12:06

Toyadzie ułatwiacze żywota w zakresie wizualnego ogaru.

Elo!

Im jestem starsza, tym większego znaczenia nabiera dla mnie optymalizacja moich procesów życiowych w klimacie 'slow life', a tak naprawdę nie tyle slow, co żywot we własnym naturalnym tempie i w zgodzie ze sobą.

Zawsze byłam fanką trybu 'work smarter, not harder' - także w zakresie ogaru zewnętrznego. Jestem estetką i wymagam od siebie pewnego wizualnego standardu, ale też staram się nie podporządkowywać tej kwestii przesadnych nakładów, raczej trzymać się blisko złotego środka. Nie lubię wyglądać na 'trying too hard', wiecie :)
*Zaślepione resentymentem femi-nazi-neofitki wojujące o stępienie w sobie do zera /zaimprintowanej przez opresyjny patriarchat, hurr durr/ potrzeby atrakcyjnego wyglądu (spod szyldu: zapuść wachlarz pod pachą i spal stanik) uprzedzam, że nic nie wskórają nawracaniem mnie na abnegację. Więc - pozdro szejset, baj baj.

 1.) Suchy szampon.

Dotąd Batiste, ale od niedawna absolutym hitem jest dla mnie... zwykła czysta skrobia ryżowa. Nie dość, że wychodzi ekonomiczniej, to jest o niebo skuteczniejsza. Nie posiada też zapachu, a Batiste moim zdaniem są irytująco naperfumowane. I - zapewne - jest zdrowsza dla skalpu.

Mam włosy skłonne do przyklapu u nasady, a przez rozjaśnianie są dość suche na długościach, więc żal mi poddawać je codziennemu praniu w detergentach, ponadto - zwyczajnie nie lubię tej czynności! Szok i niedowierzanie... :D W sensie, mycia włosów (z dwukrotnym spienianiem szamponu), nakładania maski/odżywki, odczekiwania aż podziała, spłukiwania, blablabla, suszenia, układania itd. Dużo jednak zachodu z tym. Jak hery wyschną mi same, mam falowany puch, który wygląda dość niechlujnie, może przy dłuższych włosach wyglądałby lepiej... Zobaczymy. Mój kręgosłup też nie lubi, kiedy wiszę łbem w dół (a ja z kolei nie lubię myć włosów inaczej). Więc staram się ograniczyć częstotliwość mycia głowy, a przy tym oczywiście - zachować świeżość fryzury. 

Suchy szampon genialnie mi w tym pomaga. Mogę spokojnie myć hery co 2 lub 3 dni i poświęcać im wówczas więcej troski (olejowanie, maska pod ciepły kompres, masaż, wcierka, suszenie na szczocie). Win win.

2.) Rzęsy 2:1.

Moje rzęsy są raczej długie, ale niestety proste i sztywne jak druty i na domiar złego smętnie skierowane w dół, przez co psują mi kontur oka i "obciążają" spojrzenie. Żeby wyglądały w miarę znośnie, musiałam używać zalotki (czasochłonne i upierdliwe) i odpowiedniego tuszu (MF Masterpiece) z odpowiednią (upierdliwą i czasochłonną) techniką malowania, zaś efekt i tak dupy nie urywał... :/ Natomiast zmywanie mascary to dla mnie... no, istna masacra :P Błotnisty smar na całej twarzy, potem oczy jak u królika - nie, nie, nie...

Ponad rok temu zakochałam się w przedłużaniu rzęs... Jakiż to jest komfort! Ładnie zrobione rzęsy 2d zastępują calutki makijaż oka na ok. miesiąc. Wstajesz rano, ziorasz w lustro i... wow, nie wyglądasz jak kret ze wstrząsem anafilaktycznym! 

Po dołożeniu cienia/krechy mamy efekt jeszcze bardziej wyjściowy.

Bynajmniej nie odczuwam żadnych niedogodności przy takich rzęsach - zdarza mi się spać z dziobem w poduszce, używać olejów do twarzy (omijam jedynie okolice oka), nie jest mi "ciężko" ani nic.

Znalazłam sobie fajną "dealerkę" rzęsiorów, mam blisko, jest sympatycznie i sprawnie (często 1,5 - 2h tnę komara przy relaksacyjnym plumkaniu) a i cena do przełknięcia... Z efektów jestem bardzo zadowolona.

Wiem, że jest sporo przeciwniczek takiego zabiegu, bo niby efekt jest nienaturalny (swoją drogą, wiele zależy od metody i kunsztu stylistki). Ale dla mnie efekt jest okejka, a do tego nieoceniona wygoda i oszczędność czasu. Zresztą - rzęsy sztywne od czarnego smaru wyglądają może o tyle "naturalniej", że zdążyły się "opatrzeć" społeczeństwu, a przedłużane to - mimo rosnącej popularności - wciąż wzbudzająca nieufność nowinka. 

Jednak gdybym miała naturalnie wywinięte ładne rzęsy, nie fatygowałabym się ani z 2d, ani z malowaniem. Wystarczyłby prosty myk typu tightlining.

3.) Henna na brwi/microblading.

Dla mnie brwi > wszystko... ;) Moje własne mają wprawdzie dość nobliwy zarys łuku (dziękować genom po kądzieli, uff), ale kłaczki są jasne i delikatne i zwykłam je przyciemniać henną co parę tygodni, doraźnie stosuję skośnie ścięty pędzelek (Zoeva) i puder Golden Rose nr 104 lub cień Maybelline Color Tattoo w odcieniu Permanent Taupe. Jednak w planach mam zabieg microblading.

4.) Długie/półdługie włosy i nieudziwnione cięcie.

Szczerze? Nie jestem fanką mocno krótkich fryzur, bo jestem stanowczo zbyt wygodna i leniwa żeby toto regularnie odświeżać u fryzjera i codziennie układać (niestety przy moich włosach poranne "gniazdo" na czubku murowane), a poza tym... po prostu wolę dłuższe włosy, bardziej mi się podobają (powiedzmy, w 8 przypadkach na 10). Boby i loby też wporzo :)

Moim skromnym zdaniem dłuższe hery są bardziej uniwersalne i łatwiejsze w obsłudze - zawsze można związać, spiąć, niedbale umotać w bułę na czubku itd. Nic nie odkształca się od poduszki, czapki, nie chłoszcze po pysku na wietrze itd. W razie potrzeby można też wykombinować różne ciekawe loki, fioki, koki, sploty i inne cuda (do których mam absolutnie dwie lewe rąsie, więc odpadam, ale jakby co, to MOŻNA). 

Od czasu do czasu napada mnie dzika żądza grzywki, tudzież strzyżenia warstwowego a'la shag, ale doświadczenie mi podpowiada, że to ryzykowny pomysł (konieczność regularnego podcinania, fruwające kłaki w okolicach oczu, potem mozooolne zapuszczanie... brrr).

Ale ostatecznie - nie ręczę za siebie :>

5.) Nieskomplikowana stylówa.

Tutaj znowu - lubię wyglądać dobrze i czuć się komfortowo w ubraniu, ale nie znoszę poświęcać temu zagadnieniu zbyt wiele czasu i uwagi... Zakupy mnie śmiertelnie nudzą, szwendania się po galeriach handlowych nienawidzę. Od czasu do czasu, będąc w rodzinnym mieście, zapoluję w lumpie - ostatnio coraz mniej rzeczy przechodzi moją ścisłą selekcję, muszą być naprawdę świetne.

Dlatego na maksa ograniczyłam się kolorystycznie, liczebnie i stylistycznie w swojej garderobie. Sprawdza się u mnie reguła ponadczasowego, minimalistycznego zestawu bazowego podrasowanego jakimiś ciekawszymi butami i utorbieniem, ewentualnie nakryciem głowy/okularami/zegarkiem/biżuterią/szalem. Kocham #allblackeverything <3

Akcesoria "robią" cały efekt. Biżuty, czapki, kapelusze. A już bucisze i torbaby to doprawdy ostatnie rzeczy, na których bym oszczędzała!

6.) Hybrydy.

Malowanie paznokci zwykłymi lakierami zawsze mnie potwornie frustrowało, ponieważ - mimo cudowania z różnymi produktami podkładowymi i nawierzchniowymi - najdalej po dwóch dobach miałam już paskudne odpryski i szlag mnie trafiał. Poza tym - koszmarny smród dla mnie (i otoczenia), godzina bezczynnego wachlowania łapami żeby to badziewie wyschło, później rano i tak odgniecenia od materiału z pościeli... wrrr.

Dzięki lakierom hybrydowym na manicure poświęcam zazwyczaj 1-2 h w miesiącu - bez smrodu, bez odgnieceń, bez odprysków.

Dodatkowo - można, jak się chce, poszaleć ze zdobieniami, bo mamy pewność, że manicure spokojnie przetrwa te 3 tygodnie.

Dla mnie - rewolucja - i rewelacja.

7.) Wybrane elementy makijażu zamiast pełnej szpachli.

Podziwiam kobity, którym chce się codziennie rano celebrować jutubowo-instagramowy mejkap z graficznymi brwiami, doklejanymi paskami rzęs, konturowaniem nosa, strobingiem, bakingiem, idealnie zblendowanymi tęczowymi cieniami na powiekach, perfekcyjnie wyrysowaną pomadką etc... Lubię zabawę makijażem, ale muszę mieć nastrój, ochotę i czas na nią, a poranny rozgardiasz i pośpiech temu nie sprzyja. To ma być relaksująca przyjemność a nie mus. Dlatego zazwyczaj stawiam na jakiś motyw przewodni (brwi, krecha, usta, rusałczana świetlistość).

No a poza tym... jakoś coraz mniej mnie przekonuje taka odrealniona, wielowarstwowa maska. Zawsze kminiłam w kierunku, że makijaż ma podrasowywać i eksponować nasze osobnicze atuty, a tymczasem robi się z tego powoli jakiś maniakalny kult "jedynie słusznej" sztampy. Serio, wszystkie te tumblr girls i insta baddies są coraz mniej od siebie odróżnialne... Kontur a'la drag queen, wargi jak parówki - a górna koniecznie wywinięta na nos (tak, duże usta są okej, tak, ostrzyki hialuronem są dla ludzi, tylko może... yyy WARTO ZNAĆ UMIAR?).

Ostatnio zoom na fakturę czoła pewnej makijażowej guru wzbudził we mnie niekłamanego brzyda - dziewczynina ma zdrową, jednolitą, gładką cerę, a mimo to naładowała grubaśną warstwę kryjącego podkładu, który po zastygnięciu wyglądał jak cement, beton, skorupa... no, fuj. Tymczasem w komciach małolaty pieją z zachwytu nad wybitnym talentem swej idolki. Dafak?

Zawsze mi się wydawało, że idealny podkład ma być możliwie niewidoczny, doskonale stopiony z cerą i ma adresować jakieś jej potrzeby - korygować wypryski, koloryt etc.

Nie mam rewelacyjnej skóry na gębie, ale jak tylko ma "lepsze momenty" to z radością rezygnuję z paprania jej po próżnicy. A jak już papram, to staram się uzyskać subtelny efekt dewy i airbrushed, a nie cakey... Cakey to chyba nie to samo co on-fleek. Ale może ja się nie znam... :/

Nie mam hopla na punkcie kupowania i kolekcjonowania zbędnej kolorówki - owszem, od czasu do czasu wypróbuję czegoś wszechstronnie rekomendowanego, ale zazwyczaj trzymam się ulubionych produktów. Wolę też wydać raz na pół roku więcej hajsu na godziwy jakościowo kosmetyk, niż co miesiąc kompulsywnie dorzucać lichej drobnicy... 

Właściwie mój mejkap zamyka się w paru kamuflażach Artdeco (cudownie kryją moje zombiakowe cienie pod oczami), podkładzie (mój ostatni hit - Catrice HD Liquid Coverage), pudrze ryżowym z Paese, eyelinerze Essence (ten i żaden inny), hajlajterze Lovely (najlepszy), pudrze z GR do brwi, różu w musie Maybelline, brokacie do ciała Inglot, kilku matowych pomadkach Bourjois, które i tak przegrywają zazwyczaj z Niveą jagodzianą (daje fajny półprzejrzysty kolorek)... Mam ze dwie paletki cieni, ale okazjonalnie po nie sięgam. Przeważnie jak maluję którąś z koleżanek :)

Podsumowując - makijaż powinien być dla baby, a nie baba dla makijażu.

8.) Treningi interwałowe i HIIT.

Moje niedawne objawienie! Ćwiczę co drugi dzień. Ok. 20-30-40 minut. Na drugi dzień czuję mięśnie, ale nie mam bolesnych zakwasów. Do tego mega przypływ energii i szybko zauważalna poprawa kondycji! Odnośnie zgubionych kilogramów jeszcze za wcześnie, by się chwalić... ale interwały i HIIT uchodzą za nader skuteczne smalec-slayery :) A najlepsze jest to, że - interwały są na tyle krótkie, że odpadają wszelkie focze wymówki w stylu "jestę matkom, nie mam na to czasu". Nie potrzeba specjalnego ekwipunku, jedynie dobra wola. Polecam na początek p. Monikę Kołakowską z YT, ma jeden filmik z prostym treningiem 17-minutowym dla takich totaaalnych zdychulców kanapowych z zerową kondycją ;)


6 komentarzy:

  1. Co do mejkapu powinnam sobie wziąć radę do serca.. Ostatnio znów wpadłam w nałóg w przypadku kolorówki i cóż kosmetyczka pęka, a fakt, że czasem lepiej wydać drożej i postawić na sprawdzone rzeczy a nie wciąż próbować. W przypadku szponów ostatnio jestem za leniwa na jakiekolwiek malowanie ;) Czarna stylówa zawsze rządzi!!! I chętnie poćwiczę interwały, uwielbiam wyszukiwać nowych workoutów na yt :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do makijażu jestem skłonna podpisać się pod Twoimi słowami, makijaż gwiazd instagramu - umówmy się wygląda dobrze przeważnie do zdjęć ( z odpowiednim filtrem) lub na wieczór. Małolatay wiernie kopiujące wszystkie makijażowe triki przyprawiają mnie o śmiech, zoom na oczy, zoom na usta, na kontur twarz...serio? Kiedyś żelazna zasada brzmiała : podkreślasz oczy - postaw na naturalne usta i odwrotnie a ściśle rzecz ujmując co za dużo to nie zdrowo, koniec, kropka. podkład catrice mnie zainteresował, widzę że jesteś blada a mam mieszane odczucia co do gamy kolorystycznej :) Napisz proszę więcej bo recenzje są na razie mocno mieszane i nie wiem czy się skusić na zakup. I co to za eyeliner z essence? Może jakiś wpis makijażowy lub tutorial? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten podkład na moim ryju się sprawdza, ale rzeczywiście ma potencjał do zapychania. Ja ogromny nacisk kładę na wieczorny demakijaż i dokładne oczyszczenie porów, często stosuję preparaty delkatnie złuszczające, więc mnie nie zapycha. Ale wiem, że niektórym użytkowniczkom zrobił mega krzywdę - pytanie, czy dobrze wykonywały demakijaż, bo niestety gro kobiet przejedzie twarz wacikiem z mleczkiem i myśli, że to wystarczy.

      O ajlajnerze machnę tuto wkrótce :)

      Usuń
  3. Zahaczając o temat beauty... takie pytanie-prośba-pytanie ;-) Może jakieś pościwo o perfumach, kolekcji, spostrzeżeniach, gdzie najczęściej kupujesz? :-> Obserwuję na Insta i jestem ciekawa twojego zdania :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w planach takie pościwo :)

      Usuń
    2. Uuuuuu! :-D Nie mogę się doczekać

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger