15:16

Co obiektywnie pomładza wedle subiektywnego Toyada. Vol. 1.

Wpadłam ostatnio na jakąś artykulinę dla kobiet w średnim wieku o tym, jak odjąć sobie lat... Jakieś bzdety o noszeniu białych falbanek i "nie stronieniu od uśmiechu"... O_o Z ciekawości poszperałam za tekstami niepolskimi - i tu już merytorycznie nieco lepiej, aczkolwiek krzywo patrzę na "uniwersalne" recepty w stylu "biel odmładza", "piergolnij sobie grzywkę" etc. Wydaje mi się, że kluczem do wyglądania dobrze (a zresztą kluczem do wszystkiego) jest ŚWIADOMOŚĆ. Kobieta w pewnym wieku powinna już się w miarę orientować, jaka kolorystyka jej służy, jakie fasony ubrań podkreślają jej sylwetkę itd. Powinna też mieć już wypracowany własny styl. Falbanki..? Serio..?;_;

Stworzyłam roboczą listę rzeczy, które wg mnie zazwyczaj służą urodzie naddziabniętej kłem czasu. I od razu uprzedzam, że nie znajdziecie tu natłoku cukierkowych frazesów o pokochaniu swoich "jakże uroczych" fałd, jakże "intrygujących" bruzd na twarzy, "słodkich" krzywych zębów itd. Zaznaczam też z całą stanowczością, że nie jestem żadną "estetoterrorystką" - po prostu dla mnie bycie 'body positive' nie oznacza prostej apoteozy abnegacji. Flakami mnie targa, kiedy jakaś śliczniusia modna szlondra z oślepiająco białym garniturem równego uzębienia obłudnie pierdaczy o tym, jak to idealnie proste zęby są takie nudne i passe, bo np. w Japonii jest szał na koślawy uśmiech i to jest takie kawaii, zaakceptujmy siebie, och, bo ona właśnie TEŻ ma CIUT przesuniętą lewą górną szóstkę i jej NIE WYPROSTOWAŁA (nie no, rebel, karwia!), choć zły, przebiegły i żarty na kasę ortodonta jej to KILKAKROTNIE proponował... a ona jest taką zajebistą, zbuntowaną wobec kanonów piękna hipsterką! Paradne... :3 (Bitch, please.)

Podobny niesmak odczułam na instagramie Kylie Jenner, do której osobiście nic nie mam, niech sobie ostrzykuje co chce i ile wlezie, ale niech nie chrzani pseudoinspiracyjnych kocopołów o pokochaniu siebie takim jakim się jest, adresując to do osób np. z wrodzoną deformacją twarzy, podczas gdy ona sama dorobiła się tytułu młodocianej ikony wszelkich poprawek... Powtarzam - niech se piłuje i powiększa co chce, ale te przesycone oczywistym fałszem mowy motywacyjne o wrodzonym pięknie to niech sobie w buty wsadzi, bo jakoś nie jest wiarygodna (delikatnie mówiąc).

Enyłej. Moje zdanie jest takie, że każdy robi co chce - skoro masz wywalone na miałkie wartości konsumpcyjnego Babilonu i pragniesz zostać współczesną włochatą anachoretką w lepiance uduchowioną indywidualistką chędożącą system w pupu - no problemo dla mnie! Chcesz być plastik fantastik bjuti boginką instagrama, nie zawahasz się przed jakąkolwiek ingerencją skalpela - no problemo, powodzenia! Dopóki jedne drugich nie nawracają na własną modłę, jest okejka.

Staram się mieć wycentrowany pogląd na piękno zewnętrzne i wewnętrzne. Jedno drugiemu nie przeczy, jak to by sobie pewni (przeżarci paskudnym resentymentem) osobnicy życzyli...

Ten wpis jest dla tych, które interere moje subiektywne trzy grosze w temacie "co wizualnie pomładza".

Według mnie, świadomość i akceptacja siebie i tego, co zostało nam dane, jest doskonałym punktem wyjścia do zintensyfikowanej dbałości o to. Miełość własna jak najbardziej na propsie, ale niezbędne jest też trzeźwe, uczciwe spojrzenie na siebie, bo pozwala dostrzec własny realny potencjał i daje motywację do zrealizowania go. Popieram rękami i nogami zdrową, wysoką samoocenę. Ale nie jest ona tożsama z samookłamywaniem się i celebrowaniem własnej zajebistości np. poprzez kolejną paczkę czipsów i pączka. To jest bardzo kusząca, bo bardzo łatwa i wygodna strategia życiowa - trąbić wszem i wobec o miłowaniu swoich kobiecych krągłości, a cichaczem strzykać anonimowo jadem pod adresem "niekobiecych" szkieletorów, anorektyczek i wieszaków... O widowisko nędzne i przykre! A w internetach hapens ewrydej... :/ Pomijam już, że nadwaga nie jest równoznaczna z "atrakcyjnymi krągłościami", bo takowe może posiadać nawet bardzo filigranowa kobietka, natomiast sam fakt posiadania biustu (i to nawet w kilku parach, w tym i na plecach, lol) jest udziałem choćby zawodników sumo - ale wątpię, aby czynił tych sympatycznych panów automatycznie "kobiecymi"... :P

Wybaczta tedy moją (niepopularną w dobie słodkopierdzącej poprawności) szczerość i dosadność komparatywno-deskryptywną, ale moim znakiem rozpoznawczym jest kwiecisto-rubaszny styl wypowiedzi i formalnie przypominam, że na swoim własnym blogopoletku mogę se gęgać po swojemu.

I nie omieszkam.


1.) SYLWETKA.

Nie jestem orędowniczką żadnego jedynie słusznego rozmiaru, ale jeśli zakładamy wierność względem faktów, to soróweczkaaa, ale harmonijne proporcje i przyzwoita "forma" fizyczna to +gazylion do ogólnej estetyki persony. Jasne, że można to "obejść". Wszystko można obejść... tudzież przeskoczyć, ale... Zgrabna figura w pewnym wieku stanowi niejako "rarytas" (spowolniony metabolizm, blablabla), więc warto się pokusić o wzmożone wysiłki i starania w tym kierunku. Pomijam już profity zdrowotne, związane z ruchem i odpowiednim odżywianiem, gdyż wpis dotyczy sfery wizualnej.

2.) ZĘBY, CERA, WŁOSY.

To są fundamenty przyjemnej oku powierzchowności - i "niestety" - rzeczy, na które pracuje się latami, i lata zaniedbań są ciężkie do odrobienia.

Ale nie niemożliwe!

Można się spowić od stóp do głów w złotogłów, nabyć za pięć pensji torebkę od projektanta, nałożyć kilo szpachli na fizys, ale z brzydkim uśmiechem, szaroziemistą skórą i lichymi włosami nigdy nie będzie się wyglądać naprawdę ładnie. Znałam kiedyś za czasów studenckich totalnie prześliczną dziewczynę, która otworzywszy usta, prezentowała ewidentnie nieleczoną próchnicę i raczyła rozmówców iście trupim wyziewem... Kurczę, wiecie - nie chodzi mi o naturalnie żółtszą/ciemniejszą barwę kości czy przebarwienia po lekach etc. - chodzi mi o obrzydliwy żółtawy kożuch z płytki nazębnej, czarnobrązowe ubytki widoczne gołym okiem i szare prześwity zepsutej tkanki kostnej. Ja rozumiem, że leczenie stomatologiczne do tanich nie należy, ale... Szczoteczka i pasta to nie jest już przedmiot zbytku, prawda? Zresztą, co tu dużo mówić, zdrowe zęby to sprawa priorytetowa ze względu na dobro całego organizmu, a nie tylko "głupie" względy estetyczne. Sama jestem na etapie aranżowania sobie budżetu na sprawy zębowe - i tak, rozważam nawet (po trzydziestce! szok! zamiast składać już powoli na bajerancki granitowy nagrobek) korektę zgryzu, choć nie jest jakiś uderzająco krzywy, ale jednak mam pewną blokadę przed szczerzeniem się do ludzi.

Jeżeli chodzi o cerę   - palaczki mają tu ewidentnie pod górkę. Podobnie jak nałogowe amatorki solarium. A niedajbosze powyższe kombo! Nic tak nie dodaje lat, jak uwędzona fajami i solarą wylinka w odcieniu i fakturze przypominającej jelito z kiełbasy zwyczajnej. Ogólnie przesadna opalenizna bardzo podkreśla zmarchy i wygląda tandetnie.

Remedium? Zrezygnować ze szkodliwych nawyków... Bez tego - krok do przodu, dwa do tyłu. Warto wdrożyć detoksykującą dietę, zainteresować się eksfoliacją, może jakieś zabiegi sprzyjające odnowie komórek skóry. Obawiam się, że zwykłe peelingi i kremidła z drogerii niewiele tu pomogą, trza wytoczyć cięższy oręż...

Jeżeli chodzi o włosy, to wprawdzie genetycznych uwarunkowań się nie przeskoczy, aleee można trochu powalczyć :) Przede wszystkim nie rozumiem tego dziwacznego społecznego imperatywu do ścinania włosów na krótko jak facet, albowiem rzekomo "w pewnym wieku" to już "nie wypada" nosić długich. To jest chyba najgorszy, a wciąż jeszcze prężnie funkcjonujący zabobon dotyczący wyglądu w wieku 35+! Prawda jest taka, że piękne długie włosy ZAWSZE są ozdobą kobiety, nawet w wieku 80 lat. Faktem jest, że nie każda może sobie pozwolić na długie włosy ze względu na ich objętość i kondycję, ALE to nie oznacza, że musi się strzyc jak chłop albo "na kalafiora" tudzież "na pieczarę"... Jest tyle fajnych fryzur, a doprawdy nie wyobrażam sobie, żeby przaśne krótkie włosy przydały komukolwiek powabu - chyba, że dysponujemy idealnymi rysami twarzy i nobliwie ukształtowaną czaszką na smukłej szyi (vide Winona Ryder lub Sinead O'Connor lub Natalie Portman). Ale powiedzmy sobie szczerze, że to raczej wyjątki, zresztą krótkie włosy nie sprawdzają się przy "cięższej" sylwetce, ponadto szyja i owal twarzy najszybciej tracą z wiekiem na jędrności - po co ten fakt dodatkowo eksponować??  Jeśli już koniecznie krótkie włosy, to przynajmniej celujmy w jakieś nowoczesne i zgrabne strzyżonko... Bezpieczniejsze są jednak nieco dłuższe fryzury - i im mniej wymyślnych fioków, lakierowanych hełmofonów, "pazurków" (zgroza!) i udziwnień, tym lepiej. A teraz ćwiczenie: proszę sobie obczaić piękne panie Cate Blanchett, Rosamund Pike, Courteney Cox, Angelinę Jolie Pitt, Monicę Bellucci, Nicole Kidman, Charlize Theron, Jennifer Lopez, Julianne Moore - długie lub półdługie włosy + w miarę minimalistyczna ich stylizacja niesamowicie komplementują ich urodę, nadają eteryczno-nobliwego nimbu. W krótkiej, pospolitej, wygryzionej fryzurze a'la pani Jadzia z sekretariatu straciłyby co najmniej jakieś 50% uroku i świeżości... A niestety większość pań w ich wieku lubuje się w takim uporczywym trzebieniu własnego wdzięku. A szkoda.

Pozwolę sobie jednak na wklejenie przykładu...




 

Cate ma niezmiennie nadobną fizys, ale cóż z tego - w krótkich włosach wygląda jak przeciętny babsztyl z dowolnego urzędu lub przysłowiowego okienka na poczcie... A ten ciemny "kask" to już kompletna porażka! Efekt cioci - Kloci. Wieje sandałem i trąci myszą z kilometra. Cały urodowy potencjał Cate zgaszony jak niedopałek we flegmie.

Poniżej dłuższe jasne hery i - moim skromnym zdaniem - o całe niebo lżej, subtelniej, bardziej kobieco i świeżo... minimum 10 lat w dół.










 
Idealna ilustracja tego, że nie chodzi bynajmniej o wyglądanie jak płocha dzierlatka w wieku 40+ lat, ale o wyglądanie możliwie świeżo i korzystnie przy zachowaniu stosownej do wieku klasy. Zresztą 60+ i 70+ też nie "obliguje" do wyglądania jak sfatygowany mop...

Tego ścinania włosów nijak też nie idzie umotywować "tradycją", bo np. w XIX i na początku XX wieku kobiety (w tym moja babcia i obie prababki) do grobowej dechy nosiły z dumą piękne upięcia z długich pukli. Wyglądały w nich wspaniale i bardzo szlachetnie.

Co jeszcze? Jaśniejsze, bardziej naturalne i wielowymiarowe tony koloryzacji... Bo mało komu autentycznie pasuje lodowata, krucza czerń, która w naszej szerokości geograficznej nie wygląda zazwyczaj ani zbyt naturalnie, ani zbyt korzystnie, zwłaszcza w pewnym wieku, kiedy rysy twarzy i tak się wyostrzają (wyjątek stanowią kobiety o klasycznym zimowym typie urody w stylu "Królewny Śnieżki" z alabastrową skórą i ciemną oprawą oczu, ale umówmy się, że jest to raczej ciekawostka przyrodnicza, aniżeli krakowski gołąb na krakowskim Rynku). Równie "genialny" patent to tradycyjny balejaż - hit lat 90, "rozjaśniaczowy" żółty kurczakoblond, wszelkie żarówiaste rudości (ekhm, "napalona księgowa po przejściach pilnie pozna niezależnego pana na dansingi"...), zimne czerwienie, rubiny i oberżyny, po prostu jakiś koszmar. Klasyka starych prukw. "Wspaniale" eksponują popękane naczynka i wszelki rumień... Ehh. Z moich wnikliwych obserwacji wynika niezbicie, że bardziej służą dojrzałej urodzie stonowane, oscylujące wokół natury, subtelnie rozświetlone i niezbyt "płaskie" (w sensie jednolitego odcienia pozbawionego niuansów) kolory włosów.

3.) STYL.

Zahartowany w bojach, ściśle osobisty, spójny, dopracowany, oszlifion latami prób i błędów, uchlachetniony jakościowo - taki powinien być i takiego mogą zazdraszczać siksy ubierające się (przeważnie) jak klony swoich koleżanek... :) Oczywiście to tak pół żartem pół serio, ogólnie podobają mi się młodzieńcze stylówki, są może i niewyszukane, ale też bezpretensjonalne.

Ogólnie stylówka to tak osobnicza i delikatna kwestia, że nie zamierzam tu prawić morałów i uogólniać, co dla kogo najlepsze. Warto zawsze wziąć pod uwagę walory i deficyty własnej figury, swoją osobowość i tryb życia, podstawowa wiedza o typach kolorystycznych też się przyda. Należy z całą mocą wystrzegać się oczojebnej, lichej, jarmarcznej tandety, bazarowego blichtru i ogólnie złego smaku - uważam, że kobieta w pewnym wieku powinna już inwestować w rzeczy przyzwoitej/wysokiej jakości - nie mówię o szastaniu groszem przy byle okazji, mówię o sensownych, przemyślanych zakupach na lata. Zacna baza podrasowana gustownymi dodatkami, na które akurat mocnooo odradzam sępić grosza. Chińskie badziewie ze straganu - won. Głównie chodzi o biżuterię, torebki, buty. Ale też o fryzurę, paznokcie... Odpryśnięty lakier ujdzie na klimatycznej małolacie, ale dojrzałe babeczki winny pilnować starannego manikiura. Hybrydy to już taki standardzik powoli. To są takie drobne "sygnaturki", a jednak bardzo wymowne.

Nie jestem też wielką fanką "ostrych" emo czterdziestek, zafiksowanych na niskobudżetowym "mrocznym" klimacie rodem z gimbazy... krótkie spódniczki w kratę, rajstopki kabaretki, glany, ciemne strąki w charakterze fryzury. Alternatywny styl jest super, zwłaszcza jeśli się "wyrosło" na gruncie cięższej muzyki i chce pozostać "tró" - ale błagam, taki styl również można zaprezentować w sposób bardziej wysublimowany... Kostka z naszywkami na grzbiecie trzydziestopięcioletniej kobity wygląda, moim skromnym zdaniem, żałośnie, i kojarzy się z menelnią dworcową sępiącą na fajki i jabcoka.

W niektórych artykulinach zalecają "odmłodzenie instant" poprzez wbicie zadka w obcisłe poszarpane dżinsy i wskoczenie w szpile. Czy ja wiem..? Byłabym ostrożna z takimi drastycznymi zabiegami na ałtficie, gdyż efekt może być groteskowy i wionąć niesmaczną atencyjnością. Albo się to czuje, albo się tego nie czuje. Stare wygi, które na niebotycznych obcasach całe życie latały - spoko&zazdro&gratki, ale trudno o bardziej pożałowania godny widok, niż desperatka za wszelką cenę usiłująca utrzymać pion w szpilutach (ach, te ugięte kolanka! soł seksi). Widać to zwłaszcza w programach typu "łabędziem być" - przychodzi taka zahukana kobita - i zahukują ją jeszcze bardziej, robiąc z niej na siłę agresywną pstrokatą seksbombę z cyckami na wierzchu, przytłaczając totalnie... Smętne to. Dlaczego wszystkie te "metamorfozy" urabiają te biedne baby wedle jedynej słusznej matrycy..?? :(

4.) BRWI.

(W)BREW pozorom odgrywają sakramencko ważną rolę w ogólnej prezencji naszej fizjonomii - zależnie od kształtu i zarysu ubrwienia może być ona postrzegana albo jako symetryczna, klasyczna, atrakcyjna, regularna, dostojna, młodzieńcza, wyrazista, myśląca, radosna, figlarna... lub sroga, smętna, mdła, bezmyślna, wiecznie zdzwiwiona, malkontentna, wredna, gnuśna etc. :)
 
Ja tam się "bez brwi" z domu nie ruszam... :3 Chrzanić mejkapy, ale dobra brew musi być!

Kiepskie brwi są w stanie zmaścić całą twarz. Przez kiepskie rozumiem przede wszystkim ledwo widoczne PRZESKUBANE nitki/plemniczki poprawione kredką lub czarne, siermiężne, płaskie, graficznie wyrysowane tzw. 'scouse brows'. Nie dość, że to masakrycznie postarza, to jeszcze ZAWSZE wygląda po prostu FATALNIE i niestety kojarzy się mocno z brunatnymi od solarium lampucerami z dyski w wiejskiej remizie... brrr.

Jeśli Bozia/Matca Natura poskąpiła wyględnych brwi, to luzik arbuzik, gdyż ponieważ mamy obecnie do dyspozycji multum środków zaradczych - od odżywek stymulujących porost gąsienic, poprzez odpowiednie kosmetyki kolorowe (wilgotny cień/pomada + ścięty skośnie pędzelek + mascara brwiowa = dobra brew), hennę, aż wreszcie makijaż permanentny (w wersji microblading).

I zawsze lepsze zbyt gęste i grube, niż zbyt liche i chude. Lepiej wyglądać zawadiacko jak Frida niż bezbarwnie jak średniowieczna Mater Dolorosa. Byle nie ciapać zbyt ciemnym i zbyt rudym produktem, to będzie ok. Aha, no i jeśli się jest szczęśliwą posiadaczką naturalnych gąsienic, to czasem minimum regulacji (luźne pojedyncze kłaczki!) bywa konieczne.

Poniżej wymowne przykłady:



5.) SZPACHLA.

Brak - źle. Nadmiar - jeszcze gorzej. 

Ładne zęby, jasna wypielęgnowana skóra, kształtne brwi i rzęsy (np. delikatne 1:1), gładkie nawilżone usta, muśnięcie różem (polecam te w kremie) - tak prezentuje się atrakcyjna twarz. Jak widać, na "fundamenty" się po prostu pracuje codziennymi skumulowanymi przez lata staraniami. Ma być w efekcie lekko, naturalnie, subtelnie i świetliście. Jeśli usta są wąskie lub straciły z wiekiem na objętości i wyrazistości, można rozważyć zabieg estetyczny - ale wyłącznie taki, którego efekt będzie delikatny i dyskretny. Generalnie, medycyna estetyczna wporzo, ale znajmyż umiara. Zapadnięte usta kojarzą się troszku z denatką bez sztucznej szczęki na katafalku, ale jeśli alternatywą mają być wary wywalary wulgarne niczym tyłek pawiana - to już lepiej być ikonicznie wąskoustą.

Uważa się powszechnie, że młode dziewczyny powinny uważać z makijażem, żeby się nie postarzyć - więc... co dopiero stare dziewczyny, hah! Pół biedy wyglądać jak 18 zrobiona na 30. Gorzej mieć 50 i wyglądać jak ryczące 70 na sanatoryjnej potańcówce. Leciwa pudernica z za ciemnym podkładem, chudymi czarnymi brwiami i perłową szminką na sztucznych zębach i sztywnym pompadurem na czerepie... mrał, Józek, kopśnij mie ta wiagra <3

Co tu wiele deliberować - szpachlą na pół cala nie przydasz sobie powabu. I nie nadrobisz braków w pielęgnacji. Trzymamy się tedy zacnej jakości, naturalnego świeżego efektu, minimalizmu i prostoty.


:) Takie tam moje luźne bjuti pierdololo! Druga część in progress...

7 komentarzy:

  1. Jak mi brakowało takiego wpisu!! Czekam niecierpliwie na dalsza część!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A np. Małgorzata Kożuchowska czy Halle Berry? Krótkie włosy nie odjęły im, moim zdaniem, kobiecości/uroku/sexapaelu. Wręcz przeciwnie: klasa, indywidualność, wyrazistość - next level normalnie. Wreszcie zaczęły być "jakieś" bo z długimi włosami choć ładnie to jednak bez charakteru, poprawnie po prostu. w krótkich włosach wolę też Ginnifer Goodwin, Michelle Williams, Katarzynę Zielińską. Pozdrawiam i czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... tutaj chyba rozstrzyga kwestia osobistych preferencji, ponieważ Kożuchowska bardziej mi się jednak podobała w długich, a Halle Berry w długich kręconych - no bogini po prostu! Ale przyznam, że panie, które wymieniłaś (zwłaszcza K. Zielińska!) prezentują się korzystnie w krótszych fryzurach - choć nie powiedziałabym, że je to "pomłodziło", raczej właśnie przydało powagi i swoistej "siły autorytetu".

      W ultrakrótkich porażająco PIĘKNIE wyglądała Sinead O'Connor, ale wiek, dodatkowe kilogramy i bagaż życiowych doświadczeń odbiły się na jej twarzy i już nie ma tego "efektu wow"... Zapuszczenie włosów "spospoliciło" natomiast Natalie Imbruglię, Faye Wong, Shannyn Sossamon.

      Jednak tak ostatnio poczyniam intensywne obserwacje w rzeczonej kwestii i u pań 35+ zdecydowanie dominują już boby/pazie/krótkie fryzury, a po 45. r.ż. niemal 80% krócizny bez polotu, powyżej 60. strzyżenie "na chłopa" (z ewentualnym ondulem) 99,9%... I na tle tych wszystkich grzybków taka Yasmina Rossi czy Daphne Selfe wyglądają zaiste jak istoty pozaziemskie, w wybitnie pozytywnym tego słowa znaczeniu :)

      Pozwolę sobie jeszcze tytułem podsumowania przytoczyć słowa Mistrza Sapkowskiego:

      "Piękne, długie i rozpuszczone włosy były rzadkością, wyznacznikiem pozycji, statusu, znakiem kobiety wolnej, pani samej siebie. Znakiem kobiety niezwykłej - bo "zwykłe" panny nosiły warkocze, "zwykłe" mężatki ukrywały włosy pod czepcami lub zawiciami. Panie wysokiego rodu, wliczając królowe, trefiły włosy i układały je, Wojowniczki strzygły się krótko. Tylko druidki i czarodziejki - i nierządnice - obnosiły się z naturalnymi grzywami, by podkreślić niezależność i swobodę." (Krew Elfów)

      Wg mnie w długich rozpuszczonych włosach jest jakaś pierwotna dzikość, naturalne zmysłowe piękno, tajemniczość. Ponadto wymagają one o wiele więcej cierpliwości (czas potrzebny na zapuszczenie) i troski (pielęgnacja), niż nieskomplikowane "męskie" cięcia - na długie włosy poczekam jeszcze minimum rok, a krótkie mogę mieć za pół godziny... :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jeszcze pisne niesmialo, ze fryzura zalezy od 'gatunku' wlosow - np. z moich przerzedzonych piorek grzywy do pasa nie wyhoduje, chocbym pekla.

    A tu bonus +/_ na temat: https://warningcurvesahead.com/2016/06/04/24-things-women-over-30-should-wear/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Papuch, odkąd mi tarczyca siadła to też nie grzeszę bujnym włosiem i hery do pasa mogę se co najwyżej z pinteresta ściągnąć jako nierealne inspo :) Ale włosy powyżej linii podbródka raczej już u mnie nie zagoszczą; może mój introwertyzm ma tu coś do rzeczy, bo lubię mieć możliwość bycia symbolicznie odgrodzoną od świata kurtyną z długiej sierści :P

      Bonus zajebisty, puenta wspaniała.

      Usuń
  4. Kiedy nie wejdę, to cię kocham :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że z wzajemnością? :P Swoją drogą Maju, poczytałabym coś Twojego - i trochę nie chce mi się wierzyć, że nic już nie piszesz... :>

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger