy - toć to absurd! Wróćmy do buszu, powłaźmy z powrotem na drzewa. Pieniądze też są nienaturalne i ich wartość jest czysto umowna - wot, blacha i papier... Tępe masy widzą iluzję, a ty, samotny mędrku, prawdę. Więc może zrezygnuj z dorobku współplemieńców po całości i konsekwentnie, zamiast wylewać żale na złą i niedobrą, przegniłą moralnie cywilizację... oczywiście - o ironio - nierzadko ze swojego (zerwanego z drzewa?) ajfonka tudzież maczka... :3 :3

Ehh, żarty żartami, ale jak dla mnie sprawa jest jasna - zostałam rzucona w taką a nie inszą czasoprzestrzeń, gdzie wprawdzie mam jakieś pole manewru jeżeli chodzi o codzienne wybory, ale nie mogę się teleportować do utopijnej krainy zunifikowanych płciowo i wizualnie misiów zgodnie grających w łapki. Elastyczna adaptacja nie musi być równoznaczna z bezrefleksyjnym konformizmem i "zniewoleniem". Można być świadomym - i nadal, mimo wszystko - konsumentem.

Właściwie to nie wiem, dlaczego wlepiłam w tytuł posta kosmitów - oh well, niech już zostaną, bo dobrze się komponują.

***

Na marginesie jeszcze jedno spostrzeżenie - wydaje mi się, że 'boom' na mejkapy graniczące z teatralną charakteryzacją ewidentnie się przejadł i przemija. Rzekłabym, że już można zaobserwować świeżą i kojącą "fazę" na naturalność i zdrowy dystans do "idealnego" dopracowanego wyglądu... Co nie znaczy, że makijaże i "wypracowany look" są złe - po prostu może zostawmy to w gestii zainteresowanej/zainteresowanego i wszyscy na tym skorzystają :)

Inna rzecz, że z wiekiem człowiek sam jakoś tak dryfuje w kierunku luzu, swobody, pogodzenia z samym sobą, mania wywalone na to "co ludzie powiedzą"... :)

12:44

Stan pomroczny jasny.

Stan pomroczny jasny.
Hejka.

Jesień czułam w starych kościach już w sierpniu. I ani się człowiek obejrzał, kobyłka u płota.

Budzik dzwoni o 7, za oknem dżdżyste i wietrzne szarości. Kaloryfery grzeją dopiero od paru dni, wcześniej trzeba było wiela potęgi woli, aby wywlec przyjemnie wygrzany pod kołdrą zewłok na iście krypciane chłody, brrr...

Jestem stworzeniem bardzo światłolubnym i taka ponura aura wpływa na mnie przybijająco. ALE. Najlepiej w takiej sytuacji włączyć se autopilota i skupić się na aktywnościach do bólu pragmatycznych - np. jak łapią mnie egzystencjalne smuty to w ramach doraźnej samopomocy chwytam za szczotę i dawaj wannę szorować, tudzież kibelek. Ogólnie grafik "prewencyjnie" powinien być przyzwoicie "nabity", aby nie mieć czasu na dokarmianie sezonowego weltszmercu. Jak człek się zabierze za coś pożytecznego z rana, to później już godziwy poziom satysfakcji chroni przed nagłym zjazdem w otchłań ponurych refleksji - i można nawet bez obaw posłuchać mrocznej a emocjonalnej nuty...

A propos, ostatnio odkryłam na yt kanał pewnego pana, który tworzy właśnie coś w tych klimatach. Jak zapewne wiecie (lub nie wiecie) za młodu Toyad był mooocno zajawiony mroknesem wszelakim, wiedźmami, elfami, wampirami etc. :) Dalej lubię. Jeśli komuś taka konwencja równie bliska, to polecam:








Zostawiam Was tymczasem, ale wkrótce się odezwę... :)

11:44

No właśnie, Sabcia, nie szkoda ci życia?

Scenka rodzajowa, autentyk:

Domowa popijawka - kilka pracujących w jednej firmie babeczek. Jedna (dajmy na to, Milenka) świeżo rozwiedziona trzydziestka, dziecek brak, druga (powiedzmy, Aurelka) lat 33, ukiszona w kiepskim małżeństwie ("bo dziecko"), trzecia (eee, Sabinka) fest nieszczęśliwie (z przemocą fizyczną i alkopatolą w tle) zamężna Matca Polca po czterdziestce... Pierwsza "swoje przeszła", ale aktualnie raźno bierze życie za rogi, druga jeszcze robi dobrą minę do złej gry, a trzecia regularnie żali się na swojego arcybucowatego małżonka... 

Panie wyszły na balkon na fajeczkę. Posłuchajmyż dialogu:

Sabinka: Milka, ty już długo po rozwodzie?
Milenka: Około 1,5 roku.
Sabinka: Masz kogoś?
Milenka: Na razie nie.
Sabinka (z mieszaniną wyższości i politowania): I co, NIE SZKODA CI ŻYCIA NA BYCIE SAMĄ..?

Aurelka przybiera ten sam "współczujący" wyraz twarzy, co Sabinka. Milenka zalicza totalny zonk poznawczy wywołany ironią sytuacji i nie wie, czy zabić Sabinę śmiechem, czy strzelić jej "blaszkę" przez łeb na złapanie ogara.

Kurtyna opada.

SRSLY, WTF?

Od pewnego czasu stykam się z przedziwnym fenomenem bab, które uporczywie tkwią, męczą się i użerają w związku z jakimś ekstremalnym dupkiem żołędnym - niby wiecznie narzekają i jojcą... a z drugiej strony pławią się w absurdalnym samozadowoleniu. Ba... Puchną z dumy! Zapewne wizualizują już sobie na swej szlachetnie udręczonej skroni złoty wieniec męczeński i chwałę wiekuistą... Bo wprawdzie czasem zbierają po japie, czasem biorą na klatę chlusty pomyj ustnych, zderzają się ze ścianą sfochanej obojętności, ale trwają. Bo choć misiaczek zaliczył trochę skoków w bok, to wszystkiemu winne podłe baby, lubieżne harpie, co go zbałamuciły. Och, jakie to piękne jest, taka płomienna miełość, gdzie ktoś robi sobie z ciebie wycieraczkę do unurzanych w gnoju gumofilców, a nazajutrz przyniesie bombonierkę i uwiędłego goździka - jakie poetyckie, tragiczne, romantyczne, zupełnie jak w filmach! Ach, topos "trudnych relacji"... Przez ciernie do gwiazd! Miełość kicks ass - chwytają za jajca wyświechtane koelizmy pisane helveticą na czarno-białych fotografiach. Ckliwe a rzewne piosnki o łobuzach, co to rzekomo kochajom najbardziej... Czasami też trza zaciskać zęby i trwać w zlodowaciałym stadle "dla dobra dzieci" - fundując im jakże prześwietny wzorzec małżeństwa i rodziny, prawdaż... Bo "co ludzie powiedzą"? Taki był spektakularny ślubik kościelny i weselicho na pięć wsi... Bo - wspólny dom, kredyt, firma. Bo "on jest magnatem karmy dla kotów i wybieram złote klamki za cenę śmierci cywilnej". 

Cóż... wyleczyłam się z misji uszczęśliwiania obcych, dorosłych ludzi na siłę. Każdy może "umoczyć" kopyto w jakimś łajnie. Ale decyzję delikwent(-ka) musi podjąć autonomicznie. Jeśli wybierze ów miełosny wieniec męczeński, to spoko, jest to osobisty wybór, ale niech nie oczekuje za to oklasków, orderów i pomników oraz sławy pośmiertnej. I niech nie syczy zjadliwie, kiedy ktoś inny zrewidował ciulowy dlań stan rzeczy i ułożył sobie sprawy osobiste na nowo. I jest szczęśliwy. Samemu czy z kimś, wszystko jedno. Znam singli z odzysku płci obojga, którzy z ulgą pożegnali psychiczną kulę u nogi i powitali coś tak bezcennego, jak święty spokój, samosterowność i życie w zgodzie ze sobą. Nie ma jednego słusznego przepisu na szczęście (poza doświadczaniem tu i teraz oraz poczuciem własnej mocy sprawczej), a kierowanie się w tej materii cudzymi receptami to droga na skróty do niechybnej porażki...

Disclaimer - żebym była dobrze zrozumiana. Nie jestem tu koryfeuszem ewakuacji tyłka z poważnej relacji przy byle napotkanej po drodze trudności, nie namawiam do pochopnych rozstań ani nic z tych rzeczy! Zmiany i kryzysy są naturalną koleją rzeczy - o ile nie trwają wiecznie i wiodą na jakiś wyższy level. Wiem też, że temat może być równie dobrze rozpatrywany z męskiego punktu widzenia i wówczas delikwent morduje się z przyciężkawym życiowo, tudzież wrednym babonem. Piszę jednak o rzeczach, które z racji doświadczenia są mi nieco bliższe; nie znaczy to, że nie mam świadomości istnienia drugiej strony medalu.

Poruszany przeze mnie wątek dotyczy sterczenia, niczym widły w gnoju, w relacji jednoznacznie toksycznej lub zgoła martwej. W mojej prywatnej ocenie jest to po prostu marnowanie sobie życia (i często dzieciom, dla których później emocjonalne pustkowie lub wieczna szarpanina będzie "normą", jedynym punktem odniesienia) - na własną odpowiedzialność. Wkurza mnie tylko, jak taka umęczona "ciepełkiem rodzinnym" u boku przemocowca zgorzkniała matrona oczekuje od otoczenia nieomal czci, zaś od dzieci żąda wdzięczności za swoje pogrzebane marzenia z młodości, zaczyna też głośno moralizować i potępiać te osoby, które ośmieliły się zmienić swoją beznadziejną sytuację, zawalczyć i jeszcze wygrać kawałek życia. Byłam niestety osobistym świadkiem takiego bóldupienia pewnej starszej pani, która w swojej opinii bohatersko się poświęciła dla dobra rodziny, znosząc latami liczne upokorzenia i "razy" ze strony mężusia - a teraz jest wielce zdziwiona, że dorosłe już dzieci mają problemy natury psychologicznej (DDD) i ani myślą być jej wdzięczne za to wieloletnie cierpiętnictwo w domowym piekiełku - wręcz przeciwnie... A najgorsze szambo frustracji wybiło na widok sąsiadki w porównywalnym wieku, która do dziś prowadza się za ręce ze swoim mężem i szczebioczą jak młode zakochańce... takiego potoku jadu wywołanego cudzym szczęściem nigdy chyba nie słyszałam... :/ Zawiść i resentyment to przykre przypadłości nieszczęśliwych ludzi.

A ja będę się upierać, że każdy jest (przynajmniej w znacznym stopniu) kowalem własnego losu. Tego matrymonialnego też. Jeśli ktoś świadomie decyduje się na dogorywkę w kiepskim towarzystwie - heja banana, krzyż na drogę, tylko niech nie obarcza innych własnym emocjonalnym balastem. Od ciebie, drogie udręczone indywiduum, zależy, czy będziesz trwożliwie truchtać na krótkim łańcuchu, reanimować trupa, żyć w stęchłym mauzoleum, a może zakurwisz triumfalnego dęsa nad mogiłą wyschłego truchła i ruszysz dziarsko dalej.

Wracając do anegdotki ze wstępu. Nie muszę chyba specjalnie pojaśniać, że Milenka niczyjego współczucia nie potrzebuje, paradoksalnie, to ona może współczuć koleżankom, że ich jaja kończą się na skomleniu jak to im źle, a swoją wartość wciąż uzależniają od nabzdyczonego nosiciela portek, w które są wczepione pazurami.

13:53

Zarzynanie polszczyzny...

Powiem wprost - rażą mnie błędy językowe w moim otoczeniu. Nie jestem szajbniętą purystką językową - na sporadyczne błędy staram się przymykać oko, ale notoryczne niedbalstwo językowe w mowie i piśmie doprowadza mnie do szału. Otrzymałam kiedyś służbowego maila od osoby piastującej dość wysokie stanowisko związane z działem PR firmy - roiło się w nim od elementarnych baboli, zaś składnia była tak kulawa, że adresat (niestety, zbiorowy) miał poważne trudności w zrozumieniu, "co poeta miał na myśli"... I - nie, to nie było pisane "na szybkości" do pracowników, tylko były to oficjalne treści skierowane do obecnych i potencjalnych klientów, mające publicznie reprezentować naszą firmę... Szczerze? Dla mnie to jest już żenada po całości. Za przejaw mentalnego wieśniactwa uważam małostkowe czepialstwo ("dla zasady") i punktowanie każdej literówki w dyskusji opartej na siłę argumentu - ale w momencie, gdy czyjaś wypowiedź jest naszpikowana błędami tak, że aż zęby bolą, to przepraszam bardzo, ale w moich oczach taki interlokutor traci powagę i autorytet... 

Nie każdy musi być od razu Janem Miodkiem. Niektórym ogarnięcie zasad przychodzi z łatwością, innym z oporem. Jednak znałam i znam sporo osób, które - mimo pewnych problemów - ambitnie dążyły do możliwie prawidłowego posługiwania się mową ojczystą. Dlaczego? Bo warto ją pielęgnować - jest piękna i bogata. I niefrasobliwe kaleczenie jej stanowi według mnie prostactwo i brak szacunku - dla rodzimej kultury, dla bliźnich, a także dla siebie. 

Chciałam jednak przy okazji poruszyć inny problem - czy, i jak, zwracać ludziom w takich sytuacjach uwagę..? Chodzi mi głównie o osoby w naszym otoczeniu, które darzymy sympatią i nie chcielibyśmy ich urazić, a jednak każdorazowo doznajemy bolesnego szczękościsku słysząc "półtorej roku", "wziąść", "głęboki dekold", "ładny perfum", "ubierz buty". Wiadomo, że buractwem jest pełne wyższości poprawianie kogoś "przy ludziach"... A w cztery oczy? Pół żartem, pół serio? Hmm... Też śliska sprawa - w przypadku bliskich znajomych raczej nikt się nie obrazi, ale np. współpracownicy, którzy na co dzień raczą nasze uszy takimi wstawkami? :/

Mój sposób jest taki, że jak ktoś zasadzi takiego kwiatka, to ja za chwilę (możliwie swobodnie i bezpretensjonalnie) wplatam go "jak gdyby nigdy nic" we własną wypowiedź (rzecz jasna w formie poprawnej). Takie tam, korygujące echo. Zauważyłam, że często rozmówca się z uśmiechem reflektuje... :) a przy okazji jest to sposób dość dyskretny i nienapastliwy. Jak nie załapie aluzji, to może choć podprogowo "osłucha się" z poprawną formą i z czasem się na nią przerzuci.

Każdy popełnia błędy, ja oczywiście również - i oficjalnie proszę o poprawianie* mnie, nie będę się fochać. Nie postuluję tym postem dążenia do hiperpoprawności, ale apeluję gorąco o wzmożoną codzienną motywację i dbałość w używaniu ojczystego języka - poprawna polszczyzna nie jest jakąś fanaberią nadętych wykształciuchów, lenistwo i niechlujstwo w tym zakresie to po prostu - moim zdaniem - wstyd, coś, co odstręcza podobnie jak niechlujny wygląd i ordynarne zachowanie. Proszę mi tu nie wyjeżdżać z argumentem o DYSortografii czy dysleksji, bo z pewnością  taka przypadłość nie dotyczy lwiej części społeczeństwa, a mam nieodparte wrażenie, że niedbalstwo językowe - owszem.



* - Aaa, tylko nie poprawiajta mnie w zakresie używanych tu specyficznych toyadzich zabiegów stylistycznych, gdyż-ponieważ-albowiem są one stosowane z rozmysłem i są całkowicie dopuszczalne w ramach tfurczej wolności, o.




***

A teraz - specjalnie dla masochistów - moje ulubione perełki:

Trza było dziś wziąść i ubrać dziecią buty zimowe. Pomalowałam włosy na jasny bląd i ubrałam sukienkę z dekoldem, wypsiukałam się ładnym perfumem. Za półtorej miesiąca kupię dwie litry. Bo tam pisze, że to fajne. Bynajmniej ja tak uważam. Ale nie ma już dla niej nadzieji. Idę namszę w niedzielę. Kogo jest ta torebka? Ja umię i rozumię, oni umią i rozumią. Kosztowało jedynaście złoty. Ładną masz urodę. Proszę panią, po ile ten pomarańcz? Rok dwutysięczny siódmy. Trzynasty kwiecień. W każdym bądź razie. W cudzysłowiu. Dlaczemu? Temu, że tak lubiałam. Używaj kondona. Pilnuj te dziecko. Beszczelność. Mieliśmy kontrol w tramwaju. 

Ament.

11:49

Galopująca mizantropia i inne takie.

Galopująca mizantropia i inne takie.
Hejka.

Ostatnio przechodzę jakieś apogeum galopującej mizantropii, no po prostu mam ludziowstręt jak cholera... ale żeby taki całkiem idiopatyczny, to nie powiem :<
I popadłam w totalne znudzenie internetami, a w szczególności społecznościówką. Wciąż lubię se popatrzeć na wysublimowane estetycznie obrazki i poczytać inspirujące treści, ale zniechęca i przytłacza mnie to całe mooorze szitowia, przez które się trzeba przedzierać. Juciub wysrywa mi co rusz propozycje makijaży "na co dzień", w których czułabym się jak klaun, propozycje filmów jutuberek "urodówek", które ze skóry już po prostu wychodzą, żeby zainteresować publikę... mój osobisty hit - przycinanie sobie włosów na głowie i klejenie ich nad oczami w charakterze brwi(!), albo te wszędobylskie ohydne góry lakieru na pazurach, ambitne "wyzwania" pokroju "pisiont warstw samoopalacza"... eee, jakiś festiwal masowego zdurnienia, czy ki czort? I to robią lasie, których kontent był kiedyś naprawdę całkiem sensowny... A teraz? Stare baby Dorosłe kobiety upychają do miniaturek infantylne kiczowate ikonki, trzaskają (w swoim mniemaniu chyba słitaśne?) minki jak z jakiejś żenującej pantomimy dla niedorozwiniętych umysłowo... :/ 

Nie, nie, nie.

Wybaczcie mi tę fazę na bycie takim rozjuszonym negiem - to przejściowe, wooot... taki tam kryzysik przed kolejnym skokiem rozwojowym, fin de siecle, czy cuś... na szczęście jestem na tyle cywilizowana, że nie piszę nigdzie hejterskich komciów - ale com se poansubowała, to moje... :) A tera jeszcze mam potrzebę se ulać na blogassku, bo blogassek to także namiastkowa forma kozetki...

Czuję obecnie uogólnioną, przemożną potrzebę redukowania, oczyszczania i upraszczania. Rzeczy, ludzi, bodźców. Moja szafa drastycznie schudła - a ja paradoksalnie nagle "mam co na garba wciągnąć". Moje estetyczne sympatie zdecydowanie odpływają od udziwnień i "nabżdżenia wszystkiego na bogato" i dryfują w kierunku surowej ascezy kolorystycznej, klasyki, jakości, prostoty, ponadczasowości - ale niekoniecznie spospolicenia - chyba wręcz przeciwnie, bo szykowna prostota niesamowicie koi oczy na tle nawału pstrej, modnej, taniej sezonowej tandety. Wreszcie pojęłam, że to ubiór ma być subtelnym dopełnieniem dla mnie, a nie mnie przytłaczać - paradoksalnie w oszczędnych rozwiązaniach stylówkowych czuję się dobrze "wyeksponowana" jako JA; coraz mniej we mnie imperatywu substytuowania sobie "charyzmy" przekombinowanymi ałtfitami i toną dodatków. Im mniej mam czasu, tym bardziej go sobie cenię i żal mi go tracić na:

- konsumowanie pokładów kałtentu z mediów wszelkiej maści (celebrycki lajf, szybka moda, ploty, sensacje, wiadra pomyj, wojenki i pyskówy od polityki po wybory żywieniowe)
- jałowe lub zgoła szkodliwe relacje, oparte wyłącznie na jednostronnych staraniach i wiecznych ustępstwach
- psującą krew, frustrującą robotę
- niezadowalające estetycznie otoczenie
- "perfumy" - a raczej pachniuchy za dwie dychi, obowiązkowo z nutą kociej kuwety (sorry, nie jestem snobką, ale musiałby mi naprawdę kolosalny mamut nastąpić na narząd powonienia, abym nie wyczuła różnicy pomiędzy bazarowym psikadłem a markowymi perfumami)
- gromadzenie klamotów, o które potem się potykam i mam wincyj do sprzątania
- noszenie "po domu" starych skulkowanych łachów
- trzymanie pięknych ubrań i przedmiotów na "specjalne okazje" (ciekawe jakie, własny pogrzeb i stypę..?)
- odkładanie marzeń i planów na "kiedyś"
- pielęgnowanie Wewnętrznej Dziadówki (stanowczo uważam, że "chytry dwa razy traci" i "co tanie, to drogie" - tak strasznie żal ściska dupkę, żeby jednorazowo zainwestować grubszy hajs w porządne buty na kilka sezonów, pięknie odszyty płaszcz, torebkę lub dobre serum do twarzy, ale za to ochoczo szastamy groszem na kolejne bzdury - trzeci rozświetlacz, piąte szamponidło, dziesiątą odżywkę do włosów, kolejny peeling na promce w ross, wór "całkiem niezłych, za tę cenę" łachów z lumpa, okazyjne chińskie sandałki z plastiku etc.) 

Chaos na zewnątrz lubi się podstępnie wkradać do umysłu, niestety... Na mnie takie kiepskie feng shui działa z mocą wołu - nic mi się nie chce, nie potrafię zebrać myśli ani wykrzesać z mózgownicy jakiejkolwiek kreatywnej iskierki... Jestem rozdrażniona i zmęczona. Regularne oczyszczanie przestrzeni jest niesamowicie terapeutyczne, jednak trudno uporządkować swoje życie "z wtorku na środę", dlatego u mnie ten proces zachodzi w "rzutach", przypomina torsje przy zatruciu - i właśnie na uczucie strucia polecam solidną serię chlustającycyh womitów :)

Pozdro szejset, odezwę się wkrótce!



Toyad & Weltszmerc.

...ale moje brwi nigdy nie będą minimalistyczne :P










15:34

De medżik pała of selfwkurw.

Niedawno dopadł mię taki uogólniony kryzys... Frustracja i nerw na wszystko, szczeniackie kontestowanie wszystkiego. Zmęczenie materiału. Unużenie, unudzenie i rozdrażnienie. Ale to był taki czas, o którym od początku wiedziałam, że wiedzie do czegoś lepszego. Wiecie, taki "skis" dotychczasowych wartości, koniec jakiegoś cyklu, przewrót, rewolta, rewidowanie - aby odświeżyć, poprawić, zrobić krok konkretny SUS do przodu. Pozwoliłam se zatem potaplać się w tym jałowym zgnuśnieniu przez moment, nabrać de medżik pała of selfwkurw aż po samą kokardę, i wreszcie pozwolić się naturalnie wynurzyć z burzliwie bulboniącej magmy rozgorączkowanych myśli - najważniejszym konceptom i planom.

Z chaosu i degrengolady wyłania się nowy porządek. Kosmokuźwagonia. Zgnuśnienie i rozmemłanie minęło, wyparte przez spójną wizję sensownego celu. Pojawił się zapał do działania.

Tak to u mnie z grubsza wygląda :) Pozwalam sobie zanurzyć się w takim marazmie, ale nie pozwalam sobie w nim tkwić - muszę jednak poznać, skąd się wziął i jakie remedium powziąć na niego. Metaforycznie mówiąc, obracam gały do wnętrza czaszuni i badam wnikliwie, co tam się kłębi. Co z tego należy zutylizować, a z czego można coś fajnego ukręcić. 

Ot i wszystko.

A, jeszcze cierpliwość i determinacja - ostateczny warunek pozytywnego wzrastania. Nie liczmy na nic trwałego trybem "z wtorku na środę", proces toczy się swoim rytmem, skoki rozwojowe - owszem, ale pomiędzy nimi mozolne tuptanie... czasem ślepa uliczka i cofka... regularne weryfikowanie kierunku... 

W zasadzie nuda ;)

Dlatego właśnie osoby oczekujące łatwej i natychmiastowej gratyfikacji najczęściej osiadają w życiu na mieliźnie "niedasiów" i kończą jako towarzysko męczące, stale jojczące, a nierzadko sączące jad, zawistne i złośliwe pipy grochowe. Meble barowe. Wieczne wannabies. Narcyziątka z dotkliwie zadraśniętym przerośniętym ego, nad którym będą dożywotnio chlipać...

Pasożyty energoinformacyjne. Paszły won ode mnie.

Chyba, że jakimś cudem zmienią nastawienie (aczkolwiek nie liczyłabym na to jakoś specjalnie).

***

Ha!

Ostatnio z trudem powściągnęłam impuls skasowania fejzbuczyna. Podziwiam ludzi, których wciąż rajcuje to regularne umizgiwanie się przed innymi (którzy zasadniczo i tak mają ich w dupie, bo są skupieni na własnym lansie)... Serio... Poza paroma wyjątkami (wychrzaniłam z feeda praktycznie 90% postów, odlajkowałam martwe stronki i znajomych - pokemony)  jest to dla mnie na chwilę obecną mega nużące i drażniące medium. Żal mi tracić czasu na czcze treści - i jednym z moich absolutnych priorytetów jest odcinanie czystym cięciem lasera wszystkiego, co dybie na mój czas i energię, nie oferując nic dobrego w zamian. Pozostawiłam zatem po wielu dywagacjach tego nieszczęsnego fejsa... ale obdarłam go z "chwastów" i nie mam potrzeby kompulsywnego sprawdzania codziennie - absolutne minimum. Maile też sprawdzam raz, góra dwa dziennie. Nie jestem dyspozycyjna na każde cudze "byle pierdnięcie" - cenię sobie swoje zasoby wysoko, a już czas, zdrowie i energię - najwyżej, są one zarezerwowane w pierwszej kolejności dla najbliższych, w tym dla mnie, bo jestem sobie baaardzo bliska, ze sobą samą mam jedyny pewny związek aż do grobowego wieka.

Zdrowy egoizm i świadomy, zrównoważony sybarytyzm, ustawiczne optymalizowanie swojego funkcjonowania. Slow life. Życie we własnym rytmie (niekoniecznie wolnym! po prostu własnym!), na własnych warunkach, a nie pod dyktando wszystkowiedzących innych. Delektowanie się prostym, zwykłym, darmowym szczęściem na co dzień, smakiem kremu ciasteczkowego wprost z wielkiej łychy, a przy tym dbaniem o siebie BO CHCĘ, a nie przez idiotyczną presję i obsesję bycia helfi&fit&aktif... rzygam już tymi KOLEJNYMI sprzecznymi objawieniami mesjańskimi w postaci kolejnych diet-cud... owczy pęd... węglowodany takie zue - szkoda, że przy mojej fiksującej tarczycy redukcja węgli to byłby totalny strzał w kopyto, no ale domorosłe eksperty z neta wiedzom lepi. Zielona herbata niby sama zdrowość, żłopmy ile wlezie - spoko, szkoda, że po zielonej herbacie chce mi się wymiotować i żołądek się skręca w boleściach. Kasza jaglana taka zajebista, panaceum na wszystko, żryjmy do oporu! Again - nie w nadmiarze przy mojej tarczycy... Ehh. Interesują mnie tematy związane z właściwą paszą, ale nie jestem materiałem na bezkrytycznego, radykalnego, wojującego i zaślepionego w swej gorliwości neofitę - nie porzucam swojego rozumu na rzecz każdej chodliwej nowinki i zdania anonimowego miliona much. Umiar to jednak cnota, panie tego. Podobnie, jak pewna doza sceptycyzmu względem przejściowych mód...



11:46

Złotouste zero.

Hejka.

Na spontanie i szybkości klecę se niniejszy pościk...

Krótko i na temat: unikajcie jak ognia osobników, którzy są mocarni i wszechzajebiści w gębach, a jak "przyjdzie co do czego" to cieniuśko bżdżą... Miałam kiedyś (we wczesnej młodości, haha) wątpliwą frajdę doświadczyć tego zjawiska i dziś jestem na tyle mądra, żeby powściągliwie oceniać czyjeś górnolotne deklaracje werbalne i "zasłonę dymną" z pozorów, dopóki nie ujrzę realnych świadectw w postaci czynów lub udokumentowanych osiągnięć, dorobku. Nie, nie to, że jestem negatywnie nastawiona. Jestem nastawiona z zasady przychylnie, ale zanim wpuszczę kogoś do swojego życia na dłużej i dopuszczę w bliższe kręgi - sprawdzam! Piękne oczy i rzekomo nieszczęśliwa, a zarazem wzruszająca historia życia - bywają, niestety, baaardzo zwodnicze. I wciąż się każdorazowo za łeb chwytam ze zdumienia, jak łatwo się takie tanie melogówno sprzedaje... i każdorazowo łajam się w myślach, że przecież sama kilka dobrych lat temu popełniłam ten sam idiotyczny błąd - zakupiłam w ciemno atrakcyjnie opakowane kozie bobki tylko dlatego, że napis obiecywał luksusową belgijską kuwerturę... Nutki zdradzieckiego smrodu dobiegały do mych nozdrzy falami, a jakże, ale widmo wspaniałej czekolady kazało zmamionemu umysłowi uwierzyć, że to pewno gdzieś z zewnątrz tak capi. Pewno pies sąsiada znów nafajdał na chodnik. Myślenie życzeniowe - tak mocno zależy nam na ziszczeniu się naszej bajki, że dopóki nie dostaniemy (co najmniej kilkakrotnie) mokrą ścierą przez pysk, dopóty będziemy sobie gorliwie afirmować, że dynia jest szczerozłotą karocą, szczur eleganckim woźnicą, a myszy to rącze rumaki... 

A jednak - gdy palący oddech despery zagląda babie w cztery litery, to niebożątko Kopciuch skłonny jest uczepić się pazurami tej swojej barwnej sielankowej wizji niczym pijok płota.

Toyad Minister Bytu ostrzega - desperacja jest ZAWŻDY złym doradcą! A w kwestii doboru partnera życiowego - najgorszym.

P.S. Pół biedy jeszcze trafić na jakiegoś zwykłego, prokrastynującego własne życie leniucha-wieczne wannabe, które snuje zamaszyste wizje własnej świetlanej przyszłej kariery, ale na samą myśl o podjęciu jakichkolwiek długofalowych systematycznych działań w tym kierunku zdąży się już spocić i zniechęcić... Kopa w zad i heja, podziwiaj trajektorię lotu.

Niestety, można też paść ofiarą wyrachowanego socjopaty, który absolutnie ŚWIADOMIE okłamuje i manipuluje, aby pozyskać konkretne wymierne profity od skutecznie zbałamuconej wybranki (np. wsadzić dupsko w jej mieszkanie, otrzymać "doraźną" pomoc finansową/prawną, a przy tym jeszcze pohuśtać se jajka za free). Strzeżta się, bo pozbyć się takiego wrednego kleszcza ze swojego życia wcale nie jest tak łatwo... :/

A jak już wdepnęłaś w krowi placek, to nie czekaj, aż wystygnie i zastygnie, tylko - CHODU!!!

23:18

Hermetyczny Klub Wzajemnego Brandzlowania Ego oraz Aspirującego Plebsu Wyobrażenia o Elycie.

...czyli słów kilka o pewnym specyficznym typie "towarzystwa". Które darzę... ekhm, umiarkowaną sympatią oraz estymą.

Dzieńdobry :)

Niniejszy wpis łaził mi po głowie w formie luźnych strzępów (brrr, średnio fortunne wyrażenie, pobrzmiewa ulotką informacyjną od proktologa dot. niuansów uformowania stolca) już od pewnego czasu. I dziś postanowił się wykluć, do czego asumpt dała pewna swobodna rozmowa "przy pazurach"... ;) Od dawna, jak na rasowego introwertyka przystało, mam zwyczaj wnikliwego obserwowania otaczających mnie ludzi i ich zachowań. Uwielbiam se snuć cichcem rozkminy na cudzy temat, to moja quilty pleasure (żeby nie było - autorefleksji również nie zaniedbuję). Znakomitą większość z nich rzecz jasna zachowuję dla siebie  - zęby mi jeszcze miłe...:P

Co do zasady - unikam ludzi, z którymi mi mentalnie "nie po drodze". Energetyczne pijawy i dwunożne fabryki psychotoksyn odcinam tak bezwzględnie, jak się tylko da, ustawicznie pracuję nad nietrwonieniem swoich sił witalnych na negatywy, staram się nie karmić umysłu plotkami ani tanią sensacją, która dźga mnie zewsząd... Ale mam też troszkę "żyłkę" badacza zjawisk społecznych, zresztą na studiach dość mocno otarłam się o psycho- i socjologię. Gapię się i rozkminiam, z ciekawości, dla rozrywki i nawykowo. Często jest tak, że idę sobie, międlę w paszczy orbitkę, a mózg międli jakieś zagadnienie. Jak przemiędlę do braku smaku - plwam z impetem w swoje lewo.

Osobiście preferuję w aspekcie towarzyskim tzw. osobników "do tańca i do różańca" oraz takich, "z którymi można konie kraść" - inteligentnych, z immanentną klasą, ale - kiedy pora po temu - spontanicznych, pozbawionych sztampy, szczerych do bólu i momentami rubasznych. Poczucie humoru - preferowane czarne, niekiedy sprośne, do tego absurd, ironia, autoironia i sarkazm (nie mylić z cynizmem, prostacką zgryźliwością i chamstwem) - po prostu MIODZIO. Dla mnie to bodaj jeden z najbardziej przekonujących dowodów na intelekty wysokiej próby. Moi Ulubieni Ludzie odznaczają się właśnie powyższymi cechami - no po prostu ogarniają, kiedy audytorium jest skore do słuchania wielce umnej i uczonej perory o cząstkach i falach, kiedy wypada śpiewać po węgiersku, kiedy wierszem prawić, kiedy stulić dziób i słuchać, a w którym momencie zakląć szpetnie. No, intuicyjnie i naturalnie czają praktycznie każdy klimat - a elastyczne dostrajanie się do zmiennych warunków zewnętrznych świadczy wszak o wysokich zdolnościach adaptacyjnych, ergo - jest żywym dowodem na sprawną mózgownicę.

Otóż, właśnie...

Ekipa, której dotyczy moja rozkmina i tytuł dzisiejszego pościwa, stoi niestety w swoistej choć zrazu nieoczywistej opozycji do powyższej charakterystyki.

Jak już nadmieniłam, absolutnie nie zabiegam o kontakty, które nie wnoszą niczego inspirującego w moje życie, nie zbieram "duszków" ani "pokemonów" na fejzbuczynie, ale też w pewnych sferach codzienności, jak np. miejsce pracy czy sporadyczne hucpy ex-klasowe, uczelniane, pracowe lub familijne - idę na ustępstwa i uskuteczniam jakieś kurtuazyjne smalltalki, gdyż już wyrosłam z młodzieńczej bucówy, po której pozostał mi jedynie "zachęcający" tzw. biczfejs (*resting bitch face*)... /aleee - "suczy" wyraz twarzy to chyba kwestia osobniczej urody i jeśli mam być szczera, nie uznaję tego za defekt - wprost przeciwnie... :P/

Enyłejz, od czasu do czasu jestem w stanie się wysilić na miałkie, gładkie gadki o przysłowiowej pogodzie, pracy czy innej tam dupiemarynie. Ale już nie wyobrażam sobie, żeby takimi gadkami-szmatkami stały moje najbardziej zażyłe relacje. Pfu!

Na studenckich bibach zetknęłam się z funkcjonującym prężnie wśród braci studenckiej stereotypem zarozumiałego kujona-bufona z (ch)UJotu, najlepiej też "humana". Zeźliło mnie zrazu to krzywdzące uogólnienie, ponieważ totalnie nie czułam się jego adresatką - ani ja, ani moje ziomy "po fachu". Potem jednak - poznając więcej i więcej ludzi, przyglądając się kolegom i koleżankom z własnego i sąsiednich kierunków, stwierdziłam, żeee... chyba już wiem, kto nam "pracuje" na tak "zacną" opinię drętwych zarozumiałych dziobaków: 

DRĘTWE ZAROZUMIAŁE DZIOBAKI :/

Jest taki gatunek ludzi, którzy mają na stałe zainstalowany kij od mietły w rzyć. I myślą, że tak jest dostojniej. Nobliwiej. Ę-Ą. Że otacza ich świetlisty nimb szlachetnych myślicieli, że emanuje od nich rzekomy afterglow po potężnych intelektualnych orgazmach spowodowanych bliskim obcowaniem z najbardziej ambitnymi artefaktami kultury.

Pierwej wielbłąd przenijdzie przez ucho igielne niźli słowo "dupa" przez ich sterylne usty. Uszy im pąsowieją jako ta dzięcielina, co pała. Uwielbiają np. zalewać fejsika pompatycznymi koelizmami typu "dom bez książek jest jak ciało bez ducha"... Och, jacyż (zapewne) oczytani! (Zapewne) teatr, filharmonia i opera to ich drugi dom! (Zapewne) nie poznali nigdy, co to syndrom dnia wczorajszego! Nadludzie, istoty eteryczne, nawet jak defekują (jeśli w ogóle) to (zapewne) z iście hieratyczną dystynkcją...
 
Mam przemożną ochotę odpowiedzieć cytatem z "Myśli nieuczesanych" Leca: Błoto stwarza czasem pozory głębi
 
Osobnik tego typu nade wszystko kocha ostentacyjne łypanie na bliźnich z góry, zamiennie - pławienie się w ulepkowatym sosie z własnej domniemanej zajebistości, pospołu z sobie podobnymi pozorantami. Obnosi się ze swoimi wielce wysublimowanymi gustami dotyczącymi konsumpcji kultury, rzecz jasna, jedynie "wysokiej"  - lub maksymalnie "offowej". Łyka jak pelikan każdy przerost formy nad treścią i udaje, że doskonale wie, co poeta miał na myśli... Zapytany o własne refleksje, nie rozwinie tematu, jedynie prychnie coś bardzo pogardliwego pod adresem profana, który ośmiela się w ogóle drążyć zagadnienie. Kolejna, baaardzo charakterystyczna rzecz - osobnik taki jest (9/10) jedynie biernym konsumentem, koneserem, nigdy twórcą. Aby tworzyć, trzeba być kreatywnym a do tego niezbędna jest wyobraźnia i jakaś nieokiełznana, wewnętrzna dzika wolność. Odwaga, iskra, aby myśleć i działać w sposób niezależny. Refleksja i autorefleksja. Tymczasem tutaj umysłowość co najwyżej przeciętna, w niefortunnym kombo z ponadprzeciętnym ego... Ci ludzie zazwyczaj potrafią tylko skrupulatnie odtwarzać. Powtarzać, jak echo. Jak blaszany bębenek. Jak dzwon, który jest wprawdzie głośny, ale wewnątrz - próżny. Nie mają jaj, aby samodzielnie myśleć, nie stać ich na własne zdanie, więc kurczowo trzymają się podanych przez "autorytety" na tacy czarno-białych opinii, upodobań "z górnej półki" - zinternalizowanych jako własne; utartych konwenansów, skostniałych poglądów. I współdzielą zadziwiająco wielki zapał do tego, aby "równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy"... resentyment? Nietzscheańska mentalność niewolnicza..?

Mam totalną alergię na słodkie żmije. I na samozwańczą arystokrację intelektualną. Na dulszczyznę. Po prostu jakoś organicznie odrzucam wszystko, co jest przesycone obłudą, pozą, zadęciem, brakiem autentyczności, pychą, fałszem. 

Taka poza wielkiego wrażliwego yntelektualisty okazuje się z bliska często właśnie badziewną tekturową fasadką. Żałosnym kolosikiem na chudych glinianych kulasach. Wystarczy lekko szturchnąć. Lub tupnąć.

Taaa, wiem. Ludzie zazwyczaj nie wyskakują ze wszystkich swoich kart na dzieńdobry i jako totalna introwertrzyca głęboko respektuję fakt, że potrzeba czasu i różnych sytuacji, w których dopiero można kogoś lepiej poznać i ocenić. Rzecz w tym, że w przypadku ludzi, o których dziś piszę, progres w pogłębianiu znajomości jest znikomy - lub zgoła ŻODYN, ponieważ nawet w połowie beczki soli wciąż konstatuję, że jedziemy na rozczarowujących, wtórnych, niczego nie wnoszących smalltalkach. I do tego ta drażniąca, pełna wyższości maniera.

Skąd wiem że to nieszczere? Bo miałam kiedyś zaszczyt i przyjemność poznać ludzi NAPRAWDĘ niesamowicie wysokich lotów. Którzy nigdy nie musieli nikomu niczego udowadniać, ponieważ ich osiągnięcia były (i są) absolutnie niepodważalne. A przy tym wszystkim łączy ich zaskakująca skromność, swoista pokora, dystans do siebie, żywe poczucie humoru, jakiś taki... pogodny luz. I ten magiczny ogień w oczach, kiedy opowiadają o czymś, co stanowi ich pasję. Zero jakiejś pseudoakademickiej blazy... I doprawdy śmieszy mnie, gdy jakieś liche płoteczki "wyżej srają niż dupę mają" - mianowicie z powodu, że przeczytały "bałdzo trudnom ksionżkie", a z historii w liceum miały zawżdy szóstkie. O.

15:16

Co obiektywnie pomładza wedle subiektywnego Toyada. Vol. 1.

Co obiektywnie pomładza wedle subiektywnego Toyada. Vol. 1.
Wpadłam ostatnio na jakąś artykulinę dla kobiet w średnim wieku o tym, jak odjąć sobie lat... Jakieś bzdety o noszeniu białych falbanek i "nie stronieniu od uśmiechu"... O_o Z ciekawości poszperałam za tekstami niepolskimi - i tu już merytorycznie nieco lepiej, aczkolwiek krzywo patrzę na "uniwersalne" recepty w stylu "biel odmładza", "piergolnij sobie grzywkę" etc. Wydaje mi się, że kluczem do wyglądania dobrze (a zresztą kluczem do wszystkiego) jest ŚWIADOMOŚĆ. Kobieta w pewnym wieku powinna już się w miarę orientować, jaka kolorystyka jej służy, jakie fasony ubrań podkreślają jej sylwetkę itd. Powinna też mieć już wypracowany własny styl. Falbanki..? Serio..?;_;

Stworzyłam roboczą listę rzeczy, które wg mnie zazwyczaj służą urodzie naddziabniętej kłem czasu. I od razu uprzedzam, że nie znajdziecie tu natłoku cukierkowych frazesów o pokochaniu swoich "jakże uroczych" fałd, jakże "intrygujących" bruzd na twarzy, "słodkich" krzywych zębów itd. Zaznaczam też z całą stanowczością, że nie jestem żadną "estetoterrorystką" - po prostu dla mnie bycie 'body positive' nie oznacza prostej apoteozy abnegacji. Flakami mnie targa, kiedy jakaś śliczniusia modna szlondra z oślepiająco białym garniturem równego uzębienia obłudnie pierdaczy o tym, jak to idealnie proste zęby są takie nudne i passe, bo np. w Japonii jest szał na koślawy uśmiech i to jest takie kawaii, zaakceptujmy siebie, och, bo ona właśnie TEŻ ma CIUT przesuniętą lewą górną szóstkę i jej NIE WYPROSTOWAŁA (nie no, rebel, karwia!), choć zły, przebiegły i żarty na kasę ortodonta jej to KILKAKROTNIE proponował... a ona jest taką zajebistą, zbuntowaną wobec kanonów piękna hipsterką! Paradne... :3 (Bitch, please.)

Podobny niesmak odczułam na instagramie Kylie Jenner, do której osobiście nic nie mam, niech sobie ostrzykuje co chce i ile wlezie, ale niech nie chrzani pseudoinspiracyjnych kocopołów o pokochaniu siebie takim jakim się jest, adresując to do osób np. z wrodzoną deformacją twarzy, podczas gdy ona sama dorobiła się tytułu młodocianej ikony wszelkich poprawek... Powtarzam - niech se piłuje i powiększa co chce, ale te przesycone oczywistym fałszem mowy motywacyjne o wrodzonym pięknie to niech sobie w buty wsadzi, bo jakoś nie jest wiarygodna (delikatnie mówiąc).

Enyłej. Moje zdanie jest takie, że każdy robi co chce - skoro masz wywalone na miałkie wartości konsumpcyjnego Babilonu i pragniesz zostać współczesną włochatą anachoretką w lepiance uduchowioną indywidualistką chędożącą system w pupu - no problemo dla mnie! Chcesz być plastik fantastik bjuti boginką instagrama, nie zawahasz się przed jakąkolwiek ingerencją skalpela - no problemo, powodzenia! Dopóki jedne drugich nie nawracają na własną modłę, jest okejka.

Staram się mieć wycentrowany pogląd na piękno zewnętrzne i wewnętrzne. Jedno drugiemu nie przeczy, jak to by sobie pewni (przeżarci paskudnym resentymentem) osobnicy życzyli...

Ten wpis jest dla tych, które interere moje subiektywne trzy grosze w temacie "co wizualnie pomładza".

Według mnie, świadomość i akceptacja siebie i tego, co zostało nam dane, jest doskonałym punktem wyjścia do zintensyfikowanej dbałości o to. Miełość własna jak najbardziej na propsie, ale niezbędne jest też trzeźwe, uczciwe spojrzenie na siebie, bo pozwala dostrzec własny realny potencjał i daje motywację do zrealizowania go. Popieram rękami i nogami zdrową, wysoką samoocenę. Ale nie jest ona tożsama z samookłamywaniem się i celebrowaniem własnej zajebistości np. poprzez kolejną paczkę czipsów i pączka. To jest bardzo kusząca, bo bardzo łatwa i wygodna strategia życiowa - trąbić wszem i wobec o miłowaniu swoich kobiecych krągłości, a cichaczem strzykać anonimowo jadem pod adresem "niekobiecych" szkieletorów, anorektyczek i wieszaków... O widowisko nędzne i przykre! A w internetach hapens ewrydej... :/ Pomijam już, że nadwaga nie jest równoznaczna z "atrakcyjnymi krągłościami", bo takowe może posiadać nawet bardzo filigranowa kobietka, natomiast sam fakt posiadania biustu (i to nawet w kilku parach, w tym i na plecach, lol) jest udziałem choćby zawodników sumo - ale wątpię, aby czynił tych sympatycznych panów automatycznie "kobiecymi"... :P

Wybaczta tedy moją (niepopularną w dobie słodkopierdzącej poprawności) szczerość i dosadność komparatywno-deskryptywną, ale moim znakiem rozpoznawczym jest kwiecisto-rubaszny styl wypowiedzi i formalnie przypominam, że na swoim własnym blogopoletku mogę se gęgać po swojemu.

I nie omieszkam.


1.) SYLWETKA.

Nie jestem orędowniczką żadnego jedynie słusznego rozmiaru, ale jeśli zakładamy wierność względem faktów, to soróweczkaaa, ale harmonijne proporcje i przyzwoita "forma" fizyczna to +gazylion do ogólnej estetyki persony. Jasne, że można to "obejść". Wszystko można obejść... tudzież przeskoczyć, ale... Zgrabna figura w pewnym wieku stanowi niejako "rarytas" (spowolniony metabolizm, blablabla), więc warto się pokusić o wzmożone wysiłki i starania w tym kierunku. Pomijam już profity zdrowotne, związane z ruchem i odpowiednim odżywianiem, gdyż wpis dotyczy sfery wizualnej.

2.) ZĘBY, CERA, WŁOSY.

To są fundamenty przyjemnej oku powierzchowności - i "niestety" - rzeczy, na które pracuje się latami, i lata zaniedbań są ciężkie do odrobienia.

Ale nie niemożliwe!

Można się spowić od stóp do głów w złotogłów, nabyć za pięć pensji torebkę od projektanta, nałożyć kilo szpachli na fizys, ale z brzydkim uśmiechem, szaroziemistą skórą i lichymi włosami nigdy nie będzie się wyglądać naprawdę ładnie. Znałam kiedyś za czasów studenckich totalnie prześliczną dziewczynę, która otworzywszy usta, prezentowała ewidentnie nieleczoną próchnicę i raczyła rozmówców iście trupim wyziewem... Kurczę, wiecie - nie chodzi mi o naturalnie żółtszą/ciemniejszą barwę kości czy przebarwienia po lekach etc. - chodzi mi o obrzydliwy żółtawy kożuch z płytki nazębnej, czarnobrązowe ubytki widoczne gołym okiem i szare prześwity zepsutej tkanki kostnej. Ja rozumiem, że leczenie stomatologiczne do tanich nie należy, ale... Szczoteczka i pasta to nie jest już przedmiot zbytku, prawda? Zresztą, co tu dużo mówić, zdrowe zęby to sprawa priorytetowa ze względu na dobro całego organizmu, a nie tylko "głupie" względy estetyczne. Sama jestem na etapie aranżowania sobie budżetu na sprawy zębowe - i tak, rozważam nawet (po trzydziestce! szok! zamiast składać już powoli na bajerancki granitowy nagrobek) korektę zgryzu, choć nie jest jakiś uderzająco krzywy, ale jednak mam pewną blokadę przed szczerzeniem się do ludzi.

Jeżeli chodzi o cerę   - palaczki mają tu ewidentnie pod górkę. Podobnie jak nałogowe amatorki solarium. A niedajbosze powyższe kombo! Nic tak nie dodaje lat, jak uwędzona fajami i solarą wylinka w odcieniu i fakturze przypominającej jelito z kiełbasy zwyczajnej. Ogólnie przesadna opalenizna bardzo podkreśla zmarchy i wygląda tandetnie.

Remedium? Zrezygnować ze szkodliwych nawyków... Bez tego - krok do przodu, dwa do tyłu. Warto wdrożyć detoksykującą dietę, zainteresować się eksfoliacją, może jakieś zabiegi sprzyjające odnowie komórek skóry. Obawiam się, że zwykłe peelingi i kremidła z drogerii niewiele tu pomogą, trza wytoczyć cięższy oręż...

Jeżeli chodzi o włosy, to wprawdzie genetycznych uwarunkowań się nie przeskoczy, aleee można trochu powalczyć :) Przede wszystkim nie rozumiem tego dziwacznego społecznego imperatywu do ścinania włosów na krótko jak facet, albowiem rzekomo "w pewnym wieku" to już "nie wypada" nosić długich. To jest chyba najgorszy, a wciąż jeszcze prężnie funkcjonujący zabobon dotyczący wyglądu w wieku 35+! Prawda jest taka, że piękne długie włosy ZAWSZE są ozdobą kobiety, nawet w wieku 80 lat. Faktem jest, że nie każda może sobie pozwolić na długie włosy ze względu na ich objętość i kondycję, ALE to nie oznacza, że musi się strzyc jak chłop albo "na kalafiora" tudzież "na pieczarę"... Jest tyle fajnych fryzur, a doprawdy nie wyobrażam sobie, żeby przaśne krótkie włosy przydały komukolwiek powabu - chyba, że dysponujemy idealnymi rysami twarzy i nobliwie ukształtowaną czaszką na smukłej szyi (vide Winona Ryder lub Sinead O'Connor lub Natalie Portman). Ale powiedzmy sobie szczerze, że to raczej wyjątki, zresztą krótkie włosy nie sprawdzają się przy "cięższej" sylwetce, ponadto szyja i owal twarzy najszybciej tracą z wiekiem na jędrności - po co ten fakt dodatkowo eksponować??  Jeśli już koniecznie krótkie włosy, to przynajmniej celujmy w jakieś nowoczesne i zgrabne strzyżonko... Bezpieczniejsze są jednak nieco dłuższe fryzury - i im mniej wymyślnych fioków, lakierowanych hełmofonów, "pazurków" (zgroza!) i udziwnień, tym lepiej. A teraz ćwiczenie: proszę sobie obczaić piękne panie Cate Blanchett, Rosamund Pike, Courteney Cox, Angelinę Jolie Pitt, Monicę Bellucci, Nicole Kidman, Charlize Theron, Jennifer Lopez, Julianne Moore - długie lub półdługie włosy + w miarę minimalistyczna ich stylizacja niesamowicie komplementują ich urodę, nadają eteryczno-nobliwego nimbu. W krótkiej, pospolitej, wygryzionej fryzurze a'la pani Jadzia z sekretariatu straciłyby co najmniej jakieś 50% uroku i świeżości... A niestety większość pań w ich wieku lubuje się w takim uporczywym trzebieniu własnego wdzięku. A szkoda.

Pozwolę sobie jednak na wklejenie przykładu...




 

Cate ma niezmiennie nadobną fizys, ale cóż z tego - w krótkich włosach wygląda jak przeciętny babsztyl z dowolnego urzędu lub przysłowiowego okienka na poczcie... A ten ciemny "kask" to już kompletna porażka! Efekt cioci - Kloci. Wieje sandałem i trąci myszą z kilometra. Cały urodowy potencjał Cate zgaszony jak niedopałek we flegmie.

Poniżej dłuższe jasne hery i - moim skromnym zdaniem - o całe niebo lżej, subtelniej, bardziej kobieco i świeżo... minimum 10 lat w dół.










 
Idealna ilustracja tego, że nie chodzi bynajmniej o wyglądanie jak płocha dzierlatka w wieku 40+ lat, ale o wyglądanie możliwie świeżo i korzystnie przy zachowaniu stosownej do wieku klasy. Zresztą 60+ i 70+ też nie "obliguje" do wyglądania jak sfatygowany mop...

Tego ścinania włosów nijak też nie idzie umotywować "tradycją", bo np. w XIX i na początku XX wieku kobiety (w tym moja babcia i obie prababki) do grobowej dechy nosiły z dumą piękne upięcia z długich pukli. Wyglądały w nich wspaniale i bardzo szlachetnie.

Co jeszcze? Jaśniejsze, bardziej naturalne i wielowymiarowe tony koloryzacji... Bo mało komu autentycznie pasuje lodowata, krucza czerń, która w naszej szerokości geograficznej nie wygląda zazwyczaj ani zbyt naturalnie, ani zbyt korzystnie, zwłaszcza w pewnym wieku, kiedy rysy twarzy i tak się wyostrzają (wyjątek stanowią kobiety o klasycznym zimowym typie urody w stylu "Królewny Śnieżki" z alabastrową skórą i ciemną oprawą oczu, ale umówmy się, że jest to raczej ciekawostka przyrodnicza, aniżeli krakowski gołąb na krakowskim Rynku). Równie "genialny" patent to tradycyjny balejaż - hit lat 90, "rozjaśniaczowy" żółty kurczakoblond, wszelkie żarówiaste rudości (ekhm, "napalona księgowa po przejściach pilnie pozna niezależnego pana na dansingi"...), zimne czerwienie, rubiny i oberżyny, po prostu jakiś koszmar. Klasyka starych prukw. "Wspaniale" eksponują popękane naczynka i wszelki rumień... Ehh. Z moich wnikliwych obserwacji wynika niezbicie, że bardziej służą dojrzałej urodzie stonowane, oscylujące wokół natury, subtelnie rozświetlone i niezbyt "płaskie" (w sensie jednolitego odcienia pozbawionego niuansów) kolory włosów.

3.) STYL.

Zahartowany w bojach, ściśle osobisty, spójny, dopracowany, oszlifion latami prób i błędów, uchlachetniony jakościowo - taki powinien być i takiego mogą zazdraszczać siksy ubierające się (przeważnie) jak klony swoich koleżanek... :) Oczywiście to tak pół żartem pół serio, ogólnie podobają mi się młodzieńcze stylówki, są może i niewyszukane, ale też bezpretensjonalne.

Ogólnie stylówka to tak osobnicza i delikatna kwestia, że nie zamierzam tu prawić morałów i uogólniać, co dla kogo najlepsze. Warto zawsze wziąć pod uwagę walory i deficyty własnej figury, swoją osobowość i tryb życia, podstawowa wiedza o typach kolorystycznych też się przyda. Należy z całą mocą wystrzegać się oczojebnej, lichej, jarmarcznej tandety, bazarowego blichtru i ogólnie złego smaku - uważam, że kobieta w pewnym wieku powinna już inwestować w rzeczy przyzwoitej/wysokiej jakości - nie mówię o szastaniu groszem przy byle okazji, mówię o sensownych, przemyślanych zakupach na lata. Zacna baza podrasowana gustownymi dodatkami, na które akurat mocnooo odradzam sępić grosza. Chińskie badziewie ze straganu - won. Głównie chodzi o biżuterię, torebki, buty. Ale też o fryzurę, paznokcie... Odpryśnięty lakier ujdzie na klimatycznej małolacie, ale dojrzałe babeczki winny pilnować starannego manikiura. Hybrydy to już taki standardzik powoli. To są takie drobne "sygnaturki", a jednak bardzo wymowne.

Nie jestem też wielką fanką "ostrych" emo czterdziestek, zafiksowanych na niskobudżetowym "mrocznym" klimacie rodem z gimbazy... krótkie spódniczki w kratę, rajstopki kabaretki, glany, ciemne strąki w charakterze fryzury. Alternatywny styl jest super, zwłaszcza jeśli się "wyrosło" na gruncie cięższej muzyki i chce pozostać "tró" - ale błagam, taki styl również można zaprezentować w sposób bardziej wysublimowany... Kostka z naszywkami na grzbiecie trzydziestopięcioletniej kobity wygląda, moim skromnym zdaniem, żałośnie, i kojarzy się z menelnią dworcową sępiącą na fajki i jabcoka.

W niektórych artykulinach zalecają "odmłodzenie instant" poprzez wbicie zadka w obcisłe poszarpane dżinsy i wskoczenie w szpile. Czy ja wiem..? Byłabym ostrożna z takimi drastycznymi zabiegami na ałtficie, gdyż efekt może być groteskowy i wionąć niesmaczną atencyjnością. Albo się to czuje, albo się tego nie czuje. Stare wygi, które na niebotycznych obcasach całe życie latały - spoko&zazdro&gratki, ale trudno o bardziej pożałowania godny widok, niż desperatka za wszelką cenę usiłująca utrzymać pion w szpilutach (ach, te ugięte kolanka! soł seksi). Widać to zwłaszcza w programach typu "łabędziem być" - przychodzi taka zahukana kobita - i zahukują ją jeszcze bardziej, robiąc z niej na siłę agresywną pstrokatą seksbombę z cyckami na wierzchu, przytłaczając totalnie... Smętne to. Dlaczego wszystkie te "metamorfozy" urabiają te biedne baby wedle jedynej słusznej matrycy..?? :(

4.) BRWI.

(W)BREW pozorom odgrywają sakramencko ważną rolę w ogólnej prezencji naszej fizjonomii - zależnie od kształtu i zarysu ubrwienia może być ona postrzegana albo jako symetryczna, klasyczna, atrakcyjna, regularna, dostojna, młodzieńcza, wyrazista, myśląca, radosna, figlarna... lub sroga, smętna, mdła, bezmyślna, wiecznie zdzwiwiona, malkontentna, wredna, gnuśna etc. :)
 
Ja tam się "bez brwi" z domu nie ruszam... :3 Chrzanić mejkapy, ale dobra brew musi być!

Kiepskie brwi są w stanie zmaścić całą twarz. Przez kiepskie rozumiem przede wszystkim ledwo widoczne PRZESKUBANE nitki/plemniczki poprawione kredką lub czarne, siermiężne, płaskie, graficznie wyrysowane tzw. 'scouse brows'. Nie dość, że to masakrycznie postarza, to jeszcze ZAWSZE wygląda po prostu FATALNIE i niestety kojarzy się mocno z brunatnymi od solarium lampucerami z dyski w wiejskiej remizie... brrr.

Jeśli Bozia/Matca Natura poskąpiła wyględnych brwi, to luzik arbuzik, gdyż ponieważ mamy obecnie do dyspozycji multum środków zaradczych - od odżywek stymulujących porost gąsienic, poprzez odpowiednie kosmetyki kolorowe (wilgotny cień/pomada + ścięty skośnie pędzelek + mascara brwiowa = dobra brew), hennę, aż wreszcie makijaż permanentny (w wersji microblading).

I zawsze lepsze zbyt gęste i grube, niż zbyt liche i chude. Lepiej wyglądać zawadiacko jak Frida niż bezbarwnie jak średniowieczna Mater Dolorosa. Byle nie ciapać zbyt ciemnym i zbyt rudym produktem, to będzie ok. Aha, no i jeśli się jest szczęśliwą posiadaczką naturalnych gąsienic, to czasem minimum regulacji (luźne pojedyncze kłaczki!) bywa konieczne.

Poniżej wymowne przykłady:



5.) SZPACHLA.

Brak - źle. Nadmiar - jeszcze gorzej. 

Ładne zęby, jasna wypielęgnowana skóra, kształtne brwi i rzęsy (np. delikatne 1:1), gładkie nawilżone usta, muśnięcie różem (polecam te w kremie) - tak prezentuje się atrakcyjna twarz. Jak widać, na "fundamenty" się po prostu pracuje codziennymi skumulowanymi przez lata staraniami. Ma być w efekcie lekko, naturalnie, subtelnie i świetliście. Jeśli usta są wąskie lub straciły z wiekiem na objętości i wyrazistości, można rozważyć zabieg estetyczny - ale wyłącznie taki, którego efekt będzie delikatny i dyskretny. Generalnie, medycyna estetyczna wporzo, ale znajmyż umiara. Zapadnięte usta kojarzą się troszku z denatką bez sztucznej szczęki na katafalku, ale jeśli alternatywą mają być wary wywalary wulgarne niczym tyłek pawiana - to już lepiej być ikonicznie wąskoustą.

Uważa się powszechnie, że młode dziewczyny powinny uważać z makijażem, żeby się nie postarzyć - więc... co dopiero stare dziewczyny, hah! Pół biedy wyglądać jak 18 zrobiona na 30. Gorzej mieć 50 i wyglądać jak ryczące 70 na sanatoryjnej potańcówce. Leciwa pudernica z za ciemnym podkładem, chudymi czarnymi brwiami i perłową szminką na sztucznych zębach i sztywnym pompadurem na czerepie... mrał, Józek, kopśnij mie ta wiagra <3

Co tu wiele deliberować - szpachlą na pół cala nie przydasz sobie powabu. I nie nadrobisz braków w pielęgnacji. Trzymamy się tedy zacnej jakości, naturalnego świeżego efektu, minimalizmu i prostoty.


:) Takie tam moje luźne bjuti pierdololo! Druga część in progress...

19:29

Takie tam. Filozofy zafajdane.

Grejt... Ryrasz se pieczołowicie nadgodziny, ryrasz se cierpliwie a cierpiętliwie, pasiesz gały swej wyobraźni niedaleką wizją swojego ozłoconego słońcem odwłoku leniwie bujającego się na hamaczku... w końcu nadciąga upragnione wolne... i co?

JajCO.

Oczywiście pogoda jak spod psa. 

Ale spoko, spoko. Ksiunżki można podgonić, zaśniedziały mózg nieco przeszlifować... Zawsze pacz na jaśniejszom strone żywota. Jak Błajan.

Potrzebuję porządku, spokoju oraz ciszy. Taka prozdrowotna głodówka sensoryczna. Bom ostatnio psychicznie przebodźcowana (nie mylić z przebolcowaniem, ekhem). Równowaga, zen, idealny lotos na perfekcyjnie lustrzanej tafli jeziora.

***

Jednym z elementów dojrzewania jest cykliczne "zrzucanie starej skóry". Do tego procesu zaliczam też obumieranie jałowych bądź zgoła trujących relacji, układów. Wszystko ma swój czas. I swój kres. I to jest okej...

I wszystko jest tak naprawdę ważne. I szmer wiewiórek na dachu, i śmierć Mędrca - są tak samo podniosłe*... 


* - Tak, czytam aktualnie Osho - jakoś wschodnie nurty myślowe ogólnie bardziej do mnie przemawiają. Aprobuję np. taoistyczną apoteozę naturalnej prostoty i autentyczności, rozumianej raczej jako "dziecięca" nieskażoność i nieograniczona kreatywność, nie zaś toporność, nieokrzesanie i ignorancja.

Edit: Mam mieszane uczucia co do Osho; w wielu punktach się zgadzam (aczkolwiek gros z nich nie stanowi niestety jego pajonierskiej wizji), a momentami - za przeproszeniem - chromoli jak potłuczony (np. że dziecko poczęte w wyniku gwałtu jest niejako "skazane" na bycie gorszym człowiekiem, a dziecko poczęte w nastroju medytacyjnym będzie na pewno szlachetne, och i w ogóle ach - co za żenujące kocopoły).

21:46

Natechło mie.

Natechło mie.
Ciekawam, czy zagląda tu jeszcze jaki pies z kulawym kulasem..? Hehe.

Matko Bosko Kochano, blogasseq mi zarósł pajęczynami, nietopery się zalęgły i duchi straszo.

A propos duchów... Oglądałam ostatnio cudownie absurdalny stary filmek z epickimi efektami dźwiękowymi - A Chinese Ghost Story. Zaprawdę zaprawdę, nie każdemu przypasiren takie kino (np. mój osobisty Ulubiony Ludź se dyskretnie chrapał), ale obstawiam, że moje co wierniejsze czytakiery czasem lubują się we wszelakich absurdalnych produkcjach, więc nie zaszkodzi rekomendnąć. Uroczy oldskul, baśniowy klimat, cudownie kiczowata estetyka. Mniami.

O, natomiast - skoro już przy filmach jesteśmy - rozpierdzieliła mnie, jak dawno nic, estetyka filmu Stoker. Nooo karwia, zbierałam szczenę z ziemi... Niesamowity perfekcjonizm detali, maksymalnie wysublimowany mrokness. Yup. Polecam wszystką ręką i każdziutkim kulasem. Swem.

Tak.

Czyli, że ogólnie to u mnie okejka. W miarę :) Zdrowie dopisuje, miełość dopisuje, a jakże. Troszku mocnego stresiwa się ostatnio przyplątało, ale - zahartowanam już w te klocki, dam se radę...

Staram się doceniać to, czym mogę się cieszyć tu i teraz. Napawam się tym niejako na zapas. Chrzanię głupie pierdoły, które nie będą miały żadnego znaczenia za parę miesięcy, bo o nich dawno zapomnę... Zdarzają mi się takie typowe ciulowe dni, ale to są tylko "ciulowe dni" - i nie nadaję im zbytecznej rangi. Jestem po prostu buńczucznie szczęśliwa. Na co dzień. I co się szczęśliwie nażyję, to moje! Nie czekam na jakieś mityczne "kiedyś", "jak już [cośtam]...". Ufam, że życie (kosmos? opatrzność? wutvr) mnie wesprze, kiedy będę tego naprawdę potrzebować - kaman, żyję już ponad 30 lat i zawsze, jak już mi się naprawdę paliło koło tyłka, nagle jakby zupełnie znikąd odpalał się totalnie nieprawdopodobny zbieg okoliczności, żeby mi ów zadek wyratować z opałów. :3 Może to przypadek, a może nie. Tak czy inaczej, ufię, że będzie okejka i po mojemu, A jak nie do końca po mojemu, to przynajmniej może będzie okazja nauczenia się czegoś i wysnucia mondrych wniosków na przyszłosć? Tak do tego podchodzę. 

Więc wiecie - kiedy mnie nie ma w internetach, to chłonę rzeczywistość. Ciągle jakoś wolę real niż wirtual - co jest ze mną nie halo..? 


***

Jak niektórzy kojarzą z insta, ostatnio mega fest, bo nieomal do platyny rozjaśniłam włosy. Były całe naturalne (poza końcówkami z odrośniętym ombre), więc szkody są w sumie znikome... Włosy bardziej określiłabym jako suche niż zniszczone. Te końcówki pójdą do obsmyczenia wkrótce i będzie zupełnie najs. Farbuję farbami, nie rozjaśniaczem (zuooo). Ogólnie spodobał mi się mój ryj w blondzie i zamierzam kontynuować tę przygodę. Jak mi się znudzi, zrobię "melted roots" i będę znowu zapuszczać naturalki. 

Czego mnie nauczyła przygoda z rozjaśnianiem?

- zawżdy lepsza farba trzymana godzinę, niż rozjaśniacz na 15 minut - a jak już koniecznie rozjaśniacz, to brońbosze Joanna!!! 
- fioletowe gasi żółte, niebieskie gasi rude - czyli perła na kuraka, popiel na rudziznę; polecam farbki Londa Color Naturals 12/9, Wellaton 12/1, Joaśka Naturia mix odcieni "Szlachetna Perła + Gołębi Popiel" (poczytajcie wizaż, będziecie wiedzieć o co cho)
- moje włochy nienawidzą przeproteinowania i z tego co wiem, rozjaśniane hery ogólnie łatwo zatruć proteinami i znacznie pogorszyć(!) ich stan - zalecam raczej humektanty i emolienty do oporu (o dziwo ciężko znaleźć produkt pozbawiony choćby śladowych ilości protein... keratyna, jedwab, mleko, pszenica, bawełna)
- nie gardzić kondycjonerami, czyli silikony czasem spoko - stosowane rozumnie potrafią być wielkim dobrodziejstwem (w przypadku włosów rozjaśnianych zabezpieczanie jest równie istotne jak pielęgnacja)
- płukanki i szampony do siwizny powodują masakryczny susz :/




To ja jako Legolasica Elfica. Hajart baj Szajsung Galaksy S3.

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger