11:23

Rozkminy wanitatywne...

Było coś gdzieś kiedyś o króliku gwałconym przez niedźwiedzia "w drodze do Avignon"... Nie pamiętam dokładnie... 
Ale morał... w sensie przekaz... był taki, że ów królik był, wiecie, rozdarty.

Co dziwnym jakoś szczególnie nie jest.

No i chciałam tą wesołą anegdotką jakoś nawiązać do moich aktualnych rozkmin egzystencjalnych. Powtarzam, egzystencjalnych. Tak. Królik to była mglista przenośnia. Mglista i puszysta. Tfu!

Otóż. Chcę wyznać, że generalnie służy mi, ZAJEBIŚCIE mi służy, całkowity brak telewizora i uszczuplanie kontaktu ze społecznościówką. Niestety, przez wakacje miałam - z przyczyn ode mnie średnio zależnych - wciąż to zafajdane ryczące pudło gdzieś za uszami. Wiadomix, że kiedy człowiek zażywał rekreacji na świeżym powietrzu, to było cudnie i miodnie, za uszami miał jeno świergot ptoszków. Ale jednak codziennie miałam, choć przez chwilę, styczność z TV, bo rodzina obstaje przy byciu na bieżąco z żenibyaktualnościami z kraju i ze świata... i cóż... Szczerze? Ja po sobie zauważyłam, jak cholernie mi ta agresywna medialna papka szkodzi. Większość "informacji" ma wydźwięk, mówiąc w znacznym uproszczeniu, ale jednak - mega negatywny: same nieszczęścia, tragedie, dramaty, wszędy czyha zło w ludzkiej bądź nieludzkiej skórze, totalna groza. Co chwila ktoś kogoś bije, zabija, oszukuje, okrada, znieważa. Jeśli nie człeki, to na pewno dorwie nas jakaś katastrofa naturalna, albo kosmity. Strach się bać. 

Koloryzuję, ale tylko trochę. Rozumiem, że pewne informacje są istotne. Ale - nie wszystkie, poza tym ogólny wydźwięk jest moim zdaniem zbyt pejoratywny, antywychowawczy i szkodliwy. Człowiek zaczyna podświadomie się nakręcać, że "tam, na zewnątrz" jest się czego bać. Bo może i jest, ale bez przesady - nie da się sensownie egzystować z permanentnym absurdalnym tchórzem pod skórą! A taki zalew medialnego gówna zaburza poczucie bezpieczeństwa, podkopuje radość, wprowadza chaos, zgorzknienie, frustrację, osowienie, apatię, niewiarę w ludzkość i w pozytywy.

Które przecież są, jest ich pełno. Dlaczego je się zbywa?? :/

A może jestem przewrażliwiona jakaś. Mam syndrom Polyanny czy coś. Nie wiem. Ale mam to gdzieś. Życie bywa (bywa! czyli nie jest) wystarczająco trudne, żeby je jeszcze dodatkowo "doprawiać" zaciężnym łajnem. Won z tym! Toyad woli swoje proste, codzienne, naturalne szczęście. Za cenę łatki dyletanta być może, ale kij z tym - trust me, kto raz papróbował taoistycznej beztroski bytu, ten gardzi mędrkowatą blazą po wieki wieków, lol. ;)

Następne zjawisko, które mnie już srodze nuży, to plaga hejterstwa i porażającej głupoty. Weźmy taki fejzbuczyn. Fanpejdż, powiedzmy, popularnej blogerki modowej. Dziewczyna wrzuca regularnie jakieś miłe dla oka foty, oscylujące tematyką - SZOK! - wokół damskiego powabu, mody oraz stylu. Jprdl, przeca powinna chyba dzielić się swemi poglądami na koncepcje de Saussure'a i Levi-Straussa. Dżizas. Już oczywiście parę koryfeuszek BYCIA GŁEMBOKIM lamentuje w komciach jako te najęte płaczki palestyńskie, że łeee, marność nad marnościami, że blogerka promuje konsumpcjonizm, materializm i lichotę i płyciznę intelektualną, blablabla, Ach, no i rozpustny styl życia. Oraz Belzebuba czci. A tak w ogóle, to Z PEWNOŚCIOM tylko na dupie się dorobiła. O! She is a witch! Oops, I mean... whore! Sfajczyć ją żywcem na stosie jej modnych fatałaszków i pięknych zdjęć. 

Serio, co jest fajnego, ambitnego i takiego uwzniaślającego(!?!) w warowaniu cały boży dzień na jakimś durnym fejsie w oczekiwaniu na byle "uchybienie" jakiejś nielubianej blogerki, żeby se żółci bezinteresownie upuścić ?? Gratuluję wysokich lotów w życiu, naprawdę. Zgraja żałosnych nołlajfów ze świętej inkwizycji internetów... rzygać się chce... Te "próżne" "puste" blogerki modowe mają często w sobie więcej klasy, kultury osobistej, a już NA PEWNO mniej żrącego jadu wymierzonego w bliźnich. 

Aha. Pees. Nie twierdzę, że wszystko w TV i mediach ssie, są też wartościowe rzeczy, oczywiście. Ale włączanie pudła po to, byle zabić nieznośną ciszę (yyy na tafli fal mózgowych?), skutki ma co najmniej smętne.

3 komentarze:

  1. Ja też zaczęłam żyć bez telewizora, jedynie czytam informacje w internecie i gazetach i jest mi z tym bardzo dobrze :) Hejterstwo mnie śmieszy, dyskusje w komentarzach są tak żałosne i bezsensu, ale najlepiej wylać żale na kogoś niż zrobić coś ze swoim życiem. Tematy bardzo aktualne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, telewizornia do szczęścia absolutnie nie jest potrzebna, a wręcz w nadmiarze i bez pomyślunku - szkodzi :) Prasa jak najbardziej okej, i wystarczy... W moim wymarzonym domku będę mieć jeno duży porządny monitor - lubię widzieć dokładnie efekt moich fot, a i film czasem fajnie obejrzeć w porządnej jakości.
      Hejterstwem totalnie się brzydzę i pogardzam. Hejtują wg mnie nołlajfy - lołlajfy, skrzyżowanie aspołecznego nerda pokrzywdzonego przez los z jakąś niską formą życia. Czasem mam impuls zrugać taką personę jak burą sucz, albowiem cięty jęzor posiadam i skutecznie "dosrać" potrafię - pytanie, po co uczyć świnię tańca? :)

      Usuń
  2. Podpisuje sie pod tym wszystkim czterema konczynami! Porzucilam interesowanie sie polityka lata temu, potem rozwinelam watek i po wyjezdzie do Anglii, w momencie oficjalnego ogloszenia recesji- wykluczylam wszelkie njusy, ot tak by oszczedzic sobie stresu i skupic sie na przetrwaniu na obcym gruncie. Eksperyment okazal sie na tyle udany, ze kontynuuje do dzis i nie zamierzam przestawac ;-). Na zadnej spolecznosciowce tez nie siedze, bo nie lubie i mnie to nie kreci, wzgledna higiena umyslowa osiagnieta :-). Toyadzie, yestes amazing! :-*

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger