13:30

Co się dzieje temu Toyadu? De profundis, czy jakoś tak.

Co się dzieje temu Toyadu? De profundis, czy jakoś tak.

Co się dzieje temu Toyadu..?

Nikt nie pytał, ale i tak Wam powiem... 🙃




*

Ostatnimi czasy moje życie jest gładkie na powierzchni, niby żadnych spektakularnych fal wznoszących ni opadających, ale nie dajmy się zwieść temu pozoru. Albowiem pod tą szklistą taflą dzieją się takie rzeczy i buzują takie prądy, że łojezu. Łolaboga. Łooo.

Powiem jedno - to nie jest kit z tą Indywiduacją u Junga. Oj nie jest... Powszechnie mówi się o "kryzysie wieku średniego" i pojmuje go przaśnie a nagniotkowo, ot, głowa siwieje dupa szaleje. Możliw, że u części osób właśnie tak się to objawia, ale jest to bardziej tchórzliwa ucieczka od Nigredo, niźli "kryzys", aka moment z potężnym potencjałem wzrostu. Skok w nadświetlną do drugiej, zajebistej, własnej, świadomie własnej przygody zwanej żyćkiem.

Ale pierwej... zamiast spierdalać przed dyszącą w kyrk eschatologiczną trwogą połowy żywota, musisz się zatrzymać i spojrzeć w otchłań, a ona w ciebie. To trwa chwilę, którą odczuwasz jak wieczność. Wszystko się dookoła zaczyna sypać, nic nie ma znaczenia. Patrzysz na to, czym "żyją" inni ludzie, jak przez grubą kuloodporną i wygłuszającą szybę. Polityka... Gierki cynicznych starców na zejściu ze sceny. Konsumpcjonizm jako proteza tożsamości i lepszego Ja. Pogoń za wieczną młodością, za insygniami "statusu", wieczny haj wiecznego delulu, jakieś płoche romanse i gonienie króliczka, jakieś internetowe trybalizmy, otumanianie się kolejnymi objawionymi spiardolinami kołczów z Bali... Ciężkie powieki, ciężki sen. A komu dzwoni budzik?

Myślę, że wielu.

Wąpierz też długo nie mógł skumać, co się z nim dzieje. Że burnout? Depresja? Może niedobory piergwiastkuff? Po prawdzie wszystkiego po trochu, ale wspólny mianownik był jednak inny.

Nigredo.

Jak każdy szaman musisz znijść na samo dno, przeżyć swoje symbolicznie unieżywienie, po czym dokonać alchemicznej transmutacji swojego Ja. Stare kości rozsypują się w żałosne gruzy, ale z tej marnej burej mazi w magicznym tyglu przemian powstaje nowy, zajebisty, niezłomny tytanowy szkielet, także ten moralny :) I mean, hopefully...

To, co piszę o tym tracącym znaczenie doczesnym szicie to oczywiście wyraz mojej ponurej perspektywy z niskiego kręgu Inferno-Nigredo. Ale spokojnie, Ciemna Noc nie skutkuje przemianą w wyższościowego uduchowionego kutasa z wielkim Ego w permanentnym wzwodzie, to tylko taka faza ;) Jak pokonam wszystkie stopnie i wylezę na powierzchnię, to odzyskam zapewne radość z doczesnej warstwy doświadczania życia. Tylko, że będzie to już inny rodzaj radości, bardziej świeży, dziecięcy zachwyt mistyka, niż kurczowe głodowe wrzepianie się w to z poczucia wewnętrznego braku i deficytu...

Boszę, tak to czytam i serio nie wiem, czy ktokolwiek coś z tego skuma...

Sama jestem raczej dość pragmatyczna, racjonalna i logiczna, ale czasami odpala mi się moja wizjonersko-poetycka akwariańska nadosobowość i zaczynam pieprzyć jak potłuczony Sfinks... nawet pogruchotany nos się zgadza ;)

Wybaczta zatem, musiałam se upuścić tutaj mojej filozoficzno-egzystencjalnej juchy.

Jak rezonujeta z tym pierdololo to super, jak nie to też super, no i pozdro!





19:14

Romantyzowanie, normalizowanie, sraniewbanie.

Romantyzowanie, normalizowanie, sraniewbanie.
Khem.

*
Yyy... Żywiem.

Wąpierzy licho nie bierze...

Bożęciu, ależ mnie tu długo nie było, pajęczyny wszędy, o truchła toperzy potykają się me kościste stopy, ugh!

W tym roku stuknęły mi 340 urodziny. Otóż, w perspektywie wampirzej jestę taką ot, starszawą młodzieżą, co to ledwie z pryszczy wyrosła. Ale w perspektywie człeczej jestę już wcale antycznym eksponatem! Piwniczne smalce w kilkudniowych skarpetach spod szyldu czerwonego dropsa twierdzo, że od 15 lat nie powinnam już mieć pulsu ani odbicia w lustrze. Ale, karwia, mam jedno i drugie, i w przeciwieństwie do nich - optymistyczne widoki na długowieczność (zacne geny milordzie, jak ślepej kurze ziarno).

Enyłejz.

Czy mam w związku z byciem geriatryczną młodzieżą garść refleksji? A możliw.

Przechodzę dość interesujący etap. Dwa lata temu powiłam szczęśliwie dziecię #2, tym samym zamknęłam z ulgą zakład (re)produkcyjny, uff. :) Taki był plan, plan zrealizowan, Wąp ukontentowan. Widzę też już powoli nowy horyzont i brzask nowego dnia nad styrtą pieluch, że posłużę się taką wyszukaną metaforą... ;) Dużo się w tym czasie przewartościowało, dużo się dzieje pod powierzchnią. Na zewnątrz jeszcze nic nie widać, bura gleba panie, bo dopiero świeżo zasiane, orka w ciszy, ciepełko kokonu, podlewanko, czekamy. Czasami męczy takie liminalne zawieszenie, takie limbo między starą wersją siebie a nową, która się dopiero wyłoni... wykokoni. Jak feniks z błota. Ale cóż, reset, cierpliwość, ładowanie akumulatora. Wszystko w swoim najlepszym czasie. Narwanemu z natury Wąpierzu trudno jest CZEKAĆ, ale cóż, musi.

A tak bardziej zrozumiale mówiąc... Chyba mam swoisty kryzys egzystencjalny. Ale nie taki przaśny jak z clickbaita Onetu, że olaboga łeee zmarszczkiiii i randomowe janusze i mietki z łapanki przestaną mie doszczegać i zaszczycać (lol) zwrokiem pożondliwem a zamiarem potencjalnem koitalnem.

Nie, karwa. Litości.

Chodzi mi raczej o duchowo-filozoficzny, ontologiczny wymiar poszukiwania jakiegoś wyższego sensu. Jakby stare tożsamości oparte na jakichś pożyczonych iluzjach deluzjach (ilulu delulu) skruszyły się i odpadły, a w buzującej magmie tworzy się coś nowego.

Nie wiem, może tak trochę z dupy enigmatycznie poetyzuję i romantyzuję, ale... tak to widzi Wąpierz. (...and that's how Wąp C's it ;))

Najgorzej, że łączy się to i zazębia z pewnym burnoutem zawodowym. Nuży mnie digital marketing w wydaniu mało etycznego growth hackingu, świętego dyktatu algorytmów, jebanki pod szablony i frazy kluczowe... Srakaptaka. Tęskno za organicznym, niefiltrowanym contentem, który jeszcze pamiętam jako leciwy autochton internetowy (digital native). Człowiek miał poczucie, że znalazł szczere złoto, a tera wszędy tombak i paranoja, że każdy chce cię ojebać z czasu, energii, uwagi i kasy. Ya know..? :/ Zaczyna mnie już po prostu męczyć ten cały płytki matrix. Z drugiej strony jakby lubię generować piniondz bo piniondz generuje więcej swobody, więc no... Mam ten swój sabbatical teraz - i kminię.

Tym bardziej, że oferty pracy w branży kreatywnej aktualnie przyprawiają mnie o histeryczny rechot - zakres obowiązków dla co najmniej 5 stanowisk i to w dodatku zupełnie niepowiązanych, warunki finansowe jak dla juniora, ale za to w benefitach owocki, kawusia, papier toaletowy w klopie i brak dress code'u. No milusio. Nie zapomnijta o flexie przebywania w "młodym(?) dynamicznym(??) zespole" i możliwości zdobycia doświadczenia w "prężnie rozwijającej się firmie".

Serio... Rynek pracy jeszcze rok temu tak nie siorbał jaj razem z kutangiem, jak tera. Pfui.

To mnie tylko jeszcze bardziej pcha w kierunku jakiegoś self-employment...

12:00

Bish, stop yapping and oversharing. Czyli uszczelnij jadaka, babo.

Bish, stop yapping and oversharing. Czyli uszczelnij jadaka, babo.

Hejka!


*

Wężusie są piękne, lowciam wężusie. Ale wężusie mają też jedno niechlubne metaforyczne znaczonko. W związku ze swoją przyczajoną śliskością wija ukrytego w trawie i jadowitymi kłami ukrytymi w pyszczku.

Wjeżdżam z takim tematem na bazie okresu okołoświątecznego. Jak wszyscy wiemy, z rodziną i krewnymi to bywa... różnie. Z jednej strony człowieka ciągnie w ten czas do stada, a z drugiej obawia się m.in. włażenia z buciorami w swoje życie. No właśnie, ja o tym ostatnim... Podczytuję jedną gałką kilka specyficznych grupek na Fb i ostatnio zauważyłam spiętrzenie żalpostów dzierżących jeden wspólny sznit. Schemat wygląda następująco: 

(OP#1): Łełełee, jestem w depresji, chodzę na terapię, a matka/łojciec/babka się ze mnie wyśmiewa że sobie szukam problemów i mam się wziąć za robotę/szukanie męża.

(OP#2): Łełełee, podejrzewam u swojego dziecka autyzm/adhd, ale moja matka/łojciec/babka/ciotka/somsiadka mnie ofuknęła, że dziecku krzywdę robię wyszukiwaniem mu chorób.

(OP#3): Łełełee, moja matka/ciotka/babka/ktokolwiek krytykuje każdy mój pomysł i inicjatywę oraz plany, nawet kierunek wakacyjnych włajaży. Czo począć, ach czo.

I tak dalej, w ten deseń.

I tak się kuźwa zastanawiam. No PO WUJ dorośli ludzie, a w szczególności baby, bawią się tak ochoczo w wolontariat dostarczania toksycznym pociotkom tudzież wścibskim plotkarzom czy wszechwiedzącym Ciociom Dobrym Radom wrażliwych informacji ze swojego osobistego życia??? Serio pytam. Po co? Ile razy trzeba dostać mokrą ścierą na pysk, żeby się oduczyć kompulsywnego paplania o prywacie i potulnego przynoszenia diabłu amunicji? Wtf? 

To samo we wczesnym stadium randkowania. Kobita naiwnie myśli, że roztopi serce potencjalnego kochasia swoją bezbronną nadszczerością i wylewa nowo poznanemu, a więc de facto obcemu chłopu o niewiadomych intencjach i zamiarach, swoje dysfunkcyjne dzieciństwo, nałogi, że eksmąż ją poniewierał po ścianach, że jest zakompleksionym wrakiem samej siebie. BISH, STFU. Jeśli trafisz na toksycznego przemocowca, to wiedz, że takie zwierzenia są balsamem na jego uszy. Podajesz typowi na złotej tacy dokładniusie współrzędne i instrukcje, jak ma Tobą manipulować, gdzie są Twoje słabe punkty i na jaki makaron na uszach będziesz wyjątkowo łasa. Jeśli trafisz na dobrego i empatycznego faceta, wyjdziesz na biedną poranioną sierotkę budzącą litość i współczucie - a to też nie jest właściwa podwalina do budowania romantycznego związku. 

Nie, nie i jeszcze raz nie. Dość tego. Nie chodzi o to, żeby ukrywać przeszłość przed życiowym partnerem - ale na miłość boską, na takie rewelacje przychodzi czas PO ugruntowaniu ZAUFANIA i BEZPIECZEŃSTWA. A nie na dzieńdobry. Skoro istnieje dobry powód, żeby nie udostępniać obcym randomom (toksyczni krewni są emocjonalnie obcy i wrodzy) swoich wrażliwych danych osobowych i kontaktowych, to tym bardziej dobrze wszystkim radzę stosowanie podobnej reguły ograniczonego zaufania odnośnie swojej szerzej pojętej prywaty. 

Nie wszyscy (dotyczy też członków rodziny) mają na sercu nasze dobro. Stop telling bad spirits good news. Ludzie bywają zawistni, bezinteresownie wredni, nie lubią widzieć nas szczęśliwszymi/piękniejszymi/bogatszymi niż oni sami, chętnie storpedują nasze ambitne plany i zatrują nasze marzenia swoim gorzkim cynizmem. Ale pamiętajcie jedno - nie mogą spiergolić czegoś, o czym nie wiedzą... :> 

Tako rzecze Toyad. Zróbta z tym, co chceta. Adieu!


* - Photo by Christian Rosi on Unsplash

16:33

Dziewczynko, dziewczyno, kobito, matko, człeku, a WSTAŃ z karnego jeżyka.

Dziewczynko, dziewczyno, kobito, matko, człeku, a WSTAŃ z karnego jeżyka.

Powitalim.

 


*

Czym jest struggle porn? Ja to rozumiem jako takie, brzydko mówiąc, brandzlowanie i "spuszczanie się" nad własnym cIenSzkIm ŻyWotEM pod publikę. Nie wiedzieć czemu, topos "lajf is hard and kopas dupas" jest przez całkiem spore grono uznawany za flex, szpan, powód do jakiegoś poczucia wyższości. Ostentacyjna zajętość 24/7, zarobienie, przemęczenie, gonitwa, umordowanie, poświęcanie się dla wzniosłej roli męczennika, cierpienie w nieszczęśliwym związku bo praffdziwa miełość to kanapki z emocjonalnym wpierdolem i wieczny psychiczny znój, egzystencjalny weltszmerc... I teraz oczywiście musi wjechać disclaimer, bo pewnie poodpalałam już komuś triggery. UWAGA: Nie uważam, że żyćko jest zawsze usłane różami i że powinno być wyfotoszopowane i insta-estetyczne, bo wszyscy chyba doskonale wiemy, że NIE JEST, ale totalnie nie o tym mówię. Keeping it real jest doprawdy spoko. Ale ja nie o tym. Mówię o ludziach, którzy UWIELBIAJĄ z własnej woli siedzieć na jeżu gołym dupskiem i UWIELBIAJĄ to swoje ostentacyjne męczeństwo. Mając możliwość z tych kolców po prostu zejść. Np.:

- narzekają na swój związek, wyliczają przywary partnera, ale zmienić coś, rozważyć rozstanie? Naaah

- mając jedno dziecko narzekają i jojczą, jak im ciężko i mają dość, po czym świadomie pakują się w kolejne pieluchy, żeby marudzić ze zdwojoną mocą...

- tkwią w gównianej pracy, strzykając na prawo i lewo frustracją, ale kiedy dajesz wskazówki np. odnośnie CV, podpowiadasz aplikację na konkretne stanowisko - NIEEE...

- żony narzekające że cały dom na ich głowie, a kiedy stary wykazuje jakąkolwiek pozytywną inicjatywę, ofukują go że same zrobią to lepiej...

Tak naprawdę chodzi mi po prostu o wolicjonalne bycie taką zewnątrzsterowną i reaktywną ofiarą. Mam wręcz wrażenie, że takie osoby PRZERAŻA realna poprawa własnej egzystencji, tak jakby lepsze żyćko miało odebrać im "prestiżowy" status szlachetnie uciemiężonej męczennicy/męczennika, odebrać jedyną tożsamość.

Ostatnio szczególnie obserwuję to na mamuśkowych forach, które niestety bywają totalnym raczyskiem. Igrzyska bólu, cierpienia i składanie się na ołtarzu poświęcenia (koniecznie tak, żeby wszyscy widzieli), aby wygrać okrawiony cierniolaur Matki Roku. A tak naprawdę nie chodzi o żadne mityczne dobro dziecka, tylko o - za przeproszeniem - pucowanie własnej ego-torpedy. Kutanga mającego odwrócić uwagę od niepewności, lęków, kompleksów, porażek. Ostatnie, czego dziecku potrzeba to sfrustrowana, wycieńczona, zagryzająca zęby rodzicielka, sadząca wściekłe kuksańce "rywalkom" (??), które ze spokojnym uśmiechem odmawiają sprintu w chorym wyścigu o szarfę Tej, Co Zawsze Wypruwa Flaki. 

Róbta co chceta, ale ja kocham i szanuję sloł lajf. Zapierdol mnie wypala w trybie ekspresowym, pchając w czarne kosmate łapy Depre. A kiedy Depre ściśnie mnie swoim obezwładniającym nelsonem, nie będzie ze mnie ŻADNEGO pożytku dla rodziny i świata. Żadnego. Od pewnego czasu w ogóle przeżywam znaczący szift w swoim majndsecie, zmianę paradygmatu mówiąc inaczej. Im więcej obserwuję, czytam, słucham współczesnych ludzi, tym mocniej i pewniej przytulam swój wewnętrzny ster, bo widzę ich zagubienie. Może to przez neuroodmienność, ale moim dominującym komentarzem jest ostatnio 'unrelatable'. Totalnie, totalnie mi nie po drodze z większością. I nie, nie uważam się za jakąś wielką płynącą pod prąd rebel imnotlikeotherpeople - cokolwiek. Nie. Szanuję heurystyki inne niż moja. No, na ogół... :) Ale w internetach ostatnio bywam rzaaaaadkim i coraz rzadszym gościem i ma to ścisły związek z moim wzrostem osobniczego poczucia szczęścia i zadowolenia. Wbijam na Instagram, trzy scrolle, spadam, nic tu po mnie. Jakaś kolejna samozwańcza kołczka wychwala otwarte związki, ok, whatever, unrelatable, bye. Następna wielka wannabe artystka fotografka wrzuca jelonka na rykowisku, ok, whatever, meh, bye. MakeUp Artist zaszpachlowująca babom resztki naturalnej urody i robiąca z nich klono-klauny. Nuda, nuda, wtórność, pozerstwo, nuda, nuda, można skisnąć. Idiokracja to nie komedia sci-fi, to proroczy dokument.

Jedyne, co będę szanować po dni ostatnie na Insta, to filmiki z kotami, fascynującymi miejscami na ziemi, zdrowa pyszna i nieprzekombinowana szamka oraz baaardzo obecnie rzadko spotykane edukacyjne treści z zakresu psychologii, ale nie wszędobylskiej przaśnej pop-psychologii i "rozwoju osobistego" oraz "kołczingu biznesu" dla nieudaczników próbujących sił w MLM. 

Poza tym ogólnie - jbć Insta.

Na TikTok jestem zdecydowanie za starym wampirem, odinstalowałam to badziewie szybciej niż zainstalowałam. Jak moje ziomki coś fajnego wyszukają, to mi ślą na priv. Ale całości nie dźwignę, noł łej.

Youtube. Youtube lubię bo sama wybieram sobie kontent który mnie interesuje, dzięki Premium nie mam irytujących reklam i mogę delektować się ASMR czy innymi dłuższymi, jakościowymi formami. 

Facebook - raczysko. Używam wyłącznie dla grup tematycznych, ale i tam niestety zdarza się syf, nawet w tych o drobnym sicie selekcji.

Mój szift polegał na narastającym wkurwie i znużeniu byciem zewsząd faszerowaną tą bezwartościową paszą, ogłupiającą i paraliżującą kakofonią sprzecznych opinii i sztucznych potrzeb, co przeszło w totalny kryzys własnego nieokreślenia, którego skutkiem było pewne zakokonienie się w regeneracyjnej izolacji od głupoty, co z kolei zaowocowało bujnym rozkwitem życia wewnętrznego, albowiem pofragmentowana na pierdyliony strzępów uwaga scaliła się na powrót w jeden zdrowy, silny byt, będący w mocy wygenerować gejzery kreatywności. A już myślałam, że to we mnie zdechło. Ale nie. 

Nie zdradzę na ten moment świeżego kierunku moich zainteresowań, albowiem lubię swoje pomysły i przedsięwzięcia troskliwie "donoszone", jak upragnioną wyczekaną wystaraną ciążę... ;) 

Tak że ten. Jak macie kryzys podobny do mojego, to odetnijcie się od pożeraczy uwagi i ogłupiaczy, kiedy minie ból detoksu, zaczniecie słyszeć i rozumieć własne myśli, odkryjecie pokłady własnych inicjatyw twórczych i jakiegoś takiego niesamowitego radosnego spokoju w głowie. Ot co.


* Photo by Leio McLaren on Unsplash







13:39

Nie zamietrzam schodzić z tronu świętego spokoju dla głupców. A WY?

  Nie zamietrzam schodzić z tronu świętego spokoju dla głupców. A WY?

Cześć Mordki!

*

Jak żywot? Dajecie radę?

Z mojej strony jeno szybki apdejt z gatunku życióweczka :)

Ostatnie pół roku było dla mnie bardzo intensywne i silnie obciążające psychę. Na szczęście błoga stabilizacja zamajaczyła już na horyzoncie, ba... już wita się z gąską!

Przeprowadzka zwieńczona sukcesem, Toyad gniazduje, organizuje, urządza. Zgubił pół dobytku w procesie (spakowałam wszystko, a mam wrażenie, że dojechało 70%), ale nic nie szkodzi. Weszłam w posiadanie palmy, o której zawsze marzyłam - jest fest konkretnych rozmiarów i ma na imię Teodora. Niestety, chyba nie odziedziczyłam po Mame „ręki do roślin” i trzęsę się, coby nie ukatrupić niechcący Teodory, choć wygląda na to, że miewa się doskonale i nawet wypuszcza młode listki! Początkowo walczyłam z moim kocurem, który uporczywie obrabiał jej dolne piętro liści kiedy nie „było patrzone”, a potem rzygał nimi malowniczo na dywan (bo po co na płytki czy panele, żeby było łatwiej ścierać). Uspokajam - moja palma jest nietoksyczna dla futrząt :) Zamówiłam wysoki mosiężny podeścik pod doniczkę i parówa futrzasta już do palmy nie sięga, a że jest z natury nieruchawa - odpuściła. Czepił się teraz obrabiania kanapy...

Mieszkam sobie przeto w spokojnym, odludnym, dość zielonym anturażu, z lasem za pasem oraz łąką pełną bażantów, co jest doprawdy miłą odmianą po pewnym zabetonowanym w opór krakowskim osiedlu. Łażą nam tu w okolicy dziki, sarenki, borsuki. Mam nadzieję, że żmij nie ma i jestem jedynym ślizgonem rewiru, hihihi. Cisza i spokój, tereny nieskalane jeszcze ludziem zanadto, to lubię i tego mi teraz trza. A później się zobaczy, bo żyćko zmienną rzeką jest. Ot co.

***

A propos ludzi... Ludzie chamieją strasznie, nie macie takiego wrażenia? Albo zawsze tacy byli, a internet pozwolił im po prostu wyjść z tym chamstwem w świat. Wypłynąć na przestwór oceanu ciągnąc smugę smrodliwego kwasu i zdechłych ryb, białem brzuchem znaczących trakt. Masakra. 

Jakakolwiek kultura i poziom merytorycznej dyskusji LEŻY. Szczelne banieczki światopoglądowe, a na ich styku... Przepychanki, łysenkizm, jawiemlepijzm, niewimalesiewypowimzm - to było chyba zawsze, kiedy samozwańczym mędrkom znad puszki z piwskiem dano „tubę” i atencję im podobnych. Ot, różnorodność. Popisywanie się, prężenie tyłków, muskułów i czegotamjeszcze żenujących influen-serek i -serów przed gawiedzią? Yeah, to też należy do ludzkiej próżnej natury i można na to machnąć ręką. Booooring. Wywalam takie ziejące czarne dziury atencji z mojego feeda od kopa. 

Ale wiecie co... najbardziej ostatnio PRZERAŻA mnie kombo z galopującej głupoty i jakiegoś takiego... bezmyślnego okrucieństwa. Uważam, że TO jest właśnie praźródłem zła. Piekielnie inteligentni i zgnili moralnie psychopaci, owszem, takoż, ale to makiaweliczny margines. Złych głupców jest natomiast krytyczna masa. Lawina. Taki jakiś agresywny, wyopiniowany na każdy temat prymitywizm z palącą potrzebą pochwalenia się każdym swoim ignoranckim wysrywem. Im ciaśniejsze horyzonty, tym większy impet oraz bryzg owego wysrywu, a potem stoją takie egzempla całe w glorii, patrząc z dumą na swoje dzieło niczym półtoraroczniak na ścianę umazaną własną kupą z pieluchy.

BO ONI MAJOM OPINIĘ, KTÓROM MOGOM I JAKŻE NIE OMIESZKAJOM WYRAZIĆ. Efekt Dunninga-Krugera - czyli: dlaczego głupota jest głośna i arogancka.

Móc niby można... ale czy zawżdy warto..?

Hej, nie obraź się, ale no masz totalnie krzywy ryj, jakieś blade dziecko i nie podoba mi się twój stary. Jakoś źle mu z oczu patrzy i ogólnie nie wróżę wam szczęścia. Ale wiesz, ja tylko wyrażam własną opinię. Bo mam PRAWO. Po to chyba zamieszczasz zdjęcia w internecie, żeby ludzie mogli wyrażać opinię, co nie? Licz się z tym, że nie wszyscy będą chwalić. Do tego służy sekcja komentarzy, żeby każdy się mógł wypowiedzieć. Radośnie wybździć swoją smrodliwą opińkę. Jak ci się nie podoba to skasuj konto. Kiedy wstawiasz zdjęcia rodzinne do internetu to nie oczekuj tylko pochwał - oznacza to, że mogę zjechać Twoją matkę babkę i siostrzeńca z góry na dół. A skoro mogę, to sobie przecież nie odmówię. Bo smyra mnie to po moim niedopieszczonym przez życie ośrodku przyjemności. A tak w ogóle to nie sądzisz, że ta suknia ślubna cię strasznie pogrubia? :3 Och, ale ja tylko wyrażam własną opinię. Powinnaś być wdzięczna. Po to są komentarze. MAM PRAWO. Pozdrawiam serdecznie. Miłego dnia :*

Zajebisty tok rozumowania. Nie ma zakazu srania pod twoim oknem, ergo, można srać. Jak ci podśmiarduje, to zamuruj okno, proste. :))))))))

Jasne, ogromniasta część kontentu w wirtualu to bezwartościowy kałtent, ale nie rozumiem, po co się katować i frustrować czymś, z czym nie wchodzimy w jakiś pozytywny rezonans. Co przyświeca ludziom, których stać na zatrzymanie się nad czymś takim i wyjęcie cennych chwil z jedynego krótkiego życia, aby strzyknąć mniej lub bardziej pasywną agresją. Straconego czasu i energii nikt nam nie zwróci. Swoją uwagą jedynie zasilamy niepożądane zjawiska. Serio, nie kumam. Ok, kumam powiedzmy młodzież z niedoyebaniem kory przedczołowej, która to szlachetna kora kończy rozwój dopiero w okolicach 25. r.ż.. Ale dorośli ludzie????

GET. A. LIFE.

Wspominałam już, że od jakiegoś czasu nie wdaję się praktycznie w żadne dyskusje w necie i praktykuję ścisłą dietę, a raczej post przerywany dotyczący social mediów. Jak widzę gównoburzę, stoicko scrolluję dalej - nie mam czasu na pogo w błocku ze świnkami na spidzie. 

Uwielbiam ten cały postęp technologiczny i jego możliwości, ale życie offline nadal jest dla mnie po stokroć LEPSZE.

Z drugiej strony - proszę na mnie nie naskakiwać, że przeto walczę z wolnością dyskusji. Wręcz przeciwnie. Ja MARZĘ o dyskusji - starej, dobrej, rzeczowej dyskusji. Generacja przewrażliwionych rozdygotanych śnieżynek, które oczekują jeno wślizgów w rzyć na wazelinie, bo inaczej im się psychika sypie, to osobna kwestia. Chodzi mi o NISKIE LOTY KOMUNIKACJI MIĘDZYLUDZKIEJ. Pikujące wręcz do jądra ziemi. Uwielbiam różnicę zdań przekazywaną na pewnym przyzwoitym szczeblu intelektualnym. Niekoniecznie akademickim - PRZYZWOITYM. Uwielbiam! Bez tego nie ma rozwoju. ALE jednocześnie uważam, że dalece nie każdy posiada godne narzędzia do mania opinii na KAŻDY temat od polityki po ekonomię i medycynę. I kiedyś to było oczywiste, że skoro nie mam takowych narzędzi (wszak nawet geniusz jest ignorantem w pewnych dziedzinach), to z przyjemnością słucham mądrzejszych od siebie. I to się właśnie zmieniło - w dzisiejszych czasach każdy musi mieć opinię i musi ją koniecznie wyrażać. Co gorsza, większość nie posiada absolutnie żadnej pokory wobec własnej ignorancji, wręcz przeciwnie - przez internetową anonimowość coraz mniej osób ma jakiekolwiek hamulce czy wstyd w ciskaniu bobkami jak małpy.

Nad tym boleję. Li tylko.

A co do tytułu posta... Swój wątek mogę spuentować apelem, że warto chronić swój wewnętrzny spokój i balans, który jest bezcenny, i nigdy nie wykłócać się z głupcami, nie wdawać w słowne przepychanki. Jest to kontrproduktywne. Są ludzie (mnóstwo), którzy są "niskowibracyjni", bardzo nieszczęśliwi w życiu i ich jedyną odskocznią jest wbijanie szpili innym i prowokowanie, żeby wciągnąć ich w swoje bagienko chronicznej dyssatysfakcji. Nie zamierzam ruszać tyłka z tronu mego miru, żeby grać z takimi żałosnymi przegrywami w bezsensownego pingla, sorry. Miss me with that.

Bywajta! :)

 

*
Photo by Klara Kulikova on Unsplash

13:16

Pogratulować - przetrwalim ten poyeban jak ruskie sanki rok.

Pogratulować - przetrwalim ten poyeban jak ruskie sanki rok.

Hejka!

 


 *

Zagląda tu jeszcze jakaś duszka? Jak się czujecie w 2021?


Ostatnie dwa miesiące mnie przeorały, psychicznie i fizycznie. Nie wdając się w szczegóły, doleczam upierdliwą infekcję i nadrabiam zaległości. 2020 dał mi jeszcze popalić na sam finał, ale koniec końców wychodzim z tego starcia zwycięsko iii wypatrujem światełka w tunelu.

Już wkrótce, już za momencik Toyad skupi się na urządzaniu swojej iście wampirzej rezydencji :) Omijając szerokim łukiem skandynawski minimalizm i loftową surowość, nie to że mam coś do nich, ale to totalnie nie moje klimaty. U mnie będą grube aksamitne story, wiekowe lampy i świeczniki, poduchy w nasyconych barwach, ciemne drewno, możliwie dużo ajtemsów z XIX wieku (na które pierwej muszę zapolować), i - dajpaniebosze żeby się zmieściło - jebitne kryształowe lustro pałacowe w garderobie. 

Słyszeliście o czymś takim, jak Anemoia? To taki uczuć szczególnej nostalgii za czasami, których się nie doświadczyło. Ja tak mam względem przełomu wieków XIX i XX, głównie w zakresie estetyki ma się rozumieć, albowiem jednak niespecjalnie bym reflektowała m.in. na "leczenie" zębów u kowala, obcęgami. Brrr. Ale no... tęsknię za tą dawną jakością, za szlachetnymi materiami, za dbałością o każdy detal, za unikalnym rzemiosłem, za intencją, aby przedmioty były piękne i przetrwały dekady, jeśli nie pokolenia... Oczywiście jestem też realistką i zdaję sobie sprawę, że dom to nie muzeum, a dzisiejsza mobilność ludzi (między pracami, miastami, państwami, kontynentami) nie sprzyja przedkładaniu wystroju nad wygodą. Plus, oczywiście, zasoby finansowe takoż wymuszają kompromisy :) ALE. Ogólny taki niedzisiejszy wajb i niuanse zamierzam wdrożyć, a co. 

Jeśli macie trudności w wyobrażeniu sobie, o co mi chodzi, to rzućta gałką na poniższy filmik przedstawiający tour po mieszkaniu rodziców Cornelii Grimsmo w Oslo:

 
 
Nosz karwia... genialna chata, zakochanam, i chyba każdy wąpierz czułby się w niej jak ryba w wodzie :D Kinkiety, świeczniki, detale... ehh, miód! Oczywiście ludziom w komentarzach przeszkadza, że mroczno, że depresyjnie, ale ja kocham mrokness* od zawsze i nijak nie nastraja mnie depresyjnie, wręcz przeciwnie, koi, wycisza, inspiruje, stymuluje kreatywny pomyślunek i ułatwia przebywanie we własnej głowie. 
 
* przez mrokness rozumiem wyłącznie subtelną i dyskretną aurę tajemniczości, a nie tani, kiczowaty 'gothic style' w czaszunie i koronki a'la NecroBarbie mejd in czajna
 
Aha. No i palm wściekle pożądam, takich dorodnych, ale obawiam się, że ze mnie kiepska matka dla roślinek i co nie nabędę, to ubiję... :( Kocham efekt dżungli w domu, ale no cóż, nie mam "ręki" do roślin i nie chcę się porywać z motyką na Księżyc. Jakieś rady?

No. I tak to. Tymczasem podosuszam jeszcze mentalne strupy i biorę się do życia! 


* Photo by Jonathan Francisca on Unsplash


19:50

Ponure rozważania znad łokcia by Bzowy Toyad.

Ponure rozważania znad łokcia by Bzowy Toyad.

Jak tam, trzymacie się jeszcze ramy..?


 *

Nienawidzę listopada. Najponurszy miesiąc. Aura reumatycznej, zimnej mokrości za oknem dobija moją (i tak niemrawą z natury) serotoninę. Ugh. Nie lubię. Nie lubię też perfum, które kojarzą mi się ze skisłą wodą po cmentarnych lilijach. 

Ogólnie to zawsze z cokolwiek wzgardliwym uśmieszkiem kwitowałam zasłyszane przepowiednie, że roki przestępne to złe som, ale... ten 2020 to raczyłby już skończyć swój paralityczny danse macabre i zleźć ze sceny. :/

Pominę już kwestię ogromnego, gnijącego MAMUTA W SALONIE, jakiego nam ostatniemi czasy zafundowano, prawdaż, coby nasze zszargane neurony nie doznały aby habituacji bodźca. Psiamać.

Ale spokojnie. Już niedługo. Nie dajmy się dołom i zwątpieniu. Skoro wahadło wychyliło się na maksa w jedną mańkę, naturalnie musi zbalansować i wrócić w przeciwną - zawsze tak jest. 

Zbliżam w filozoficznym zamyśleniu nos do prawego zgięcia łokcia, w które psiknęłam perfumami Hummingbird Zoologist. Wspaniałe. Upojne. Czy ktoś tu jeszcze ma słabość do narkotycznego bzu i miodu? Czuję maj w pełnym rozkwicie. Przenoszę się w błogość wonnych, majowych wieczorów.

Ile bym dała, żeby zdjąć ten betonowy balast z myśli i znów poczuć lekkość i beztroskę.

Parę miesięcy temu szwendałam się po komnatach na Wawelu. Mnóstwo tam interesujących obrazów. Kiedy wpatrywałam się w te oddane pędzlem XIV-wieczne fizjonomie... Doszłam do wniosku, że ludzie się przez wieki wcale wiele nie zmienili. Ani z wyglądu, ani z natury. Lubimy o sobie myśleć, jako o tych wysublimowanych, zajebiście cywilizowanych ubermenschach. Akurat. Dzisiejszy tłum równie chętnie ryczałby i wiwatował na publicznych egzekucjach.

Ale ja nie o tym chciałam...

W sumie, to chyba chciałam Was jakoś pokrzepić, że hej, może i jesteśmy w kupie, ale kupiaste bagno nie trwa wiecznie. Tylko, że chyba mi nie wyszło z tym krzewieniem optymizmu :) 

No nic to... nie zawsze trzeba być pozytywnym na siłę. Ostatnio też dałam sobie na luz z produktywnością na siłę i weszłam w tryb surwiwalowy. Tymczasowo.

Ale jeszcze będzie pięknie!

 

P.S. Wiem, co by mi poprawiło humor. ŚNIEG. Jak zobaczę śnieg w tym roku, to przysięgam, wyłażę na taras jak stoję i będę się tarzać!


*Photo by conner bowe on Unsplash




15:55

Toyad checkin in...

Toyad checkin in...

Cześć!


*

Dzisiaj pościwo o dupie Maryni, czyli nie mam w sumie żadnej adżendy, ot, melduję się na blogasku.

A nie! Mam interes - chciałabym podziękować Czytelniczce (miśki, podpisujcie się proszę jakoś w komciach, cobym Was lepiej kojarzyła) za rekomendację serialiwa, które mię urzekło na wskroś, albowiem totalnie trafia w mój punkt G związany z mroczną, wampirzą estetyką i absurdalnym humorem - cóż za nieoczywiste kombo! Oczywiście mowa o 'What we do in the shadows' :))) Nandor the Relentless... cóż mogę rzec... no uwielbiam typa! Do tego jeszcze Guillermo i jego cokolwiek niemrawe podrygi emancypacyjne... <3 Wciągnęłam dwa sezony nosem i przebieram nogami na trzeci.

Ach. No i jeszcze dziękuję Adze za polecenie 'Fortitude' - siadło, a jakże ;) Jak kojarzycie coś jeszcze w moim typie to dawać tu, nie być sępem :>

Ja też mogę sklecić jeszcze jakieś polecajskie pościwo, jeśli macie życzenie i wolę :)

*

Nie wiem, czy też tak macie, ale u mnie koniec wakacji i te zawirowania pogodowe wjechały ostro... Od paru dni jestem dętka, umysłowo i fizycznie. Taki leniwy, śnięty flak of a vampire. 2020, mówiąc najoględniej, nie jest jakimś wybitnie miziastym i puchatym roczkiem. Nauczyłam się dbać o swój dobrostan mentalny, ale częścią tegoż dbania jest akceptacja, że moje samopoczucie psychiczne nie będzie nigdy linearnie zajebiste. Tak samo moja produktywność. Gorsze dni są okej, dopóki się nie ciągną tygodniami. Toteż czekam sobie na lepszy moment, siedząc w wygodnych dresikach, eksplorując nowe ASMRy*, oddychając do brzucha, pilnując nawodnienia (swoją drogą - odkąd odkryłam "parzenie" herby na zimno, nie piję żadnej innej), podganiając czytanie książek (ostatnio tylko je kupowałam, obwąchiwałam czule i wrzucałam na STYRTĘ). 

Jesień i zima to taki trochę okres "wysiadywania", wygrzewania nowych pomysłów i planów. Pewne sadzoneczki już trafiły do szklarni, zobaczymy, co z nich wyrośnie...

*

Odnośnie eksploracji ASMRów... jeśli jesteście takimi asmrowymi ćpunami jak ja i do tego lubicie mroczniasty, wiedźmowy klimacior, to łapcie TO:

[Esc] reality

Typiara wie, co lubią wąpierze pokitrane na jesień w kryptach. <3





Photo by Elia Pellegrini on Unsplash

 


11:30

Nieczynne z powodu że zamknięte, czyli twardy restart.

Nieczynne z powodu że zamknięte, czyli twardy restart.
Hejka!
 
 
Czasami jest tak, że wpadamy w jakąś taką szarą rutynę, a życie zdaje się turlać monotonnie jak osobówka przez podkarpackie pola.

Potrzebny restart, żeby zrobić odżywcze pierdolnięcie. Nie będę tu lać wody po próżnicy, a wiem że lubicie klarowne punkty, zatem:

1.) OSTRE CIĘCIE.

Nie wahajcie się amputować rzeczy, spraw oraz (zwłaszcza) osób, które Wam nie służą, irytują, trują wajba, smędzą, nudzą i nijak nie uosabiają energij, do których aspirujeta i chceta się dostroić. Będę o tym chrzanić do końca świata, bo to ważne. Dajmy na to, uporczywie trzymasz wśród fejsbuczanych pokemonów osoby, które zwyczajnie, pod względem ontologicznym, w prostocie serduszka, masz w tyłku, ale - no przeca wspólna podstawówka. Jakieś zamierzchłe miejsce pracy. Jakieś prehistoryczne eksy i ich przydupasy. Jakieś wścibskie pociotki, wypiardujące niestworzone plotki. Ooo albo tzw. frenemies, czyli słitaśne pseudokoleżaneczki, które w głębi swojego jestestwa wcaaale Ci dobrze nie życzą i totalnie zrobiło by im dzień, gdybyś się kopyrtnęła na drodze do wygrywów wszelakich. Mogłabyś np. przytyć albo się rozwieść. I nie daj sie zwieść ich uduchowionym pierdoletom o karmie i byciu pozytywną, bo takim typiarom obłuda w rozwoju "duchowym" bynajmniej nie przeszkadza... bleh.
 
Niechaj palec wskazujący Twej prawicy bądź lewicy nie zazna drżenia wahania, kiedy pykasz KLIK - USUŃ i/lub BLOKUJ. Krytykanckie Krysie* - baj. Negatywne Natalki* - baj. Justynki* Jęczybuły - baj. Uduchowione Urszulki* - baj. Natchnione Nataszki* - baj. Dramatyczne Dorotki* - baj.

***- przepraszam nosicielki tych zacnych imion, ale musiały mi się litery zgadzać celem taniego efekciarstwa ;)

Wiem, że niektórzy mają np. super ekipę z licbazy, z którą utrzymują żywy kontakt, ale często tzw. ludzie z klasy to po prostu randomowa zbieranina lokalsów, indywiduów bez polotu, z którymi nam totalnie nie po drodze. Po kiego więc na siłę oglądać te mdłe fizjonomie po latach na swoim ekranie?? Po co zaśmiecać sobie umysł obrazem Bożenki pozującej dumnie z progeniturą na tle meblościanki?

K-lik! Baj.


2.) MINION EON, WON.

Patrz przed siebie i nie trać pary wiosłując pod prąd. Błędy to tak naprawdę lekcje do odrobienia. Nie pozwól sobie w kółko zdawać egzaminu z jednego tematu. Ucz się pilnie z każdego fakapu i niezwłocznie implementuj konieczne modyfikacje strategii życiowej. Po czym nie wahaj się przechodzić do następnego rozdziału. Nie tarzaj się we własnym weltszmercu jak świnka w błocie, bo tracisz cenny czas. I wykopki archeologiczne w zapylonej przeszłości - też won. Wyjątek - praca terapeutyczna. I tyle. Jak już rozplączemy dany kołtun wspomnieniowo-traumowy, won. I natychmiast wywietrzyć smród.

Na tym polega ewolucja, panie. Regularne zrzucanie starej skóry.

U MNIE DZIAŁA.


3.) STWARZAJ KOSMOS CODZIENNIE.

Dbaj o ład w swoim mikrokosmosie. We łbie i w anturażu, w szafie i w utorbieniu. Ład ma to do siebie, że trzeba o niego dbać na nonstopie, bo chaos się chwaści mega szybko.

Dwa powyższe punkty mają za zadanie usunąć materialne i niematerialne blokady, czyli durnostojki na Twojej drodze do ogólnoegzystencjalnej lepszości. Jak coś usuwasz, robisz miejsce na nowe. Brzmię może jak szaman Wiesiek co mu peron odjechał, ale uwierzcie mi - jestem do bólu pragmatycznym i niekiedy wręcz przyziemnym szamanem. To quasimistyczne gunwo z energiami jest prawdziwe i wpisuje się w zagadnienia fizyki teoretycznej, która również z pozoru brzmi jak odjechane mambodżambo, ale to piur sajens, bicz.

Ponadto, taka taktyka działa także jako trik psychologiczny, a jak coś dobrze działa, to nie może być durne.

No.

Wypierdzielamy bez mrugnięcia gałką wszystko co nie wzbudza w nas ciepłych uczuć, co zakotwicza nas skojarzeniowo w przeszłości i co nie koresponduje z naszą wizją przyszłości.


4.) REWIDUJ PRZEKONANIA.

Zastanów się głęboko nad paradygmatem, w którym tkwisz, w którego ramach myślisz. Kiedy zaczniesz odrzucać treści, którymi nie chcesz się dłużej żywić, zaskoczy Cię, jaki ich ogrom nigdy tak naprawdę nie należał do Ciebie. Ja wciąż nie mogę się nadziwić, jak ostro broniłam kiedyś cudzych twierdzeń, w przekonaniu, że są moje własne... 
 
Przykład? Finanse i "bogactwo". Króluje RESENTYMENT, proszę państwa. Winogrona, które wiszą zbyt wysoko, przecież i tak muszą być kwaśne... no nie? U mnie to było (za studenciary) półświadome demonizowanie pieniędzy i dobrobytu materialnego jako czegoś "niskiego", moralnie podejrzanego, niegodnego osoby jakże wrażliwiej i uduchowionej... Czyżby? Dziś mnie bawi ta absurdalna gloryfikacja życia w stanie wiecznego spłukania jako rzekomo bardziej wzniosłego, pogłębionego, na wskroś szlachetnego i zasługującego na order z ziemniaka. To namiętne narzekanie że cośtam jest taaakie drogie, a na inne cośtam nie będzie mnie nigdy stać, a jak można w ogóle wydać tyle kasy na luksusy kiedyyyy... yyy... dzieci w Somalii głodują. A że dobra praca to tylko po znajomości, przez wielkie cycki albo przez cwaniactwo, ogólnie "prawdziwe" życie jest zawsze ciężkie i kopas dupas, a że tamta pinda żyje sobie komfortowo dzięki mężowi i nie musi zaiwaniać do roboty (a żeby ją tak parchy oblazły, tfu!). A że piękne i kosztowne ubrania mają wisieć w szafie w oczekiwaniu na "specjalną okazję" (czyt. Św. Nigdy)... Och, sporo tego. Tyle mamy zaimprintowanych, nieświadomych, toksycznych skryptów, które nas autosabotują z czeluści psychy... Warto się nad nimi pochylić i je uzdrowić. Alchemicznie przemienić łajno w złoto.

No cóż, patrz punkt 2. Wyciągamy wnioski, otrzepujemy kolanka i idziemy dalej, wyżej.

W krystalizowaniu swojego światopoglądu nie oglądaj się na innych, bo inni to w 80% leniwe poznawczo owce, wygodnicko internalizujące "poglądy" innych owiec, a tak naprawdę - bezmyślnie łykające dowolną mentalną paszę od swoich wełnistych ziomków. Owszem, w kupie cieplej i raźniej, mniej odpowiedzialności, ale... kupa nie pójdzie, dokąd Ty chcesz pójść, ani Ci w tym nie pomoże, a wręcz przyblokuje swobodny manewr. Przez łby innych owiec nie ogarniasz szerszej perspektywy, nie widzisz co jest na horyzoncie.


5.) OGARNIJ SPERSONALIZOWANĄ WIZJĘ.

Siebie i swojego cacanego lajfa. Musi być żywa i pachnąca, ale uwaga - musisz uczciwie ocenić, co jest wykonalne, a co nie (np. jak masz skrzeczący głosik, śpiewaczką operową raczej nie zostaniesz, co nie zmienia faktu, że i tak większość przeszkód w spełnianiu marzeń istnieje jedynie w naszych garach).

Bez własnej wizji jesteśmy idealnym celem dla manipulacji. Wizja jest jak mapa, pozwala nie wykidać się z trasy.

Możesz kreować wizję od ogółu do szczegółu, lub odwrotnie. Jak Tobie wygodniej.

Możesz zacząć np. od tego, jaki styl życia najbardziej z Tobą współgra - aktywny na maksa, pełen adrenaliny i wyzwań, czy raczej stabilny, cichy i spokojny? Wielkie miasto, szybkie tempo, kalejdoskop wrażeń, czy raczej sielskie klimaty bliżej natury? A może styl mieszany? :> Wyobraź sobie swój idealny, typowy dzień. O której wstajesz? Z budzikiem, czy promieniami słońca? A może ładuje Ci się do łóżka ekipa wesołych dzieciorów (łysych lub futrzastych) domagających się przytulasów i śniadania? ;)
 
Nie zaszkodzi folder z inspirkami. Jeśli jednak przytłacza Cię na dzieńdobry stworzenie takiej wizki z rozmachem, skup się na kilku kluczowych rzeczach, które chcesz odhaczyć, zanim odwalisz kitę zakończysz doczesną podróż. Priorytety, rozumisz. Potrzebujesz klarowności w priorytetach. Co za pół roku? Co za rok? Co za 5 lat?

Wyobraź sobie najlepszą możliwą wersję siebie i po prostu... zacznij ją uosabiać najlepiej, jak potrafisz. Już dziś. Już teraz.

Wszystko, co nie pasuje do wizji, jak już się zapewne domyślasz - WON.

Z drugiej strony - ciśnienie, presja i desperacja również won. Złap zen i balans.


6.) DYSKRECJA, CZYLI... PRZYMKNIJ DZIÓB.

Za młodu miałam odruch spontanicznego dzielenia się swoimi planami i inspiracjami, a także sukcesami i radościami. Obecnie nauczyłam się powściągać takie zapędy, ponieważ poznałam conieco natury ludzkiej i niestety - wielu ludzi wcale nie życzy bliźnim dobrze, wręcz przeciwnie... I takie entuzjastyczne gejzery radości odbiera jako bezczelny "chwaling", zaogniający hemoroidy na delikatnej rzyci samoocenie jegomościa lub jejmości. Większość tłuszczy pędzi żywot na bezrefleksyjnym autopilocie i prawdopodobnie nigdy nie wykroczy poza przeciętność. Nie dlatego, że obiektywnie nie może, ale dlatego, że nie ma pojęcia, że może. Widok kogoś, kto realizuje swój potencjał, powoduje palący dyskomfort, dysonans poznawczy i wyzwala wówczas brzydkie, stadne instynkty sprowadzenia delikwenta "na swoje miejsce". Bo tak jest łatwiej. Jak kraby w wiaderku - nie dadzą żodnemu wynijść. Ludziom nie tyle przeszkadza, że sami mają niewiele, ale raczej to, że KTOŚ ma/pragnie/oczekuje więcej. I co wybitnie przykre, nie dotyczy to tylko obcych, ale także "bliskich", rodziny i przyjaciół, którzy teoretycznie powinni cieszyć się razem z nami i wspierać... Rzeczywistość bywa inna.

Nie chodzi mi o zaszczepienie w Tobie paranoi i przekonania, że ludzie są z gruntu źli, raczej proponuję pewną dozę trzeźwego realizmu i ochronę swojej cennej bańki szczęścia przed pazernym okiem 'frenemies' i inszych frustratów. Zamknięta paszcza to najlepszy talizman przed wrażą energią zawiści. Chodzi mi zwłaszcza o ważne i wrażliwe kwestie, które jeszcze się nie dokonały w czasie. Ergo - takie, które można jeszcze spiergolić.

Zresztą, enyłej, po co obsesyjnie anonsować obcym ludziom wszystko, co dotyczy naszej ścisłej prywaty?? Zadowoleni ludzie są generalnie zajęci swoim klawym życiem, a po cholerę dawać pożywkę nieszczęśliwym frustratom ze skłonnościami do patologicznego plotkarstwa?

Ot, moje dwa grosze.
 
 
7. NIE ZANIEDBUJ FUNDAMENTÓW I GARA.

Przez fundament rozumiem ciało, naszą doczesną powłokę, naczynie, nośnik. Z takim tu wylądowalim i za taki należy się wdzięczność, respekt, należyta dbałość. Gar to oczywiście czaszunia, naczynie na mózg, ale odnoszę to słowo luźno do ogólnej formy mentalnej.

Stan chociażby naszych jelit ma przemożny wpływ i na odporność, i na skórę, i na wszelkie autoimmuno, i na - uwaga - psychę. Dlatego weź to proszę na serio. Osobiście przychylam się aktualnie ku Intermittent Fasting i LCHF/keto, ale nie będę nikomu zaglądać w talerz i sugerować, czym ma się pożywiać, natomiast nalegam, aby nie traktować swojego zdrowia z nonszalancją. Odpalamy rzetelne źródła wiedzy (nie, celebrytki i influencerki do nich nie należą) typu Pubmed, odpalamy własny rozum i weryfikujemy. 
 
A jak zadbać o gar? Przede wszystkim trza dołożyć starań i rozwinąć techniki niwelowania stresu. Stres to główny faktor rujnujący ciało i ducha. Jako totalny neurotyk i wrażliwiec z tendencją do przebodźcowania GORĄCO propsuję codzienne odbodźcowujące sesje z jogą, medytacją, solfeggio lub ASMR. Wspaniale się przy tym centruję. Słuchawki na łeb, Spotifajka on, giry na ścianę i czileeera...
 

Jak coś mi przyjdzie do łba to dopiszę. Baaj!


 
* Photo by Ava Sol on Unsplash









13:48

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.

Wąpierz Toyad poleca kryminalne serialidła musz-ziory.
Czołem kwarantannowe Wampiry.


*

Co oglądacie?

Moją guilty pleasure są od pewnego czasu seriale, zwłaszcza mroczne kryminały, zwłaszcza w typie nordic noir, ale nie tylko.

Nigdy nie dzieliłam się swoimi polecankami rozrywkowymi, ale w sumie... dlaczego nie? Czasy, zdaje się, stosowne po temu. Dorzucam dla ułatwienia od razu link do IMDB, gdzie możecie doczytać szczegóły i obejrzeć zajaweczkę.

Gorąco też pożądam Waszych rekomendacji, jeśli czujecie podobny klimat :)


1. Most nad Sundem - Bron/Broen

IMDB - 8.6

No co tu dużo gadać. Klasyk nad klasyki. Saga Noren to moja absolutna idolka, kochany, 'społecznie sczelendżowany' dziwak... Bardzo "czuję" tę postać. Nigdzie to chyba wprost nie padło (?), ale Saga prawdopodobnie ma zespół Aspergera, zaliczany do spektrum autyzmu. Serial wciąga, jest mroczny, skandynawski na wskroś i trzyma poziom (moim zdaniem) przez wszystkie odcinki i sezony.

2. Forbrydelsen - The Killing

IMDB - 8.4

Duński serial. Tym razem bohaterką jest Sarah Lund. Może nie jest tak aspołeczna jak Saga, ale też dość specyficzna, bardzo zaangażowana w pracę detektywa. Popyla w sympatycznych, odrobinę przypałowych sweterkach :) Serial wciąga, jest mrokness, są trupy, jest dobrze. Po skandynawsku.

3. Unforgotten

IMDB - 8.2

Serial brytyjski. Akcja dzieje się w Londynie, bohaterką jest Cassandra/Cassie Stuart, która dla odmiany jest dość nobliwa i nieprzypałowa. Bada tajemnice zbrodni z przeszłości. Fajny kryminałek, fajny.

4. Happy Valley

IMDB - 8.4

Patrząc na dość "poczciwą" i wesoło-jowialną fizjonomię głównej bohaterki, jakoś nie byłam przekonana... Kiedy w końcu jednak sięgnęliśmy po ten serial, żałowaliśmy, że tak późno. Bardzo, ale to bardzo dobry!

5. The Sinner  - Grzesznica

IMDB - 8.0

Coś trochę innego. Główna bohaterka, Cora Tannetti (Jessica Biel) popełnia z pozoru absurdalną zbrodnię, a detektyw Harry Ambrose (Bill Pullman)... zresztą, nie będę Wam psuć zabawy :)

6. Tabula Rasa

IMDB - 8.1

Belgijski thriller psychologiczny. Bohaterka Annemie/Mie cierpi na amnezję po wypadku, będąc jednocześnie głównym świadkiem i podejrzaną w sprawie tajemniczego zaginięcia mężczyzny. Bardzo dobrze się ogląda.

7. Jordskott - Las zaginionych

IMDB - 7.2

Szwedzki, dość 'odrealniony', klimatyczny, ale z pewnością nie wszystkim podejdzie. Moim zdaniem więcej tu klimatu niż wartkiej akcji, ale poczytuję to w tym przypadku na plus.

8. Darkness: Those who kill

IMDB - 7.6

Też raczej po stronie kryminalnej skandynawskiej klasyki, może nie wybitny, ale zacna propozycja na weekendzik. Mało popularny.

8. Der Pass - Pagan Peak - Granica zbrodni

IMDB - 8.0

Łooo, panie... Niemcom/Austriakom udało się wysmażyć coś bardziej nordic i bardziej noir, niż Skandynawom! Nie no, żartuję... ale jestem zaskoczona, pozytywnie. Widoki, muzyka (Hans Zimmer), napięcie... Twórcy nie cackają się tutaj z uczuciami i sentymentami widza, absolutnie.

9. Absentia

IMDB - 7.3

Agentka FBI, Emily Byrne (Stana Katic - girl crush AF!) zostaje uznana za zmarłą. Sześć lat później zostaje odnaleziona cała i zdrowa w lesie, jednak nie pamięta, co się w międzyczasie działo. Dowiaduje się za to, że jej mąż ożenił się po raz kolejny, dziecko ma do niej dystans, a ona sama... zresztą, obejrzyjta :)

10. Marcella

IMDB - 7.4

Ot, fajne serialidło w swoim gatunuku. Jest trup, jest wartka akcja, jest bohaterka z problemami rodzinnymi.

11. Beforeigners - Przybysze

IMDB - 7.9

Norweski, HBO. Miks komedii kryminalnej, sci-fi i... czegoś zupełnie od czapy :) Są Wikingowie tajemniczo zlądowani w teraźniejszości, jest para bohaterów o swoistej dynamice, jest współczesność w krzywym zwierciadle.

12. The Haunting of Hill House - Dom na wzgórzu

IMDB - 8.7

Nie przepadam za klimatami horrorowatymi, a jednak uwielbiam ten serial... Gdzie w tle stare tajemnicze domostwo, tam Toyad bieży w podskokach.

13. Real Humans

IMDB - 7.9

O humanoidalnych cyborgach walczących o swoje prawa (uznanie ich "człowieczeństwa") i "prawdziwych" ludziach. Interesujący, na dłuższą metę mnie znużył, ale wiem, że wielu osobom bardzo przypadnie do gustu.

14. Trapped - W pułapce

IMDB - 8.1

Islandzki, znowu dość klasycznie - surowe krajobrazy, ciemność, morderstwo, odludzie, wiatr ze śniegiem w oczy. Miodzio.

15. Deadwind/Karppi

IMDB - 7.2

Oglądamy aktualnie, jeszcze nie mam zdania, ale jedno wiem na pewno... śpiewno elfowy język fiński i Helsinki jako anturaż dobrze mi "wchodzą" :>

No i na koniec:

***True Detective*** - dla mnie 1. sezon poza wszelką konkurencją w zakresie klimatu, podskórnego niepokoju i tajemnicy. Ever. 

IMDB - 9.0


Jak o czymś sobie przypomnę, to zrobię apdejt.

Tymczasem, miłego!

* -






Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger