21:01

okazja na dziale mięsnym! Toyad rozściela trzewia.

Dobra, poczułam się natchnięta...tfu, natchiona? do napisania tego postu. Czuję mianowicie, że muszę sprostować parę zabobonków i spiardolin-straszaków w temacie około ciążowo-porodowej fizjologii. Szlag mnie trafia, jak czytam tu i tam na forach, blogach itp. produkty czyjejś bujnej wyobraźni, czy raczej nieudolne domysły osób, które tego tematu empirycznie nijak nawet nie liznęły, natomiast aktywnie uczestniczą w zabawie w głuchy telefon, generując szkodliwe mity i uogólnienia. 

#1 Ciąża to 9 miesięcy wyglądania jak wieloryb.

Że co? No umówmy się, że dwa tygodnie od zapłodnienia mamy w brzuchu full zestaw 3,5 kg dziecko + okablowanie w postaci pępowiny + oporządzenie w postaci pęcherza z wodami płodowymi, i przez 9 miechów czekamy se z tym wszystkim do porodu... Lol.

Ekhem, ja przykładowo w czwartym miesiącu zapinałam sobie w talii (!!!) spódniczkę - bombkę z H&Mu w rozmiarze 36. W pracy wtajemniczone były tylko 3 zaufane osoby, reszta zrobiła wielkie oczy, kiedy się ujawniłam - pod koniec 5. miesiąca. Dopiero pod koniec 7 miesiąca pożyczyłam od koleżanki jedne specjalne ciążowe dżinsy, resztę ubrań miałam swoją. 

Jak słoń poczułam się dopiero w ósmym miesiącu... :) Ale dwa miechy to nie to samo, co dziewięć. Idzie wytrzymać.

#2 Poród to najgorsza najgorszość, wiekopomna trauma, ręka noga mózg na ścianie...

Też tak myślałam, słysząc niektóre mrożące krew w żyłach opowiastki... Tymczasem - w moim przypadku, ale wiem, że nie jestem wyjątkiem - wyobrażenia i domysły okazały się totalnie oderwane od realiów. Jadąc taxą w środku nocy do szpitala, byłam mega podjarana, że TO JUŻ i wreszcie spotkam oko w oko to tajemnicze, kopiące mnie od środka stworzenie! ;) Stres był, nie powiem, ale - nie był on moim zdaniem wart tych dwóch godzin przypominających casting do Egzorcysty ze mną w roli głównej, hehe...;P 

Cóż, pewnie bywają jednak bardziej czarne scenariusze, ale nie należy się na nie nastawiać! Moja prababcia powiła 11 synów, dożyła prawie sety w doskonałym zdrowiu, i do końca życia prowadziła gospodarstwo. W tamtych czasach nie było takich udogodnień jak dziś, współczesne baby narzekają na takie bzdety jak opryskliwy personel, ale do k... nędzy, ja osobiście doceniałam świadomość, że rodzę w renomowanym szpitalu, i że "w razie WU" jest do dyspozycji sztab specjalistów łapiduchów oraz wszystkie te maszyny robiące PING! a służące do ratowania życia. Moje przodkinie rodziły dzieci w towarzystwie akuszerek na wsiach gdzie psy dupami szczekały za przeproszeniem, tralala jakże eko i w ogóle heja banana trajbal, ale każda mała komplikacja oznaczałaby prawdopodobnie ostateczną eschatologiczną Czarną Dupę. Rozumiecie? Czarną Dupę bez światełka w tunelu.

Tak że tego. 

Ha! Lewatywa też, jak się okazuje, autentycznie przeraża rzesze... Dżizas, po tej całej osławionej lewatywie spodziewałam się większych fajerwerków, a tu taka chała. No cóż, przymierzam się aktualnie do porządnej hydrokolonoterapii, bo średnio mnie urządza turganie w kichach paru kilogramów kompostu wszelakiego.

Aaa, panuje jeszcze powszechne przekonanie, że chłop jako towarzysz porodu często mdleje OD TYCH WIDOKÓW niczym Julia Kapulet przy menstruacji. A nawet jak cudem nie kipnie, to będzie mu się śniło po nocach i na widok rozkraczonej partnerki zabije się biedaczek o drzwi, ścigany krwawo mięsnymi wizjami w stylu Hostelu albo innej Piły.

Tia. Prawda jest taka, że jak wyjątkowo wrażliwy delikwent nie chce, to ma możliwość nie patrzeć na "kino", są parawaniki itp., ale z doświadczeń znajomych mi facetów wynika, że in the heat of the moment para koncentruje się wyłącznie na jak najsprawniejszym przebiegu akcji, a nie na "efektach specjalnych", serio. 

#3 Potem już nie ma życia towarzyskiego, życia erotycznego, w ogóle nic nie ma, jest tylko nadwaga, rozstępy, mleczne doje i ryczący wniebogłosy roszczeniowy tobołek. Aha, no i deprecha poporodowa.

Jeżeli chodzi o życie towarzyskie, to powiem tak - ja się zdążyłam doskonale "wyszumieć" za czasów licealnych, studenckich i trochę po nich, więc knajping do rana i tak mi dawno obrzydł... Aczkolwiek znam rodziców, którzy z powodzeniem go uskuteczniają, zmieniając się przy dziecku, albo korzystając z instytucji babć. Rewizja znajomych, w sensie oddzielenia ziarna od plew, dokonała się niejako samorzutnie, z czego jestem zadowolona. Gdyby nie przeprowadzka do Wawy, spotykalibyśmy się pewnie regularnie z wąskim a sprawdzonym gronem ziomali w Kra, z których część jest dzieciata, a pozostali dzieciatymi o dziwo nie gardzą, więc spoko. Odnośnie życia erotycznego, nie będę niesmacznie wylewna, ale jest hmmm, o trzy nieba lepiej niż przed prokreacją. Nadwagi zero, wręcz parę kilo mniej niż wyjściowo, rozstępów zero, cyckozwisu zero, włosy i zęby w porządku. Owszem, po części jestem genetyczną szczęściarą, ale z drugiej strony... ja naprawdę nie widzę tej szumnie opiewanej estetycznej pożogi u znanych mi mam. Jedna  wprawdzie przydeptuje sobie biust, ale kuźwa, jak się tak OKAZAŁY cyc potraktuje całkowitą rezygnacją ze stanika na roczny czas karmienia (bo przecież wygodniej), no to SORRY WINNETOU. Mleczne doje na moim "marnym" (choć ja lubię...) 65E wyglądały doprawdy zajebiście, normalnie Baywatch. Tobołek wprawdzie roszczeniowy, ale i najcudowniejszy na świecie, nie ma lepszego panaceum na bolączki tego świata, niż przytulanie takiego swojego ciepłego pachniaczka. 

Depresji poporodowej nie tykam, bardzo poważna sprawa, nikomu nie życzę, mnie szczęśliwie ominęło.

***

Samojeb z wczoraj:


4 komentarze:

  1. Każda kobieta powinna mieć taką przyjaciółkę żeby jej w oczy prawda rzuciła...

    dobre, mocne, dupe urwało! Nie rodziłam, wierze na słowo!

    dodaje +obserwowana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! No właśnie mi też czegoś takiego brakowało, bo padło na mnie jako na dzieciową pajonierkę wśród najbliższych kumpeli... :)

      Dzięki za docenienie moich wynurzeń! ;)

      Usuń
    2. że normalnie ja Cię lubię;D

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger