14:57

Nie bądź bezwładnym paprochem w kosmicznej rzece życia.


 

Hhhhhhhmmmmm. Ostatnio łazi mi po głowie tyle rzeczy, a nie wiem jak je "ugryźć"!

Np. czytam sobie różne okołokołczingowe książki (guilty pleasure, ale przy okazji wmawiam sobie, że w ten sposób szlifuję inglisz) i mam mieszane uczucia, bo z jednej strony:

a.) uważam, że MIMO WSZYSTKO większość z nas jest kowalem swojego losu i do miejsca, w którym się znaleźliśmy, w znaczącej mierze doprowadziły nas nasze własne decyzje (lub ich brak, który też jest jakąś decyzją)

...ale z drugiej strony:

b.) nie da się ukryć, że baaardzo często (zbyt często) nasze decyzje podejmujemy według podświadomych uwarunkowań, na które składa się "oprogramowanie", które nam wgrano we wczesnym stadium żywota.

I teraz tak. Z jednej strony wkurza mnie mit merytokracji i cudownej drogi od pucybuta do milionera (niezawodna recepta na sukces wg złotoustych kołczów), bo ludzie NIE startują z tej samej pozycji w życiu.

Z drugiej strony, to też nie jest tak, że jak ktoś urodził się w niezbyt fortunnej (pod jakimkolwiek względem) i ździebko dysfunkcyjnej rodzinie, to umrzy przegrywem, bo jednak głęboko wierzę, że nie jesteśmy totalnie bezwładnym śmieciem w kosmicznej rzece życia.

Statystyki statystykami, a jednak osobiście znam mnóstwo osób, które dokonały ogromnego "przesunięcia" w swoim życiu, wbrew okowom w postaci uwarunkowań z domu rodzinnego. Nie neguję badań socjologicznych, ale gdyby wszyscy założyli bezwzględny, ponury determinizm, w sumie równie dobrze można by było się położyć i czekać na śmierć. Na kanapie z paką chipsów i piwskiem w garści.

Przygniatająca większość osób uwikłanych w przemocowe relacje nigdy się z nich nie wygrzebie - tako rzeczą staty. Tylko, że staty ulegają modyfikacjom - właśnie przez indywidua, które podejmują z głębi jestestwa świadomą decyzję, by nie być kolejną smętną statystyką. Może po drodze wiele razy upadną, zrobią krok wstecz, ale podjęta decyzja wskazuje kierunek, przyświecając im jako gwiazdo betlejemsko :)

Fajnie jest doceniać fakt, że nie jesteśmy 100% self-made, ale z kolei niedocenianie wolnej woli oraz mocy sprawczej pojedynczego człowieka jest czymś, co wzbudza mój protest i wolę postrzegać wszelkie szczytne "wyjątki od reguły" jako inspirujące wzorce osobowe, zamiast dyskredytować je jako nic nie warte "dowody anegdotyczne".

Nie wiem, czy to, o czym piszę, brzmi w miarę sensownie dla Was :)

W każdym razie, mam nadzieję, że coraz więcej osób będzie świadomie dzierżyć ster, zamiast być popychanymi przez "okoliczności".

Rzecz w tym, że postawa "ofiary losu" jest w pewnym sensie opłacalna psychologicznie - spycha odpowiedzialność za siebie i swoje wybory na czynniki zewnętrzne. Wiem, że nie zawsze mamy kontrolę i wybór - ale jednak w 9 przypadkach na 10 go mamy, a to już wystarczy.

Czasami żałuję, że nie mogę wsiąść w wehikuł czasu i sprzedać parenetycznego liścia w dziób młodszej sobie. Gnębi mnie przeświadczenie, jak wiele kardynalnych fakapów popełniłam i ile czasu poszło na to. Prawdą jest, że nic bardziej nie boli nad stracony czas... Z drugiej strony - czy czas poświęcony na cenną naukę na własnych błędach można uznać za zmarnowany? No właśnie. Oto zagwozdka. Może to była wysoka, ale konieczna cena za te lekcje, dzięki którym dzisiaj miewam się świetnie.

Nie bójmy się zrzucać starej skóry, kiedy zaczyna nas uwierać. Ot co.

To by było na tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze kazanie Toyada Koeljo :D


*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger