15:34

De medżik pała of selfwkurw.

Niedawno dopadł mię taki uogólniony kryzys... Frustracja i nerw na wszystko, szczeniackie kontestowanie wszystkiego. Zmęczenie materiału. Unużenie, unudzenie i rozdrażnienie. Ale to był taki czas, o którym od początku wiedziałam, że wiedzie do czegoś lepszego. Wiecie, taki "skis" dotychczasowych wartości, koniec jakiegoś cyklu, przewrót, rewolta, rewidowanie - aby odświeżyć, poprawić, zrobić krok konkretny SUS do przodu. Pozwoliłam se zatem potaplać się w tym jałowym zgnuśnieniu przez moment, nabrać de medżik pała of selfwkurw aż po samą kokardę, i wreszcie pozwolić się naturalnie wynurzyć z burzliwie bulboniącej magmy rozgorączkowanych myśli - najważniejszym konceptom i planom.

Z chaosu i degrengolady wyłania się nowy porządek. Kosmokuźwagonia. Zgnuśnienie i rozmemłanie minęło, wyparte przez spójną wizję sensownego celu. Pojawił się zapał do działania.

Tak to u mnie z grubsza wygląda :) Pozwalam sobie zanurzyć się w takim marazmie, ale nie pozwalam sobie w nim tkwić - muszę jednak poznać, skąd się wziął i jakie remedium powziąć na niego. Metaforycznie mówiąc, obracam gały do wnętrza czaszuni i badam wnikliwie, co tam się kłębi. Co z tego należy zutylizować, a z czego można coś fajnego ukręcić. 

Ot i wszystko.

A, jeszcze cierpliwość i determinacja - ostateczny warunek pozytywnego wzrastania. Nie liczmy na nic trwałego trybem "z wtorku na środę", proces toczy się swoim rytmem, skoki rozwojowe - owszem, ale pomiędzy nimi mozolne tuptanie... czasem ślepa uliczka i cofka... regularne weryfikowanie kierunku... 

W zasadzie nuda ;)

Dlatego właśnie osoby oczekujące łatwej i natychmiastowej gratyfikacji najczęściej osiadają w życiu na mieliźnie "niedasiów" i kończą jako towarzysko męczące, stale jojczące, a nierzadko sączące jad, zawistne i złośliwe pipy grochowe. Meble barowe. Wieczne wannabies. Narcyziątka z dotkliwie zadraśniętym przerośniętym ego, nad którym będą dożywotnio chlipać...

Pasożyty energoinformacyjne. Paszły won ode mnie.

Chyba, że jakimś cudem zmienią nastawienie (aczkolwiek nie liczyłabym na to jakoś specjalnie).

***

Ha!

Ostatnio z trudem powściągnęłam impuls skasowania fejzbuczyna. Podziwiam ludzi, których wciąż rajcuje to regularne umizgiwanie się przed innymi (którzy zasadniczo i tak mają ich w dupie, bo są skupieni na własnym lansie)... Serio... Poza paroma wyjątkami (wychrzaniłam z feeda praktycznie 90% postów, odlajkowałam martwe stronki i znajomych - pokemony)  jest to dla mnie na chwilę obecną mega nużące i drażniące medium. Żal mi tracić czasu na czcze treści - i jednym z moich absolutnych priorytetów jest odcinanie czystym cięciem lasera wszystkiego, co dybie na mój czas i energię, nie oferując nic dobrego w zamian. Pozostawiłam zatem po wielu dywagacjach tego nieszczęsnego fejsa... ale obdarłam go z "chwastów" i nie mam potrzeby kompulsywnego sprawdzania codziennie - absolutne minimum. Maile też sprawdzam raz, góra dwa dziennie. Nie jestem dyspozycyjna na każde cudze "byle pierdnięcie" - cenię sobie swoje zasoby wysoko, a już czas, zdrowie i energię - najwyżej, są one zarezerwowane w pierwszej kolejności dla najbliższych, w tym dla mnie, bo jestem sobie baaardzo bliska, ze sobą samą mam jedyny pewny związek aż do grobowego wieka.

Zdrowy egoizm i świadomy, zrównoważony sybarytyzm, ustawiczne optymalizowanie swojego funkcjonowania. Slow life. Życie we własnym rytmie (niekoniecznie wolnym! po prostu własnym!), na własnych warunkach, a nie pod dyktando wszystkowiedzących innych. Delektowanie się prostym, zwykłym, darmowym szczęściem na co dzień, smakiem kremu ciasteczkowego wprost z wielkiej łychy, a przy tym dbaniem o siebie BO CHCĘ, a nie przez idiotyczną presję i obsesję bycia helfi&fit&aktif... rzygam już tymi KOLEJNYMI sprzecznymi objawieniami mesjańskimi w postaci kolejnych diet-cud... owczy pęd... węglowodany takie zue - szkoda, że przy mojej fiksującej tarczycy redukcja węgli to byłby totalny strzał w kopyto, no ale domorosłe eksperty z neta wiedzom lepi. Zielona herbata niby sama zdrowość, żłopmy ile wlezie - spoko, szkoda, że po zielonej herbacie chce mi się wymiotować i żołądek się skręca w boleściach. Kasza jaglana taka zajebista, panaceum na wszystko, żryjmy do oporu! Again - nie w nadmiarze przy mojej tarczycy... Ehh. Interesują mnie tematy związane z właściwą paszą, ale nie jestem materiałem na bezkrytycznego, radykalnego, wojującego i zaślepionego w swej gorliwości neofitę - nie porzucam swojego rozumu na rzecz każdej chodliwej nowinki i zdania anonimowego miliona much. Umiar to jednak cnota, panie tego. Podobnie, jak pewna doza sceptycyzmu względem przejściowych mód...



3 komentarze:

  1. Wpis tak cudowny i cieszę się, że nie jestem sama! Taak, wszystko ma być fajne, piękne i fit, a co jeśli nie zawsze mi się chce, a co jeśli moje podjadanie wygrywa, a co jeśli nie chcę być idealna i po prostu nie zawsze chce mi się malować ryło? I wszystko opada.. Internetowy i radiowo telewizyjny detoks stosuję i sama polecam, mam dość bezmyślnego gapienia się w ikonki i czytania co raz to większych bzdur.. Mniej, a bardziej treściwie, cenię życie i tę chwilę, że tak filozoficznie powiem. Dziękuję za te słowa!

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja też dziękuję!Jestem z tych co czytają nowinki dotyczące zdrowia,ale...między tym jest tyle gniotu,sprzeczności że ostatnio doszłam do wniosku że im więcej czytam tym głupsza się staję.Słucham więc swego organizmu a nie oświeconych(nawiedzonych)uzdrowicieli z netu.Jem to co lubię i co mi nie szkodzi tak jest git.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakbym czytała o sobie! :)

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger