10:05

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.

Jacusiowi kochanemu, bo my som koledzy.
Co jest gorszego, niż pseudobohema? Że-niby-tró-bohema, która myśli, że jak będzie ostentacyjnie wyszydzać tę pierwszą, to sama zyska na "prawdziwszości"...

;)

***


15:27

Przezorna zawsze umalowana... :/

Przezorna zawsze umalowana... :/
Chciałam ino wyskoczyć do Zielarni po zamówiony balsam Herba Studio na krogulce, dosłownie za miedzę...tfu! ulicę. Narzuciłam więc parkę, wzułam pierwszy lepszy obuw, i wyleciałam z domu z włosem rozwianem. Kij, że z leciutkim kacykiem po wczorajszym piwku oraz po porannym neurotycznym "manualnym oczyszczaniu porów" wyglądałam hmm, delikatnie mówiąc, not maj best... I co, OCZYWIŚCIE musiałam wpaść na dwie osoby "pułci" żeńskiej, których nie widziałam od wieków, a akurat wolałabym przed tymi konkretnymi babsztylami wyglądać jednak maj best. No cóż, udałam wielki pośpiech i roztargnienie, i mignęłam chyżo obok, klnąc w duchu swą niefrasobliwość. Ehh, tak jest ZAWSZE kiedy wyglądasz jak kupa, a jak się wypacykujesz, to ani pies z kulawą nogą nie przetnie Twej trajektorii...

Oh well. Wutevr.



15:13

Hi. My name is 'Go fuck yourself'.

Na pewno każdy zna TEN TYP...

Wolny elektron, zazwyczaj bez konkretnego życiowego zajęcia (tym samym często i bez własnych środków), bez baby (tudzież chłopa), bez bliskich znajomków... za to z dużą ilością wolnego czasu, pokaźną dawką zrezygnowania, marazmu i frustracji, oraz olbrzymim łaknieniem towarzystwa, w którego uszy mógłby lać swe jojczenie, najchętniej całodobowo. 

Poznajcie Przydupasa (Przydupnice zdarzają się rzadziej, ale uczciwość nakazuje wspomnieć, iż takie zjawisko też w przyrodzie występuje).

Możesz sobie być asertywny. Wystarczy, że raz jeden zrobi Ci się takiego skulonego nieudacznika żal... Wystarczy raz... drobny gest, dołożysz do piwa w knajpie, biletu autobusowego, życzliwie wysłuchasz rzewnej historyjki o nieszczęśliwej miłości, toksycznej matce, zrytym przez podły świat berecie... i to już koniec, przepadłeś. Teraz szykuj się. Dałeś palec, delikwent z pazernej wdzięczności odciapie ci całą rękę. Kij z tym, że Ty masz swoje życie, swój świat, swoje problemy, zobowiązania, hobby, pracę, żonę, dziecko, psa, kota, rybki i tasiemca w jelicie. Przydupas ma to totalnie w dupie, ponieważ nawiązaliście...tfu! On nawiązał z Tobą mistyczną unię dusz. Zaczyna się faza unilateralnych godów... Wydzwania, pisze, wciąga Cię w swoje sprawy jak ruchome piaski, zwierza się, jojczy, chlipie w rękaw, sra Ci za przeproszeniem po fejzbuku, stara się wpierdaczyć na wieczór, na weekend, ochoczo proponuje kumpelskie piwko, które oczywiście stawiasz Ty, bo biedactwo nie ma pieniędzy, o czym się dowiadujesz jak już stoicie przy kasie... Aha, i nie kłopocz się swoją rodziną, nie przeszkadza MU. On was wszystkich uwielbia, łącznie z tasiemcem, po prostu z nieba mu spadliście, aby poratować na zakręcie życiowym, best fręds kurfa forewer. 

Tak. Pytanie, co WY z tej znajomości czerpiecie, wątpliwą przyjemność obcowania z wiecznym udręczonym malkontentem, wątpliwą satysfakcję z "pomocy potrzebującemu" (który de facto jest  nieźle kalkulującym cwaniakiem, lubiącym jeździć za darmochę na cudzym grzbiecie)? Otóż, przychodzi pora na trzeźwą diagnozę - mamy na karku pasożyta. Obsiorbującego nas z dobrego humoru, energii, czasu, pieniędzy.

Połapawszy się w sytuacji, "dawcy" mówią dość, zaczynają unikać Przydupasa. Normalni znajomi polegają na tym, że kontakt z nimi oraz korzyści płynące z przyjacielskiej relacji są obustronne i WSPÓŁMIERNE. Nikt nikogo nie dusi, nie uszczęśliwia swoją osobą na chama. Prawdziwi, sensowni znajomi są taktowni i DOMYŚLNI, nie trzeba im tłumaczyć, że to nieelegancko wydzwaniać do kogoś po 23, rozumieją pewne niuanse w lot, nie narzucają się, jeśli druga strona nie przejawia inicjatywy do częstych spotkań. 

Przydupasa ciężko się pozbyć aluzjami, warto go spławić radykalnie, choć miłe to nie będzie, bo przecież wbijacie mu "nóż w plecy", okazujecie się tak samo podli jak Świat. No cóż. Teraz tylko obsmaruje wam tyłki i obwiesi was najbardziej wszawymi kundlami przed kimkolwiek, kto zechce tego słuchać, być może przy okazji zyska kolejną "ofiarę". Ale to się i tak opłaci - wasz święty spokój jest bezcenny, zaś nic nie boli bardziej niż czas stracony z takim ćwokiem...

Uchodzę za "aspołecznego ch.uja" (tak mnie kiedyś dosłownie kumpel określił) i dobrze mi z tym. Jest mi z tym wprost zajebiście! Cenię sobie swoje zasoby wysoko i nie szastam nimi gdzie byle, z kim byle. Wolę się dzielić z tymi, na których mi naprawdę zależy. Dla reszty mogę być bucem, I don't care.

21:01

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.
Dobra, poczułam się natchnięta...tfu, natchiona? do napisania tego postu. Czuję mianowicie, że muszę sprostować parę zabobonków i spiardolin-straszaków w temacie około ciążowo-porodowej fizjologii. Szlag mnie trafia, jak czytam tu i tam na forach, blogach itp. produkty czyjejś bujnej wyobraźni, czy raczej nieudolne domysły osób, które tego tematu empirycznie nijak nawet nie liznęły, natomiast aktywnie uczestniczą w zabawie w głuchy telefon, generując szkodliwe mity i uogólnienia. 

#1 Ciąża to 9 miesięcy wyglądania jak wieloryb.

Że co? No umówmy się, że dwa tygodnie od zapłodnienia mamy w brzuchu full zestaw 3,5 kg dziecko + okablowanie w postaci pępowiny + oporządzenie w postaci pęcherza z wodami płodowymi, i przez 9 miechów czekamy se z tym wszystkim do porodu... Lol.

Ekhem, ja przykładowo w czwartym miesiącu zapinałam sobie w talii (!!!) spódniczkę - bombkę z H&Mu w rozmiarze 36. W pracy wtajemniczone były tylko 3 zaufane osoby, reszta zrobiła wielkie oczy, kiedy się ujawniłam - pod koniec 5. miesiąca. Dopiero pod koniec 7 miesiąca pożyczyłam od koleżanki jedne specjalne ciążowe dżinsy, resztę ubrań miałam swoją. 

Jak słoń poczułam się dopiero w ósmym miesiącu... :) Ale dwa miechy to nie to samo, co dziewięć. Idzie wytrzymać.

#2 Poród to najgorsza najgorszość, wiekopomna trauma, ręka noga mózg na ścianie...

Też tak myślałam, słysząc niektóre mrożące krew w żyłach opowiastki... Tymczasem - w moim przypadku, ale wiem, że nie jestem wyjątkiem - wyobrażenia i domysły okazały się totalnie oderwane od realiów. Jadąc taxą w środku nocy do szpitala, byłam mega podjarana, że TO JUŻ i wreszcie spotkam oko w oko to tajemnicze, kopiące mnie od środka stworzenie! ;) Stres był, nie powiem, ale - nie był on moim zdaniem wart tych dwóch godzin przypominających casting do Egzorcysty ze mną w roli głównej, hehe...;P 

Cóż, pewnie bywają jednak bardziej czarne scenariusze, ale nie należy się na nie nastawiać! Moja prababcia powiła 11 synów, dożyła prawie sety w doskonałym zdrowiu, i do końca życia prowadziła gospodarstwo. W tamtych czasach nie było takich udogodnień jak dziś, współczesne baby narzekają na takie bzdety jak opryskliwy personel, ale do k... nędzy, ja osobiście doceniałam świadomość, że rodzę w renomowanym szpitalu, i że "w razie WU" jest do dyspozycji sztab specjalistów łapiduchów oraz wszystkie te maszyny robiące PING! a służące do ratowania życia. Moje przodkinie rodziły dzieci w towarzystwie akuszerek na wsiach gdzie psy dupami szczekały za przeproszeniem, tralala jakże eko i w ogóle heja banana trajbal, ale każda mała komplikacja oznaczałaby prawdopodobnie ostateczną eschatologiczną Czarną Dupę. Rozumiecie? Czarną Dupę bez światełka w tunelu.

Tak że tego. 

Ha! Lewatywa też, jak się okazuje, autentycznie przeraża rzesze... Dżizas, po tej całej osławionej lewatywie spodziewałam się większych fajerwerków, a tu taka chała. No cóż, przymierzam się aktualnie do porządnej hydrokolonoterapii, bo średnio mnie urządza turganie w kichach paru kilogramów kompostu wszelakiego.

Aaa, panuje jeszcze powszechne przekonanie, że chłop jako towarzysz porodu często mdleje OD TYCH WIDOKÓW niczym Julia Kapulet przy menstruacji. A nawet jak cudem nie kipnie, to będzie mu się śniło po nocach i na widok rozkraczonej partnerki zabije się biedaczek o drzwi, ścigany krwawo mięsnymi wizjami w stylu Hostelu albo innej Piły.

Tia. Prawda jest taka, że jak wyjątkowo wrażliwy delikwent nie chce, to ma możliwość nie patrzeć na "kino", są parawaniki itp., ale z doświadczeń znajomych mi facetów wynika, że in the heat of the moment para koncentruje się wyłącznie na jak najsprawniejszym przebiegu akcji, a nie na "efektach specjalnych", serio. 

#3 Potem już nie ma życia towarzyskiego, życia erotycznego, w ogóle nic nie ma, jest tylko nadwaga, rozstępy, mleczne doje i ryczący wniebogłosy roszczeniowy tobołek. Aha, no i deprecha poporodowa.

Jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to powiem tak - ja się zdążyłam doskonale "wyszumieć" za czasów licealnych, studenckich i trochę po nich, więc knajping do rana i tak mi dawno obrzydł... Aczkolwiek znam rodziców, którzy z powodzeniem go uskuteczniają, zmieniając się przy dziecku, albo korzystając z instytucji babć. Rewizja znajomych, w sensie oddzielenia ziarna od plew, dokonała się niejako samorzutnie, z czego jestem zadowolona. Gdyby nie przeprowadzka do Wawy, spotykalibyśmy się pewnie regularnie z wąskim a sprawdzonym gronem ziomali w Kra, z których część jest dzieciata, a pozostali dzieciatymi o dziwo nie gardzą, więc spoko. Odnośnie życia erotycznego, nie będę niesmacznie wylewna, ale jest hmmm, o trzy nieba lepiej niż przed prokreacją. Nadwagi zero, wręcz parę kilo mniej niż wyjściowo, rozstępów zero, cyckozwisu zero, włosy i zęby w porządku. Owszem, po części jestem genetyczną szczęściarą, ale z drugiej strony... ja naprawdę nie widzę tej szumnie opiewanej estetycznej pożogi u znanych mi mam. Jedna  wprawdzie przydeptuje sobie biust, ale kuźwa, jak się tak OKAZAŁY cyc potraktuje całkowitą rezygnacją ze stanika na roczny czas karmienia (bo przecież wygodniej), no to SORRY WINNETOU. Mleczne doje na moim "marnym" (choć ja lubię...) 65E wyglądały doprawdy zajebiście, normalnie Baywatch. Tobołek wprawdzie roszczeniowy, ale i najcudowniejszy na świecie, nie ma lepszego panaceum na bolączki tego świata, niż przytulanie takiego swojego ciepłego pachniaczka. 

Depresji poporodowej nie tykam, bardzo poważna sprawa, nikomu nie życzę, mnie szczęśliwie ominęło.

***

Samojeb z wczoraj:


22:21

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".

Pomnik Czynu Rewolucyjnego, potocznie "WIELKA CIPA".
Poczułam się dziś dotkliwie stara jednak... Pobłądziłam na jakimś blogasku, skądinąd nawet dosyć wciągającym, gdzie autorka (w wieku wczesnostudenckim) wyraziła w jednym z postów swą niechęć do małych dzieci oraz to, że osobiście opowiada się za bezdzietnością z wyboru. No i luz, ok, szanuję taką postawę, i to wcale nie dlatego, że 7 lat temu deklarowałam podobne poglądy (bez nutki złośliwości, serio!). Punkt widzenia żenibyradykalny? Ooojtam, wielu ludzi nie marzy o posiadaniu dzieciaków, wielkie mi hipsterstwo, a pfff. Niestety poziom komentujących mnie położył... eskalacja prostackich, stereotypowych, jadowitych uwag o matkach jako roszczeniowych krowach, wywalających ochoczo gdzie się tylko da swe "obleśne wymiona", o dzieciach jako drących japę bachorach itd. 
Dlaczego właściwie poczułam się staro..? Bo wprawdzie w pierwszej chwili  krew mi zawrzała, czytając te ociekające żółcią niewybredne komcie, ale... no właśnie, stwierdziłam, że przecież - pomna słów Tony'ego de Mello* - nie będę uczyła świń tańca. Już mi się po prostu nie chce. Po co. Będę nawracać stado ledwo oderwanych maminej kiecki ciuptajłów z akademika, oraz grono głupiutkich foczek, hołdujących takim urban legends jak np. to, że kobiecy narząd rozrodczy po wydaniu na świat potomka przypomina potargany rękaw czarodzieja..? Heloooł... :)

***

* - To będzie chyba parafraza, gdyż nie mam pod ręką książki... ale chodzi o to, żeby nie uczyć świni tańczyć, bo nic z tego nie wyjdzie - człowiek się jedynie zmęczy, a i świnię zdenerwuje.

***


O'rly?



16:52

Co gryzie Rodaka Cebulaka, jeśli akurat nie metka od piżamy.

Bardzo często spotykam się z opinią, że Polacy to naród frustratów, którzy sąsiadowi zza płota życzą jak najgorzej, a tym gorzej, im tamten ma "lepiej" (zieleńszy trawnik, pobożniejsze pacholęta, cycata krowa, małżonka więcej mleka daje itp.). Spostrzeżenia tego typu płyną zazwyczaj od ludzi, którzy mają tzw. porównanie, bo wyemigrowali na stałe lub spędzili jakiś czas za granicą. Ponoć tubylcy przeważnie są milsi, życzliwsi, bardziej otwarci, pomocni i uśmiechnięci. Cóż, nie najeździłam się w swym krótkim (buhaha!) życiu za wiele, ale jak już się zdarzało, to byłam m.in. mile zaskoczona tym, że normalnym jest mówienie "dzieńdobry" mijanym na chodniku nieznajomym, że kosze z towarem są wystawione przed sklep, bo przecież nikomu by nie przyszło do głowy coś zajumać (a w naszym Rossmannie smętny pan w uniformie człapie za mną krok w krok)...

Jasne, że jest to grube uproszczenie, bo wredoty i fałszywce są wszędzie, tak samo jak te szczerozłote egzemplarze. Ale jednak, COŚ zdaje się być na rzeczy. Niestety. 

Jako przyczynę obstawiałabym jakiś jeden wielki zbiorowy kompleksior. Nie jestem w tej dziedzinie umna i uczona, ale mogę se snuć spekulacje jako mędrek wioskowy, czyż nie? No. Więc se snuję, i wychodzi mi właśnie, że to to. Albowiem w życiu swem krótkiem (buhaha!) naobserwowałam się trochę ludzi, i REGUŁĄ jest, że im ktoś bardziej nie lubi siebie, tym większe upodobanie znajdzie w gnojeniu bliźnich, choćby "tylko" szkalował ich słowem, a nawet li i jedynie myślą...Ludzie spełnieni życiowo mają lepsze rzeczy do roboty, niż dosrywanie komukolwiek. Natomiast lepszych od siebie będą podziwiać i traktować jak inspirację.

Ze swej strony dodałabym jeszcze takie trochę niezdrowe, obsesyjne skupienie na innych, warowanie na ich najmniejsze uchybienie. Kojarzy mi się to z takim grzebaniem w cudzym śmietniku w poszukiwaniu taniej sensacji, jak to śpiewała Nosowska. W środkach komunikacji masowej zagramanico rzadko ktoś się na Ciebie perfidnie gapi, takim charakterystycznym wzrokiem borsuka, którego ominęła trzecia z rzędu kolacja, kobity mają w zwyczaju robić sobie np. makijaż w metrze a reszta pasażerów jest SKUPIONA NA SOBIE, a jak wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie, to jest ono pozytywne i przyjazne. Kiedy trzeba komuś pomóc, bo np. wygląda na zagubionego, jest spora szansa, że ktoś wyjdzie z inicjatywą. Tu jest zazwyczaj dokładnie na odwrót - wścibstwo, obgadywanie, a kiedy trzeba zareagować, totalna znieczulica, nos w szalik, wzrok w buty. Zaznaczam, że istnieją chlubne wyjątki! 

Aha, jeszcze coś. Afirmacja przeciętności i "nie wychylania się". Widać to chociażby w sposobie ubierania się, a konkretnie w ilości kreatywnych barwnych indywiduów na ulicach, w Polszy wciąż brak sprzyjającego klimatu do noszenia się inaczej niż zachowawczo. Ma być "porządnie ostrzyżony" Adam i długowłosa Ewa, koniec kropka. Tatuaże, kolczyki w niestandardowych miejscach - ciągle są postrzegane jako gorszące udziwnienia. Oswojenie się z tym jest kwestią czasu, gorzej z odwagą do myślenia inaczej. Śmieszy mnie, kiedy para dorosłych ludzi, od zawsze na bakier z kościołem, gna brać ślub przed ołtarzem, bo co ludzie powiedzą. No fakt, będą gadać, bo między jednym a drugim odcinkiem "M jak Puszczę pawia" trzeba jakoś zabić nudę.

Na obronę Cebulaczków powiem oczywistą oczywistość, mianowicie, "zaplecze" mamy dość nieciekawe, pominę historię, ale sam fakt obecnych płac ukraińskich połączonych z europejskimi kosztami życia może być powodem do niezłego wkurwa. Ok, ale zamiast przekuwać wkurwa we frustrację, a frustrację w plucie jadem, możemy na tym wkurwie wyhodować motywację do ZMIANY...

11:45

Serce mi ROSSnie.

Serce mi ROSSnie.
Mini szoping z okazji, że promołszyn.





Brązowy eyeliner Miss Sporty - jakieś 6 zł. Bardzo fajny cieniutki aplikator (nie lubię pędzelków), jedynie kolor ciut zbyt sraczkowaty, mógłby być chłodniejszy... Ale to szczegół w sumie.

Pomadki - Eliksir Wibo nr 09, lekko śliwkowy odcień, oraz tzw. pomadka błyszczykowa Lovely, uroczy cukierkowy róż - obie ok. 5 zł. Fajne.

Pomadka, na którą się już od pewnego czasu czaiłam - półtransparentna Maybelline, cudny lekko łososiowy róż, w promocji niecałe 17 zł.

***

Zaspokoiłam głód mazideł do ust, powiedzmy...

***

Samojeb Zdziś.

19:26

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.

"Lepiej mieć niż nie mieć" nie stosuje się do lambliozy.
Te nowe pobliskie Delikatesy Centrum mie zaskakujo. Asortymentem w sensie.

Już nie muszę dylać do Pietra & Pavulona po takie zbytki jak kawior i hera. Tfu. Parmezan i makaron do lasagne. Przykładowo.

Mają nawet moje ulubione batoniacze Papita oraz watę cukrową. Choć od jakiegoś miesiąca staram się stronić od słodkiego... No, ale czasem jednak jest ten weekend, niech człowiek ma coś z życia, chipsa zapoda, piwskiem popije. 

Ale wracając do lamblii.

Otóż.

W tych nowych pobliskich Delikatesach Centrum rzuciła mie się na oczy, dosłownie, HERBATKA NA LAMBLIE. Rozumita? Na lamblie. Herbatka.



No oczywiście, że kupiłam! Ostatnio bowiem zgłębiam temat pasożytów ludzkich i jestem w szoku co do ogromu ignorancji społecznej z nim związanej... Praktycznie 9/10 ludzi ma w organizmie niechciane towarzystwo, i pozostaje w błogiej nieświadomości. Bo to jakieś tabu jest. Zarobaczony to może być bezpański kundel, przeca gdzieżby ja! - tak sobie większość z nas myśli, niestety, natomiast gołe fakty odnośnie inwazji robali są doprawdy powalające... Przyznaję się bez bicia, że ja do niedawna również nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy. Ale ze względu na moje AZS zaczęłam drążyć, drążyć, drążyć internety w poszukiwaniu potencjalnej przyczyny... Dokopałam się do niesamowicie ciekawej wiedzy, która w moim odczuciu bardziej "makes sense" aniżeli ciapanie się coraz to nową maściółką na bazie sterydu. No niestety, smętne realia są takie, że większość służbistów medycyny tzw. konwencjonalnej ma totalnie wywalone na zdrowie pacjenta rozumianego całościowo. Zamiast posprzątać śmierdzące gówno, lepiej nakrywać je haftowaną kołderką. I potem wielce dziwota, że dalej capi... :/ 

Tak czy inaczej, szczerze polecam zapoznanie się z powyższą kwestią. To naprawdę nie boli. W ramach ciekawostki powiem, że sztampowe badania z kału mają wykrywalność zaledwie 15-20%, więc nie ma się za bardzo co chełpić dobrymi wynikami. Badania enzymatyczne z krwi dają 50-60% pewności, jednak ich skuteczność wzrasta razem ze stopniem zarobaczenia. Właściciele jakichkolwiek zwierząt domowych powinni 1-2 razy do roku odrobaczać się razem z pupilami. Pomocna jest dieta - robale nie lubią np. czosnku, świeżych pestek z dyni, mocnych przypraw, kiszonek. Można walczyć ziółkami. Można iść po leki chemiczne do lekarza. Jedno jest pewne - niezwykle łatwo jest się tego dziadostwa nabawić, a o wiele trudniej toto doszczętnie wytępić. A jednak warto... 

12:11

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.

Teletubiś pedał. Teletubiś pedał. Teletubiś pedał.
Ha!

Nawet pykłam i odpimpowałąm okolicznościowe foty ze słuchafonem malowniczo uwieszonym szyi. Bo akurat wyszedł mi fajny mejkap, w którym zadawałam już ostro szyku w lokalnej Biedronce, przegrzebując banany... Aha, no i jeszcze przy bankomacie se ładnie powyglądałam. A co.


Przeto subiektywny wybór najbardziej kultowych Toyadzich kawałków wszech czasów. Lojalnie nadmieniam, że miłośniczki słitaśnego radyjkowego plumkania nie znajdą tu nic dla siebie... Osobiście preferuję mordownię i mrok of darkness, tudzież stare nieśmiertelne perełki, ale tak do kupy dominują tzw. "ciężej strawne" lub "zryte" klimaty. Bo tak lubię, co nie?

Pewnie jeszcze będę dorzucać, jak coś mi się przypomni, ale najważniejsze punkty są. Niektóre wyzwalają całe pokłady intensywnych wspomnień, myśli, skojarzeń; inne po prostu wybitnie sposobią mój zacny tył do paralitycznego dęsu.



 

13:16

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.
Zaprawdę zaprawdę, coraz częściej marzę o wydupieniu do jakiejś lepianki in the middle of fuckin nowhere, w jakimś mateczniku, generalnie DOKĄDŚ, GDZIE NIE DORWIE MIĘ POBORCA PODATKOWY.

***

Ostatnio podczas tranzytu w Krakowie udałam się do furty ze sklepikiem przy Loretańskiej 11. Nabyłam m.in. słynny balsam kapucyński, który zażywam od kilku dni. Ziołowo - żywiczny, 55% alkoholu, pali w przełyk (bo jakoś nie mogę się przekonać do obsiorbywania łyżki pełnej cukru skropionego balsamem). Ponoć multitalent prozdrowotny, ubija na śmierć "pasażerów na gapę", dezynfekuje dziób, leczy parchy skórne, reguluje pracę układu pokarmowego, wzmacnia ogólnie, podnosi odporność, dodaje wigoru niczym sanatoryjny romans, blablabla. Ciekawa jestem efektów, od razu zauważyłam poprawę przemiany materii.




17:01

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.

Cynobrowe zupiszcze na jesienne smuciszcze.
Aaa, zupę żem machła. :)

Odczekam, aż dzieć powstanie z popołudniowej drzemki, i przystąpię do miksowania.

***

Już. 

Jest baaardzo specyficzna w smaku, wyrazista, pikantna, rozgrzewająca, z pewnością nie każdemu "podejdzie", ale ja dałam się zaintrygować.

400 g marchewki
1 średnia cebula
3 ząbki czosnku
kapka oliwy
2 pomarańcze (skórka i sok)
imbir
sól, pieprz

Cebulę drobno pokrojoną zeszklić w garnku na oliwie, dusić pod przykryciem parę minut, następnie wrzucić porąbaną marchewkę, rozgnieciony czosnek, zetrzeć trochę imbiru i skórkę z pomarańczy, zalać wodą, odrobinę posolić, przykryć i niech "perka" tak z 45 minut. Przestudzić, zmiksować/ zblendować, doprawić ewentualnie solą i pieprzem, rozcieńczyć sokiem z pomarańczy. Udekorować szczypiorkiem :)

20:20

Nie żryj tego.

Nie żryj tego.
Miszcz. Czasami mieszam nutelkę ze słonym masłem orzechowym i zalatuje wtedy troszku snickersiwem. Można też na słone masło orzechowe ciapnąć miodem i posypać czymś chrupiącym. Ehem. Zakazana pozycja w przyzwoitej antyatopowej diecie, ale jak raz na czas tak zgrzeszym, to może firmament nie runie nam na łeb...




10:18

wild wild east trip.

wild wild east trip.
Miało być inaczej, ale jest jak jest.

Bo wyszło, jak wyszło.

***

Tzw. złota jesień, o dziwo, jeszcze w toku :)





Wczoraj dorwałam w drogerii Wispol moją ukochaną wcierkę Jantar i dziś już natarłam nią obficie wyposzczony od paru miesięcy skalp. Zajebiste uczucie. No i - uśmierza atopowy świąd, nie wiem jakim cudem wprawdzie, ale - darowanemu koniowi blablabla itd.


Na podstawie wulkanicznie ekstatycznych westchnień pań w niektórych reklamach (wait... w większości reklam?) można by odnieść wrażenie, że reklama dotyczy raczej dorodnego dildo, aniżeli np. płynu do garów tudzież proszku do prania. /OK. Koniec dygresji.

Ogarnęłam sobie jeszcze szczotę do włosów w Pepco, za zawrotne 6 złociszy, a jest naprawdę niezła. Oczywiście, nie jest to naturalny dzik ani żaden Tangle Teezer, ale dzisiaj dymam do balwierza postradać zniszczone końcówy, i w związku z tym uważam za zbyteczne szastanie groszem na wydumane turbo szczoty. Jak mie kiedyś zamko w wieży, to pewnie uhoduja kudły dla mego księciunia coby się radośnie wyspindrał po kilometrowych warkoczach i wtedy rozważę zakup magicznego plastiku za pińć dych. A tak to na razie sorry.








19:22

Chujemujedzikiewęże! Moja biżuterya I

Chujemujedzikiewęże! Moja biżuterya I
Pierwsze nieśmiałe "koty za płoty" z kamieni półszlachetnych oraz masy polimerowej Fimo. Naszyjniorry o kolorystyce i wzornictwie inspirowanych ASC*... ;)












 
 


* Altered States of Counsciousness, po polskiemu faza. Mniej więcej :)

14:13

Życie z atopią... Z cyklu, wyjnia.

Sezon grzewczy oznacza dla mnie, już niestety kolejny rok, wysyp czerwonych parchów na skórze, które swędzą tak, że ktoś, kto nie doświadczył AZS, wie dokładnie gówno, za przeproszeniem, o swędzeniu. Tu ukłon w stronę wszystkich "życzliwych" porad otoczenia, w stylu "nie drap się". Kiedy słyszę "NIE DRAP SIĘ", mam ochotę rzucić w autora tej kwestii czymś ciężkim, co akurat znajdę pod ręką... To jest tak makabryczny świąd, że odbiera zdolność do racjonalnego myślenia, po prostu czujesz, że sfiksujesz, jeśli natychmiast nie rozorzesz sobie pazurami skóry do mięcha. Jeśli jakimś nadludzkim wysiłkiem powstrzymujesz się od drapania przez jakiś czas, to i tak prędzej czy później stajesz przed wyborem - podrapać, albo kogoś ubić, więc wybierasz drapanie i - możeta mi wierzyć - takie "wyczekane" drapańsko jest sto razy bardziej brutalne niż doraźne drapu drapu... 

Ehh. Mam już tego badziewa serdecznie dość. Może komuś się to wyda przesadą, ot, jakaśtam choroba skóry, a ludzie z głodu umierają, no i zgoda. Ale z drugiej strony, aktywna atopia wywołuje u delikwenta stan permanentnego stresu, poirytowania, rozdrażnienia, gorączkowego wyczekiwania "gdzie mnie zaraz zaswędzi", nerwowego bezwiednego drapania się, braku skupienia, niewyspania (w nocy świąd się nasila) itd. Najgorsze jest to, że ta przypadłość ma bardzo tajemniczą i prawdopodobnie wielce złożoną etiologię, więc tropienie konkretnej przyczyny celem jej wyeliminowania to dosyć lipnie rokujące przedsięwzięcie, niestety. Ale cóż innego pozostaje takim desperatom, jak ja?

Obserwacje, obserwacje, obserwacje. Wnioski. Dokształcanie się na własną rękę (lekarze najczęściej mają atopików w d., spławiają ich z receptą na kolejną maściółkę sterydową i tak to się kula... zamiatanie problemu pod dywan). Próby i błędy, próby i błędy. Raz ciut lepiej, za chwilę trzy razy gorzej... I tak w kółko.

Jedno jest pewne. Jeśli istnieje jakieś "światełko w tunelu", to zdecydowanie wymaga systemowego działania i żelaznej konsekwencji. Jestem już zmęczona i sfrustrowana wiecznym niwelowaniem produktu końcowego w postaci czerwonych ciap... Zwłaszcza, że często muszę sięgać po przebrzydłe sterydy, bo żywcem nic innego nie pomaga. Upierdliwe toto jak cholera. Ale jestem zdeterminowana do walki :> Szykuję już artylerię, układam strategię, przyczajam się, gromadzę fundusze (no niestety, żywność eko i suplementy tanio nie chodzą), generalnie zamierzam podejść do sprawy KOMPLEKSOWO. Fak ju atop. 

Mój plan obejmuje m.i.:

- DIETA + suplementacja - temat rzeka, rozwinę go jeszcze osobno, ale przede wszystkim zamierzam odtruć mój organizm, oczyścić, odkwasić go, ogarnąć jelita i wątrobę, przywrócić równowagę, naładować dobrem wszelakim... :)

- ZMINIMALIZOWAĆ STRES I ZMAKSYMALIZOWAĆ SEN... taaa... dajboziu...

- ZREDUKOWAĆ ILOŚĆ SZKODLIWEJ CHEMII W OTOCZENIU - m.in. prać w delikatnych płynach i proszkach bez fosforanów, nie babrać się w środkach czystości bezpośrednio, używać tylko naturalnych prostych mydełek i szamponów dla dzieci i alergików, uważać na potencjalne metale ciężkie (np. patelnie teflonowe, zwłaszcza obskrobane, won, antyperspiranty z aluminium won), z kosmetykami też ostrożnie...

- WŁAŚCIWA PIELĘGNACJA - jak już wspomniałam, same nieagresywne produkty i emolienty, kąpiel w krochmalu, na noc rękawiczki bawełniane na obłożone jakimś odżywczym kremem/olejkiem ręce...

Zastanawiam się jeszcze nad zrobieniem na własną rękę gruntownych badań w jakimś dobrym labie... ale to też wymaga odpowiednich nakładów finansowych.



19:55

Mystic crystal revelations.

Mystic crystal revelations.
Łeee, liście pospadały, na chodnikach burobrązowa breja, a zatem - powitali nową porę roku.

Oczywiście już powoli łapię zwiechę. Jesień i zima to dla mnie, eufemistycznie rzecz ujmując, nienajlepszy okres... Brakuje mi światła chyba. Atopia już zaczyna ostrą balangę na mojej skórze... Ogólnie jestem smętna, ospała, rozlazła, rozciapana, zdemotywowana, fochliwa, zdezorganizowana i nic mi się nie chce. Poza futrowaniem ton słodyczy i tłustej wałówy.

Ale. Postaram się przerwać tę kiepską tradycję. Rozkminiam na szybkości jakieś remedium, bo nie mam zamiaru skazywać się na tak lichą egzystencję przez pół roku! Na pierwszy ogień idzie dieta. Oczyszczająco - odkwaszająco - uodparniająco -upiększająca. Tak. Następnie, muszę się wziąć za mordę i zacząć biegać, hopsasać, pływać, albo co najmniej przysiady napierniczać. Ruch, panie tego. No i - nie zaniedbywać swoich paszynz! No!

Jeszcze tylko jeden wafelek. Ostatni.

:)


19:37

50 random facts :)

50 random facts :)
Aaa skusiłam się... Niechaj będzie, że to taka kawka zapoznawcza.

1.) Do 3 r.ż. nie miałam praktycznie pojęcia, jak mam na imię, ponieważ moja niefrasobliwa rodzina zwracała się do mnie per "Niuniuś" tudzież "Żabciu"... Później zresztą i tak nie używano mojego imienia w klasycznej polsko brzmiącej formie, a w wersji... zapożyczonej od słowackich przyjaciół.

2.) Jako dziecko lubiłam szukać trucheł polnych zwierząt i ptaków (moi rodzice mieli wówczas działkę z dala od miasta), po to, by następnie urządzać im wielce ceremonialne pochówki. Był kopczyk, krzyżyk z patyków i kwiatki.

3.) Lubiłam się też bawić w szerzenie specyficznie pojętej sprawiedliwości społecznej post mortem... nieopodal naszej zadupiastej działki znajdowała się stara nekropolia, często się tam szwendałam, i jak jakiś grób wydawał mi się wyjątkowo smętny, zapomniany i zachwaszczony, to - uwaga - zgarniałam jakieś chabazie z innej, ale już bogato przyozdobionej mogiłki... taaak, wydawało mi się to wtedy bardzo szlachetne z mojej strony, lol.

4.) Spieszę z wyjaśnieniem, iż moje dawne nekro-zajawki były po dziecinnemu niewinne, i nic z nich nie pozostało!

5.) Nooo, może poza zamiłowaniem do fotografowania pięknych zabytkowych cmentarzy; za nastoletniości jarały mnie troszkę gotyckie klimaty. Ale to żadne pato, do cholery...

6.) Uwielbiam koty. Za ich KOTOŚĆ. Co dziwne, zazwyczaj czuję komunę mentalną z innymi "kociarzami".

7.) Za psami jakoś nie przepadam.

8.) Owadów, insektów i innych tego typu paskudztw NIE TOLERUJĘ w pobliżu siebie. Drę japę i konwulsyjnie się omiatam, jak takie badziewie na mnie przycupnie.

9.) Doceniam poprawną polszczyznę w mowie i piśmie, natomiast przesadny puryzm językowy mnie drażni.

10.) Studiowałam kierunek, na który niestety wiele osób reagowało sakramentalnym pytaniem "chcesz zostać zakonnicą/katechetką?", a ja na taką ignorancję dostawałam natychmiast piany na ustach...

11.) Podczas samotnej jazdy pociągiem lubię gapić się w okno i po prostu pozwalam myślom swobodnie płynąć. 

12.) Mam bardzo wąskie nadgarstki i bardzo długie, szczupłe palce.

13.) ...co według mojej mamy predestynowało mnie do gry na fortepianie, ale ja nie podzielałam jej entuzjazmu. Odpuściła po 8 latach...

14.) Jestem Zdrapkiem i Poharatką w jednym - mam AZS.

15.) Jestem totalnym kawożłopem, jak nie wychlam kawy rano to zionę agresorem przez cały dzień.

16.) KOCHAM SPAĆ. Mogłabym sypiać po 10-12 h dziennie...Ale teraz mogę sobie o tym tylko pomarzyć.

17.) Bardzo źle znoszę (psychicznie) zwykły katar. Łażę poirytowana.

18.) Jestem totalnym narcyzem... na swoją obronę powiem, że przynajmniej w dużym stopniu samoświadomym.

19.) ...a także introwertykiem, który UWIELBIA spędzać czas w swoim własnym towarzystwie, o! Dialog wewnętrzny, samoobserwacja i pogłębiona autorefleksja, stan flow...

20.) Nie znoszę, gdy o poranku wita mnie sterta brudnych garów w zlewie.

21.) W przypadku ludzi przedkładam urodę nieoczywistą, charyzmatyczną, nad uniwersalnie ładne banały... Piękno wg mnie musi mieć w sobie jakiś "haczyk", inaczej jest idealne, czytaj nudne.

22.) Zdarza mi się używać brzydkich wyrazów i nie przeszkadza mi przeklinanie u kogoś - pod warunkiem, że nie non-stop i adekwatnie do okoliczności. Nie ma nic gorszego, niż "francuskie pudelki", mdlejące ze zgorszenia na dźwięk słowa "dupa". Wracać pod klosz, do różowych misiów grających w łapki.

23.) Potwornie irytują mnie dupowłazy, lizusy, skarżypyty, ludzie nadgorliwi itp.

24.) Strasznie się wściekam, jak wlezę w świeżo założonych skarpetach na zachlapaną podłogę...

25.) Nigdy nie pamiętam o ważnych okazjach typu czyjeś urodziny, imieniny. Po prostu sama do tego nie przywiązuję zbytniej wagi. Ale wiem, że mnie to nie tłumaczy.

26.) Obiadki i zupki dla mojej córki przygotowuję samodzielnie. Słoiczki dostaje od wielkiego dzwonu. Są dość drogie i - w moim odczuciu - więcej tam sosu niż czegokolwiek...

27.) Choćbym nie wiem jak się starała, zawsze coś spieprzę przy malowaniu paznokci. ZAWSZE.

28.) Jak magnes przyciągam, za przeproszeniem, pojebów. Wszelkiej maści. Tych pozytywnych i tych mniej. Oh well.

29.) Nie znoszę kompulsywnego zbieractwa, gromadzenia rzeczy, obrastania w zbędne graty... Dziwię się babom, które deklarują chęć POSIADANIA niezliczonej ilości butów, szmat, pierdyliona mazideł i kosmetyków... które później leżą odłogiem (bo co innego, jak ktoś faktycznie POTRZEBUJE tego gazyliona cieni do powiek, bo, np. jest z zawodu MUA :)). Nie to, żebym hołdowała jakiemuś skrajnemu minimalizmowi graniczącemu z ascezą, ja po prostu postuluję bycie Świadomym Konsumentem, a nie tępą zmanipulowaną w stu procentach marionetką...

30.) Dostaję szału w zetknięciu ze smrodem zatęchłego prania, za żadne skarby nie wytrę się (u kogoś, bo u siebie pilnuję) zaśmierdłym ręcznikiem, a fe!

31.) Jestem fetyszystką brwi. Uwielbiam piękne łuki brwiowe! Najlepsze są takie a'la "naturszczyk", gęste, wyraziste, harmonijne łuki. Nie znoszę brwi przeskubanych (niedajbosze jeszcze koślawo), rzadkich, asymetrycznych, narysowanych kredką jak "od cyrkla", smętnych i żałosnych niczym u jakiejś Mater Dolorosa ze średniowiecznej ikonografii, zbyt jasnych i lichych, zbyt ciemnych i siermiężnych, z nadanym im idiotycznym kształtem np. wiecznego zdziwienia albo pseudowyrachowanej suczy (efekt zazwyczaj tandetny do bólu, charakterystyczny dla napompowanych silikonem porno gwiazdek)...

32.) Bardzo lubię rozkruszać drożdże w palcach. Takie dziwne w dotyku są, mmm. Taka "Ameliowa" przyjemnostka chyba.

33.) Jestem bardzo samodzielna i niezależna. Co nie zmienia faktu, że jeśli mogę, to chętnie spycham niewdzięczną robotę na kogoś innego.

34.) Uważam, że zostałam pobłogosławiona absolutnie boskim, epickim wręcz tyłkiem. No sorry kurde ej, JEST MOC i tyle w temacie.

35.) Jak już gdzieś wspominałam, uwielbiam aromat czosnku. No po prostu ślinotok mi się włącza na samą myśl...

36.) Z premedytacją unikam oglądania horrorów, nawet w rubasznym towarzystwie - człowiekowi przyjdzie później w nocy po ciemku dreptać samotnie do kibelka, i co... 

37.) Nie jara mnie adrenalina związana z ryzykiem. Sporty ekstremalne to nie dla mnie. Uwielbiam ciepełko i komforcik. 

38.) W liceum miałam fazę na... elfy (nie ukrywajmy, że głównie od zaczytywania się specyficzną literaturą). Koniecznie chciałam mieć zielone włosy i uszy w szpic. Zielone włosy wyszły mi przypadkiem, kiedy rąbnęłam hennę na farbowane uprzednio chemią włosy.

39.) Pociąga mnie w pewien sposób dekadencki styl życia bohemy artystycznej, używki, nimb poetów przeklętych, kobiety "upadłe" itd. Nie to, że chciałabym tak żyć, ale... jednak ma to swój urok, tak sądzę.

38.) Kocham krakowskie kamienice. Są klimatyczne w opór. Miałam przyjemność mieszkać w takowej na studiach... <sentymenty łzawe>

39.) Kiedyś zbierałam gremliny... (w sensie - pluszowe).

40.) Bez listy rzeczy do zrobienia jestem totalnie nieogarnięta... 

41.) Nie boję się dentysty, nic a nic, nigdy nie biorę znieczulenia do borowania, za to mdleję po pobieraniu krwi (ale już zastrzyki mnie nie ruszają).

42.) Lubię egzotykę z widokówek: turkusowe laguny, biały piaseczek i palemki. Kicz, wiem, ale kojarzy mi się iście zajebiście sielsko anielsko oraz rajsko. I bezludnie.

43.) Relaksuje mnie segregowanie prania rodzajem i kolorami, nastawianie pralki, celebrowanie rozwieszania itp., za to nie znoszę mycia garów, nie prasuję (chyba, że faktycznie MUSZĘ), odkurzam często tylko dlatego, że do szału doprowadzają mnie paprochy przylepione do stóp...

44.) Ulubione zapachy perfum: Donna Karan 'Black Cashmere', Thierry Mugler 'Alien', Comme des Garcons wszystkie kadzidlaki (mam Avignon), Casharel 'LouLou'.
45.) Fascynuje mnie XIX wiek, jego estetyka... Ambiwalencja. Wiktoriańskie mroczne domostwa... Albo przepiękne idylliczne domy z Południa Stanów Zjednoczonych, Atlanta, Savannah. Archetyp 'Southern Belle'.

46.) Jeżeli miałabym wybrać idealny system filozoficzno-religijny dla siebie, byłby to taoizm. Zdecydowanie.

47.) Nie mam stałego konkretnego ulubionego koloru. Ostatnio trwa faza na limonkę, turkus, magentę.

48.) Bardzo źle reaguję na hałas wszelaki, decybele w nadmiarze bolą mnie w uszy, a już zwłaszcza nie cierpię dźwięku wiertary albo młotka w bliskim sąsiedztwie... 

49.) Cenię sobie miejską anonimowość, drażni mnie wścibstwo, dulszczyzna, i jak ktoś się natrętnie gapi na mnie np. na ulicy.

50.) Cały czas usiłuję znaleźć swoją własną "niszę" w życiu. Taką moją, najmojszą. Nie wyobrażam sobie spędzać lwiej części życia w "robocie", której nie cierpię...


15:08

Lumpowy haaaaul. I nie tylko lumpowy.

Lumpowy haaaaul. I nie tylko lumpowy.
Wot, parę drobiażdżków:

- "romantycznościowe" giezło do spania Atmosphere
- pudrowo różowy top z falbankami
- t-shirt z psychodelicznym Jimmim
- zwyklasty top w neonowym limonkowym kolorze Tally Weijl
- zwykłe białe tiszerciwo
- dwuwarstwowa tunika bawełniano - tiulowa Sandwich
- zgrzebna dreso-kiecka z kapturem, trochę oversize
- czarna narzutka (?)










No i, korzystając z możliwości odbioru osobistego w Cocolita, ogarnęłam sobie dwa pędzle i bronzer do wyszczuplania pucułów:


:)

A na koniec... totalnie nie planowany, ale jakże udany zakup - miętowe sandałki z elilu.pl:


Są absolutnie UROCZE i dziewczyńskie i w ogóle je uwielbiam... :D

16:23

:)))

:)))
Potomstwo szaleje na działce u rodziców.



16:19

A tak se siedzimy. Nic się nie dzieje. Pozdrawiamy z Dzikiego Wschodu.

A tak se siedzimy. Nic się nie dzieje. Pozdrawiamy z Dzikiego Wschodu.
:)
Ostatnio najszła mię taka luźna refleksja w kwestii ubierania (stylizowania, tfu!) małych dzieci i zalewania internetów słit fociami swojej progenitury.
Włażę sobie przeto parę dni temu na fejzbunia, a tu z aktualności wyskakuje mi zdjęcie bobasa w kąpieli z mikropisiorem, za przeproszeniem, na pierwszym planie... Żenujący dowód głupoty rodziców, zero wyobraźni po prostu. Ja rozumiem, że matka jest dumna ze swojej pociechy i chciałaby się nią pochwalić, to całkiem naturalne, ale doprawdy można to zrobić nie narażając BEZPIECZEŃSTWA i GODNOŚCI własnego dziecka na uszczerbek... Litości, czy to aż tak ciężko ogarnąć??
Inna sprawa to blogaski kilkuletnich fashionistas, prowadzone oczywiście przez ich ambitne mamy. Temat kontrowersyjny. Mam wrażenie, że zwolennicy trochę bagatelizują zagadnienie, twierdząc, że skoro dziecko lubi się stroić i pozować do zdjęć, to nie dzieje mu się żadna krzywda. Ci, którzy liznęli co nieco z psychologii rozwojowej, przejawiają ograniczony entuzjazm... Jak by mi ktoś nie racjonalizował, jest to jednak w pewnym sensie hołdowanie od najmłodszych lat festynowi próżności. Ponadto obawiam się, że dziecko jest w takiej sytuacji trochę narzędziem lansu dla narcystycznej mamusi, niejako przedłużeniem jej wizerunku. Mam po prostu mieszane uczucia, tym bardziej, że niektóre "sesje" są kalką profesjonalnych sesji z udziałem dorosłych kobiet - modelek; przy czym czterolatka przybierająca pretensjonalne pozy zblazowanej groupie wygląda dość groteskowo... W mojej skromnej opinii (do której mam ostatecznie święte prawo, choć to nie moje małpy i nie mój cyrk, za to mój blogasek, no). Chodzi po prostu o potencjalne zagrożenie konsumpcyjnym zdurnieniem, i tyle, nie jest to przesądzone, ale ja bym tego nie ignorowała. Cóż, fakt, takie czasy nastały, że teraz już w przedszkolu trzeba się lansować przy pomocy modnych rajtek, co by już na starcie nie przylgnęło do pacholęcia piętno rekluza.
Co mogę natomiast zaliczyć na plus takich blogów dziecięco-modowych, to to, że często same fotografie prezentują dość wysoki poziom i są przyjemne dla oka, i dziecię będzie kiedyś miało fajną pamiątkę.
Jeżeli chodzi o mnie, jasne, że wolę jak Mała jest ubrana raczej lepiej niż gorzej, ale ZAWSZE priorytetem jest jej komfort, no i to, żeby na fancy pants nie szła nam fortuna. Generalnie, ja sama jestem chyba dość nietypową babą, bo zamiast góry szmat, których prawdopodobnie nawet nie będę miała okazji założyć, wolę mieć mniej rzeczy, które przynajmniej faktycznie lubię nosić i które w miarę łatwo mi miksować ze sobą i komponować w spójne stylistycznie zestawy. Tę samą zasadę staram się stosować u córy. Wot, upraszczam sobie żywot jak mogę :) Wdycham pranę i jest okejka :)



12:39

Lumpowy nałóg.

Lumpowy nałóg.
Znowu. Se. Kupiłam. 
Bo. Okazja była.

- codzienny sympatyczny topik w beżowo - zielone paseczki
- quasi - góralskie giezło, gdyż urzekły mnie limonkowe i fioletowe hafty (MNG)
- kraciastą koszulinę
- babcine wdzianko (Vero Moda)
- jedwabny top z koronką, piękna zieleń (Warehouse)
- kremowy zwyklasty long-sleeve (Zara TRF)











 

Cóż ja poradzę, że jak wnijdę do lumpa, to włącza mi się syndrom "lisa w kurniku"...
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger