12:36

Co sprzyja higienie mentalnej, czyli poradnik hodowcy entropii, aby se umiał do tyłka palcem wcelować.

Naszło mnie na drugi epizod dot. ogarniania życiowej kuwety.

No właśnie, CZO sprzyja higienie mentalnej?

1.) ŚCISŁA DIETA INFORMACYJNA.

Wszyscy piergolą tera obsesyjnie o "czystym korycie" tudzież misze, a jeno nieliczni zwracają uwagę również na to, czym szprycują swój łeb. .. Czy są to treści odżywcze, czy antyodżywcze? Od pewnego czasu świadomie cyzeluję swój czas spędzany w internetach, a w szczególności wystrzegam się z niejakim wstrętem fejsbuczka i jego malarycznego klimatu, sprzyjającego bzdurnym gównoburzom, omijam szerokim łukiem wszelkie okołożywieniowe i lajfstajlowe selektywne doktrynerstwo, samozwańczych "influencerów", krynice głupoty i ignorancji, cały ten festiwal próżności i lansu... Plotkarskie dupelki, fora pełne półanalfabetów - naprawdę nie warto się zniżać do poziomu tego bagienka. Żeby nie było, że internet to generalnie chłam - ej, nadal z autentyczną przyjemnością zaglądam pod wiele wartościowych, inspirujących adresów! :) Ale miarkuję się, żeby nie odpalać kompa bezmyślnie, nawykowo, ot, z nudów i bez sprecyzowanego celu. Skrolu skrolu w stylu zombie pożerało mi kiedyś mnóstwo czasu, którego nie mogłam później odżałować.

Serwisy informacyjne również staram się omijać szerokim łukiem -  już nie pozwalam się szczuć tragediami, klęskami, katastrofami, sensacjami, głupotą, propagandą czy politycznymi przepychankami.

Bo nie wiedzieć czemu to, co piękne, dobre, uczciwe, budujące - raczej słabo się sprzedaje. 

Dość tego badziewia. Wystrzegam się jak ognia czytania nienawistnych komentarzy pod "kontrowersyjnymi" artykułami czy zdjęciami - szkoda mi energii, wolę ten czas poświęcić na jakieś przyjemne myśli, generowanie wysokich wibracji i zasilanie nimi właściwego pola energetycznego.

Zamiast tego np. mam rytuał sączenia kawy/mate przy youtube - rzecz jasna tutaj też selektywność treści idzie mi w sukurs i "paczam" tylko filmy, które inspirują (podróże!), uczą, motywują, dają do myślenia. Preferuję filmy po angielsku, bo zawsze to człowiek się osłucha różnych akcentów plus wskoczą nowe słówka. Przyjemne z pożytecznym!

2.) ODGRUZOWANA PRZESTRZEŃ. 

Ot, życiowa. Nie zdajemy sobie sprawy, że podprogowo nasz mózg rejestruje każdziutką pierdołę wokoło - owszem, nasza uwaga jest wybiórcza jak snop światła z reflektora, ale jednak te "śmieci" i duperele w przestrzeni zbędnie obciążają nam "procesor". Serio, ogarnięte otoczenie pomaga się skoncentrować, uspokoić, czas zdaje się płynąć wolniej itd. Nieogarom podpowiem, że rozpisanie konkretnych zadań w czasie pomaga w zachowaniu względnego ładu. Można nawet zrobić prowizoryczną tabelkę niezbędnych czynności porządkowych i - zrobione - zaznaczać. Polecam - osoba, która żyła z łatką bałaganiary przez ponad pół życia (swoją drogą, łatki przypinane w młodości potrafią nieźle zafajdać nasze życie... ehh).

Oczywiście nie warto popadać w obsesję i kompulsywnie jechać na szmacie dwa razy dziennie - to świadczy raczej o ekstremalnie nudnym życiu, lub - odwracaniu swojej uwagi od totalnego bajzlu w psychice.

3.) PODSTAWOWY OGAR WIZUALNY. 

Pidżama Mode OFF! Uwierzcie mi, wolny dzień, który spędzicie w domu w schludnym "dziennym" stroju, uczesanych włosach, minimalnym makijażu (jeśli normalnie stosujecie makijaż np. do pracy) i ulubionych perfumach, będzie o wiele produktywniejszy i zwyczajnie milszy, niż wolny dzień spędzony w zapierdzianych portkach od dresu, dziurawym spłowiałym tiszercie, nieumytych kłakach umotanych byle jak, z nieodświeżoną zmiętą po nocy gębą - generalnie tak, że wstyd listonoszowi drzwi otworzyć.

To naprawdę nie zajmuje wiele czasu - 10 minut? Można sobie wypracować uproszczenia dla "leniwych ale ambitnych" (aka - work smarter, not harder): naszykować outfit poprzedniego wieczoru, stosować suchy szampon aby wstawać rano z puszystą czupryną zamiast naleśnika, przyciemniać co jakiś czas brwi henną, stosować bogate serum na noc, po którym fizys wygląda świeżo i młodzieńczo itd.

4.) KONKRETNA INSTRUKCJA DNIA.

Mamy małych dzieci doskonale wiedzą, że pacholęta są spokojniejsze i radośniejsze, kiedy mają przewidywalną rutynę dnia. Wiedzą dokładnie, co po sobie następuje. Nawet moja pięciolatka z zapałem smaruje rysunkowe listy zadań (samoistnie podłapała ten patent, obserwując moje organizacyjne nawyki) i z radością uroczyście odhacza w kwadracikach takie zadania, jak "zabawa klockami", "rysowanie z mamą", "mycie zębów" itd. Wszystko jest jasne i przejrzyste, kiedy jest zapisane na papierze - znika ta paraliżująca gonitwa myśli, kakofonia sprzecznych impulsów, która skutkuje prokrastynacją, frustracją i lecącą na pysk samooceną.

Organizacja ratuje mi tyłek, dosłownie. Ale trzeba też uważać z fiksacją na pseudoproduktywności - jak wyżej wspomniałam, ścieranie wyimaginowanych kurzy pięć razy dziennie NIE JEST czynnością produktywną; jest kompulsywnym odruchem ZASTĘPCZYM dla zajęcia się prawdziwymi priorytetami. Własną pogubioną psychą, na przykład. Jest metodą na ucieczkę od tego, co naprawdę ważne. Trza uważać.

Fajnie jest trzymać chatę w takim standardzie, żeby zawżdy bez zażenowania wpuścić znajomka ze spontaniczną wizytą - ale już perfekcyjnie wylizane odrzwia i zdany śpiewająco test białej rękawiczki o każdej porze dnia i nocy nie są mi do szczęścia niezbędne...

5.) STRZEŻ GRANIC JAK CERBER.

Mam na myśli relacje międzyludzkie. Czy są one szczere, wzajemne, pozytywne? Czy może jałowe, uwsteczniające lub poddtrute toksyną..? Na te drugie szkoda czasu. Nasz moment na tym padole jest relatywnie krótki i szczerze mówiąc, jest on naszym najcenniejszym zasobem... Żal się rozmieniać na drobne i spędzać go w kiepskim towarzystwie... Naprawdę. 

Asertywność i nauka mówienia NIE, zwłaszcza dając odpór zręcznym manipulatorom, powinna być wałkowana od szkoły podstawowej obowiązkowo. Niestety, w zamian mamy raczej apoteozę postawy pokornego dawstwa i nieodmawiania "drobnych przysług"... Bo żeniby "kuleżeńskim" trza być, psia jucha. :/

Na szczęście osoba dorosła sama może zdecydować, co jej służy. Bronienie własnych granic to absolutna konieczność dla zachowania własnej integralności oraz wzmacniania poczucia szacunku do samego siebie. Będąc "fajnym" dla wszystkich, tak naprawdę jesteśmy niefajni dla samych siebie - dajemy się wykorzystywać, ograbiać z czasu, energii, a nierzadko i pieniędzy. Mało tego - jesteśmy "fajni" tylko w danym momencie, kiedy ktoś potrzebuje czegoś od nas (doraźnej rozrywki, postawienia browara, podwózki, noclegu, pożyczki). Lepiej mieć wąskie grono znajomków, a takich, którzy nas szczerze szanują. I nie pokażą nam pleców, kiedy to akurat my czegoś potrzebujemy.

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że nie da się zaprowadzić mentalnego kosmosu, utrzymując kontakt z negatywnymi, toksycznymi, fałszywymi osobami...  (w ostateczności, jeśli naprawdę nie mamy wyjścia, można zdecydować się na tzw. minimum kontaktu, które szerzej opisałam w TYM POŚCIE).

Dorzuciłabym tu jeszcze solidny dystans do tego, co ludzie o tobie sądzą lub mówią. Ich opinie są ich własnym produktem, którego ty nie musisz kupować. Polegaj głównie na sobie. Czy TY siebie lubisz..? Jeśli koniecznie chcesz brać pod uwagę feedback, to tylko ten konstruktywny, od autentycznie życzliwych ci osób.


6.) GRUNTOWNA INWENTARYZACJA ŁBA.

Defragmentacja dysku. Ktoś to jeszcze dzisiaj kojarzy..? :P

Tak. To jest ciężki temat, ale cóż, spróbuję go ugryźć.

Ciężki w sensie - ... bagatelizowany. Większość z nas do pewnego momentu - lub częściej - ad mortem defaecatam - wlecze za sobą balast szkodliwych nawyków myślowych, destrukcyjnych schematów i wzorców, którymi naponczowano nam umysł we wczesnej młodości. W domu rodzinnym, ale też w szkole, na podwórku itd. I ci dorośli ludzie bezrefleksyjnie powielają ten sam, zgubny spektakl, przyciągając "pecha", niefortunne zbiegi okoliczności, "niewłaściwe" osoby itd... Mówiąc wprost - nie radzą sobie, nie są w równowadze. Ale zamiast warstwa po warstwie dotrzeć do źródła własnego problemu, wolą go przywalić grubą polichromią wyparcia, zakłamania, pogoni za jakimś tematem zastępczym (np. jechanie na szmacie kilka razy dziennie), lub chorobliwie skupić się na cudzych "uchybieniach": rozstępach na tyłku jakiejś celebrytki i pilnym tropieniu śladów botoksu u aktorek. 

No niestety. Mało komu się chce PRACOWAĆ NAD SOBĄ, nad swoim charakterem. Mało kto widzi taką potrzebę! Prokrastynują, imprezują, upijają się, palą, ćpią, wdają się w kolejne płytkie romanse, zabijają się za hajsem, budują fasadę "luksusu" i lansu, usiłują dogonić jakąś ułudę perfekcji i... nie wiedzą, że gryzą się we własny ogon. Nawet, jeżeli mają momenty zastanawiania się, dlaczego są nieszczęśliwi, szukają przyczyn na zewnątrz, zamiast w sobie. 

Tu nie chodzi o to, żeby obwiniać siebie lub rodziców. Chodzi o wzięcie osobistej odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Nie chodzi o masochistyczne grzebanie się w traumach przeszłości - chodzi o ZROZUMIENIE, skąd się pewne mechanizmy wzięły, i jak można je przeprogramować, aby pracowały na naszą korzyść. Chodzi paradoksalnie o uwolnienie się od smrodu kaki, nie poprzez przykrywanie jej ściereczką, a poprzez - posprzątanie raz a dobrze.

Dla wielu będę teraz brzmieć jak jakiś niuejdżowy kołczo-oszołom, ale serio, daleko mi do tego :) Po prostu uważam, że warto żyć świadomie... zamiast spełniać oczekiwania innych lunatyków i pogrążać się w coraz większej frustracji. Jak chomik w karuzeli. Odcinać cenne kawałki siebie, żeby wpasować się do jakiejś uśrednionej foremki. Powtarzać zasłyszane opinie, zamiast myśleć za siebie. Iść pokornie za szarą tłuszczą, działać na autopilocie. Żeby brońbosze nie pochylić się nad własnymi deficytami, nie zdefiniować własnych potrzeb, nie sięgnąć po marzenia...

Taaak, trochę się rozpisałam przy tym punkcie, ale to dlatego, że jest to dla mnie ważne. Tego nie da się zrobić za jednym zamachem - jak u KonMari z chałupą... To raczej taki mozolny "proces w tle". Jednak zdecydowanie wart podjęcia.


7.) ZACZYNAJ WCZEŚNIEJ.

No, powiedzmy... Chodzi generalnie o uporanie się z kilkoma najważniejszymi celami na dany dzień jeszcze przed południem, o ile oczywiście jest to możliwe. Jak zaniedbam tę zasadę, to później pod wieczór dostaję wyrzutów sumienia i w popłochu czepiam się jakichś kompulsywnych zajęć - a stres przed wypoczynkiem nocnym jest wybitnie niewskazany... :) Lepiej odbębnić robotę wcześnie, a potem zdecydować, czy delektować się zasłużonym relaksem, czy śmignąć jeszcze podłogę w klopie na mokro i delektować się super efektywnym dniem.

Drugą opcją jest zaczynanie wcześniej rozumiane jako... POPOŁUDNIE/WIECZÓR wcześniej :) Lubię sobie czasami tak pyknąć na lajcie rzeczy z listy na następny dzień - wtedy rano mam luzik.


8.) NIE BIERZ SOBIE NA GARBA CUDZYCH PROBLEMÓW...

Jasne, przyjaciele od tego są, aby pomagać i wspierać w potrzebie - ale znaj zdrowy umiar. Pomoc, wsparcie i rada (o którą ktoś WYRAŹNIE poprosi) to jedno, ale nadmierne emocjonalne wkręcanie się w czyjeś kryzysy i WYRĘCZANIE DECYZYJNE nie należą do twojej odpowiedzialności. Niestety, czasami też nasze dobre chęci i szlachetne intencje obracają się przeciwko nam i potrafią skutecznie napsuć krwi... Po co. PO CO.


9.) RUSZ TĘ DOOPĘ.

Ha! Aktywność fizyczna, bejbe. Sama nigdy nie brylowałam na wuefie, ale cholercia... basen i interwały to ja kocham! Najlepsze w regularnych treningach jest to, że... organizm uzależnia się od tego wyrzutu endorfin. I później sam się będzie domagał ruchu. To jest piękne! Zauważyłam, że dni, w których rano (rozmemłana i ziewająca) zmuszam się do pokicania z Monią Kołakowską, są znacząco weselsze i bardziej udane, niż dni, w których nie ćwiczę :) Energetyczny boost plus długofalowe benefity w postaci zgrabniejszego zadka, o niebo lepszej kondycji, szybszego metabolizmu oraz regularnego pozbywania się toksyn.


10.) PRÓBUJ I NIE UPADAJ NA DUCHU.

Nauka czegokolwiek implikuje popełnianie szeregu błędów. Nie przemuj się wtopami, nie biczuj się. Ale też nie folguj w nieskończoność! Wymagaj od siebie tak, jak najcierpliwszy na świecie, kochający rodzic - nauczyciel - od dziecka - motywuj zamiast karać, próbuj różnych metod, kombinuj. Zwracaj uwagę na swój dialog wewnętrzny. Wystrzegaj się krytykanctwa - ono NIGDY nic nie daje, poza poczuciem winy, poczuciem gorszości, tworzeniem trwałych blokad i zahamowań. Natomiast konstruktywna informacja zwrotna - jak najbardziej! Zawsze kmiń: co dałoby się zrobić lepiej następnym razem..?

7 komentarzy:

  1. Bardzo mądre słowa! Proszę polać tej Pani :D
    A tak na serio, podpisuję się wszystkimi czterema pod każdym punktem. Szczególnie dla mnie w tym momencie jeśli chodzi o odgruzowaną przestrzeń. Chociaż największy szał na minimalizm mam za sobą i weszło w krew to ciągle jeszcze daję się ponieść emocjom i np. kupić 6 książek, przeczytać 2 i wypatrywać kolejnych, jednocześnie już odczuwając wyrzuty sumienia z powodu tych nieprzeczytanych o.O Ale czas moim sprzymierzeńcem i idzie coraz lepiej. Jak tylko wywleke się z tej anginy to drukuję w/w treść i jadę z koksem! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, współczuję anginy! Kiedyś bujałam się z anginą co drugi miesiąc... masakra. Po ostatniej zawzięłam się na budowanie solidnej odporności i już od pół roku zero przeziębienia. Polecam wszem i wobec kropelki Citrokap - ekstrakt z pestek grejpfruta - rewelacja. Jak mnie coś "bierze", ładuję kilkadziesiąt kropli na wodę lub do soku i - choróbsko rozchodzi się po kościach, niezawodnie. Prewencyjnie wystarczy 15 kropelek 2-3 razy dziennie, ale nie jestem jakoś przesadnie sumienna :) Działa też na moją familię, więc polecam!

      Surowy minimalizm też chyba nie jest dla mnie, raczej "optymalizm" :) Ale fakt, zagraconej przestrzeni nie znoszę, od razu czuję się "chora" - dlatego liczne durnostojki i "przydasie" u moich rodziców doprowadzają mnie do szału heh. Ale cóż, tamto pokolenie chyba tak ma :)

      Usuń
  2. Niezły ten citrokap... Zaadaptuję do siebie na dniach. Póki co mam już na podorędziu kaps. z liściem oliwnym, ponoć bomba dla niedobitych zarazków maści wszelakiej. I polecone również przez anginowców. Swoją drogą cieszyłam się niedawno, że od stycznia nie chorowałam i jak na zawołanie 2 angina w 3 tygodnie ;-)

    Surowy minimalizm też nie moja bajka, ale likwidacja tych durnostojek maści wszelakiej podziałała terapeutycznie. Grunt to znaleźć swój złoty środek, nie dać się popychać w skrajności bo to robi głowie jeszcze większe kuku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Napisz książkę. Będzie łatwiej wertować treść :-) Poważnie, ja bym u siebie widziała takie "Kompendium Toyada o życiu i inszych troskach. Jak urwać łeb hydrze vel radzić sobie z psychofagozą". Okej, przesadziłam z koksem, ale generalnie podtrzymuję wniosek :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Żeś trafiła - książka to moje skryte marzenie... :P

      Usuń
    2. Popieram to marzenie! Gorąco kibicuję i mam nadzieję, że kiedyś taka lektura trafi w moje rąsie :D

      Usuń
  4. Bardzo przyjemny blog, dojrzały ale nie okraszony wyniosłym popierdywaniem :D Dąże do takiej mądrości życiowej, świadomej konsumpcji życia, dialogu samej z sobą, ułożeniem się ze swoim własnym "ja" bo tylko tak można osiągnąć szczęście. Jeszcze trochę pracy przedemną. Pisz częściej.

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger