13:28

Wyglądowe wtopy młodocianego Toyada.

Hejka.

Niedawno przeglądałam stare, staaare foty, swoich wizualnych "faz" z ostatnich 10-15 lat. Dobrze tak z dystansu ocenić swoje wzloty i upadki zewnątrzpowłokowe. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi najgorszymi strzałami w kopyto w zakresie własnego wyglądu. Jedziem.

1.) Przekombinowane, "modne" fryzury.

Jak patrzę na te swoje dawne wycudowane asymetrie, wygryzione grzywki, nastroszone strzępiate pióra, cieniowanki i podgolenia, to mnie na womit zbiera... :D

CO JA SE MYŚLAŁAM, SERIO. :/

Morał: Chwilowe trendy robią nam krzywdę i dodatkowo kompromitują po latach, klasyka - nigdy. W okresach, kiedy miałam nieskomplikowaną, klasyczną fryzurę, wyglądałam stanowczo najkorzystniej.W pierwszym dowodzie osobistym mam fotkę w koszuli i z taflą naturalnych włosów. Wygląda totalnie ponadczasowo, jakbym strzeliła ją wczoraj.

2.) Chałupnicze koloryzacje.

Litania fakapów:

- wypłowiałe "seksi" rudzizny
- czerwoności a'la ciocia Jadzia
- fojolety, bo przecież jestem taka krejzi
- cieplutko-sraczkowate brązy z rdzawym podtonem, a do tego chłodny naturalny odrościk
- przytłaczający, postarzający, jednolity ciemny brąz z pogranicza czerni (w zestawieniu z typowo słowiańskim umiarkowanym kontrastem w oprawie oczu, brawo)
- eksperymentalne cętko-ciapy, które miały być refleksami, ale nie pykło, wyszedł szylkret
- okropny kurczakoblond, dopóki nie posiadłam wiedzy z zakresu uzyskiwania szlachetnych, chłodnych, perłowych blondzików

Morał: Oszczędzanie na profesjonalnych usługach zazwyczaj nie jest tego warte (wyjątkiem był mój skandynawski blondzik, za którym tęsknię, ale nie chcę dobijać cebulek). Najbardziej się sprawdza wszystko, co oscyluje wokół natury, ewentualnie subtelne "baby lights" lub profesjonalne blondy. Obecnie delektuję się naturką na czerepie i korzystam na maksa z faktu braku siwych włosów.

3.) Przeskubane brwi.

Dżizas. Mało jest rzeczy, które TAK szpecą twarz, jak spiergolone brewy! Teraz raz na pół roku wyrwę sobie jakiegoś zbłąkanego kłaka i to jest wszystko. Z obskubanymi nitkami (tzw. spermbrows) wyglądałam jak bizantyjska Mater Dolorosa... Brrr.

Morał: Jak coś jest dobre, to nie ruszać, a jak nie jest dobre, to iść do speca.

4.) Topornie podkreślone brwi.

Przeskubańce to jedno, ale z drugiego krańca spektrum straszą nas SCOUSE BROWS. Oooch... Jeśli nie mamy z natury super gęstych, ciemnych, puszystych brwi, to ta ich grubsza część powinna być zarysowana bardzo delikatnie, w przeciwnym razie uzyskamy efekt flamastra, takie jakby kanciaste "młotki"...

Kiedy WRESZCIE ogarnęłam, że te "zaczątki" brwi u nasady nosa powinny być puchate i o wiele subtelniejsze niż "ogon", to był kamień milowy w wyglądzie i harmonii całej mojej fizys. Bez kitu. Lifechanging.

Swoją drogą zabawne - do dziś obserwuję samozwańcze instagramowe "mejkap artist", które walą klientkom takie siermieżne brwiska, żyjące własnym życiem.

Morał: NIE RYSUJEMY JEDNOLITYCH MŁOTKÓW U NASADY NOSA.W naszej szerokości geograficznej, jeśli nie jesteś brunetką o głębokim kontraście, lepiej jest też wystrzegać się zbyt ciemnych lub zrudziałych brązów, odcień TAUPE wygląda 100 razy korzystniej.

5.) Agresywne, przytłaczające kolory i kontrastowe wzory.

Miewałam fazy na kolory i wzory, które nijak nie współgrają z moim typem urody - neonowe fuksje, turkusy, szafiry, fojolety, limonki itp. Albo faza na mhroczną stylówkę - mocne kontrasty, czerń z czerwienią, no masakra...

Morał: Analiza kolorystyczna to spoko rzecz. A jak nie masz hajsu, to trzym się neutrali i nie rób sobie krzywdy. Ulubione kolory możesz wybierać do dodatków, ale blisko japy musi być korzystny/neutralny odcień.

6.) Wiwat poliestrowe gluty i cygańskie biżuty!

Kiedyś chciałam dużo, tanio i oczojebnie, a teraz - wolę umiarkowaną ilość, dojebanych jakościowo, niekrzykliwych ajtemsów :)

Morał: Jakość nie jest "głośna", ale przemawia dobitniej, niż pstrokate piórka z dzwoneczkami w doopie. Wolę inwestować w zacną 'capsule wardrobe' i okrasić ją strategicznymi insygniami typu buty, torebka czy skromna a szlachetna biżuteria (żadne tam obłażące badziewie z H&M czy innej Bershki).

7.) Fikuśne wzoreczki na pazurkach, oooł jeeea.

Punkt kontrowersyjny nieco... :P To chyba "faza" wielu kobiet, które zachłysnęły się możliwościami hybrydowego manikiura... ;) Byle nadziubdziać słitaśnych duperszwanców, najlepiej każdy pazur inny ^^ Nadal podobają mi się abstrakcyjne, minimalistyczne zdobienia w typie "Korean Minimal Nail Art", ale do tego musi być odpowiedni anturaż. Najlepiej minimalistyczny, monochromatyczny i surowy.

Morał: Wiadomix, że wszystko jest kwestią gustu. Ja doskonale rozumiem, że pazurowe zdobienia wymagają manualnego kunsztu i w ogóle, ale... to nijak ni zmienia faktu, że nienachalnej klasyce w perfekcyjnym wykonie o wiele bliżej do "hajendowego" efektu. Coraz mniej mi po drodze z "uroczym kiczykiem", choćby nie wiem, jak pracochłonny i pomysłowy był. Nope.

***

A teraz dla odmiany coś, czego cieszę się, że uniknęłam. Dłuuuga i ostra faza na tatuaż przeszła mi jak ręką odjął, kiedy parę lat temu spędziłam pewien słoneczny czerwcowy tydzień w Berlinie... Ze świecą było szukać osoby niewytatuowanej, niezależnie od wieku. Niektóre taty serio intrygujące, misterne i piękne (100% szacun i podziw), ale przygniatająca większość - "blah" albo "meh". I tak, wiem - być może rozciapany motylek na ramieniu jest głęboką metaforą jakiegoś ważkiego wydarzenia. Whatever. Ja widzę, co widzę - rozciapanego motylka...

Podsumowując - wiela, wiela lat, prób i błędów, zajęło mi dojście do wniosku, że pewne rzeczy mi po prostu nie służą, a im bardziej mam sama ze sobą poukładaną relację, tym jakoś... mniejsza ochota na cokolwiek, co rozpaczliwie wrzeszczy o atencję :) Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest apoteoza bycia wtopionym w tło pospuchem, wręcz przeciwnie - dopóki wszystko dookoła wrzeszczy o uwagę i społeczeństwo kojarzy "bogactwo" raczej z ilością niż jakością, bycie modnym z chwilowymi trendami z sieciówkowych wystawek... dopóty stonowany, ponadczasowy look będzie się pozytywnie wyróżniał.

Takie tam moje luźne refleksje. MOJE. Kurczę, żyjemy w takich dziwnych czasach, że człowiek instynktownie się już asekuruje wyrażając jakąkolwiek własną opinię, bo zaraz zrobi się z byle czego wielki ferment w komciach...

Np. moja ulubiona Alyona ma bardzo ciekawe spostrzeżenia w temacie wyglądania z klasą oraz o lansowanym obecnie 'pornstar vibe'. Oczywiście, jak komuś leży taka stylówka, to super - ale to kwestia dopasowania jej do naszego lajfstajla i tego, jaki komunikat chcemy przekazywać. Bo pitu pitu, że nasz wygląd nie przekazuje absolutnie żadnego komunikatu, jest mocno oderwane od rzeczywistości. Spróbuj pójść na spotkanie biznesowe w poplamionym dresie - powodzenia. Osobiście nie wyobrażam sobie też, żeby taka Meghan czy Kate wyskoczyły w kabaretkach do neonowej mini i butów na platformie. Jak najbardziej można mieć wywalone na konwenanse i manifestować to strojem, ale nadal jest to rodzaj komunikatu, prawda? :)

Uważam, że mało jest w internetach tak przenikliwych, wrażliwych, ciepłych, empatycznych i taktownych osób, jak Aly. Ale gdzie tam - pikiety zbulwersowanych nie mogło zabraknąć! A wystarczy rzut gałką na awatarki i hmm... triggered much? :D Oto rzeczony filmik:

https://www.youtube.com/watch?v=LpkN6nUe0zU

I fajne jest to, że "pożyczanie"/ przemycanie wyizolowanych elementów może wręcz służyć naszej estetyce, ale 'total look' kojarzy się już jednoznacznie. Co ciekawe, w komentarzach przewinęła się wyluzowana kobitka, która potraktowała filmik jako cenne sugestie odnośnie wykreowania "przeseksualizowanego" wizerunku, ponieważ akurat na takim jej zależy :) No i spoko. Można mieć jaja i dystans? Można.

P.S. Wiem, że pewnie chceta obczaić te foty, lol... Może jakieś zeskanuję i wrzucę, jak będę w domu rodzinnym :D

4 komentarze:

  1. O Mamusiu, trochę i u mnie tego bylo! Faza nastoletnia: czerwień, czerń (przy moich małych wtedy oczkach, sińcach i wyskubanych brwiach uroczo!) czarny odzień.. Koniec 3 klasy LO chwilowy spokój..Na początku studiów: miodowy kolor na włosach, kolorowe oko i kolorowy odzień. Wygladałam jak papuga i o dziwo bardzo dobrze się czułam. Rudości, wygolony tył tez były... Później przeszła mi ta "faza" i wróciłam do stonowanych kolorów. Obecnie trochę eksperymentuję, szaleństwem w mojej szafie jest : czerwień, 1 błękitny sweter, zielony sweter, żółty golf.. bo paski zawsze muszą być, kfiotki i się zdarzą. Ogólnie chyba jak "dorastamy" zwracamy większa uwagę na jakość niż na chwilowe trendy. Biżu z dobrego tworzywa, zegarek, który starczy na lata, bawełna , wiskoza a nie poliester.. to jest to!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooj, tak... Ja też czułam się bosko wyglądając jak ponawydziwiany szoszon,taka łorydżinalna i wgl :) I jeszcze pociskałam psiapsi, że od przedszkola ma jednakową fryzurę, tako NUDNO...

    Kocham czerwień i choruję na żółty golf, ale jeszcze nie spotkałam nigdzie godziwego (nie z akrylu). No i dla mnie #allblackeverything wciąż jest zajebistą opcją na sytuację "yyy nie wiem co wdziac na garba". Warunek - korektor pod oczami, grubo :D Kfiotki kocham, ale w wydaniu mrocznym, tajemniczym, wiktoriańskim. Ogólnie nadal eksperymentuję ze stajlem, ale już mniej rozpaczliwie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy podobne zdanie :) W każdym razie jakość, jakość i jeszcze raz jakość! A gdy się uda po kosztach: na wyprzedażach czy w lumpeksach to fortuna na loterii!!

      Usuń
  3. Błędy młodości, jak dobrze mieć to już za sobą 😆 Osobiście bardzo chciałabym trafić jako nastolatka na kogoś takiego jak Aly i uniknąć koszmarów urodowo/włosowo/stylowych. Zazdroszczę młodym dziewczynom, że dorastając dziś mają taki dostęp do sensownych/cennych źródeł, a oczy bolą jak widzę te piep*... klony samozwańczych insta queen. Rozumiem, wygląd nie zawszeświadczy o charakterze/wykształceniu/kulturze osobistej i można kogoś błędnie ocenić po okładce, ale świecenie cycem/dupskiem nigdy nie będzie kojarzyło mi się z oczytaniem/wykształceniem/poczuciem humoru, sorry not sorry. Znam też osoby ledwie po zawodówce mające więcej klasy i kultury osobistej niż niejeden "wykształciuch". Pamiętam jak w czasach studiów jeszcze jako zakompleksiona dziewucha wstydziłam się wyjść bez makijażu (trądzik) i ubrana byle jak, a nie daj boże jak "ciotka". To nie był mój styl, to były nieudolne próby wpasowania się w grupkę, zakrycia kompleksów, zwrócenia uwagi na coś innego, by odwrócić uwagę od "braków". 10 lat później nie czuję parcia by kamuflować się, bo nawet jeśli coś tam chciałabym poprawić/schudnąć itp to nie muszę chować się z tego powodu za żadną fasadą, trzeba wziąć się za siebie uczciwie, a nie perfumować gó*no 😊 Sam instagram nie jest złym miejscem, obserwuje tam osoby wartościowe, szkoda tylko że to takie perły, a by się do nich dokopać mus przerzucić tone obornika.
    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger