23:18

Hermetyczny Klub Wzajemnego Brandzlowania Ego oraz Aspirującego Plebsu Wyobrażenia o Elycie.

...czyli słów kilka o pewnym specyficznym typie "towarzystwa". Które darzę... ekhm, umiarkowaną sympatią oraz estymą.

Dzieńdobry :)

Niniejszy wpis łaził mi po głowie w formie luźnych strzępów (brrr, średnio fortunne wyrażenie, pobrzmiewa ulotką informacyjną od proktologa dot. niuansów uformowania stolca) już od pewnego czasu. I dziś postanowił się wykluć, do czego asumpt dała pewna swobodna rozmowa "przy pazurach"... ;) Od dawna, jak na rasowego introwertyka przystało, mam zwyczaj wnikliwego obserwowania otaczających mnie ludzi i ich zachowań. Uwielbiam se snuć cichcem rozkminy na cudzy temat, to moja quilty pleasure (żeby nie było - autorefleksji również nie zaniedbuję). Znakomitą większość z nich rzecz jasna zachowuję dla siebie  - zęby mi jeszcze miłe...:P

Co do zasady - unikam ludzi, z którymi mi mentalnie "nie po drodze". Energetyczne pijawy i dwunożne fabryki psychotoksyn odcinam tak bezwzględnie, jak się tylko da, ustawicznie pracuję nad nietrwonieniem swoich sił witalnych na negatywy, staram się nie karmić umysłu plotkami ani tanią sensacją, która dźga mnie zewsząd... Ale mam też troszkę "żyłkę" badacza zjawisk społecznych, zresztą na studiach dość mocno otarłam się o psycho- i socjologię. Gapię się i rozkminiam, z ciekawości, dla rozrywki i nawykowo. Często jest tak, że idę sobie, międlę w paszczy orbitkę, a mózg międli jakieś zagadnienie. Jak przemiędlę do braku smaku - plwam z impetem w swoje lewo.

Osobiście preferuję w aspekcie towarzyskim tzw. osobników "do tańca i do różańca" oraz takich, "z którymi można konie kraść" - inteligentnych, z immanentną klasą, ale - kiedy pora po temu - spontanicznych, pozbawionych sztampy, szczerych do bólu i momentami rubasznych. Poczucie humoru - preferowane czarne, niekiedy sprośne, do tego absurd, ironia, autoironia i sarkazm (nie mylić z cynizmem, prostacką zgryźliwością i chamstwem) - po prostu MIODZIO. Dla mnie to bodaj jeden z najbardziej przekonujących dowodów na intelekty wysokiej próby. Moi Ulubieni Ludzie odznaczają się właśnie powyższymi cechami - no po prostu ogarniają, kiedy audytorium jest skore do słuchania wielce umnej i uczonej perory o cząstkach i falach, kiedy wypada śpiewać po węgiersku, kiedy wierszem prawić, kiedy stulić dziób i słuchać, a w którym momencie zakląć szpetnie. No, intuicyjnie i naturalnie czają praktycznie każdy klimat - a elastyczne dostrajanie się do zmiennych warunków zewnętrznych świadczy wszak o wysokich zdolnościach adaptacyjnych, ergo - jest żywym dowodem na sprawną mózgownicę.

Otóż, właśnie...

Ekipa, której dotyczy moja rozkmina i tytuł dzisiejszego pościwa, stoi niestety w swoistej choć zrazu nieoczywistej opozycji do powyższej charakterystyki.

Jak już nadmieniłam, absolutnie nie zabiegam o kontakty, które nie wnoszą niczego inspirującego w moje życie, nie zbieram "duszków" ani "pokemonów" na fejzbuczynie, ale też w pewnych sferach codzienności, jak np. miejsce pracy czy sporadyczne hucpy ex-klasowe, uczelniane, pracowe lub familijne - idę na ustępstwa i uskuteczniam jakieś kurtuazyjne smalltalki, gdyż już wyrosłam z młodzieńczej bucówy, po której pozostał mi jedynie "zachęcający" tzw. biczfejs (*resting bitch face*)... /aleee - "suczy" wyraz twarzy to chyba kwestia osobniczej urody i jeśli mam być szczera, nie uznaję tego za defekt - wprost przeciwnie... :P/

Enyłejz, od czasu do czasu jestem w stanie się wysilić na miałkie, gładkie gadki o przysłowiowej pogodzie, pracy czy innej tam dupiemarynie. Ale już nie wyobrażam sobie, żeby takimi gadkami-szmatkami stały moje najbardziej zażyłe relacje. Pfu!

Na studenckich bibach zetknęłam się z funkcjonującym prężnie wśród braci studenckiej stereotypem zarozumiałego kujona-bufona z (ch)UJotu, najlepiej też "humana". Zeźliło mnie zrazu to krzywdzące uogólnienie, ponieważ totalnie nie czułam się jego adresatką - ani ja, ani moje ziomy "po fachu". Potem jednak - poznając więcej i więcej ludzi, przyglądając się kolegom i koleżankom z własnego i sąsiednich kierunków, stwierdziłam, żeee... chyba już wiem, kto nam "pracuje" na tak "zacną" opinię drętwych zarozumiałych dziobaków: 

DRĘTWE ZAROZUMIAŁE DZIOBAKI :/

Jest taki gatunek ludzi, którzy mają na stałe zainstalowany kij od mietły w rzyć. I myślą, że tak jest dostojniej. Nobliwiej. Ę-Ą. Że otacza ich świetlisty nimb szlachetnych myślicieli, że emanuje od nich rzekomy afterglow po potężnych intelektualnych orgazmach spowodowanych bliskim obcowaniem z najbardziej ambitnymi artefaktami kultury.

Pierwej wielbłąd przenijdzie przez ucho igielne niźli słowo "dupa" przez ich sterylne usty. Uszy im pąsowieją jako ta dzięcielina, co pała. Uwielbiają np. zalewać fejsika pompatycznymi koelizmami typu "dom bez książek jest jak ciało bez ducha"... Och, jacyż (zapewne) oczytani! (Zapewne) teatr, filharmonia i opera to ich drugi dom! (Zapewne) nie poznali nigdy, co to syndrom dnia wczorajszego! Nadludzie, istoty eteryczne, nawet jak defekują (jeśli w ogóle) to (zapewne) z iście hieratyczną dystynkcją...
 
Mam przemożną ochotę odpowiedzieć cytatem z "Myśli nieuczesanych" Leca: Błoto stwarza czasem pozory głębi
 
Osobnik tego typu nade wszystko kocha ostentacyjne łypanie na bliźnich z góry, zamiennie - pławienie się w ulepkowatym sosie z własnej domniemanej zajebistości, pospołu z sobie podobnymi pozorantami. Obnosi się ze swoimi wielce wysublimowanymi gustami dotyczącymi konsumpcji kultury, rzecz jasna, jedynie "wysokiej"  - lub maksymalnie "offowej". Łyka jak pelikan każdy przerost formy nad treścią i udaje, że doskonale wie, co poeta miał na myśli... Zapytany o własne refleksje, nie rozwinie tematu, jedynie prychnie coś bardzo pogardliwego pod adresem profana, który ośmiela się w ogóle drążyć zagadnienie. Kolejna, baaardzo charakterystyczna rzecz - osobnik taki jest (9/10) jedynie biernym konsumentem, koneserem, nigdy twórcą. Aby tworzyć, trzeba być kreatywnym a do tego niezbędna jest wyobraźnia i jakaś nieokiełznana, wewnętrzna dzika wolność. Odwaga, iskra, aby myśleć i działać w sposób niezależny. Refleksja i autorefleksja. Tymczasem tutaj umysłowość co najwyżej przeciętna, w niefortunnym kombo z ponadprzeciętnym ego... Ci ludzie zazwyczaj potrafią tylko skrupulatnie odtwarzać. Powtarzać, jak echo. Jak blaszany bębenek. Jak dzwon, który jest wprawdzie głośny, ale wewnątrz - próżny. Nie mają jaj, aby samodzielnie myśleć, nie stać ich na własne zdanie, więc kurczowo trzymają się podanych przez "autorytety" na tacy czarno-białych opinii, upodobań "z górnej półki" - zinternalizowanych jako własne; utartych konwenansów, skostniałych poglądów. I współdzielą zadziwiająco wielki zapał do tego, aby "równo ścinać wszystkie głowy wystające zza połowy"... resentyment? Nietzscheańska mentalność niewolnicza..?

Mam totalną alergię na słodkie żmije. I na samozwańczą arystokrację intelektualną. Na dulszczyznę. Po prostu jakoś organicznie odrzucam wszystko, co jest przesycone obłudą, pozą, zadęciem, brakiem autentyczności, pychą, fałszem. 

Taka poza wielkiego wrażliwego yntelektualisty okazuje się z bliska często właśnie badziewną tekturową fasadką. Żałosnym kolosikiem na chudych glinianych kulasach. Wystarczy lekko szturchnąć. Lub tupnąć.

Taaa, wiem. Ludzie zazwyczaj nie wyskakują ze wszystkich swoich kart na dzieńdobry i jako totalna introwertrzyca głęboko respektuję fakt, że potrzeba czasu i różnych sytuacji, w których dopiero można kogoś lepiej poznać i ocenić. Rzecz w tym, że w przypadku ludzi, o których dziś piszę, progres w pogłębianiu znajomości jest znikomy - lub zgoła ŻODYN, ponieważ nawet w połowie beczki soli wciąż konstatuję, że jedziemy na rozczarowujących, wtórnych, niczego nie wnoszących smalltalkach. I do tego ta drażniąca, pełna wyższości maniera.

Skąd wiem że to nieszczere? Bo miałam kiedyś zaszczyt i przyjemność poznać ludzi NAPRAWDĘ niesamowicie wysokich lotów. Którzy nigdy nie musieli nikomu niczego udowadniać, ponieważ ich osiągnięcia były (i są) absolutnie niepodważalne. A przy tym wszystkim łączy ich zaskakująca skromność, swoista pokora, dystans do siebie, żywe poczucie humoru, jakiś taki... pogodny luz. I ten magiczny ogień w oczach, kiedy opowiadają o czymś, co stanowi ich pasję. Zero jakiejś pseudoakademickiej blazy... I doprawdy śmieszy mnie, gdy jakieś liche płoteczki "wyżej srają niż dupę mają" - mianowicie z powodu, że przeczytały "bałdzo trudnom ksionżkie", a z historii w liceum miały zawżdy szóstkie. O.

1 komentarz:

  1. Noż kuźwa jak w mordę strzelił-nic dodać nic ująć. Ja również nie trawię świętojebliwości o przerośniętym ego, które w skali makro jest przecież śmieszne jak napisał autor czytanej właśnie przeze mnie właśnie książki,

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger