*
Yyy... Żywiem.
Wąpierzy licho nie bierze...
Bożęciu, ależ mnie tu długo nie było, pajęczyny wszędy, o truchła toperzy potykają się me kościste stopy, ugh!
W tym roku stuknęły mi 340 urodziny. Otóż, w perspektywie wampirzej jestę taką ot, starszawą młodzieżą, co to ledwie z pryszczy wyrosła. Ale w perspektywie człeczej jestę już wcale antycznym eksponatem! Piwniczne smalce w kilkudniowych skarpetach spod szyldu czerwonego dropsa twierdzo, że od 15 lat nie powinnam już mieć pulsu ani odbicia w lustrze. Ale, karwia, mam jedno i drugie, i w przeciwieństwie do nich - optymistyczne widoki na długowieczność (zacne geny milordzie, jak ślepej kurze ziarno).
Enyłejz.
Czy mam w związku z byciem geriatryczną młodzieżą garść refleksji? A możliw.
Przechodzę dość interesujący etap. Dwa lata temu powiłam szczęśliwie dziecię #2, tym samym zamknęłam z ulgą zakład (re)produkcyjny, uff. :) Taki był plan, plan zrealizowan, Wąp ukontentowan. Widzę też już powoli nowy horyzont i brzask nowego dnia nad styrtą pieluch, że posłużę się taką wyszukaną metaforą... ;) Dużo się w tym czasie przewartościowało, dużo się dzieje pod powierzchnią. Na zewnątrz jeszcze nic nie widać, bura gleba panie, bo dopiero świeżo zasiane, orka w ciszy, ciepełko kokonu, podlewanko, czekamy. Czasami męczy takie liminalne zawieszenie, takie limbo między starą wersją siebie a nową, która się dopiero wyłoni... wykokoni. Jak feniks z błota. Ale cóż, reset, cierpliwość, ładowanie akumulatora. Wszystko w swoim najlepszym czasie. Narwanemu z natury Wąpierzu trudno jest CZEKAĆ, ale cóż, musi.
A tak bardziej zrozumiale mówiąc... Chyba mam swoisty kryzys egzystencjalny. Ale nie taki przaśny jak z clickbaita Onetu, że olaboga łeee zmarszczkiiii i randomowe janusze i mietki z łapanki przestaną mie doszczegać i zaszczycać (lol) zwrokiem pożondliwem a zamiarem potencjalnem koitalnem.
Nie, karwa. Litości.
Chodzi mi raczej o duchowo-filozoficzny, ontologiczny wymiar poszukiwania jakiegoś wyższego sensu. Jakby stare tożsamości oparte na jakichś pożyczonych iluzjach deluzjach (ilulu delulu) skruszyły się i odpadły, a w buzującej magmie tworzy się coś nowego.
Nie wiem, może tak trochę z dupy enigmatycznie poetyzuję i romantyzuję, ale... tak to widzi Wąpierz. (...and that's how Wąp C's it ;))
Najgorzej, że łączy się to i zazębia z pewnym burnoutem zawodowym. Nuży mnie digital marketing w wydaniu mało etycznego growth hackingu, świętego dyktatu algorytmów, jebanki pod szablony i frazy kluczowe... Srakaptaka. Tęskno za organicznym, niefiltrowanym contentem, który jeszcze pamiętam jako leciwy autochton internetowy (digital native). Człowiek miał poczucie, że znalazł szczere złoto, a tera wszędy tombak i paranoja, że każdy chce cię ojebać z czasu, energii, uwagi i kasy. Ya know..? :/ Zaczyna mnie już po prostu męczyć ten cały płytki matrix. Z drugiej strony jakby lubię generować piniondz bo piniondz generuje więcej swobody, więc no... Mam ten swój sabbatical teraz - i kminię.
Tym bardziej, że oferty pracy w branży kreatywnej aktualnie przyprawiają mnie o histeryczny rechot - zakres obowiązków dla co najmniej 5 stanowisk i to w dodatku zupełnie niepowiązanych, warunki finansowe jak dla juniora, ale za to w benefitach owocki, kawusia, papier toaletowy w klopie i brak dress code'u. No milusio. Nie zapomnijta o flexie przebywania w "młodym(?) dynamicznym(??) zespole" i możliwości zdobycia doświadczenia w "prężnie rozwijającej się firmie".
Serio... Rynek pracy jeszcze rok temu tak nie siorbał jaj razem z kutangiem, jak tera. Pfui.
To mnie tylko jeszcze bardziej pcha w kierunku jakiegoś self-employment...

O cholibka doczekalim! 🦇
OdpowiedzUsuńWąpierz nie rzuca słów na wiatr, jak mówił, że wróci to mówił, nie trzeba co pół roku przypominać 😉 (suchar)
Jak miło pocieszyć znów oko i szare komórki gwarą wąpierzową. Oby częściej tylko :))