22:18

I oby poszło we włosy. Ejmen.

Miało być o sierści.

No to bedzie. Nic odkrywczego, po prostu - co u mnie podziałało.

Zacznę od czegoś, co można nazwać kłaczanym życiorysem... W zakresie mego włosowego uposażenia genetycznego - szału może ni ma, ale lipy tyż ni ma. Wot, włosy jak włosy. Najładniej wyglądały w podstawówce - zdrowe, lśniące, sypkie. Nie było w zasadzie konieczności myć je częściej niż 2x w tygodniu. Warkocz uharatany "po komunii", posiadał wcale zacną długość i obwód, i posiadam go do dziś (czeka sobie grzecznie na wszelki wypadek, gdyby strzeliło mi jednak do łba udredzić hery i znalazłabym się w potrzebie przedłużenia ich; cudze kłaki to jednak trochę fujka, no i droższa impreza).

A potem przyszedł "głupi wiek" i zaczęło się farbowanie, strzępienie, cudowanie. Mój łeb przerobił rudości, blondości, brązości i czarniości, zieleniości, różowiości, pasemczaki, ombrzaki, no i wszystko to wincyj niż po razie. Przechodzenie od kasztanu przez ciemną czekoladę do platyny w 1,5 miesiąca również zaliczyłam... W ciąży będąc zeszłam do naturalek, nie postradałam ani jednego włosa przez te 9 miesięcy i dorobiłam się mega zajebiaszczej szopy (najlepsza przyjaciółka mnie nie rozpoznała na ulicy spod tej grzywy), a po porodzie nawet jakoś nie gnałam strzyc się panicznie na pieczarę, bo włosy owszem leciały, ale nie jakoś tragicznie... Zresztą - wtedy już zetknęłam się z blogasami włosomaniaczymi i jęłam eksperymontować z jakąś tam sensowniejszą pielęgnacją. Był jeszcze w międzyczasie incydent z platynowym blondem, który okazał się śliczny wyłącznie na zdjęciach, a po kilku miesiącach kłaki dosłownie zgumowaciały (mimo intensywnej terapii!) i trza było hery mocno skrócić. Ja jakoś nie potrafię paradować ze spalonym sianem, dostaję nerwicy, kiedy nie mogę swobodnie przeczesać włosów palcami bo się "haczą". Na samą myśl mam ciary na grzbiecie, brr. Wtedy zmądrzałam. Ale do tego wszystkiego przyplątały się problemy z tarczycą, które również bujnej fryzurze nie sprzyjają... 

Tyle tytułem nakreślenia tła. Trzymam się naturalek od jakichś 2,5 roków, perłowy blond przytłumiony jasnym brązem wypłukał się tak "w sam raz" i sprawiał wrażenie całkiem udanego ombre. Cięcie na dłuższego boba dało mi stuprocentowe naturalesy, ale przy okazji ciapania na Qmpeli "flambojaża" na wakacjach ciapnęłam też sobie po końcach i znowu mam lekkie ombre. Wiosną planuję subtelne jasne refleksy - daleko od skóry głowy i tylko na wybranych pasmach, więc raczej nie mam obaw o kondycję fryzury. Obecny bob/lob też mi się bardzo podoba, ale jednak idę znów ostro w zapuszczanie, albowiem jestem typem osoby preferującej opcję fryzury 'wash'n'go' :)

W nowej pracy poznałam dziołchę, która ma totalnego świra na punkcie włosów i co jak co - zna się na temacie. Sama kilka lat temu zajechała sobie hery do spodu zabiegami fryzjerskimi i z rozpaczą skonstatowała, że zostały jej trzy spalone strzępy na krzyż. Obecnie posiada przepiękne, gęste i błyszczące naturalki do łokci :) Nie ukrywam, że zainspirowało mnie to do wzmożonych wysiłków celem restytuowania świetności okrywy włosowej kaczanowej.

W październiku nie było praktycznie więcej niż trzech dzionów cięgiem, żebym nie chorowała. Przeziębienie za przeziębieniem i w końcu wyjątkowo szkaradne zapalenie zatok. Oczywiście - antybiotyk. Czułam się fatalnie i morale zjechało mi wprost na dywan... Kminiłam, jak by tu se przykręcić śrubkę w zdezelowanym systemie odpornościowym i jakoś tak mój wybór padł na kombo Spiru&Chlo, czyli glony. Łykałam sobie to zielone śmierdzące paskudztwo bez większego przekonania, ale za to regularnie. Nie wiem, czy to dlatego, ale - od trzech miesięcy jestem absolutnie zdrowiusieńka, ani kichnięcia, ani nic. No, fajnie, prawdaż :) W międzyczasie zaczęłam też poczyniać prowłosowe zakupy z koleżanką z pracy, m.in. nabyłam wcierkę z EcoLab, która obiecywała wzmożony porost sierści na głowie. No i tak sobie używałam tej wcierki - bez większego namaszczenia, za to regularnie... ;) Nabyłam też szczotkę z dzika Sibel oraz Dessatę, którą uważam za O NIEBO lepszą opcję niż Tangle Teezer. Dzik niesamowicie masuje skalp, ponadto domyka łuski włosa i wyraźnie(!) je wygładza, zapobiega elektryzowaniu. Szczotki Dessata używam zamiennie, nie jest ona takim twardym "drapakiem" jak Tangle Teezer, ma 3 długości ząbków i te ząbki są takie jakby "żelowe" a nie plastikowe. Polecam. Dzika też polecam. Zadbany dzik będzie służył przez długie lata, więc warto.

Polecam też stare dobre Kallosy, nie masz to jak wielki słój zacnej maski za niewiele ponad dzisińć cebulionów polskich. Obecnie używam Blueberry, ale korci mnie Caviar i Multiwitamina. Nie potrzebuję tego godzinami trzymać na włosach, po chwili spłukuję a i tak spełnia swoją rolę. W przeciwieństwie do Alterry, którą trzeba celebrować pół godziny pod ciepłym kompresem - wtedy daje radę. Na noc "olejuję" czasami włosy kremem Isana - jest świetny zarówno jako balsam do ciała, jak i odżywka przed myciem. Z olejów uwielbiam łopianowy, ale uważajcie, bo w tych małych buteleczkach z Green Pharmacy łopian jest w składzie dopiero na drugim miejscu, lepiej sobie zamówić czysty albo popytać w sklepach zielarskich/aptekach. Muszę właśnie go sobie zorganizować, bo już wyciapałam stary. Niepozorny olej, ale robi cuda! A, zapomniałam wspomnieć - moje hery są w typie pajęczynkowatym wysokoporowatym, więc wszystko, co nawilża i wygładza bez obciążania, jest mile widziane :) 

Niedawno podczas czesania włosów w okolicach zakoli odkryłam sterczący na wszystkie strony gęsty podszerstek z bejbików - wnioskując po ich długości, mogą być "owocem" spirulinki i chlorelki, ale też wcierka EcoLab mogła zrobić swoje. I masaże skalpu. Dzikiem. I Dessatą. 

Jak już wspomniałam, lubię fryzurę typu "lob", ale wymaga ona przy moich niesfornie falujących herach codziennego układania, tj. wygładzania włosów na okrągłej szczocie najlepiej podczas suszenia. Z tej racji nabyłam suszarkę Remingtona z regulowaną temperaturą i mocą nawiewu - traktuję sobie teraz włosy chłodniejszym nawiewem, domykając łuski, zamiast je stroszyć. Przy długich włosach falowanie mi nie będzie tak przeszkadzało - przerzucę się na dyfuzor i może nawet spróbuję wzmocnić skręt. Zobaczymy. W każdym razie jestem z zakupu zadowolona, aczkolwiek muszę się przyzwyczaić do manewrowania takim wielkim krówskiem jakim jest ów Remington dla mnie - przesiadłam się nań z turystycznej mikro "wichury" więc rozumieta :P

Bez spłukiwania mgiełka Dr Sante i poćciwy silikonowy Gliss Kur na samiuśkie końcówki. Co do tej mgiełki to jakoś nie mam jednoznacznego zdania - przystępna cena, niezgorszy skład, ładnie pachnie, aleee... no nie wiem, niczego spektakularnego nie zauważyłam po niej, używam często do zwilżania włosów pod maskę przed myciem.

Staram się myć łeb co drugi dzień, ale różnie z tym bywa. Delikatniejsze szampony regularnie, SLSy raz na czas. Ten O'Herbal fajnie pachnie i fajnie się pieni, nienajtańszy może, ale mam wrażenie że ciut wysusza/ściąga skalp. Czasami mus mi też awaryjnie użyć suchego szamponu. Chciałabym wydłużyć przerwy między myciami do ok. trzech dni, ale stopniowo i po dobroci (tutaj też długie włosy idą w sukurs, bo zawsze można je jakoś zmyślnie uczesać, coby zakamuflować lekki przyklap). Wszak nie pierze się swojego ulubionego swetra codziennie... ;)

To mniej więcej tyle. Jako rzekłam, nic specjalnego, ale oby dopisała mi systematyczność, to myślę, że już za roczek będę mieć całkiem zadbany zaczes... :3





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger