13:57

O tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru.

Wróciłam niedawno z cudownych wakacji i ociekam radością oraz entuzjazmem, a jednocześnie po głowie chodzą mi dość poważne tematy... Hmm :) 

Dzisiaj o tem, że nie zawżdy warto detonować granat w rzyci w imię miru. W sensie - żeby zacisnąwszy zęby zmilczeć jakiekolwiek pohańbienie naszych osobistych granic. Przymykać oko na mniej lub bardziej zawoalowane przejawy chamstwa, bucery, nieokrzesania. Tolerować, odpuszczać... Bo że niby tak szlachetniej, bo trzeba "być ponad", nie reagować, lepiej zostawić "bez komentarza".

Nie chodzi mi BYNAJMNIEJ o to, żeby się zawsze agresywnie strzępić i wzniecać guanoburzę pod byle pretekstem oraz generalnie być nabzdyczonym na punkcie własnego majestatu, roszczeniowym indorem!

Tym, co mnie jednak boli, jest deficyt elementarnej asertywności. Zwłaszcza, niestety, u kobiet. Że niby ugrzecznione potulnocipstwo magicznie przekłada się na "lepsze" relacje - tylko, yyy, lepsze dla kogo? Bo raczej nie dla samej zainteresowanej. Chyba, że zadowala ją perspektywa "ch*jowo, acz stabilnie". I pod cudze dyktando. Co kto lubi. Znam latami bitą i zdradzaną żonę, która dziś wypina z dumą pierś w oczekiwaniu na ordery, bo "utrzymała małżeństwo dla dobra dzieci"... Owe dorosłe już dzieci bujają się aktualnie po kozetkach u pojebologów, ale to drobny szczegół. W swoim mniemaniu dokonała heroicznego wyczynu, robiąc z siebie podnóżek i wycieraczkę. Ułuda daje momentami wspaniały haj, zaiste...

Powtarzam, że nie chodzi mi o bycie prącą na konfro, upierdliwą biczą. Po prostu szczerze ubolewam, że czasami w imię wypaczonego "świętego spokoju" postanawiamy zdławić, nie artykułować naszej uzasadnionej złości, buntu wobec niesprawiedliwości itd. Tolerujemy tratowanie brudnymi buciorami naszej świętej przestrzeni, patrzymy, jak ona się kurczy. I to już nie jest okej. Bo prędzej czy później dojdzie do implozji. Negatywne emocje będą się kumulować, kisić, aż w końcu, za przeproszeniem, coś jebnie. Oj, i to mocno. Pół biedy, jeśli na zewnątrz. Gorzej, jeśli np. w postaci somatycznej... :/

Często słyszę to cholerne "aaa, wiesz... nie ma sensu". Nie ma sensu otwierać japy i protestować, kiedy nasze podstawowe potrzeby i prawa nie są respektowane. Serio..??

Wiecie co, ja baaardzo nie lubię konfliktu i chaosu. Ale doświadczenie mnie nauczyło, że o wiele gorsze od chwilowego zepsucia powietrza jest trwałe zepsucie sobie krwi. Asertywność nie ma nic wspólnego z agresją, to kluczowe i absolutnie niezbędne narzędzie dla zachowania szacunku do samego siebie... Szacunek do siebie i godność osobista ma o niebo więcej wspólnego z ustanowieniem i obroną własnych granic, niż z takimi pierdołami jak długość spódniczki.

Ach, i ważna rzecz - asertywność można wytrenować niczym mięsień! Polecam z całego serca.

1 komentarz:

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger