14:55

Subcarpathian tales. RIP Buniek.

No hejeczka.

Moi rodzice "od zawsze" mieli jakąś działkę - w sensie, ogródek, grządki, kwiatki, chałupkę, huśtawkę, hamaczek i te sprawy. Nasza dawna działka znajdowała się mocno na peryferiach miasta. Spędzałam tam jako dzieciak mnóstwo czasu. Rodzice byli zazwyczaj zajęci jakąś pracą, a mały, nieco autystyczny Toyad szwendał się po polach, łąkach, ugorach, pagórach, potoczkach, laskach i nierzadko po starym urokliwym cmentarzu. Jakoś tak... ta cisza, głusza, odludna dzicz, medytacyjny spokój, pierwotne poczucie wolności - mocno wrosły mi w mózg. Czułam się naturalną częścią tego krajobrazu. Łaziłam samopas, tropiłam sarny i bażanty, znajdowałam sporo rozmaitych trucheł i miałam upodobanie w oddawaniu im ostatniej posługi, celebrując kwietne pochówki futrzastych czy pierzastych przyjaciół. 

Martwa natura nie wzbudzała we mnie odrazy, tylko jakiś taki przyjazny respekt.

Uśmiecham się dzisiaj do tych swoich sielskich wspominków. Miasto się rozrosło i wchłonęło tamte urokliwie zadupiaste rejony w swoje betonowe trzewia, rodzice zamienili działkę na bliższą miejscu zamieszkania.

Ostatnio znalazłyśmy tam, moja Progenitura i ja, małą nieżywą ptaszynę. Pisklak otrzymał imię Buniek i został pogrzebany z zaimprowizowanymi honorami, na poduszce z mchu i pod kołderką z płatków róż.

 
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger