11:49

Galopująca mizantropia i inne takie.

Hejka.

Ostatnio przechodzę jakieś apogeum galopującej mizantropii, no po prostu mam ludziowstręt jak cholera... ale żeby taki całkiem idiopatyczny, to nie powiem :<
I popadłam w totalne znudzenie internetami, a w szczególności społecznościówką. Wciąż lubię se popatrzeć na wysublimowane estetycznie obrazki i poczytać inspirujące treści, ale zniechęca i przytłacza mnie to całe mooorze szitowia, przez które się trzeba przedzierać. Juciub wysrywa mi co rusz propozycje makijaży "na co dzień", w których czułabym się jak klaun, propozycje filmów jutuberek "urodówek", które ze skóry już po prostu wychodzą, żeby zainteresować publikę... mój osobisty hit - przycinanie sobie włosów na głowie i klejenie ich nad oczami w charakterze brwi(!), albo te wszędobylskie ohydne góry lakieru na pazurach, ambitne "wyzwania" pokroju "pisiont warstw samoopalacza"... eee, jakiś festiwal masowego zdurnienia, czy ki czort? I to robią lasie, których kontent był kiedyś naprawdę całkiem sensowny... A teraz? Stare baby Dorosłe kobiety upychają do miniaturek infantylne kiczowate ikonki, trzaskają (w swoim mniemaniu chyba słitaśne?) minki jak z jakiejś żenującej pantomimy dla niedorozwiniętych umysłowo... :/ 

Nie, nie, nie.

Wybaczcie mi tę fazę na bycie takim rozjuszonym negiem - to przejściowe, wooot... taki tam kryzysik przed kolejnym skokiem rozwojowym, fin de siecle, czy cuś... na szczęście jestem na tyle cywilizowana, że nie piszę nigdzie hejterskich komciów - ale com se poansubowała, to moje... :) A tera jeszcze mam potrzebę se ulać na blogassku, bo blogassek to także namiastkowa forma kozetki...

Czuję obecnie uogólnioną, przemożną potrzebę redukowania, oczyszczania i upraszczania. Rzeczy, ludzi, bodźców. Moja szafa drastycznie schudła - a ja paradoksalnie nagle "mam co na garba wciągnąć". Moje estetyczne sympatie zdecydowanie odpływają od udziwnień i "nabżdżenia wszystkiego na bogato" i dryfują w kierunku surowej ascezy kolorystycznej, klasyki, jakości, prostoty, ponadczasowości - ale niekoniecznie spospolicenia - chyba wręcz przeciwnie, bo szykowna prostota niesamowicie koi oczy na tle nawału pstrej, modnej, taniej sezonowej tandety. Wreszcie pojęłam, że to ubiór ma być subtelnym dopełnieniem dla mnie, a nie mnie przytłaczać - paradoksalnie w oszczędnych rozwiązaniach stylówkowych czuję się dobrze "wyeksponowana" jako JA; coraz mniej we mnie imperatywu substytuowania sobie "charyzmy" przekombinowanymi ałtfitami i toną dodatków. Im mniej mam czasu, tym bardziej go sobie cenię i żal mi go tracić na:

- konsumowanie pokładów kałtentu z mediów wszelkiej maści (celebrycki lajf, szybka moda, ploty, sensacje, wiadra pomyj, wojenki i pyskówy od polityki po wybory żywieniowe)
- jałowe lub zgoła szkodliwe relacje, oparte wyłącznie na jednostronnych staraniach i wiecznych ustępstwach
- psującą krew, frustrującą robotę
- niezadowalające estetycznie otoczenie
- "perfumy" - a raczej pachniuchy za dwie dychi, obowiązkowo z nutą kociej kuwety (sorry, nie jestem snobką, ale musiałby mi naprawdę kolosalny mamut nastąpić na narząd powonienia, abym nie wyczuła różnicy pomiędzy bazarowym psikadłem a markowymi perfumami)
- gromadzenie klamotów, o które potem się potykam i mam wincyj do sprzątania
- noszenie "po domu" starych skulkowanych łachów
- trzymanie pięknych ubrań i przedmiotów na "specjalne okazje" (ciekawe jakie, własny pogrzeb i stypę..?)
- odkładanie marzeń i planów na "kiedyś"
- pielęgnowanie Wewnętrznej Dziadówki (stanowczo uważam, że "chytry dwa razy traci" i "co tanie, to drogie" - tak strasznie żal ściska dupkę, żeby jednorazowo zainwestować grubszy hajs w porządne buty na kilka sezonów, pięknie odszyty płaszcz, torebkę lub dobre serum do twarzy, ale za to ochoczo szastamy groszem na kolejne bzdury - trzeci rozświetlacz, piąte szamponidło, dziesiątą odżywkę do włosów, kolejny peeling na promce w ross, wór "całkiem niezłych, za tę cenę" łachów z lumpa, okazyjne chińskie sandałki z plastiku etc.) 

Chaos na zewnątrz lubi się podstępnie wkradać do umysłu, niestety... Na mnie takie kiepskie feng shui działa z mocą wołu - nic mi się nie chce, nie potrafię zebrać myśli ani wykrzesać z mózgownicy jakiejkolwiek kreatywnej iskierki... Jestem rozdrażniona i zmęczona. Regularne oczyszczanie przestrzeni jest niesamowicie terapeutyczne, jednak trudno uporządkować swoje życie "z wtorku na środę", dlatego u mnie ten proces zachodzi w "rzutach", przypomina torsje przy zatruciu - i właśnie na uczucie strucia polecam solidną serię chlustającycyh womitów :)

Pozdro szejset, odezwę się wkrótce!



Toyad & Weltszmerc.

...ale moje brwi nigdy nie będą minimalistyczne :P










8 komentarzy:

  1. Tak samo jest u mnie,internety mnie nudzą lub ogłupiają,jeśli chodzi o szafę, w tym roku z wiosny wywaliłam trzynaście worów.Promocyjki na mnie nie robią wrażenia co do szamponów to szukam ideału i trochę tego się zbiera co to po dwóch razach zostaje nominowane jako płyn do podłogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, no to pewka, jak szukam odpowiedniego produktu pod siebie to też zdarza się "umoczyć" z szajsem - niestety, kosmetyki zachwalane jako hiciory w necie, u mnie okazują się często bublami... :/ ALE jak znajdę swojego ulubieńca to już unikam eksperymentów :)

      Usuń
  2. Do minimalistki jeszcze mi daleko, ale staram się oj staram. Bić po łapkach które sięgają po kolejny kosmetyk, zapominać karty do bankomatu i powtarzanie jak mantrę:nie potrzebujesz tego, nie potrzebujesz tego, nie potrzebujesz tego. A brwi słusznie że nie minimalistyczne bo wyglądasz zajebiście !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak naprawdę większości kupowanych spontanicznie pierdół NIE POTRZEBUJEMY. Najlepszą metodą jest NIE ŁAZIĆ w niebezpieczne rejony (galerie, lumpy) i nie kusić gał... ;)

      Brwi to mój ulubiony element mojego ryja, więc podkreślam je ile wlezie :3

      Usuń
  3. Jakbym czytała o sobie.. Wolne od uczelni i prawie całkowity detoks od internetow, wiadomości..ktory bardzo mi służy. Stylowkowo kocham minimalizm, orientalne wzory i wybieram to czego aktualnie potrzebuje i w czym sie dobrze czuje. Aczkolwiek zauwazylam paskudna rzecz im bardziej jestem zmeczona tymm chetniej pykam głupoty po kanałach i nie tylko. Niby wiem co musze zrobic ale tak bezsensownie trace czas. I jeszcze jedno: piszesz rzadko, ale tak dobrze i konkretnie,ze chyle czoła!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już jakiś czas temu zauważyłam, że natłok (głównie przygnębiających, niestety...) informacji i doniesień z kraju i ze świata mnie niesamowicie drenuje z energii - i zaczynam się bać swojego cienia, bo przesiąkam przekonaniem, że świat jest okropny a ludzie źli. A jest to tylko jakiś wycinek rzeczywistości - prawdziwy, co przykre, ale obok tych wszystkich strasznych rzeczy i klęsk dzieją się też dobre i budujące, a o nich jakoś mało się wspomina... :/ Powiedziałam sobie, że przechodzę na dietę informacyjną i tak też zrobiłam. Jednak po odsunięciu "wiadomości" okazało się, że podobnie wysysa moją energię wszędobylska mielizna intelektualna - plotkarskie niusy, jadowite hejty, skupianie się wyłącznie na powierzchownych wartościach (wygląd, lans, kasa)... Zrobiłam czystki w streamach i odczułam ulgę. Ale nie na długo... w poszukiwaniu duchowej strawy rzuciłam się na materiały "kołczingowo-motywacyjne" - i co? Tutaj też spore rozczarowanie... Trywialne slogany, czcze pitu pitu, no i oczywiście zapłać nam kokosy za warsztaty a w trzy dni uczynimy cię człowiekiem sukcesu... wszędzie praktycznie to samo, pełne patosu lanie wody i zero konkretów.

      Cóż mi zostało? Spacer i wietrzenie łba :)

      Dzięki za słowa wsparcia, bardzo mi miło, że moja pisanina nie jest miauczeniem kota na puszczy... ;)

      Usuń
  4. Poproszę o post z Twoimi stylówkami. Pliss :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się coś takiego sklecić wkrótce ;)

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger