10:05

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.
Co jest gorszego, niż pseudobohema? Że-niby-tró-bohema, która myśli, że jak będzie ostentacyjnie wyszydzać tę pierwszą, to sama zyska na "prawdziwszości"...

;)

***


15:27

Przezorna zawsze umalowana... :/

Przezorna zawsze umalowana... :/
Chciałam ino wyskoczyć do Zielarni po zamówiony balsam Herba Studio na krogulce, dosłownie za miedzę...tfu! ulicę. Narzuciłam więc parkę, wzułam pierwszy lepszy obuw, i wyleciałam z domu z włosem rozwianem. Kij, że z leciutkim kacykiem po wczorajszym piwku oraz po porannym neurotycznym "manualnym oczyszczaniu porów" wyglądałam hmm, delikatnie mówiąc, not maj best... I co, OCZYWIŚCIE musiałam wpaść na dwie osoby "pułci" żeńskiej, których nie widziałam od wieków, a akurat wolałabym przed tymi konkretnymi babsztylami wyglądać jednak maj best. No cóż, udałam wielki pośpiech i roztargnienie, i mignęłam chyżo obok, klnąc w duchu swą niefrasobliwość. Ehh, tak jest ZAWSZE kiedy wyglądasz jak kupa, a jak się wypacykujesz, to ani pies z kulawą nogą nie przetnie Twej trajektorii...

Oh well. Wutevr.



15:13

Hi. My name is 'Go fuck yourself'.

Na pewno każdy zna TEN TYP...

Wolny elektron, zazwyczaj bez konkretnego życiowego zajęcia (tym samym często i bez własnych środków), bez baby (tudzież chłopa), bez bliskich znajomków... za to z dużą ilością wolnego czasu, pokaźną dawką zrezygnowania, marazmu i frustracji, oraz olbrzymim łaknieniem towarzystwa, w którego uszy mógłby lać swe jojczenie, najchętniej całodobowo. 

Poznajcie Przydupasa (Przydupnice zdarzają się rzadziej, ale uczciwość nakazuje wspomnieć, iż takie zjawisko też w przyrodzie występuje).

Możesz sobie być asertywny. Wystarczy, że raz jeden zrobi Ci się takiego skulonego nieudacznika żal... Wystarczy raz... drobny gest, dołożysz do piwa w knajpie, biletu autobusowego, życzliwie wysłuchasz rzewnej historyjki o nieszczęśliwej miłości, toksycznej matce, zrytym przez podły świat berecie... i to już koniec, przepadłeś. Teraz szykuj się. Dałeś palec, delikwent z pazernej wdzięczności odciapie ci całą rękę. Kij z tym, że Ty masz swoje życie, swój świat, swoje problemy, zobowiązania, hobby, pracę, żonę, dziecko, psa, kota, rybki i tasiemca w jelicie. Przydupas ma to totalnie w dupie, ponieważ nawiązaliście...tfu! On nawiązał z Tobą mistyczną unię dusz. Zaczyna się faza unilateralnych godów... Wydzwania, pisze, wciąga Cię w swoje sprawy jak ruchome piaski, zwierza się, jojczy, chlipie w rękaw, sra Ci za przeproszeniem po fejzbuku, stara się wpierdaczyć na wieczór, na weekend, ochoczo proponuje kumpelskie piwko, które oczywiście stawiasz Ty, bo biedactwo nie ma pieniędzy, o czym się dowiadujesz jak już stoicie przy kasie... Aha, i nie kłopocz się swoją rodziną, nie przeszkadza MU. On was wszystkich uwielbia, łącznie z tasiemcem, po prostu z nieba mu spadliście, aby poratować na zakręcie życiowym, best fręds kurfa forewer. 

Tak. Pytanie, co WY z tej znajomości czerpiecie, wątpliwą przyjemność obcowania z wiecznym udręczonym malkontentem, wątpliwą satysfakcję z "pomocy potrzebującemu" (który de facto jest  nieźle kalkulującym cwaniakiem, lubiącym jeździć za darmochę na cudzym grzbiecie)? Otóż, przychodzi pora na trzeźwą diagnozę - mamy na karku pasożyta. Obsiorbującego nas z dobrego humoru, energii, czasu, pieniędzy.

Połapawszy się w sytuacji, "dawcy" mówią dość, zaczynają unikać Przydupasa. Normalni znajomi polegają na tym, że kontakt z nimi oraz korzyści płynące z przyjacielskiej relacji są obustronne i WSPÓŁMIERNE. Nikt nikogo nie dusi, nie uszczęśliwia swoją osobą na chama. Prawdziwi, sensowni znajomi są taktowni i DOMYŚLNI, nie trzeba im tłumaczyć, że to nieelegancko wydzwaniać do kogoś po 23, rozumieją pewne niuanse w lot, nie narzucają się, jeśli druga strona nie przejawia inicjatywy do częstych spotkań. 

Przydupasa ciężko się pozbyć aluzjami, warto go spławić radykalnie, choć miłe to nie będzie, bo przecież wbijacie mu "nóż w plecy", okazujecie się tak samo podli jak Świat. No cóż. Teraz tylko obsmaruje wam tyłki i obwiesi was najbardziej wszawymi kundlami przed kimkolwiek, kto zechce tego słuchać, być może przy okazji zyska kolejną "ofiarę". Ale to się i tak opłaci - wasz święty spokój jest bezcenny, zaś nic nie boli bardziej niż czas stracony z takim ćwokiem...

Uchodzę za "aspołecznego ch.uja" (tak mnie kiedyś dosłownie kumpel określił) i dobrze mi z tym. Jest mi z tym wprost zajebiście! Cenię sobie swoje zasoby wysoko i nie szastam nimi gdzie byle, z kim byle. Wolę się dzielić z tymi, na których mi naprawdę zależy. Dla reszty mogę być bucem, I don't care.

21:01

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.
Dobra, poczułam się natchnięta...tfu, natchiona? do napisania tego postu. Czuję mianowicie, że muszę sprostować parę zabobonków i spiardolin-straszaków w temacie około ciążowo-porodowej fizjologii. Szlag mnie trafia, jak czytam tu i tam na forach, blogach itp. produkty czyjejś bujnej wyobraźni, czy raczej nieudolne domysły osób, które tego tematu empirycznie nijak nawet nie liznęły, natomiast aktywnie uczestniczą w zabawie w głuchy telefon, generując szkodliwe mity i uogólnienia. 

#1 Ciąża to 9 miesięcy wyglądania jak wieloryb.

Że co? No umówmy się, że dwa tygodnie od zapłodnienia mamy w brzuchu full zestaw 3,5 kg dziecko + okablowanie w postaci pępowiny + oporządzenie w postaci pęcherza z wodami płodowymi, i przez 9 miechów czekamy se z tym wszystkim do porodu... Lol.

Ekhem, ja przykładowo w czwartym miesiącu zapinałam sobie w talii (!!!) spódniczkę - bombkę z H&Mu w rozmiarze 36. W pracy wtajemniczone były tylko 3 zaufane osoby, reszta zrobiła wielkie oczy, kiedy się ujawniłam - pod koniec 5. miesiąca. Dopiero pod koniec 7 miesiąca pożyczyłam od koleżanki jedne specjalne ciążowe dżinsy, resztę ubrań miałam swoją. 

Jak słoń poczułam się dopiero w ósmym miesiącu... :) Ale dwa miechy to nie to samo, co dziewięć. Idzie wytrzymać.

#2 Poród to najgorsza najgorszość, wiekopomna trauma, ręka noga mózg na ścianie...

Też tak myślałam, słysząc niektóre mrożące krew w żyłach opowiastki... Tymczasem - w moim przypadku, ale wiem, że nie jestem wyjątkiem - wyobrażenia i domysły okazały się totalnie oderwane od realiów. Jadąc taxą w środku nocy do szpitala, byłam mega podjarana, że TO JUŻ i wreszcie spotkam oko w oko to tajemnicze, kopiące mnie od środka stworzenie! ;) Stres był, nie powiem, ale - nie był on moim zdaniem wart tych dwóch godzin przypominających casting do Egzorcysty ze mną w roli głównej, hehe...;P 

Cóż, pewnie bywają jednak bardziej czarne scenariusze, ale nie należy się na nie nastawiać! Moja prababcia powiła 11 synów, dożyła prawie sety w doskonałym zdrowiu, i do końca życia prowadziła gospodarstwo. W tamtych czasach nie było takich udogodnień jak dziś, współczesne baby narzekają na takie bzdety jak opryskliwy personel, ale do k... nędzy, ja osobiście doceniałam świadomość, że rodzę w renomowanym szpitalu, i że "w razie WU" jest do dyspozycji sztab specjalistów łapiduchów oraz wszystkie te maszyny robiące PING! a służące do ratowania życia. Moje przodkinie rodziły dzieci w towarzystwie akuszerek na wsiach gdzie psy dupami szczekały za przeproszeniem, tralala jakże eko i w ogóle heja banana trajbal, ale każda mała komplikacja oznaczałaby prawdopodobnie ostateczną eschatologiczną Czarną Dupę. Rozumiecie? Czarną Dupę bez światełka w tunelu.

Tak że tego. 

Ha! Lewatywa też, jak się okazuje, autentycznie przeraża rzesze... Dżizas, po tej całej osławionej lewatywie spodziewałam się większych fajerwerków, a tu taka chała. No cóż, przymierzam się aktualnie do porządnej hydrokolonoterapii, bo średnio mnie urządza turganie w kichach paru kilogramów kompostu wszelakiego.

Aaa, panuje jeszcze powszechne przekonanie, że chłop jako towarzysz porodu często mdleje OD TYCH WIDOKÓW niczym Julia Kapulet przy menstruacji. A nawet jak cudem nie kipnie, to będzie mu się śniło po nocach i na widok rozkraczonej partnerki zabije się biedaczek o drzwi, ścigany krwawo mięsnymi wizjami w stylu Hostelu albo innej Piły.

Tia. Prawda jest taka, że jak wyjątkowo wrażliwy delikwent nie chce, to ma możliwość nie patrzeć na "kino", są parawaniki itp., ale z doświadczeń znajomych mi facetów wynika, że in the heat of the moment para koncentruje się wyłącznie na jak najsprawniejszym przebiegu akcji, a nie na "efektach specjalnych", serio. 

#3 Potem już nie ma życia towarzyskiego, życia erotycznego, w ogóle nic nie ma, jest tylko nadwaga, rozstępy, mleczne doje i ryczący wniebogłosy roszczeniowy tobołek. Aha, no i deprecha poporodowa.

Jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to powiem tak - ja się zdążyłam doskonale "wyszumieć" za czasów licealnych, studenckich i trochę po nich, więc knajping do rana i tak mi dawno obrzydł... Aczkolwiek znam rodziców, którzy z powodzeniem go uskuteczniają, zmieniając się przy dziecku, albo korzystając z instytucji babć. Rewizja znajomych, w sensie oddzielenia ziarna od plew, dokonała się niejako samorzutnie, z czego jestem zadowolona. Gdyby nie przeprowadzka do Wawy, spotykalibyśmy się pewnie regularnie z wąskim a sprawdzonym gronem ziomali w Kra, z których część jest dzieciata, a pozostali dzieciatymi o dziwo nie gardzą, więc spoko. Odnośnie życia erotycznego, nie będę niesmacznie wylewna, ale jest hmmm, o trzy nieba lepiej niż przed prokreacją. Nadwagi zero, wręcz parę kilo mniej niż wyjściowo, rozstępów zero, cyckozwisu zero, włosy i zęby w porządku. Owszem, po części jestem genetyczną szczęściarą, ale z drugiej strony... ja naprawdę nie widzę tej szumnie opiewanej estetycznej pożogi u znanych mi mam. Jedna  wprawdzie przydeptuje sobie biust, ale kuźwa, jak się tak OKAZAŁY cyc potraktuje całkowitą rezygnacją ze stanika na roczny czas karmienia (bo przecież wygodniej), no to SORRY WINNETOU. Mleczne doje na moim "marnym" (choć ja lubię...) 65E wyglądały doprawdy zajebiście, normalnie Baywatch. Tobołek wprawdzie roszczeniowy, ale i najcudowniejszy na świecie, nie ma lepszego panaceum na bolączki tego świata, niż przytulanie takiego swojego ciepłego pachniaczka. 

Depresji poporodowej nie tykam, bardzo poważna sprawa, nikomu nie życzę, mnie szczęśliwie ominęło.

***

Samojeb z wczoraj:


22:21

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".
Poczułam się dziś dotkliwie stara jednak... Pobłądziłam na jakimś blogasku, skądinąd nawet dosyć wciągającym, gdzie autorka (w wieku wczesnostudenckim) wyraziła w jednym z postów swą niechęć do małych dzieci oraz to, że osobiście opowiada się za bezdzietnością z wyboru. No i luz, ok, szanuję taką postawę, i to wcale nie dlatego, że 7 lat temu deklarowałam podobne poglądy (bez nutki złośliwości, serio!). Punkt widzenia żenibyradykalny? Ooojtam, wielu ludzi nie marzy o posiadaniu dzieciaków, wielkie mi hipsterstwo, a pfff. Niestety poziom komentujących mnie położył... eskalacja prostackich, stereotypowych, jadowitych uwag o matkach jako roszczeniowych krowach, wywalających ochoczo gdzie się tylko da swe "obleśne wymiona", o dzieciach jako drących japę bachorach itd. 
Dlaczego właściwie poczułam się staro..? Bo wprawdzie w pierwszej chwili  krew mi zawrzała, czytając te ociekające żółcią niewybredne komcie, ale... no właśnie, stwierdziłam, że przecież - pomna słów Tony'ego de Mello* - nie będę uczyła świń tańca. Już mi się po prostu nie chce. Po co. Będę nawracać stado ledwo oderwanych maminej kiecki ciuptajłów z akademika, oraz grono głupiutkich foczek, hołdujących takim urban legends jak np. to, że kobiecy narząd rozrodczy po wydaniu na świat potomka przypomina potargany rękaw czarodzieja..? Heloooł... :)

***

* - To będzie chyba parafraza, gdyż nie mam pod ręką książki... ale chodzi o to, żeby nie uczyć świni tańczyć, bo nic z tego nie wyjdzie - człowiek się jedynie zmęczy, a i świnię zdenerwuje.

***


O'rly?



16:52

Co gryzie Rodaka Cebulaka, jeśli akurat nie metka od piżamy.

Bardzo często spotykam się z opinią, że Polacy to naród frustratów, którzy sąsiadowi zza płota życzą jak najgorzej, a tym gorzej, im tamten ma "lepiej" (zieleńszy trawnik, pobożniejsze pacholęta, cycata krowa, małżonka więcej mleka daje itp.). Spostrzeżenia tego typu płyną zazwyczaj od ludzi, którzy mają tzw. porównanie, bo wyemigrowali na stałe lub spędzili jakiś czas za granicą. Ponoć tubylcy przeważnie są milsi, życzliwsi, bardziej otwarci, pomocni i uśmiechnięci. Cóż, nie najeździłam się w swym krótkim (buhaha!) życiu za wiele, ale jak już się zdarzało, to byłam m.in. mile zaskoczona tym, że normalnym jest mówienie "dzieńdobry" mijanym na chodniku nieznajomym, że kosze z towarem są wystawione przed sklep, bo przecież nikomu by nie przyszło do głowy coś zajumać (a w naszym Rossmannie smętny pan w uniformie człapie za mną krok w krok)...

Jasne, że jest to grube uproszczenie, bo wredoty i fałszywce są wszędzie, tak samo jak te szczerozłote egzemplarze. Ale jednak, COŚ zdaje się być na rzeczy. Niestety. 

Jako przyczynę obstawiałabym jakiś jeden wielki zbiorowy kompleksior. Nie jestem w tej dziedzinie umna i uczona, ale mogę se snuć spekulacje jako mędrek wioskowy, czyż nie? No. Więc se snuję, i wychodzi mi właśnie, że to to. Albowiem w życiu swem krótkiem (buhaha!) naobserwowałam się trochę ludzi, i REGUŁĄ jest, że im ktoś bardziej nie lubi siebie, tym większe upodobanie znajdzie w gnojeniu bliźnich, choćby "tylko" szkalował ich słowem, a nawet li i jedynie myślą...Ludzie spełnieni życiowo mają lepsze rzeczy do roboty, niż dosrywanie komukolwiek. Natomiast lepszych od siebie będą podziwiać i traktować jak inspirację.

Ze swej strony dodałabym jeszcze takie trochę niezdrowe, obsesyjne skupienie na innych, warowanie na ich najmniejsze uchybienie. Kojarzy mi się to z takim grzebaniem w cudzym śmietniku w poszukiwaniu taniej sensacji, jak to śpiewała Nosowska. W środkach komunikacji masowej zagramanico rzadko ktoś się na Ciebie perfidnie gapi, takim charakterystycznym wzrokiem borsuka, którego ominęła trzecia z rzędu kolacja, kobity mają w zwyczaju robić sobie np. makijaż w metrze a reszta pasażerów jest SKUPIONA NA SOBIE, a jak wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie, to jest ono pozytywne i przyjazne. Kiedy trzeba komuś pomóc, bo np. wygląda na zagubionego, jest spora szansa, że ktoś wyjdzie z inicjatywą. Tu jest zazwyczaj dokładnie na odwrót - wścibstwo, obgadywanie, a kiedy trzeba zareagować, totalna znieczulica, nos w szalik, wzrok w buty. Zaznaczam, że istnieją chlubne wyjątki! 

Aha, jeszcze coś. Afirmacja przeciętności i "nie wychylania się". Widać to chociażby w sposobie ubierania się, a konkretnie w ilości kreatywnych barwnych indywiduów na ulicach, w Polszy wciąż brak sprzyjającego klimatu do noszenia się inaczej niż zachowawczo. Ma być "porządnie ostrzyżony" Adam i długowłosa Ewa, koniec kropka. Tatuaże, kolczyki w niestandardowych miejscach - ciągle są postrzegane jako gorszące udziwnienia. Oswojenie się z tym jest kwestią czasu, gorzej z odwagą do myślenia inaczej. Śmieszy mnie, kiedy para dorosłych ludzi, od zawsze na bakier z kościołem, gna brać ślub przed ołtarzem, bo co ludzie powiedzą. No fakt, będą gadać, bo między jednym a drugim odcinkiem "M jak Puszczę pawia" trzeba jakoś zabić nudę.

Na obronę Cebulaczków powiem oczywistą oczywistość, mianowicie, "zaplecze" mamy dość nieciekawe, pominę historię, ale sam fakt obecnych płac ukraińskich połączonych z europejskimi kosztami życia może być powodem do niezłego wkurwa. Ok, ale zamiast przekuwać wkurwa we frustrację, a frustrację w plucie jadem, możemy na tym wkurwie wyhodować motywację do ZMIANY...

11:45

Serce mi ROSSnie.

Serce mi ROSSnie.
Mini szoping z okazji, że promołszyn.





Brązowy eyeliner Miss Sporty - jakieś 6 zł. Bardzo fajny cieniutki aplikator (nie lubię pędzelków), jedynie kolor ciut zbyt sraczkowaty, mógłby być chłodniejszy... Ale to szczegół w sumie.

Pomadki - Eliksir Wibo nr 09, lekko śliwkowy odcień, oraz tzw. pomadka błyszczykowa Lovely, uroczy cukierkowy róż - obie ok. 5 zł. Fajne.

Pomadka, na którą się już od pewnego czasu czaiłam - półtransparentna Maybelline, cudny lekko łososiowy róż, w promocji niecałe 17 zł.

***

Zaspokoiłam głód mazideł do ust, powiedzmy...

***

Samojeb Zdziś.

19:26

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.
Te nowe pobliskie Delikatesy Centrum mie zaskakujo. Asortymentem w sensie.

Już nie muszę dylać do Pietra & Pavulona po takie zbytki jak kawior i hera. Tfu. Parmezan i makaron do lasagne. Przykładowo.

Mają nawet moje ulubione batoniacze Papita oraz watę cukrową. Choć od jakiegoś miesiąca staram się stronić od słodkiego... No, ale czasem jednak jest ten weekend, niech człowiek ma coś z życia, chipsa zapoda, piwskiem popije. 

Ale wracając do lamblii.

Otóż.

W tych nowych pobliskich Delikatesach Centrum rzuciła mie się na oczy, dosłownie, HERBATKA NA LAMBLIE. Rozumita? Na lamblie. Herbatka.



No oczywiście, że kupiłam! Ostatnio bowiem zgłębiam temat pasożytów ludzkich i jestem w szoku co do ogromu ignorancji społecznej z nim związanej... Praktycznie 9/10 ludzi ma w organizmie niechciane towarzystwo, i pozostaje w błogiej nieświadomości. Bo to jakieś tabu jest. Zarobaczony to może być bezpański kundel, przeca gdzieżby ja! - tak sobie większość z nas myśli, niestety, natomiast gołe fakty odnośnie inwazji robali są doprawdy powalające... Przyznaję się bez bicia, że ja do niedawna również nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy. Ale ze względu na moje AZS zaczęłam drążyć, drążyć, drążyć internety w poszukiwaniu potencjalnej przyczyny... Dokopałam się do niesamowicie ciekawej wiedzy, która w moim odczuciu bardziej "makes sense" aniżeli ciapanie się coraz to nową maściółką na bazie sterydu. No niestety, smętne realia są takie, że większość służbistów medycyny tzw. konwencjonalnej ma totalnie wywalone na zdrowie pacjenta rozumianego całościowo. Zamiast posprzątać śmierdzące gówno, lepiej nakrywać je haftowaną kołderką. I potem wielce dziwota, że dalej capi... :/ 

Tak czy inaczej, szczerze polecam zapoznanie się z powyższą kwestią. To naprawdę nie boli. W ramach ciekawostki powiem, że sztampowe badania z kału mają wykrywalność zaledwie 15-20%, więc nie ma się za bardzo co chełpić dobrymi wynikami. Badania enzymatyczne z krwi dają 50-60% pewności, jednak ich skuteczność wzrasta razem ze stopniem zarobaczenia. Właściciele jakichkolwiek zwierząt domowych powinni 1-2 razy do roku odrobaczać się razem z pupilami. Pomocna jest dieta - robale nie lubią np. czosnku, świeżych pestek z dyni, mocnych przypraw, kiszonek. Można walczyć ziółkami. Można iść po leki chemiczne do lekarza. Jedno jest pewne - niezwykle łatwo jest się tego dziadostwa nabawić, a o wiele trudniej toto doszczętnie wytępić. A jednak warto... 

20:56

Z gówna bicza nie ukręcisz.

Z gówna bicza nie ukręcisz.
Chodzi mi o idiotyczny bulwers związany z używaniem fotoszopa, tudzież inszego programu do obróbki zdjęć, w celach retuszu.

3 typowe przykłady bulwersu:

1.) postprodukcja jako zarzut "samooczywisty";

hmm, nie wiem na jakiej planecie niektórzy żyją, ale... po pierwsze, nie jest to wynalazek "dzisiejszych czasów", aczkolwiek owszem, w dzisiejszych czasach jest ona praktycznie STANDARDEM, i choć każdy ma prawo preferować surową, tradycyjną, analogową fotografię (którą ma niezaprzeczalny urok!), to jednak profesjonalna edycja profesjonalnych zdjęć cyfrowych raczej dla żadnego normalnego człowieka nie powinna dziś stanowić "pain in the ass", czyli, po naszemu, soli w oku... a jednak dla niejednego Kowalskiego stanowi, można wręcz powiedzieć, że "Kowalski" Ziutek cierpi na paranoiczne wywąchiwanie "efektu fotoszopa" w każdej dobrej fotografii, która może być "poprawiana", ale wcale nie musi; nie każde piękne zdjęcie to zasługa dziubdzianiny w PS, na miłość boską...

2.) fotoszop wyskakujący z lodówki;

"Kowalska" Ziuta z kolei dopatrzy się fotoszopa w każdej gładkiej i regularnej gębie na okładce piśmidła dla bab. BO ON TAM ZAPEWNE JEST, a jakże! Ale to nie znaczy, że brak pryszczy czy podkrążonych oczu w przyrodzie nie występuje; na własne oczy widziałam u koleżanki naturalnie alabastrową cerę, na której pora z lupą nie uświadczysz... :) Nie każdy kosmicznie zgrabny tyłek ma wyedytowany cellulit, byliw mi bicz, widziałam masę pornosów. Jak również siebie w lustrze...;P

3.) jestęfotografę, którzy fanatycznie odżegnują się od używania programów graficznych, podczas gdy w ich pracach WALI PO OCZACH fakt, że "król jest nagi"...

tiaaa, na maxmodels był kiedyś taki wielki "pro", który ostentacyjnie i agresywnie tępił niby wszelką ingerencję w naturę, zaś modelki na jego zdjęciach miały wręcz groteskowo zblurowane twarze...

Kolejny zabawny przykład hipokryzji, to znajoma znajomego znajomej, która regularnie obśmiewa na fejsie czyjeś nieumiejętne poczynania w PS (który tak w ogóle jest ZUEM!) podczas gdy sama posiada w swojej galerii takie "rodzynki" jak np. gumowe ręce (w sensie, że jakby bezkostne od ramienia po końce palców... powyginane jak plastelina) - ewidentnie zmasakrowane filtrem Liquify... No cóż...

Dżizas, wielkie aj waj. Wszystko dla ludzi. Jak to pięknie zawarł w swojej książce "W kadrze" David duChemin, "nie da się wypolerować gówna", tzn. z dennego zdjęcia żaden fotoszop nie zrobi cudu. Obróbka służy temu, aby fotografia możliwie najdoskonalej oddawała wyobraźnię, klimat, osobistą wizję autora. To tak górnolotnie. Z umiarem i umiejętnie użyty PS daje zajebiste rezultaty...

A jak jakieś dziewuszki wytną sobie syfa z nosa to też, w sumie cóż złego się dzieje? Komu krzywda? :)

***

Ja osobiście najbardziej lubię "majstrować" przy kolorach. Poniżej baaardzo stare zdjęcie zrobione zwykłą badziewną cyfróweczką Panasonic; dzięki odpowiedniej obróbce udało mi się uzyskać efekt Sadako ze studni skrzyżowanej z wiktoriańska laleczką.  
 


No dobra, tutaj już zdziwiałam z nudów... xD


15:10

Kolekcja lakierów, dwa hiciory sezonu, i o szponach w ogólności.

Kolekcja lakierów, dwa hiciory sezonu, i o szponach w ogólności.
Tylko w innej kolejności.

Moje paznokcie wzbudzają we mnie uczucia ambiwalentne. Bogu dzięki, nie przypominają kształtem "szufelek", za co jestem im wdzięczna, natomiast idealnymi migdałkami też nie są, ale odpowiednie piłowanie robi ściemę, że są. Wkurza mnie, że mają nierówną powierzchnię - generalnie rosną gładkie, ale od czasu do czasu pojawia się wgłębienie i w sumie "zawsze coś", nigdy nie są doskonałe... Ponoć to od tarczycy, AZS też pewnie się przyczynia do takich perturbacji. Anywayz...

Lubię mieć pomalowane! :)  Budzisz się rano, wprawdzie z ryja przypominasz nowonarodzonego kreta, ale za to dobry pazur sprawia, że serce roście. Lubię rzeczy, które niwelują efekt ślepej kretówy w brzasku poranka, np. henna na brwi i rzęsy (ehh, przypuszczam, że przedłużone rzęsy 1:1 dają piorunujący efekt anty-kret, ale póki co, poliżę lody przez szybkę, bo mam ważniejsze wydatki). Niestety jestem koszmarnym beztalenciem w dziedzinie eleganckiego malowania paznokci. Łapy mi latają jak w delirium, pędzel koślawo jedzie, zawsze se zaleję skóry, a potem pół dnia leżę i pachnę, żeby "dzieło" krwawicy mej wysuszyć, a w efekcie i tak dorabiam się paskudnych odgniotów od łacha, kłaka, tudzież pościeli. 

To znaczy... TAK BYŁO DO TEJ PORY. Ha! Bo tera jestem szczęśliwą posiadaczką utwardzacza Poshe!!! :D

Nie wierzyłam, nawet mi się nie śniło, że cała procedura od malowania do wyschnięcia może trwać MAX. 15 minut. Po tym czasie można stukać, pukać, w nosie dłubać, a szpon ani drgnie. A ten połysk! A ta trwałość! Najlepiej wywalone ostatnio 2 dychy, serio.

Szał numer dwa - zamawiając Poshe na allegro, skusiłam się na lakier Essie 'Shine of the times'. Sam w sobie nieciekawy, wot, przejrzysty glucik z połyskującymi drobinkami, ale EFEKT, JAKI DAJE NA INNYM LAKIERZE... No po prostu miazga. MIAZGA, Te drobinki, w zależności od "tła", mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Na czerni prezentują się bosko - opalizują od różu, złota, po turkusy i żuczkowe zielenie. 



A oto moja skromna kolekcja najczęściej śmiganych jemalij:










A tak wyglądają moja lewa rąsia, niestety o tej porze roku wizualnie zmasakrowana przez zmiany atopowe... :(((


12:11

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.
Ha!

Nawet pykłam i odpimpowałąm okolicznościowe foty ze słuchafonem malowniczo uwieszonym szyi. Bo akurat wyszedł mi fajny mejkap, w którym zadawałam już ostro szyku w lokalnej Biedronce, przegrzebując banany... Aha, no i jeszcze przy bankomacie se ładnie powyglądałam. A co.


Przeto subiektywny wybór najbardziej kultowych Toyadzich kawałków wszech czasów. Lojalnie nadmieniam, że miłośniczki słitaśnego radyjkowego plumkania nie znajdą tu nic dla siebie... Osobiście preferuję mordownię i mrok of darkness, tudzież stare nieśmiertelne perełki, ale tak do kupy dominują tzw. "ciężej strawne" lub "zryte" klimaty. Bo tak lubię, co nie?

Pewnie jeszcze będę dorzucać, jak coś mi się przypomni, ale najważniejsze punkty są. Niektóre wyzwalają całe pokłady intensywnych wspomnień, myśli, skojarzeń; inne po prostu wybitnie sposobią mój zacny tył do paralitycznego dęsu.



 

19:07

What has been zaciążone, can not be unzaciążone...

Z cyklu luźne piardy poboczne. Z przymrużeniem oka, a jednak...

Znowu dzisiaj przez przypadek natknęłam się na kipiący pociesznymi poradami program tefałenowski z serii, parafrazując, jak powić dziecię i nie spasztecieć... A NIE, przepraszam, WRÓĆ! To, co mnie właśnie w takich pogadankach zawsze niesamowicie mierzi, to założenie, że ciąża OBLIGATORYJNIE rujnuje kobiece ciało i sylwetkę i jedyne, co może taka nieszczęśliwa hipopotamica uczynić, to postarać się zminimalizować te, niechybne rzekomo, a koszmarne, szkody na wyglądzie, aby partner, biedaczek, mógł na nią spoglądać bez womitalnych czknięć... A nawet, o zgrozo, zechcieć współżyć przy zapalonym świetle! Szok, normalnie szok, nie??

Odkąd zostałam mamą, dotarła do mnie cała absurdalność i kretynizm natrętnie hołubionego na każdym kroku mitu, że każda świeżo upieczona rodzicielka boryka się z nadwagą i generalnie wszystko jej potwornie obwisa, nieapetycznie dynda, tzytzki pobierają wody gruntowe a skóra zyskuje darmowe kabaretki w postaci rozstępów. W bonusie cellulit.

Holender... Yyy... Nooo...

Otóż. Moi mili. Nie twierdzę, że problemy z sylwetką po ciąży nie występują wcale, ale uważam, że skala tego zjawiska, przedstawiana w mediach i obecna w potocznym wyobrażeniu, jest srogo wyolbrzymiona.

Jakoś tak patrzę i patrzę, rozglądam się, węszę, i wokoło widzę tabuny młodych mam wyglądających ładnie, zgrabnie, zadbanie. I nie, nie są one podcierającymi sobie tyłek kasą celebrytkami. Normalne baby +/- 30-letnie. Nie kojarzę żadnej, absolutnie żadnej, drastycznej metamorfozy z wiotkiej świtezianki w mamuta. Owszem, znam kilka takich pań, których figura pozostawia nieco do życzenia, ale... pozostawiała ona do życzenia już grubo PRZED zajściem w ciążę, więc..? Nie dajmy się zwariować! Wlazło, wylazło no i heja banana lajf gołz ooon, biczyz. :)

Jedyne, co widnieje obecnie 'nowego' na moim brzuchu, to mini blizenka po laparoskopowej ekstrakcji ślepej kichy rok temu. Reszta cacy, jak w dniu matury, waga też od liceum konstans, a prawie trzy dychy mam na karku.

O co ja się w sumie pieklę, pewnie pukacie się w czoło... :) No tak. W sumie nie ma o co. Tylko jak widzę pierdylionowy komentarz pod zdjęciem którejś blogerki - mamy, że jakim cudem TAKA FIGURA PO DZIECKU, to już zaczynam strzykać lewym żebrem z irytacji...

15:41

Kosmetykowy express.

Kosmetykowy express.
Czyli co aktualnie (z)używam.

Jadymy:


Rossmańska Alterra, żeniby sztyft do ust, ale osobiście na usta nie znam lepszej rzeczy od balsamu Tisane, a toto kładę na noc na rzęsy, i sprawdza się lepiej niż cokolwiek - składzik przyjazny i wartościowy, kosztuje kilka złociszy, w skórki okołopaznokciowe też można wcierać.

 
Catrice Camouflage Cream - kosztowało toto jakieś 12 zeta... a jako korektor na moje śliwkowe cienie pod oczami REWELACJA! Kryje świetnie, dobrze się trzyma skóry i nie zbiera w załamaniach, kolor ma idealny - leciutko żółtawy, więc tym bardziej niweluje moje fioletowe siniory. Super. Bardzo podobny produkt do kamuflażu Artdeco, który wprawdzie oferuje więcej odcieni, no ale cenowo Catrice zdecydowanie wygrywa.



Ostatni nabytek - baza silikonowa Pierre Rene, Smoothing Cashmere, 21 zł. No całkiem całkiem - porównywalnie albo nawet lepiej do Dax, zaś cena przystępniejsza. W połączeniu z musem Essence daje wyjątkowo estetyczną "szpachlę".






No właśnie, odkryłam go latem, kosztuje kilkanaście złotych, a jest świetny. Leciutki, a nieźle kryje, aplikacja palcami jest o dziwo szybka i przyjemna. Zakupiłam już następny.



Baza pod cienie Essence - I love stage. W sumie to nie wiem co mnie kopnęło, żeby ją kupić, bo raczej nie mam problemów z trwałością cieni. Ale ponoć w przypadku tendencji do zbierania się cieni w załamaniu powieki działa bardzo dobrze, nie wiem, jest ok, ale ja tam się spokojnie bez niej obywam... :)


 

Korund ze ZróbSobieKrem. Wot, duuuzio peelingu. Lubię mieć gładki ryj, więc używam, ale nie wiem jakim cudem zgrzyta mi w zębach później...



Catrice Colour Infusion, kolor Meet Mrs Roosevelt, taka przygaszona malina. Lipstain, czyli jakby flamajster do ust.  Efekt zrazu fajny, ale szybko "wyjada się" ze środka ust i zostają takie tylko longlasting brzegi, co mnie nie urządza, więc cacko dogorywa na dnie kosmetyczki...




Kwasiur! Mene&Moy System, kwas glikolowy 15% z wit. C. Kosztował ponad 100 zł, ale paćkam, paćkam, i kooońca nie widać, więc wydajne to aż do bólu. Szczypie chwilkę po aplikacji. Fajnie działa, skóra się przy myciu roluje pod palcami, więc złuszcza przyzwoicie, cera wydaje się bardziej jednolita, nawilżona lepiej, z mniejszymi porami.

13:16

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.
Zaprawdę zaprawdę, coraz częściej marzę o wydupieniu do jakiejś lepianki in the middle of fuckin nowhere, w jakimś mateczniku, generalnie DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

***

Ostatnio podczas tranzytu w Krakowie udałam się do furty ze sklepikiem przy Loretańskiej 11. Nabyłam m.in. słynny balsam kapucyński, który zażywam od kilku dni. Ziołowo - żywiczny, 55% alkoholu, pali w przełyk (bo jakoś nie mogę się przekonać do obsiorbywania łyżki pełnej cukru skropionego balsamem). Ponoć multitalent prozdrowotny, ubija na śmierć "pasażerów na gapę", dezynfekuje dziób, leczy parchy skórne, reguluje pracę układu pokarmowego, wzmacnia ogólnie, podnosi odporność, dodaje wigoru niczym sanatoryjny romans, blablabla. Ciekawa jestem efektów, od razu zauważyłam poprawę przemiany materii.




17:01

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.
Aaa, zupę żem machła. :)

Odczekam, aż dzieć powstanie z popołudniowej drzemki, i przystąpię do miksowania.

***

Już. 

Jest baaardzo specyficzna w smaku, wyrazista, pikantna, rozgrzewająca, z pewnością nie każdemu "podejdzie", ale ja dałam się zaintrygować.

400 g marchewki
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
kapka oliwy
2 pomarańcze (skórka i sok)
imbir
sól, pieprz

Cebulę drobno pokrojoną zeszklić w garnku na oliwie, dusić pod przykryciem parę minut, następnie wrzucić porąbaną marchewkę, rozgnieciony czosnek, zetrzeć trochę imbiru i skórkę z pomarańczy, zalać wodą, odrobinę posolić, przykryć i niech "perka" tak z 45 minut. Przestudzić, zmiksować/ zblendować, doprawić ewentualnie solą i pieprzem, rozcieńczyć sokiem z pomarańczy. Udekorować szczypiorkiem :)

08:47

Niedzielny popas.

Niedzielny popas.
Dzień zaczęłam od wyżłopania pokaźnego kubasa wody z sokiem z połówki cytryny. Na śniadanie zaś rąbnęłam, po raz pierwszy w życiu, czarną owsiankę - wodziankę, ze zmielonym chwilę wcześniej czarnym sezamem, bananem oraz odrobiną miodu przywiezionego przez brata z najgłębszych czeluści Bieszczadów.



Re-we-la-cja! Będę sobie od dzisiaj "kazywać" co rano. Asfaltowa breja! <3 Pochłonęłam jak dzika i nie trzepłam foty... Sorry.

Na obiad zmajstrowałyśmy pospołu z mamą pizzę i wyszła po prostu genialna... Z sosem jogurtowo-majonezowo-czosnkowym. Mniam. Tym razem zdążyłam trzepnąć fotę.


:)

 A popołudnie spędzone familijnie na działce. W starej, niezmiennie lubianej bluzie z Papercats...


20:20

Nie żryj tego.

Nie żryj tego.
Miszcz. Czasami mieszam nutelkę ze słonym masłem orzechowym i zalatuje wtedy troszku snickersiwem. Można też na słone masło orzechowe ciapnąć miodem i posypać czymś chrupiącym. Ehem. Zakazana pozycja w przyzwoitej antyatopowej diecie, ale jak raz na czas tak zgrzeszym, to może firmament nie runie nam na łeb...




10:18

wild wild east trip.

wild wild east trip.
Miało być inaczej, ale jest jak jest.

Bo wyszło, jak wyszło.

***

Tzw. złota jesień, o dziwo, jeszcze w toku :)





Wczoraj dorwałam w drogerii Wispol moją ukochaną wcierkę Jantar i dziś już natarłam nią obficie wyposzczony od paru miesięcy skalp. Zajebiste uczucie. No i - uśmierza atopowy świąd, nie wiem jakim cudem wprawdzie, ale - darowanemu koniowi blablabla itd.


Na podstawie wulkanicznie ekstatycznych westchnień pań w niektórych reklamach (wait... w większości reklam?) można by odnieść wrażenie, że reklama dotyczy raczej dorodnego dildo, aniżeli np. płynu do garów tudzież proszku do prania. /OK. Koniec dygresji.

Ogarnęłam sobie jeszcze szczotę do włosów w Pepco, za zawrotne 6 złociszy, a jest naprawdę niezła. Oczywiście, nie jest to naturalny dzik ani żaden Tangle Teezer, ale dzisiaj dymam do balwierza postradać zniszczone końcówy, i w związku z tym uważam za zbyteczne szastanie groszem na wydumane turbo szczoty. Jak mie kiedyś zamko w wieży, to pewnie uhoduja kudły dla mego księciunia coby się radośnie wyspindrał po kilometrowych warkoczach i wtedy rozważę zakup magicznego plastiku za pińć dych. A tak to na razie sorry.








21:48

Iii... Napraawdę.

Iii... Napraawdę.
1,5 tygodnia chlania drożdży za mną. 

Pierwsze podejście było nieudane, albowiem drożdże nieprawidłowo ubite autentycznie robią ziaziu w kichach. Szczerze odradzam pazernego żłopańska z obłędem w ślipiach, zanim wystygną... :) Drożdże. Mają. Wystygnąć! Amen.

Nie mam na razie skutków ubocznych, a na efekty pozytywne muszę chyba jeszcze poczekać... aczkolwiek przed kuracją miałam problem z lekko pękającym kącikiem ust, nic go nie chciało "skleić", a już po dwóch kubaskach drożdżusiów z mlesiem wygoił się zajadzik cacanie (pozdro miłośnicy zdrobnień :*). Czyli, można się łudzić, że jakaś witamina B się tam znajduje. Krzepiące.

Miesiąc temu jojczałam, że mam za krótką grzywkę, ale już zaczyna się prezentować całkiem sensownie... Fota z dzisiaj:


Ten słitaśny dziób mam umalowany flamajstrem z Catrice... ale jakoś bez zachwytu, szybko "wyjada się" ze środka i zostaje na brzegach, ale takie 'ombre' mnie średnio urządza, więc po umalowaniu przyłapuję się na robieniu głupawego "ciupa" jak jakaś pinda. Pewnie zatem się zeschnie śmiercią naturalną na dnie kosmetyczki...

19:22

Chujemujedzikiewęże! Moja biżuterya I

Chujemujedzikiewęże! Moja biżuterya I
Pierwsze nieśmiałe "koty za płoty" z kamieni półszlachetnych oraz masy polimerowej Fimo. Naszyjniorry o kolorystyce i wzornictwie inspirowanych ASC*... ;)












 
 


* Altered States of Counsciousness, po polskiemu faza. Mniej więcej :)
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger