17:50

InstaMix vol. 2 ^^

InstaMix vol. 2 ^^
Takżetego.

Kraków we mglie, jaki jest, każdy widzi:


Toyadowe rzęsy po Long4Lashes są wypasione, w zewnętrznych kącikach aż patologicznie długie, a to jeszcze nie jest pełny efekt kuracji:




Toyad w tym miesiącu szwankuje na zdrowiu...


Ale cieszy się symptomami Wijosny:


Zajawion na paznokcie hybrydowe:



Przekonany jest też ostatecznie do Yankee Candle:


Poleca gorąco słodycze z aktualnej promo z Biedry:



Nie lubi czekać na umawialskich spóźnialskich ważnialskich i całować klamki:



Czasem na spontanie wyda na wiosenną okryjbidę wincyj piniendzy niż planował... i nie żałuje:


Toyad prawie zawżdy nosi krechę na oku, ale raz nie miał, i też jakoś wyglądał:


Toyad od nastoletniego zawsze kochał elfy. Tera dzięki zajebiaszczej apce LineCamera wymodelował se ucho na elfie:


Siermiężnie ściapane pikselki, heh, ale ciężko "z palca" na telefonie zrobić eleganckie 'liquify'... ;)

Tyle na razie, papa!

 

20:13

Umirom, karwia.

Umirom, karwia.
Tydzień temu miałam sparing z tzw. grypą żołądkową, który skończył się dwoma subtelnymi rzygusiami, z których jeden sprowokowałam, bo szkoda mi było czasu na wiszenie nad wanną. I luzik. Za to cała rodzina bez wyjątku leżała pokotem, dramatycznie jojcząc, 3-5 dni, truchtając co kwadrans to do kibelka, to do łazienki. Mnie względnie owo wirusisko oszczędziło. Za to od weekendu znowuż przyplątał mi się bakcyl katarowo-gardłowy... z gatunku upierdliwych :/ Ślipia mam jak po wtarciu w nie dwóch garści końskiej sierści, kichawa spuchnięta, niedrożna i w czerwone cętki, ryło obdarte od ustawicznego smarkania w chusteczki higieniczne, głos jak Janis Joplin po ciężkiej popijawie, bania ciężka, uszy "zatkane", no i niezależnie od ilości przyjmowanych płynów - istna Sahara w pysku... Na szczęście makijaż i filtry w insta nieco niwelują kaprawość mej fizys, ale nie dajcie się zrobić w bambuko - pod tem wszystkiem jest lichota straszeczna :P




No, ale nie będę Wam tu ponad miarę biadolić o jakiejś drobnej niedyspozycji. Piszę, bo właśnie znajoma podlinkowała na fejsie artykulik traktujący o tem, czego trzydziestoletniej matronie wdziewać nie lza pod pozorem żadnem, chyba że w okolicznościach frywolnych (czytej własnych ścian cztyrych). Jako że jestem adresatką tych smętnych spustów z wątpliwej krynicy mundrości, to postanowiłam, że się ustosunkuję, albowiem mię rozjuszyły.

Przede wszystkim. Abstrahując od artykuliku. Wnerwia mnie protekcjonalne traktowanie kobiet przez media, jak jakichś bezmózgich kur, kretynek, którym trzeba jak krowie na rowie wyłuszczać, czego chcą, czego POWINNY chcieć, co MUSZĄ zrobić, a zwłaszcza wytykać im na każdym kroku jakie są wybrakowane i pod jakimśtam względem beznadziejne, przyprawiać je o kolejne i kolejne kompleksy (których większość i tak ma aż za dużo, niepotrzebnie, naprawdę), hartować w nadmiernym ścisku naszej mentalnej dupy, promować kompulsyjne ocenianie po wyglądzie i pozorach siebie oraz inne baby, szczuć duchem dulszczyzny itp.

Wracając do artykuliku. Rozwaliła mnie już tytułowa arbitralna granica "kobiety dojrzałej" - czyli 30+. Kobiety, która po trzydziestce to już nagle niby absolutnie "ośmiesza się" w fikuśnych kieckach z ozdobnikami w postaci falban, niedajboże kieckach rozkloszowanych, za krótkich (czyli pewnie powyżej kolana), a już w ogóle szorty odpadają (chyba że w domu), sportowe buty - fujka (chyba że drogie i z jebitnym logo znanej marki), kolory inne niż odcienie pochodne betonu, kupy i smarków - fujka, nadruki i napisy na tiszertach - fujka, dopasowane tiszerty - fujka, bluzy z kapturem - fujka, biżuteria inna niż skromna, szlachetna oraz oczywiście nabyta za odpowiednią kasę - żenada, torby lniane - żenada, kolorowe ozdoby we włosach - dramat. Generalnie cóż pozostaje..?

a.) wór jutowy lub włosiennica, ponadto okład z rozżarzonej podkowy na twarz
b.) no dobra, bure garsonki w kolanko i czółenka na umiarkowanym klocuszku, zaondulowany kalafiorek na główkę a na kalafiorek wełniany berecik
c.) trumna ale też nie nazbyt wymyślna, wot, klasyczna dębóweczka obleci

Yyy. Oh wait. Skoro trzydziestki obłożone są takimi restrykcjami, to co z czterdziestkami, pięćdziesiątkami, sześćdziesiątkami, siedemdziesiątkami? Chyba powinny się wogle wstydzić, że jeszcze je ziemia nosi, i kichawy z chałpy nie wyściubiać? No chyba, że do pobliskiej kapliczki na nabożeństwo. Ale w sumie lepiej przy radyjku klepać koronki.

Uff... O ile tekst mnie zniesmaczył, o tyle - bodaj pierwszy raz w moim romansie z komciami w internetach - komentarze były zasadniczo jednomyślne w, jakby to ująć... skwitowaniu porad autorki erekcją środkowego palca ^^ Nawet panowie bronili prawa pań do dowolności stroju, ograniczonej nie tyle metryką, co - JAK KAŻDEGO - okolicznościami, higieną i elementarnym dobrym smakiem. Co kogo interere czyjś personalny gust i upodobania??? Skończmy już wreszcie z tym żenującym przypierdalactwem do sfery wizualnej naszych bliźnich. To jest - moim skromnym zdaniem - O WIELE większa wiocha, niż jakiekolwiek cholerne pstrokate szorty w cekiny na jakiejkolwiek starej d. Zresztą - starość to stan umysłu. Zamiast się kuźwa cieszyć, że żyjemy w czasach, w których długowieczność jest jak najbardziej osiągalna, że seniorzy w miarę możliwości korzystają z dobrodziejstw sportu, edukacji, rozrywki, podróżują, realizują najrozmaitsze pasje - to NIEE, udupmy ich, poczynając od dziewczyn (tak, DZIEWCZYN) trzydziestoletnich, sugerując im wydumane (tak, WYDUMANE), oparte na wytarganych z zaśmierdłej konserwy zamierzchłych stereotypach, OGRANICZENIA, restrykcje, konieczność ascezy, skapcanienia. Pani Dulska radzi - jak się nosić, coby we wsi nie gadali. Czad po prostu...

Często spotykam się z opinią, że na tzw. świecie panuje większa tolerancja i luz w zakresie cudzego wyglądu, że ludzie raczej nie mają takiej aktywnej żyłki zlampiania wzrokiem wszystkich dookoła i obgadywania ich. Ale nie wiem jak jest naprawdę - nie mieszkałam zagramanicom. Mogę jeno domniemywać na podstawie zasłyszanych informacji oraz własnych, krótkotrwałych, obserwacji. Mam wrażenie, że jednak na naszym rodzimym poletku jakiekolwiek odstawanie od uświęconego tradycją jedynie słusznego "monolitu" ciągle jest chętnie wytykane paluchami i piętnowane. A baby to już wogle taki wdzięczny temat, wszystko biorą do siebie, dźgnięte krytykanckim szturchem kurczą się jak potraktowany patykiem ślimak :) Niestety...

Ehh. Nieco na inny temat, ale poniekąd pokrewny, wypowiada się jutuberka Kaylee:

I ma rację. Choć jest brutalna. Nikt nie ma prawa nam chromolić, w czym mamy się czuć źle, skoro czujemy się w tym dobrze. Ach, i nie znam kobiety, która z własnej woli przyszłaby do biura w plażowym pareo, serio. Albo na pogrzeb w różowych japonkach z kokardką... To jest kwestia elementarnego wyczucia, naprawdę. Reszta to zwykłe czepialstwo i nieproszone mędrkowanie.

13:02

Manifest Dumnej Introwertrzycy.

Joł. Uwaga, bo zara bedzie ważki coming out.

Khm, khm!

Tak.

Jestem Toyad i jestem inrowertykiem. I - zgadnijcie co - jestem z tego faktu zajebiście dumna! :)

***

Nie to, żebym uważała samo bycie intro za fakt z gatunku szokujących... Ale przeczytawszy komentarze pod pewnym artykułem na ten temat, zszokowało mnie, jak wielu introwertyków żyło/żyje w przykrym (i błędnym!) przeświadczeniu o własnej dysfunkcji, ułomności społecznej, nieadekwatności.

I tak sobie popłynęłam (jak to introwertycy mają w zwyczaju) w odmęty refleksji. I introspekcji. I skłaniam się ku przekonaniu, że to otoczeniu introsi najczęściej "zawdzięczają" dyskomfort psychiczny powiązany z... byciem po prostu sobą :/ 

Zaczyna się często od lekkiego zaniepokojenia u rodzicieli, że ich dziecko jakby nieco stroni od innych dzieci, "ma swój świat" itd. Zdarza się, że co bardziej gorliwe mamy targają delikwenta po poradniach psychologicznych by np.wykluczyć zaburzenia ze spektrum autyzmu czy inne, albo (w dobrej wierze) chcą "zachęcić" latorośl do zbratania się z rówieśnikami, wypychając ją na siłę na kolonie letnie itp. Wielu dorosłych introwertyków wspomina to jako koszmar.  Każdą taką przymusową integrację instant z przypadkowymi ludźmi.

Szkoły, a już zwłaszcza miejsca pracy raczej zdecydowanie hołubią i sprzyjają ekstrawertycznym postawom, jako "obrotnym", "odważnym", "przebojowym", "otwartym", "przedsiębiorczym" itd. Predestynowanym niejako do tzw.sukcesu. Jakby krasomówcze kłapanie dziobem było równoznaczne z mocarnym umysłem i przymiotami charakteru , doprawdy. Niemniej jednak, żyjemy w czasach apoteozy reklamy, marketingu, pozorów. Produkt ma się dobrze sprzedawać. Bywa, że introsi już od podstawówki "cieszą się" uroczą łatką DZIKUSA, dziwadła, tudzież smutasa, ponuraka, rekluza etc. Taka jest cena za nieposiadanie biologicznego "czipu" odpowiedzialnego za instynkt stadny. Ale serio - pytam introwertyków, w tym siebie - czy gdyby nie te uprzedzenia i stereotypy, wpajanie poczucia gorszości, obcości, nieadekwatności - ŹLE Wam jest sam na sam z Waszym introwertyzmem? Tak prywatnie..? Coś mi podpowiada, że bynajmniej. Bogate i fascynujące życie wewnętrzne to zajebista sprawa. Wyobraźnia, kreatywność, innowacyjność, nieszablonowość myślenia. Niezależność i samodzielność. Lubienie przebywania solo w swoim własnym towarzystwie. Zdolność pogłębionej, wielowymiarowej refleksji i analizy. Powściągliwość przed bezmyślnym chlapaniem jęzorem, umiejętność słuchania rozmówcy, empatia, liczenie się z uczuciami innych. Preferowanie kilku wysokiej jakości relacji ponad pierdyliard powierzchownych znajomości. Nierzadko bardzo przenikliwe spostrzeżenia i oryginalne poczucie humoru. Trafne uwagi i celne riposty. Wyostrzony zmysł obserwacji. Przepraszam - czy to są... WADY???

Owszem, taki typ temperamentu ma swoje ograniczenia. Ale nie jest w tym ani gorszy ani lepszy od ekstrawertyzmu, który również ograniczenia ma, tylko inne. Jednak ograniczenia można zawsze próbować przezwyciężać, można i warto,  przy czym warto też pamiętać, że z introwertyka za Chiny Ludowe nie zrobisz rozjuszonej towarzyskiej bestyi nawciąganej fety i drącej japę , bo się po prostu NIE DA, bo to fizjologiczne, rozumisz, MUSK tak chciał i pozamiatane. Ten typ tak ma i nie nosi to znamion jakiejkolwiek patologii.

Natomiast spora część introwertyków jest w stanie z powodzeniem wypracować sobie skuteczne strategie funkcjonowania wśród trzódki, a nawet owocnego przewodzenia jej. Moim zdaniem podstawą czucia się dobrze jako intro jest uznanie tego za dar a nie dopust boży, następnie stopniowe i delikatne wychodzenie poza strefę komfortu celem jej ekspandowania. Po prostu trza se sukcesywnie obsiusiwać teren.

Najgorszy jest zawsze moment inercji. Potem już idzie. Ale też przypominam - nie ma przymusu oswajania sobie na siłę środowiska, od którego nas zwyczajnie organicznie odrzuca! Każdy powinien dążyć do odnalezienia swojej idealnej życiowej niszy, zamiast wciskać się na chama w formę, z której zawsze coś i tak wylezie. Po co? To tylko przyniesie frustrację. A dużo za dużo już mamy frustratów w społeczeństwie...

Jedyne tak naprawdę, czego introwertycy potrzebowali by do szczęścia, to po prostu więcej zrozumienia i akceptacji dla ich stylu bycia. Czasami aprobaty. Szansy na wykazanie się w przyjaznych (nieprzeładowanych bodźcami) warunkach.

Fajnie też, gdyby śmiercią naturalną wyginęły krzywdzące mity odnośnie introwertyków. Że są nieśmiałymi, niepewnymi siebie, zionącymi mizantropią, zdziwaczałymi, smętnymi, nudnymi, wyniosłymi pesymistami. I że doskwiera im samotność. Totalna bzdura. Introwertycy są najczęściej świadomymi własnej wartości, bardzo inteligentnymi, ambitnymi, ciekawymi, usatysfakcjonowanymi życiem osobami. Oni tylko są skonstruowani o tyle specyficznie, że na kontakty towarzyskie wydatkują energię, którą potrzebują później zregenerować w ciszy i odosobnieniu. Nie znoszą czczej gdakaniny, tzw. small talków, a także przestymulowania sensorycznego - hałasu, tłumu itd. Ich ulubiony mikroklimat jest raczej stonowany, zaś w gronie "swojaków" małomówny zazwyczaj i zamknięty w sobie introwertyk potrafi odstawiać głośne i pełne pasji perory, zrywać boki ze śmiechu, brylować, świetnie się bawić. Niektórzy introwertycy nie lubią imprezować, ale ja jestem akurat party animal... :D Tylko pod warunkiem imprezowania w dobrym, wyselekcjonowanym towarzystwie, wtedy nawet tłum obcych ludzi i decybele mi nie wadzą. 

Aha, ważna rzecz. Nikt nie jest stuprocentowym ekstra czy intro. Po prostu jest się bliżej tego lub tamtego bieguna. 

Drodzy introwertycy. Zakarbujcie sobie, do jasnej Anielki, że wszystko jest z Wami absolutnie okej, a wręcz jesteście bardzo spoko :) Nie dajcie się zaszczuć! Przekujcie to na Wasz "oręż", w myśl zasady, że jeśli życie uporczywie podrzuca ci cytryny, napierdzielasz z nich najlepszą lemoniadę ever! :)

Drodzy ekstrawertycy. Ogarnijcie, że nie jesteście miarą "normalności", choć jest was więcej (pi razy oko co trzecia osoba może być introwertykiem). Doceńcie zalety introwertyków. Uszanujcie ich potrzebę prywatności, kiedy potrzebują naładować akumulatory. Nie ciągnijcie za język, kiedy nie chcą gadać. Nie terroryzujcie "wychodzeniem do ludzi", "koniecznością wyluzowania się" itp. - introwertyk naprawdę super się czuje sam ze sobą, i bynajmniej nie jest spięty ani zbyt poważny - po prostu nie lubi się szczerzyć jak jakieś cholerne grabie, po próżnicy. I nie ma takiego obowiązku.

Pozdro wilcy stepowi i dusze towarzystwa, miłego weekendu! :)))

P.S. Też tak macie, że najbardziej piorunujące pomysły nachodzą was w zacisznym ustroniu..? Najczęściej chodzi o wannę lub kibelek. No właśnie. Otóż introwertycy czują się jakby siedzieli na klopie permanentnie, delektują się swoim błyskotliwym strumieniem świadomości, i jeżeli cokolwiek go zakłóca - lepiej niech będzie tego warte... ;)

19:17

„Feel Free to Piss in the Garden” *

„Feel Free to Piss in the Garden” *
Dzisiaj oficjalnie stargałam z szafy ogromniaste pudło ze spódnicami i sukienusiami, z wielkim namaszczeniem poprzekładałam je na honorową półczynę W szafie, ogołoconą uprzednio z sierściuchowatych swetrzysk... Paszły won do pudła :D

Jeezu, z przerażeniem odnotowałam, że przez zimę poewoluowałam se niebezpiecznie w kierunku obłej foczki, toteż ostro wjeżdżam z restrykcyjnym planem naprawczym. Nie ma jakiejś wielkiej tragedii, bo z rozmiaru 34/36 poszłam w takie "ubite" 36/małe 38, no ale wiadomix, że jak tera położę na to lagę to obudzę się z ręką w nocniku i nieapetycznie budyniującym znad portek sadłem, a za młoda (tak, ZA MŁODA!) jestem na postawę estetycznie abnegacką. Zresztą, ja w ogóle uważam, że człowiek nigdy nie jest stary enaf, żeby wyglądać co najmniej dobrze... Plan naprawczy obejmuje głównie strząśnięcie tłuszczyku poprzez treningi kardio, poparte sensowną dietką. Nie żeby jakaś katorga, raczej w stylu "nie szkodzić" i "wspomagać". Dzisiaj już hasałam świeżo z rańca z Mel B, nawet mi się podoba - zmachałam się odpowiednio, ale ćwiczenia nie są jakieś udziwnione, można bez większego problemu nadążyć. Spoko. Jestem dobrej myśli :)

Ogólnie jestem dobrej myśli, delektuję się samiuśkimi początkami mojej ulubionej pory roku, po której będzie... jeszcze ulubieńsza ^^ Mam dobry humor i energię. Choć nie wszystko jest dokładnie tak idealnie jak bym chciała, ale - jest naprawdę DOBRZE i nie wydziwiam, cieszę się z pozytywów, a ewentualnym negatywom zgrabnie ukręcam łby. 

Obejrzałam niedawno 'Only lovers left alive' Jarmuscha i... film wielce klimatyczny, zwłaszcza jeśli się gustuje w leniwej wampirzej obyczajówce, ale MUZYKA... Soundtrack podciął mi kulasy pod kolanami i jaram się jak dzika! Zresztą sam Dżarmusz jest członkiem zespołu SQÜRL, to tak gwoli ciekawostki. Muzyka bardzo specyficzna, ciężkie gitary, ale w wydaniu mroczno-leniwo-ambientowo-onirycznym, do tego orientalne wtręty, bardzo hipnotyczne, nastrojowe, refleksyjne, niekiedy "funeralne". No cudo! *.*

Polecam polecam.

Tak sobie myślę, że wkrótce wrócę z pościwami o moich łupach za złotóweczkę z Lumpello, bo multum się tego nazbierało, a przecież systematycznie zasilam garderobę nowymi nabytkami. Kto wypróbuje system "złotóweczkowy", temu prędzej ręka uschnie, niźli da za łacha kilkadziesiąt zeta w sieciówie. Zaoszczędzony hajs stokroć lepiej wydać np. na porządne buty czy utorbienie. Takie jest moje osobiste zdanie :)

A tera lep na łoczi. Samojeby komórczane z ostatnich dni :D






No i nowe galaktyczne lacze z TK MAXX:


No, to do następnego! :)

13:43

Insta Toyad Mix. Volume I

Insta Toyad Mix. Volume I
Nie wtulałam Wam tu chyba jeszcze swoich kwadratur z Insta? ^^ No, to taki miks z ostatnich paru tygodni. Motyw przewodni - DZIE TA WIOSNA. Korowód otwiera toyadzi skacowany bezmakijażowy dziób, ale zwróćta uwagę, że Toy jest na tle trawy i ma na sobie jeno tiszerciwo - a to był LUTY! :D


Last Christmas, wurwa.


O, Iwostinek, bardzo spoko - porzyska już po dwóch tygodniach czyściutkie, zmniejszone, fizys o wiele gładsza, jaśniejsza, bardziej jednolita - polecam, zwłaszcza jak ktoś ma cerę przypominającą fakturą krowi placek podźgany widelcem.


Aaale faaajnie, selfi srelfi:


Po ponad 10 latach namiętnego malowania krechy ajlajnerem ogarnęłam niezawodną technikę - pierwej szkic kredką, później tuszyk.


Tajemniczy Toyad postapokaliptyczny O,o


Resztki śniegu:


Pierwsze moje szponki hybrydowe.


Przebiśnieżki!


Drugie moje szponki pociapane hybrydą (przeze mnie ofkors, dlatego wykonanie dalekie od perfekcji - komuś potrafię jednakowoż pomalować równo i elegancko).


Yup. Przepyszne hamerykańskie Jelly Beans z białym winiaczem <3 Ulubiony smak to toffi popcorn czy jakoś tak :D

16:21

Raz lepi, raz gorzy.

Zawsze zbiera mnie na spontaniczny womit, ilekroć np. podczas scrollowania tumblra tudzież innego tasiemca z foto landrynami dla zmysłu wzroku natrafiam na jakiś nienawistny kleks z d..., za przeproszeniem. :/ Przeto na fejsie zlądowało tytułem niewinnego inspo foto Johanny Herrstedt, szwedzkiej blogerki o oryginalnym i niewątpliwym powabie, zręcznie podrasowanym makijażem, dobrymi fotami i ich postprodukcją. I co? A co ma być... HEEEJTYYY LECOOOM!!! A ŻÓŁĆ SIĘ LEJE HEKTOLITRAMI :D Że beee i fuuu i sztuczna, wogle bezczelna bo ośmiela się zdjęcia przerabiać, że ufoludek, że klon, że anoreksję propaguje, że paznokcie za duże a oczy obgryzione, że to, że śmo... DŻIIIZAS... O,o... Nie no, duch zawiści i jadowitego zaplucia wśród młodzieży, widzę, nie ginie, a wręcz miewa się super. :/ Kuźwa... serio, nie mieści mi się we łbie, jakim trzeba być małym, sfrustrowanym, smutnym i nieszczęśliwym człowiekiem bez własnego życia za kompem, żeby fajdać takie komenty i psuć innym krew...

...a już totalnie nie czaję, jak można zakładać specjalnie blogasska, by z zapałem godnym lepszej sprawy kultywować, podsycać takie klimaty i żerować na podobnych sobie przykrych ludzikach, o nikczemnych ciągotach do brandzlowania własnego ego cudzym kosztem... O ironio, cel owego blożka niby "szczytny", bo wyłapywanie nieumiejętnych/rażących manipulacji wyglądem w procesie postprodukcji. Autorka schlebia sobie mianowicie, że zna się na obróbce graficznej i jedynie staje w obronie niewinnych nastoletnich duszyczek, podatnych na perswazję sfałszowanego piękna. Ach, och, jakże szlachetnie, prawda? Szkoda tylko, że praktyka ostro rozjeżdża się z teorią, bo poza analizami porównawczymi materiału ze zdjęć, posty ociekają agresywną personalną krytyką, ubliżającymi domysłami na temat czyjegoś charakteru, moralności, życia prywatnego i rodzinnego, intelektu - bazując wyłącznie na wizerunku wirtualnym, tweetach oraz plotkach. No... kamaaan, litości :/ Jestem potwornie przeczulona na takie wycieczki osobiste na podstawie mizernych poszlak, na wieszczenie "prawd" niczym naćpana Kasandra wróżąca z ptasich flaków, na chorobliwe, graniczące z perwersją interesowanie się cudzym życiem (z naciskiem, oczywiście, na "pikantne" szczegóły) zamiast swoim własnym, na obłudne stawianie siebie w roli strażnika przyzwoitości upoważnionego do zaglądania innym ludziom w majtki. Obrzydliwstwo! I to pełne zacietrzewionej wyższości wytykanie komuś kompleksów, słabości i problemów psychicznych... hmm, szczerze mówiąc, wolę, jak ktoś leczy swoje kompleksy poprzez podciąganie brwi czy wyszczuplanie ud w fotoszopie, niż poprzez tak niewybredną i prostacką napierdalankę wymierzoną w innych, w dodatku przemyconą pod płaszczykiem świętojebliwej inkwizycji do spraw cudzej poprawionej graficznie wargi. Bleh...No przepraszam, ale jestem tym zjawiskiem srodze zniesmaczona!

Co do profesjonalizmu w zakresie analizy fot, też mam wątpliwości. Sztuczne rzęsy, makijaż, odpowiednie konturowanie, rodzaj ŚWIATŁA, kąt, perspektywa, użyty sprzęt, OBIEKTYW - te wszystkie czynniki mają olbrzymie znaczenie, jeżeli chodzi o efekt końcowy foty. Filtry i poprawki dokonywane w programach do tego celu przeznaczonych, rzecz jasna, też, ale jeśli dla kogoś sam fakt ich stosowania stanowi etyczną zagwozdkę to cóż... Polecam się obudzić tudzież wychynąć z konserwy światopoglądowej, mamy XXI wiek i o wiele większe możliwości wpływania na proces postprodukcji niż kiedykolwiek, cóż w tym złego? Owszem, doceniam także urok surowizny i prostoty, ale to tylko jedna z możliwych dróg, nie każdy musi nią podążać. Nie wszyscy muszą być szczupli i długowłosi, bo JA mam taki gust i takie widzimisię. Przykładowo. Ludzie mają prawo mieć absolutnie wywalone na swój wygląd, albo przeciwnie - dopieszczać każdą rzęsę i paznokieć, jeśli taka ich wola. Nic komu do domu, jak chałupa nie jego. Amen.

* Aha, jest jeszcze 'specjalistyczne' forum, na którym zbieranina przychlastów prężnie uczestniczy w wieszaniu psów m.in. na Johannie H., której osobny wątek ma kilkaset stron... Czy to nie jest z lekka, erm, poje*ane..? W kółko jedne i te same osoby gorliwie smażą kilometrowe posty o tym, jaka Jo jest 'self-obsessed' i głupia i pusta... ale tak szczerze - co jest bardziej żałosne (a zarazem PRZERAŻAJĄCE), posiadanie obsesji na swoim własnym punkcie (np. perfekcjonizm odnośnie własnego wyglądu), czy obsesyjne śledzenie każdego ruchu "znienawidzonej" celebrytki internetowej, analizowanie każdego jej zdjęcia i słowa, bycie na bieżąco nawet z tym, kiedy farbowała sobie odrosty... no błagam... O_o To już dla mnie zakrawa na jakiś cyber-stalking :/ Nie chcę być też złośliwa, ale patrząc po fizjonomiach z awatarków... cóż, pewne wnioski narzucają się same, sorry. Jednak nie tędy droga, chłopcy o nadwerężonych nadgarstkach i dziewczynki pokroju April Tuna. Rugając Johannę i jej podobne internetowe ikony tumblra itp., nie przybędzie wam powodzenia, wdzięku, centymentrów w gaciach, szczęścia i spełnienia. Doraźny strzał nędznej Schadenfreude serio wart jest takiego zachodu..? :/ Serio ludzie, wyjdźcie czasem na jakiś spacer albo spotkać się z przyjaciółmi. Oh wait, trza takowych wprzódy mieć, a wirtualne kółeczko wzajemnej adoracji to trochę marny ekwiwalent...:P

Pfff... okej, to tyle na dziś. Pisałam ja, nabuzowan Toyad, in the heat of the moment ;) 
Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger