17:50

Dojrzewanie w kokonie. Albo coś.


Pomysłów niecnych. Jutro zmacam pewien towar... od tego wiele zależy, więc... Czymajta kyciuki, byle nie kłykciny.

Pogoda we Stolycy ma peemesa, no nie może się zdecydować, dzwoni mi chłop z pracy, nad nim jaśnieje słońce, a nade mną dżdży, abo tak samo, tylko na odwrót. Swoją drogą, w nocy przypomniał mi się ten kawałek, cudny zaiste, szkoda, że Pan już niucha kwiatki od strony ichniej kwietnej rzyci, ehh.





Dzisiaj w związku z pogodową mizerią urządziłam se domowe SPA. Nałożyłam maskę drożdżową Agafii obficie na czaszunię, czaszunię owinęłam folią, folię upchnęłam pod wełnianą czapę. Ubrwienie i urzęsienie potraktowałam ciemnobrązową henną. Pilingi, masażyki, depilejszyn, etc.


 Brejslet z Rossmanna, idealnie pasowała na mój ekstremalnie wąski nadgarścior, nonie mogłam nie wziąć:


Lubię biżuty, w których można się kąpać i spać, a pasują do większości rzeczy. Kupiłam sobie jeszcze złote (kolor w sensie, nie kruszec) kolucha. Kolucha też pasują prawie do wszystkiego. :) I jeszcze kupiłam Nivejki, ulubione, od lat, zawsze na podorędziu:


Zdrowa szamka; kiedyś myślałam, że wszystko, co wartościowe do jedzenia, jest mdłe i beznadziejne, a teraz odkrywam np. uroki warzyw pieczonych z jaglanką:

W ogóle, jak patrzę czasem, co ludzie wrzucają na taśmę w sklepie, to aż mnie słabi... Mrożona lazania, naszpikowane chemią "gotowce" do mikrowelki, gazowane farbowańce do picia (często dla małych dzieci), parówki multipak za dwa zety, syfiaste słodycze o dwuletniej dacie przydatności do spożycia... Nie jestem żywieniowym ortodoksem oszołomem, ale kuźwa, przynajmniej się staram jako tako świadomie kontrolować, co pcham do "wora" i co zasila mój organizm, również mózg. Czuć różnicę, jak cholera, nawet w myśleniu i kreatywności, wow, kto nie chce, niech nie wierzy.

***


7 komentarzy:

  1. Takie dni z pogodą w kratkę to chyba najlepiej wykorzystać urodowo :) Też mnie odrzuca, bo uczyniłam siebie w miarę świadomym konsumentem, czytającym etykiety(wpływ "Wiem co jem" i blogów), taki pożytek, a co do ludzi, może w końcu zrozumieją, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świadomość konsumencka się bardzo teraz poszerza, ale jak człowiek już "złapie bakcyla", to siłą rzeczy patrzy z politowaniem na tych, co jeszcze BŁĄDZĄ, albo, co gorsza, w ogóle mają wywalone i totalnie zamknięty umysł na takie "nowinki". Pozdrawiam tyż! :)

      Usuń
  2. Ależ ślicznie i świeżo wyglądasz, normalnie wiosenny szczypiorek :)

    Uwielbiam zaglądać kąsumentom do koszyków - mój niedawny zestaw-faworyt to trzy kilogramowe wory frytek, dwa kilo cukru i flacha wybielacza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować za tego szczypiora ;)

      Zabawni są też kąsumęci pseudoświadomi - np. pańcie z budyniującym znad biodrówek sadełkiem, ładujące do koszyka wszystko, co ma w nazwie FIT, LIGHT itepe :D

      Usuń
  3. Mhmmm :> jak ja uwielbiam takie słownictwo soczyste <3 zaczytuję się od kilku dni, promo od Ani procentuje. Odkryłam też kilka moich często używanych słówek i zwrotów. W sieci chyba nie masz 'kąkuręcji'.
    Ci ludzie, którzy ładują na taśmę takie rzeczy, to ci sami, którzy na widok i zapach dużej ilości warzyw i ogólnie nieprzetworzonego jedzenia w naturalnej postaci dostają mdłości, odrzucenia, zanieczyszczony organizm podpowiada co chce pożreć, połknąć w całości, czym nakarmić wijącą się wewnątrz bestię -.- mam takich ludzi w domu i tylko słyszę "nie mogłabym tak jeść! jak możesz coś takiego stale jeść! trzeba jeść chleb (ten kupny) niedobrze jest tak ciągle na kaszy" I moje ulubione: "nie jesz nic normalnego jak ludzie" ;]
    Miłego! Dawaj czadu :)
    Niki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Mam kąkuręcję, obczaj chociażby http://tldrtldr.wordpress.com/ , Lea też daje po garach na egomorphosis.blogspot.com (choć jej staaary blog 'leamun' był o wiele pikantniejszy językowo, wot, ustatkowała się kobita).

      Uwielbiam być na własnym "garnuszku"; kiedy pojadę do rodziny, próbuję dyskretnie proponować "pomoc" przy obiadkach, żeby nie jeść w kółko jakiegoś szitowia (np. białe gumobuły ze słodkim serkiem na śniadanie, na obiad klasyka, czyli kopa ziemniorów, kotlet, i symboliczna kapinka surówki dla ozdoby, na przekąskę słodzone jogurciki, bo przecież nabiał to sama zajebistość i wapń - hłe hłe, w charakterze "zdrowych" owocków - "soczki" z Biedry 20% zagęszczonego soku, reszta woda z syropkiem glu-fru, w pytkę po prostu, na kolację biały gumowaty chleb z mokrą chemiczną wędlinką)... Moja bujna wyobraźnia paranoicznie podpowiada mi, co się dzieje w kiszkach i narządach po paru tygodniach takiej "diety", a familia uważa twardo, że oni jedzą NORMALNIE, a ja cuduję i zdziwiam z nudów. No i jak można dziecku herbatki nie posłodzić??? Córka żłopie wodę i ziołowe napary bez cukru, podła matka ze mnie... Jedynie brat się wkręcił w Tombaki, tępienie candidy, hydrokolonoterapie itd.

      Miłego również, cieszę się, że się tu rozgaszczasz :D

      Usuń
    2. Super że są takie dziewuchy jak wy w sieci, bo nie wystarczy naszpikować tekst soczyście, ale jeszcze sztuką jest zawrzeć w tym mocny wartościowy przekaz - już cię kocham :> glu-fru fru fru pełen odlot. Pożywne śmieci nie przeszkadzają ludziom bez wyobraźni przyczynowo-skutkowej cóż, tacy żyją wśród nas, nie potrafią sobie wyobrazić co się dzieje z jedzeniem, kiedy trafia do wewnętrznej fabryki. Jestem na bezglutenowo-beznabiałowej i nawet czasowo na bezcukrowej (niskocukrowej) dietce, więc od czasu do czasu przemycam trudne do zaakceptowania treści, żeby mnie domownicy nie potępiali przy okazji spotkań rodzinnych ;) bo nie wiadomo wtedy jak się bronić przed atakiem.
      W moim regionie na południu Polski nie ma słowa "zdziwiać" występuje jedynie "wydziwiać" :)
      Niki

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger