21:14

Blożo wporzo.

Blożo wporzo.
Dwa tygodnie temu przejeżdżałam autobusem obok jednego z najstarszych i najbardziej klimatycznych cmentarzy w Rzeszowie i z trudem powściągnęłam impuls katapultowania się zeń na przystanku (przypomniawszy sobie w ostatniej chwili, że mam pilne "załatwienia")... Ceglany mur, porośnięty obficie bluszczem w kolorze soku z czerwców kaktusowych (jogurciki truskawkowe takie mniamuśne, prawdaż)... Znad muru leciwe drzewa o zrudziałych liściach prześwitywały przez mgielne mleko, pomiędzy nimi dachy grobowców niegdysiejszych dygnitarzy, kamienne pukle i skrzydła kamiennych anielic, rachityczne krzyże. Wyblakłe już promienie słoneczne prześwietlały tę mgłę i całość sprawiała naprawdę niesamowite wrażenie. Było dość wcześnie rano, mało ludzi wokoło i taki "filozoficzny", metaliczny chłodek w powietrzu. Nie wiedzieć czemu, ale chłód kojarzy mi się właśnie tak... kontemplacyjnie. Dystans, odosobnienie, cisza, introspekcja i te sprawy. Uwielbiam też "zimno" w perfumach, ale nie takie wodniste, tylko właśnie suche, mroźne, kryształowe. I uwielbiam się szlajać o tej porze roku po nekropolach. Przygnębiają mnie jedynie nowoczesne komunalne miejsca pochówku - szare betonowe molochy. W zakresie estetyki odnoszę wrażenie, że choć dawniej środki były bardziej "prymitywne", to jakoś polot znacznie większy... Wot, paradoks. Dość ziornąć na ogół współczesnych sanktuariów (architektonicznie inspirowanych bodaj... yyy silosami?) i porównać je do tych starszych. Toporne koszmarki okraszone cepelianym kiczykiem, zero kunsztu, zero natchnienia, zero klimatu. Ma być łatwo, tanio i szybko; i tak jest dzisiaj ze wszystkim, niestety.

Enyłej, w skrócie, bo jak zwykle płynę w meandry dygresji - tera liście są bure i pospadały prawie wszystek z drzew i krzew, nostalgiczny spacer z robieniem klimatycznych fot musa przełożyć na przyszły rok. DEMYT! :/

***

Bo ja ostatnio w rozjazdach roboczych stale jestem i na czasie mi niestety nie zbywa. A jak już zbywa, to na energii nie zbywa. Najwincyj tłustego myślotoku mam zawsze w momentach, w których nie mam możliwości go upłynnić w słowotok pisany. Nosz ironia po prostu. Aleee, nie dam temu blogu sczeznąć, więc donciułory, choćbym miała się na dyktafon nagrywać w drodze do kołcho... pracki mojej lowcianej, to beda coś tu mękolić, obiecuja :)

Czy Was lub Wasze otoczenie też tak sponiewierały wirusiska i grypska..? Mnie w tym roku wyjątkowo... :/ W sumie prawie cały ostatni miesiąc upłynął mi pod #jaknieuroktosraczka, zaliczyłam serię paskudnych infekcji z antybiotykiem na finalny akord (no miejmy karwia nadzieję, że finalny!). W tle nowa praca i lekki schiz, czy się kurować do oporu w domu (jak by nakazywał rozsądek), czy przysłowiowy czopek w doopsko i jednak iść cosik porzeźbić przed tym komputrem (jak by podpowiadało poczucie obowiązku). No i TAK TO :)

Ale, żeby nie było, że jest tak całkiem do kitu - mam też, a może przede wszystkim, mega powody do pierdzenia na różowo, baa... z "efektem syrenki" :P Albowiem jednak, mimo choróbska, ogólnie - darzy mi się :) Pławię się od pewnego czasu w codziennej ekstazie oceanicznej i nie zamieniłabym jej już na żaden tryb "wulkaniczny"... Ooo, nigdy w życiu!!!

Programowo nie obnoszę się w żadnej społecznościówce z prywatą, gardzę zbukowym ekshibicjonizmem, przez lata patrzyłam na liczne wylukrowane do imentu atrapki SZCZENŚCIA, którymi najpierw w pocie czoła oklejano "walla", a później... z cichym zażenowaniem, najlepiej późną nocą, zwijano "majdan", tj. dokumentację fotograficzną oraz kasowano ulepkowe statusiki po kolejnej miełosnej klapie. Takie to jakieś... beznadziejnie przewidywalne, te sezonowe romansidła nie trwające zazwyczaj dłużej aniżeli moda na animal print. Każdy robi jak chce i jak uważa. Tu nie chodzi o jakąś dulszczyznę, tylko wiecie, bardziej o te perły i te wieprze. Ze ścisłym gronem najbliższych osób powinno się utrzymywać kontakty w realnym świecie, zaś autentyczne szczęście nie potrzebuje nachalnego samouprawdopodobniania się za pomocą wirtualnej fasadki. Dla kogo..? Dla ekipy średnio zainteresowanych, tudzież żądnych taniej sensacyjki znajomków..? Czy może samego siebie trzeba naocznie okłamywać przekonywać, że jest super i słitaśnie i wszystko gra..?

Zaznaczam, że to nie jest żaden atak na nikogo, raczej moja "głośna" osobista refleksja na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. Znam kilku fajnych pozytywnych ludzi, którzy Z UMIAREM uchylają czasem rąbka życia familijnego i OD CZASU DO CZASU wrzucą jakieś zabawne a niekompromitujące foto dziecków. I to jest okej. Słowa wytrychy - umiar, wyczucie, ogar. Egzaltowane epatowanie swoim jakże modnym i światowym lajfem korpobiczy, świeżym związuniem, ślubełkiem zawartym pół godziny wcześniej czy pisiont twarzy bobasa w negliżu jest już zwyczajnie słabe. Poprawcie mnie proszę, jeśli błądzę w tej kwestii... ;)

Internety są fajne, ale bywają i grząskie. Codzienna porcja świeżo utoczonego jadu zawsze czeka zwarta i gotowa - czy to jutub, czy to insta, czy to blo, czy to fej, czy dowolny art. Kiedyś mnie to bardzo ruszało. Obecnie skłaniam się ku posępnej acz zaskakująco kojącej koncepcji kosmologicznej, że jednak nie wszyscy w kole samsary idziemy łeb w łeb; niektórzy najwyraźniej dopiero z tym wcieleniem awansowali z rozwielitki w COŚ na kształt ludzia. Makes perfect sense. Staram się teraz w żaden sposób nie nobilitować swoją uwagą, czasem i cenną energią jednostek sfrustrowanych, przeżartych resentymentem, agresywnych, zawistnych, prymitywnych, zaszczutych, ograniczonych. Szkoda życia na bełtanie się z nimi w jednej szambonierce. Można się śmiać, można nad nimi płakać, i obie reakcje są właściwe, ale jeszcze lepiej po prostu wzruszyć ramionami i iść w swoją stronę.

I jeszcze jedno. W sumie chyba właśnie to jest clue moich pokrętnych wywodów... :) Że "szczęście" to zazwyczaj wybór. Zazwyczaj zajebiście prosty wybór. Zazwyczaj jest tuż pod nosem..! Tylko wprzódy wypadałoby wyjąć głowę z własnej rzyci :)

Tera uwaga, #ryjspam - żech niby jaka Kasandra natchiona, ajajaj!





Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger