12:49

Babo, nie płyń z nurtem "Wybierzmnie", jak zdechła ryba.

Cześć miśki tęskniące za Toyadem <3

Uskuteczniam wykopki archeologiczne. Oto post, który marynował się w roboczych od wielu długich miesięcy. Pochodzi z czasów, kiedy przyświecał mi jeszcze neoficki zapał energicznego uświadamiania, ratowania i odpsychofażania mas.

Nie to, że obecnie jest mi to obojętne - zawsze totalnie topnieję ze szczęścia na wiadomości o tym, że moje teksty zainspirowały kogoś do skutecznego pozbycia się toksycznej pijawy. Ale odpsychofażenie się to dopiero początek drogi, której dalsze etapy są dalece bardziej fascynujące, ponieważ kiedy na serio wkroczysz na ścieżkę osobistego "lewelowania się*", pojawia się efekt zapadki - mentalny regres do poprzedniego etapu jest praktycznie niemożliwy. I to jest zaaajebisty uczuć :)

 (*roboczo zapożyczone ze slangu graczy, nie bardzo wiem jak zastąpić 'level up' żeby zachowało immanentny sens - doskonalenie/ulepszanie to jednak nie do końca to).

Pora iść dalej.

Za moich czasów to była niejako wiedza tajemna (tutaj dozgonna wdzięczność i pokłony dla Mai, która była moim najpierwszym i najważniejszym światełkiem w tunelu), a dziś - choć wciąż nie jest idealnie, to jednak poszukującym o wiele łatwiej trafić na nić wyprowadzającą z labiryntu. A mimo to jednak nie wszyscy z labiryntu wyjdą. No cóż, im wyżej na szlaku, tym puściej, ale i... piękniej.

„Usta mądrości są zamknięte dla wszystkiego z wyjątkiem uszu zrozumienia.” – Kybalion.



 *

Ale tak sobie pomyślałam, że opublikuję ten pościk enyłej, bo może stanowić pożyteczny pomost od żucia starych okołopsychofażych szmat, do jakichś bardziej rozwojowych i przyszłościowych klimatów.

Otóż. Jak raz człowiek rozgryzie modus operandi jednego toksyka/narcyza/psychofaga, to tak naprawdę, jakby poznał wszystkich. Są jednowymiarowi, schematyczni i... nudni. Tak, nudni! Bezwartościowe szmatławce, puste wydmuszki, żyjące pozorami i tanią gadką. Teraz mój tox-radar błyska i wibruje wściekle już od pierwszej "czerwonej flagi" ostrzegawczej, jak pager na pizzę w Forum Przestrzenie :) W zasadzie psychofag to jedna i ta sama maska skrywająca tę samą brzydką zimną pustkę. Won z nimi. Nie rokują. Kiedy namierzysz takiego w swoim otoczeniu, zaiwaniaj w przeciwnym kierunku co sił w kulasach.

ALE. Halo! Jest przecież jeszcze druga część tej pochromolonej układanki.

BABA. (ok, nie wyskakiwać mi tu, że zjawisko psychospiergolenia nie ma płci, bo ja o tym doskonale wiem, ale jako baba przyjmuję w swojej narracji taką, a nie inną, perspektywę, ponieważ mój blogasek kierowany jest do BAB ---> koniec disclaimera)

Otóż, baba. Wrzućcie sobie w googla np. "mój mąż/partner mnie wyzywa/bije" z dopiskiem "forum". To, co można przeczytać, to jest jakaś zgroza. Włos się jeży, w jakim cuchnącym gunwie można nurkować, nazywając to miłością... Dzisiaj przyprawia mnie to o ciary przerażenia, wstrętu i... lekkiego zażenowania, ale z drugiej strony - daaawno, daaawno temu sama nie miałam pojęcia o prawidłach i dynamice toksycznych relacji i zwyczajnie nie byłam w tym punkcie samoświadomości, w którym jestem dziś. Aczkolwiek, when you know better, you do better, dlatego ja świadomie wyrzekłam się, raz a dobrze, grzechu "gupiocipstwa" - na wieki wieków amenT.

Poza tym... Prawda jest taka, że wiele z nas ma na pewnym etapie życia "syndrom gupiocipstwa", bo tak jesteśmy tresowane. Żeby zgrywać małe, nieszkodliwe, niepozorne, ugrzecznione, wyrozumiałe. Takie tam, easy-going. Tanie w utrzymaniu. Broń bosz "wymagające" i konsekwentnie egzekwujące własne granice. Booo - o zgrozo - żodyn nas nie "WYBIERZE" i ojojoj, ni ma winkszyj tragedii w życiu niż niemanie chłopa. Belejakiego. Wystarczy, żeby miał 3P - portki, penisa i puls :/ (no dobra... modne portki gołodupcowi same chętnie ufundujemy).

Do tego nierzadko jesteśmy wyposażone w kamień na szyi, czyli deficyty, uwarunkowania i nieświadome skrypty wyniesione z domu wraz z kiepskimi wzorcami, nie wyrastamy z infantylnych "ideałów" z bajeczek i komedyjek romantycznych, towarzyszy nam naiwna wiara w przybycie księciunia na biołym kuniu, który nas wyratuje z życiowej doopy/zblazowania/bezsensu/staropanieństwa. Paradygmat 'struggle love', czyli "trudnej" i usłanej cierniami "miłości" jako lepszej niż żadnej został medialnie uromantyczniony i wyniesiony na piedestał. I ma się świetnie. I jest cholernie, ale to cholernie szkodliwy. Gubią nas rozbuchane emocje odbierające głos przytomnemu osądowi rozumu, mrzonki o niezniszczalnym uczuciu co zwycięża wszelakie przeciwności losu.

Spoiler - nie, nie zwycięża. Tzn. może, ale w dobrych z gruntu związkach - zaś związek rzyci z batem nie uznaję za takowy. Sorry.

Wracając do kamienia na szyi - w większości w ramiona złotoustych toksyków rzucają się osoby z syndromem (ogólnie mówiąc) DDD, dzieci z dysfunkcyjnych domów, z głodnym serduszkiem na dłoni, gigantycznym niedoborem miłości (zwłaszcza zdrowej własnej) i atencji, których nie zaznały zbyt wiele w dzieciństwie i skłonne są trzymać kurczowo każdy lichy strzęp. Nie mogące sobie nawet wyobrazić, że na ów strzęp wcale nie trzeba "zasłużyć". Z rozmytymi granicami i wysoką tolerancją na wszelkie podłe gówno ze strony innych, zwłaszcza bliskich. Być może z wyższą niż przeciętna wrażliwością i (nad)empatią, a także z pewnym zacięciem mesjańskim i wzruszającą (a naiwną) wiarą, że dana osoba jest dobra, tylko się pogubiła, i my ją możemy naprawić, zanurzając skrzywionego delikwenta w bezkresie naszego bezwarunkowego uczucia i wiecznego wybaczania... Projektujemy na problematycznego partnera osobę swojego problematycznego rodzica, nieświadomie odtwarzając dawny spektakl w nadziei na inne, mniej ponure zakończenie. Polyanny "grające w zadowolenie", zapominające o przetrąconej żuchwie i podbitym oku na widok przeprosinowego bukietu róż, gdy zaledwie dzień wcześniej dostały srogi łomot (w skórę lub werbalnie). Przecież zawsze można z Misiem POGADAĆ i może za którymś razem ZROZUMIE że to boli i że nu-nu? Żyjące w matrixie romantycznościowych bzdetów, powtarzące niczym mantrę frazesy o cierpliwej miełości, co to wszystko cierpiętniczo znosi i wybacza. I że KAŻDY zasługuje na (tysiącdrugą) szansę, nie wolno nikogo przekreślać, a zwłaszcza Misiaczka, który robi taką zbolałą minkę koteła ze Shreka i obiecuje złote wierzby na gruszce.

Brrr. Przepraszam, czknęło mi się womitem.

Przypomina mi się pewna kobieta 70+, poniewierana przez męża i zdradzana na prawo i lewo, która z dumą wysyczała spomiędzy zaciśniętych zębów, że mimo wszystko ona WYGRYWA, bo mężuś ostatecznie JĄ WYBRAŁ, a nie te lampucery, z którymi narobił pozamałżeńskich dzieci.

Ech, ta trudna miełość taka pienkna, prawdaż.

To naturalne, że w pierwszym odruchu zaciekle bronimy swojej wizji rzeczywistości, na rzecz której ponieśliśmy już tyle emocjonalnych i materialnych kosztów... Trochę ciulowo, żeby to wszystko okazało się inwestycją jak psu w dupę, tudzież jak krew w piach. Mówiąc wprost - decydujemy się na kolejną rundę tej porąbanej gry, aby "nie przegrać", błędnie biorąc pozbycie się żelaznej kuli u nogi za STRATĘ i przegraną. Nie rozumiemy, że dobrowolna rezygnacja z tej ruletki jest jedyną szansą na wygraną - spokojne, szczęśliwe, godne życie na własnych warunkach.

Delikwentka w fazie nieświadomej (tj. zanim się zleweluje, niektóre nigdy) charakteryzuje się m.in. tym, że:

- Jej żyćko układa się w charakterystyczny szlaczek związkowych fakapów, ale ona nie ma pojęcia, jakiż to tajemniczy magnes w niej sprawia, że "przyciąga" gachów z problemami (długi, nałogi, zaburzenia osobowości, skłonność do agresji), ale ochoczo dźwiga to brzemię, jakim jest "trudna miłość", mając przed nosem marchewkę z napisem "ale Misio ma taaaki potencjał". Nie widzi, że marchewka jest z chińskiej gumy i nie czuje, że śmierdzi toksycznym szajsem.

- W relacji ma zadatki na niekonsekwentną, cieplusią mamusię dla swojego dorosłego chłopa z kompletem zdrowych kończyn i czaszką zasobną w szarą galaretę. Oczywiście nikt bidulka "nie rozumie" i "nie docenia", stawiając mu jakiekolwiek uzasadnione wymagania, natomiast ONA JEDNA na przekór światu pełnemu złych ludzi czule tuli synusia do memłona i głaszcze wyrozumiale po główce.

- Wyręcza go w najprostszych zadaniach. Wyszukuje mu oferty zatrudnienia, osobiście odpicowuje mu CV i pisze błyskotliwy list motywacyjny. Staje na uszach, aby pokazać, jaka to jest dobra, cierpliwa i troskliwa, aby "zaskarbić sobie" jego głęboką wdzięczność i buchający płomień miłości. Żeby ją wybrał.

- Całą energię i wysiłki inwestuje w Misiaczka, powoli stając się zaniedbaną, umęczoną, sfrustrowaną, gderającą kwoką. Zastanawia się, dlaczego nie dostaje żadnej formy uznania za swoje poświęcenia. Ba, jeszcze odkrywa, że Misio się puszcza na boku! Niewdzięczny! Wiecie dlaczego? Bo mamusia jest owszem, pożyteczna, gdy opiera śmierdzące skarpety, ale zgoła niepociągająca, bo ma coraz mniej wspólnego z atrakcyjną Kochanicą. Nie trzeba się dla niej starać, ani niczym jej imponować - i tak pozbiera te cuchnące skarpety, jak zawsze. A nawet taka żałosna, indolentna Mendżajna potrzebuje poczuć się jak samiec alfa, co jest wykluczone przy kastrującej jego Ego nadopiekuńczej mamuni.

- Bywa też, że rozczarowana i poirytowana biernym oporem gnuśnego Misiaczka PICK ME wchodzi w rolę surowego (wybiórczo) żandarma. Kontroluje, ile wysłał CV, ile stron z materiałów do egzaminu przeczytał (z odpytywaniem), przegląda mu telefon i historię wyszukiwarki w kompie, wydzwania gdzie i z kim jest itp.

Jeżeli kiedykolwiek złapiesz się któraś na wchodzeniu w rolę zastępczej mamuśki dla swojego pełnosprawnego chłopa, pacnij się w łeb, byle mocno. Nie mówię, że masz nim pomiatać i zaniedbywać, ale po prostu nie traktuj go jak swojego zaślinionego synusia na cycu, którego trzeba za rączkę prowadzić i paluszkiem pokazywać, co ma robić, żeby bidulek mógł funkcjonować jak przystało na dorosłego człowieka. Dlaczego? Bo to nie służy ani jemu, ani Tobie, ani związkowi. Podobnie, jak wieczne fundowanie bliskiej osobie z problemem alkoholowym tzw. "miękkiego lądowania" jest niedźwiedzią przysługą, bo nie pozwala jej zmierzyć się z realnymi konsekwencjami własnego nałogu, a co za tym idzie - oddala szansę samodzielnego odbicia się od dna, odbiera odpowiedzialność za własne życie i zdrowie, upupia w pozycji bezradnego dziecka. To nie jest pomoc ani wspieranie, to jest utrwalanie status quo.

I na koniec, moje ulubione "a czo z MIEŁOŚCIĄ? Bo ja go TAK koooffam..."

Cóż. Miłość piękna sprawa. Ale sytuacja, w której Ty kogoś uporczywie "kochasz", a on Cię notorycznie ciągnie w dół, gnoi, wykorzystuje, szmaci, okłamuje, ma Cię w totalnej w pogardzie, to sorry, ale to nie jest żadna szumnie zwana miłość, a zwykły destrukcyjny nałóg i współuzależnienie. W miłości jest miejsce na zdrowe wymagania i zdrowe granice. Dlatego właśnie mądry i kochający rodzic nie pozwala dziecku na wszystko, nie ulega każdej zachciance okraszonej wrzaskiem i tupaniem nóżkami.

Zdrową miłość można dać i otrzymać tylko wówczas, kiedy się ją najpierw ma dla siebie. Z pustego i Salomon nie naleje. Ale do tej rewolucyjnej konstatacji się dojrzewa (albo i nie).

Traktując siebie w określony sposób, ustanawiasz standard, w jaki będzie traktować Cię świat. W życiu dorosłym dostajemy przeważnie to, na co się godzimy. A godzimy się na to, na co - naszym zdaniem - zasługujemy. Jest to ściśle powiązane z naszym poczuciem własnej wartości. Jeśli masz niskie standardy tego, jak związek powinien wyglądać, jesteś wręcz idealnym łupem dla psychożercy i przemocowca. Nie otrzymasz miłości, jeśli sama siebie tak bardzo nienawidzisz, że pozwalasz deptać po sobie ubłoconymi buciorami. Nie wzbudzisz szacunku, co najwyżej litość, jeśli sama nie respektujesz własnej integralności i granic. Nie będziesz doceniona, jeśli sama siebie nie potrafisz najpierw docenić.

Babo. Przestań się kulić w kącie, wmawiając sobie, że nędzne ochłapy spod stołu to wszytko, na co zasługujesz. Musisz znać swoją wartość, inaczej ktoś Ci ją podyktuje, zgodnie z jego własnym samolubnym interesem. Jak nieuczciwy handlarz samochodami vintage - chce odkupić po taniości, żeby spylić z zyskiem dla siebie. Psychofagi mają ultraczuły radar na takie przepraszające że w ogóle oddychają i zabierają przestrzeń kobiety, które płoną żądzą zapracowania i "zasłużenia" na miłość. Choćby miały się przy tym złamać wpół.

Generalnie... Jeśli czujesz, że brodzisz po pachy w szitowiu, kserując brzydkie schematy, to mam dla Ciebie dwie wiadomości. Pierwsza, ta dobra, jest taka, że istnieje równoległa do Twojego matrixu rzeczywistość, w której nie musisz zapełniać studni bez dna i wtaczać syzyfowego głazu pod górę. Świat, w którym czujesz się absolutnie wystarczająca i wystarczająco dobra. Świat pełen niezachwianego poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Świat, w którym znasz swoją wartość i nie godzisz się na bycie niczyją wycieraczką. Druga wiadomość jest taka, że jeśli Twoje poczucie własnej wartości jest dziurawe jak szwajcarski ser i nie wiesz, czy o własnych siłach się z tego badziewia wygrzebiesz, to kicaj w podskokach na terapię, bo inaczej będziesz się turlać w tej betoniarce rzadkiego łajna ad mortem defaecatam. Twojem mortem, a jakże. Ale! Nie biegnij do byle jakiego terapeuty z łapanki (znam takich "specjalistów" z bożej łaski, którzy swoją ignorancją i brakiem przenikliwości wyrządziliby więcej szkody niż pożytku), tylko do osoby, która ma wiedzę i doświadczenie KONKRETNIE w subtelnej materii przemocy psychicznej i manipulacji. Jak nie możesz takowej znaleźć, ogarnij konsultacje np. przez skype. Albo przynajmniej czym prędzej odpal na YT kanały Wilczycą Być, Jesteś Mistrzem (Nelumbo Institute), Soul GPS - pełno tego teraz, jest w czym przebierać. Ja polecam Little Shaman - jest po angielsku i ma dużo błyskotliwych insajtów, np. w kwestii intymności z narcyzem. Chłoń wiedzę. Wiedza to artyleria na całkiem niezłe powstanko.

Niby każde poźno jest lepsze niż później, ale gwarantuję, że konstatacja oddania najpiękniejszych lat życia jakiemuś niegodnemu splunięcia patałachowi odbija się bardzo gorzką, żrącą zgagą. Długo się odbija. Plus, nie wiem, czy niektóre Polyanny zdają sobie z tego sprawę, ale pozostawanie w jakiejkolwiek relacji z osobą o rysie psychopatycznym (wielu narcystycznych zaburzeńców go ma) jest zwyczajnie NIEBEZPIECZNE. Wiele Polyann wierzących w ukryte dobro swojego agresywnego "nadwrażliwego" Misiaczka wącha kwiatki od spodu, zasilając policyjne statystyki... Ja nie żartuję. Dupa w troki. Zwłaszcza, kiedy są dzieci. Jeśli w grę wchodzi jakakolwiek przemoc, pieprzenie, że tkwisz w przemocowym bagnie dla ich "dobra" (ach, pełna rodzinka na obrazku), jest skrajnie nieodpowiedzialne i jest zwykłą wymówką dla własnego chorego nałogu. Nie tańcuj pod aprobatę "opinii publicznej" - ludzie będą Ci obrabiać tyłek niezależnie od okoliczności - że samotna matka, że odeszłaś od męża i "rozbiłaś rodzinę", ale gdy dziecku stanie się krzywda, ci sami ludzie będą filozoficznie pytali, gdzie była matka i czemu w porę nie odeszła od bydlaka. Ja wiem czemu. Ale to Cię nie zwalnia z odpowiedzialności. Bo to Ty jesteś dorosła i masz wybór, a Twoje dziecko go na tym etapie nie ma...

Dzieci wychowane w takim mikroklimacie przeważnie wyrastają na ofiary lub oprawców - kalki swoich rodziców, permanentnie uwięzionych w pasywno-agresywnym klinczu. Znajdą sobie partnerów życiowych wg tego samego klucza, i przekażą swojemu potomstwu dokładnie tę samą klątwę.

Błędne koło.

Bardzo, bardzo, bardzo bym życzyła ludzkości, aby opamiętawszy się wreszcie, przestała generować wielopokoleniowe nieszczęścia i krzywdy.

[Ok... Jak już wspomniałam, ten post pisałam dawno temu i na sporym nerwie. Wielu osobom może nie spodobać się to, że nie opakowuję przekazu w neutralne, poprawne, idealnie okrągłe, sterylne od triggerów emocjonalnych, uczesane słówka. Trudno. Zależy mi na autentyczności moich treści i nie zamierzam kastrować blogaska z mojego firmowego toyadziego sznitu. Wyrosłam już z ciasnego i niewygodnego akwarium dla people-pleaserów.]


*
Photo by Anatol Lem on Unsplash

2 komentarze:

  1. Najsmutniejsze jest to, że żaden głos rozsądku z zewnątrz nic nie wskóra w przypadku takiej kobiety. Żadna troska, wsparcie, dobre słowo czy uczynek nie otworzy oczu ofierze na siłę... Tyle kobitek marnuje się. O ile one mają wybór i z niego nie korzystają to wkur... fakt, że dzieciom fundują to bagno, bo lepszy swój tata-psychopata niż żodyn albo nagle je obchodzi co ludzie powiedzą jak szarpnie się na odejście i zabierze latorośl ze sobą.
    Też nie mogę na spokojnie o tym wypowiadać się >:-[ Byłam w takim związku i znam te mechanizmy. I nadal nie mogę się nadziwić jak kobiety potrafią usprawiedliwiać przemoc psychiczną i fizyczną. Jak zamiatają pod dywan swoje ambicje, jak same siebie grzebią żywcem... Śmierć cywilna dla pijawy, która będzie trzymać się takiej bidulki, póki będzie wydolna finansowo/służalczo/seksualnie itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie ten temat działa jak płachta na byka, bo również bardzo personalnie do tego podchodzę... Niestety. Ale właśnie mam już trochę po kokardę walenia grochem o ścianę. Zaczęłam dostrzegać, że tak naprawdę rdzeniem problemu jest nie tyle sama obecność takich pijaw na świecie i "trafienie" na którąś, ale ślepota na własną wartość i uporczywe umiejscawianie jej na zewnątrz - w kimś. Z czymś takim racjonalne argumenty nie mają szans. Szkoda pary, lepiej sobie pierdnąć - jak mawiał mój dziadek. W takich sytuacjach jedyne, co "prostuje garba i otwiera oczy", to przysłowiowy nóż w plecy, czyli coś ekstremalnego, łamiącego naiwną retorykę "ale ja go tak koooffam".

      No cóż. Póki co trzeba się pogodzić z tym, że im wyżej na szlaku, tym puściej dookoła... :)

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger