10:25

Fuck you, 4head!

Nosiło mnie już od jakiegoś czasu...

Ja naprawdę uwielbiam bezgrzywkowe fryzury. Generalnie uważam, iż taka topielica z przedziałkiem pośrodku rozstąpionem niczem mojżeszowe Morze Czerwone, to jest najlepszość. ALE. Mader Nejczer "pobłogosławiła" mię niestety czołem sporem i wypukłem... W średniowieczu byłby szał. Niby en vivo nie ma tragedii, ale np. aparat fotograficzny widzi jakby głównie to czoło, co mnie przyprawia o womit... 

Tak się też złożyło, że ostatnio natrafiałam w internetach na foty naprawdę fajnych propozycji grzywek. I zaczęło mi świtać jakieś halo powolutku... 


 






Ale, że nie ma opcji, żebym się wybrała do fryzjera w ciemno (a paru zaufanych mam aż na rodzimym Dzikim Wschodzie), to pozostawało mi li i jedynie... sięgnąć po nożyczki samej :) 

Wydzieliłam trójkąt od (prawie) czubka głowy do zakoli włącznie, związałam mocno resztę włosów, sczesałam na twarz to, co miało stać się grzywką, i - ciach. Potem jeszcze kilka ciachnięć wyrównawczych, i wyglądam mniej więcej jak Hannah Pixie na ostatnim zdjęciu. Bardzo jestem zadowolona!

1 komentarz:

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger