15:41

Dlaczego warto wejść w kontakt z sobą przez pisanie?

Kiedyś wspomniałam o tym, że piszę do samej siebie. Zazwyczaj drogą elektroniczną, bo doświadczyłam za młodu przykrego incydentu wścibstwa i nieposzanowania prywatności ze strony pewnych osób. [Nie obcych... Osób, które najwyraźniej uważały, że stoją ponad moim prawem do poczucia bezpieczeństwa we własnej przestrzeni. Że "dziecko" nie powinno mieć "jakichś tajemnic". Że można je wyszydzić.

Podarłam wszystko jednego wieczoru.

Dziś mam świadomość, że to tamci niby-dorośli powinni się za siebie wstydzić. Powinni płonąć ze wstydu za swój żenujący brak empatii, elementarnej wrażliwości i dojrzałości. 

Odebrałam wiele lekcji z zakresu toksycznego wpływu tzw. "bliskich" ludzi... Ale o tym będzie kiedyś dłuuugi, osobny post.]

Wracając do pisania! Jakoś tak parę lat temu miałam pracę z dużą dozą samodzielności, jednak regularnie musiałam pisać sprawozdawczego maila do szefostwa o postępach, ewentualnych trudnościach i wszelkich kreatywnych pomysłach. Złapałam się na tym, że takie maile sprawozdawcze bardzo fajnie porządkują mi łeb, pomagają się zorganizować, oszacować progres w zadaniach, śledzić poziom motywacji itd. Postanowiłam wypróbować ten patent "w życiu". Działałam intuicyjnie, a okazało się, że jest to uznana i dość dobra metoda autoterapii, ale także po prostu - wartościowa praktyka sprzyjająca klarowności i jasności umysłu. 

Jestem typem osoby z naturalnymi skłonnościami do generowania chaosu, ale bynajmniej nie udaję, że świetnie się czuję jako hodowca entropii - wręcz przeciwnie, permanentny nieład powoduje u mnie zapętlenie, niepokój, efekt "jelenia w świetle reflektorów" - dlatego wzięłam się za pysk i poczyniłam znaczne postępy jako Chaos Commander. M.in. właśnie zajęłam się systemowym i systematycznym ustanawianiem kosmosu we wszelkich dziedzinach mojego żywota, zaś odgruzowanie sobie drogi do poznania samej siebie oflagowałam na czerwono jako najwyższy priorytet.

Niektórzy preferują pisanie odręczne, ale w zakresie strumienia świadomości stanowczo lepiej mi się klepie w klawiaturę, ponieważ idzie mi to szybciej. Nie muszę baczyć na styl pisma, który, kiedy się spieszę, trudno odkodować. Odręcznie sporządzam zazwyczaj krótkie notatki, punktowe listy, wykresy, mapy myśli itp. Bardzo fajnie o pisaniu dzienników wszelkiej maści mówi Lavendaire, jedna z moich ulubionych ostatnio zagramanicznych jutuberek:



Uwielbiam jej słuchać! Nie bełkocze, nie ma irytującego akcentu i polipa w nosie, gada zwięźle i do rzeczy, jest - przynajmniej dla mnie - niezwykle inspirująca. Polecam. Posiada także swoje podcasty. Sprawiła, że coraz bardziej przekonuję się jednak do prowadzenia odręcznych zapisków :) Podoba mi się idea 'current me vs. future me'.

Korzyści pisania:

1.) KOZETKA U POJEBOLOGA INSTANT. Kiedy jest Ci w życiu źle, po prostu siadasz i zwalasz z garba cały balast. Wszystko po kolei. Nie cenzurujesz się, jesteś szczera i autentyczna. W razie potrzeby bluzgasz jak marynarz. Metabolizm dotyczy nie tylko ciała, ale też ducha. Zbędne rzeczy należy wydalać, a toksyny w szczególności. Jak już się wybebeszysz z całego zalegającego syfu - zobaczysz czarno na białym swoje bolączki i o wiele łatwiej będzie Ci coś na nie zaradzić. Trudno jest walczyć z wrogiem w ciemnościach. Kiedy piszesz, rzucasz na problemy bezlitosny snop światła - i widzisz jak na dłoni, z której strony "ruszyć temat". Ważne jest, aby nie poprzestać na wyrzyganiu żali i nie wkręcić się w spiralę negatywizmu. Dlatego ja stosuję swoisty dwugłos: najpierw idzie szambo, a później - piszę jakby z pozycji swojej najbliższej osoby (którą notabene powinniśmy dla siebie być) - pochylającej się z najwyższą troską nad problemami kogoś najważniejszego. I tu już oczywiście wybija wulkan pozytywności, świeżej perspektywy, rady, pociechy, motywacji. 

Taka dychotomia wewnętrznego dyskursu jest bardzo sprawiedliwa. Posiadamy tzw. Cień i nie zagłuszymy go słodkopierdzącym szczebiotem Polyanny, musimy uczciwie dopuścić go do głosu, a potem - zrównoważyć.

Wiele rzeczy okazuje się wynikać po prostu z nieuświadomionego, irracjonalnego lęku. A remedium na wszelkie strachy to złapanie ich za kosmaty łeb i spojrzenie w fosforyzujące oczy rozmiaru spodków.

2.) ODZYSKANIE POCZUCIA KONTROLI. Pisząc regularnie, nasiąkasz przekonaniem o ciągłości i sensowności własnego życia. Ćwiczysz wewnętrzną uważność. Oczyszczasz system ze śmieciowych plików, które zamulają Ci wydajność. Zyskujesz też cenny dystans, który sprzyja pogodzie ducha. Wracam sobie czasami do swoich pisanych na gorąco tekstów i... ehh, człowiek rozemocjonowany jest jak kipiące mleko w garczku :) Skanalizowanie emocji w swobodnym pisaniu działa jak dobry amortyzator.

Możesz też po prostu śledzić swoją wytrwałość w trzymaniu się dobrych nawyków, wzloty i upadki w dążeniu do celów, ogólną ewolucję swojej osoby, opisywać na bieżąco wrażenia z przeczytanych książek i obejrzanych filmów (które niestety szybko ulatują), po prostu wszystko, co Cię w danym momencie jara, inspiruje, cieszy, wkurza lub niepokoi.

Możesz aktywnie pracować nad swoim nastawieniem, nad stanem umysłu. Uświadamiasz sobie, że nie jest on raz na zawsze wykuty w skale, tylko plastyczny jak glina.

3.) WINCYJ KREATYWNOŚCI. Tak tak, kiedy zatory energetyczne się rozpuszczają, można doświadczyć istnej powodzi twórczych wątków. Kiedy zwalnia się przestrzeń, pojawia się nowe. Chomikując zbędne "stare graty" na peryferiach świadomości blokujemy to miejsce i kręcimy się w kółko goniąc własny ogon. Tymczasem warto przecierać nowe szlaki neuronowe.

4.) SPOKOJNIEJSZY SEN. U mnie pisanie do samej siebie było kamieniem milowym w walce z bezsennością. Nie twierdzę, że zadziała u każdego, ale ja sobie chwalę. Resetuje mózg. Zwłaszcza fajnie jest np. raz w tygodniu wypisywać rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. 

5.) MOMENT SZCZEROŚCI. Zauważyłam, że wielu ludzi żyje na autopilocie. Studiują, pracują, wchodzą w związki, biorą śluby, rozmnażają się, ale to wszystko jakoś tak... na pół gwizdka. W półśnie. Śni im się, że szczęście to złoty dzban pod tyłkiem skrzata na drugim końcu tęczy. Mawiają, że "życie im się nie ułożyło" lub "ułożyło", tak jakby nie mieli na to wpływu, jakby byli bezwolnym pionkiem na szachownicy. Wchodzą bezrefleksyjnie w jakieś społeczne schematy i później łączą się w narzekaniu.

W pisaniu najbardziej chodzi o ten moment zatrzymania się w tu i teraz, moment totalnej szczerości z samym sobą. Bez upiększania, czarowania się, iluzji. Moment wyzwolenia z "czasu psychologicznego" (życia w potrzasku przeszłości i obawie przed przyszłymi zdarzeniami). Wejście w "teraz".

***

Łomatko... Zara pomacam się po żuchwie w poszukiwaniu brody taoistycznego mędrca LOL :D

3 komentarze:

  1. Mi bardzo pomaga zeszyt wdzięczności ale już któryś raz czytam właśnie o takim pisaniu, na gorąco i nie tylko dla siebie. A często mam problem, jestem z tych tzw myślicieli dużo analizuję, zastanawiam się, co można zmienić, poprawić. Być może to jest dla mnie? Spróbuję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zeszyt wdzięczności to genialna sprawa! Ale polecam Ci też, jeśli dużo "móżdżysz" (jak ja), spróbować pisać do siebie np. maile. Aileen z Lavendaire podsuwa fajne pytania pomocnicze, jeśli ktoś nie wie, jak zacząć. W jakim punkcie życia jesteś? Co jest Twoim priorytetem na następne trzy miesiące? Co chcesz zmienić? I takie tam :) Dla mnie pisanie do siebie to obecnie 'first aid' w co trudniejszych momentach. Od razu lżej na wątrobie, serio.

      Usuń
    2. W takim razie koniecznie wypróbuję! :)

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger