21:51

Albowiem jakże owszem. Pogadanka z cyklu, że nie wiem o co mi chodzi, ale o coś na pewno.

Elo Mordy :)

Dawno mnie nie było, c'nie? Wot, myślita, wyrzygała se w trzech setach delikwentka mundrości z wyżyn swej postpsychofagozy i polazła, wylogowała się na grubo miesiąc, zadowolona, spełniwszy moralny obowiązek ciężkiego kalibru... ;)

A tak siriusli, ostatni miesiąc spędziłam w znacznej mierze w przymusowej izolacji (ale nie w stylu Orange is the new black... ;)), potem mi się przyplątała jakaś zaraza - niby przaśna wirusówka, ale trzyma już drugi tydzień i szczerze mówiąc jestem przygnębiona swoją słabującą kondycją... jak tylko zaczęło się nieco samopoczucie polepszać, na japiszonie wywaliło mi okropną "febrę" - rzecz jasna przez noc, żebym już nie mogła brońbosze zdusić parcha w zarodku przy pomocy acyklowira... :/ Argh, no nic, trza nazamawiać dobroczynnych glonów tytułem prewencji...

No, wyżaliłek się, a tera do rzeczy :D

Wspominałam już nieraz na łamach niniejszej bieszczadzkiej lepianki blogosfery, jak to się łacno irytuję czytając komcie w internetach. Stara już jestem i powinnam mieć dystans...no ale niestety, czytając niektóre spiardoliny, robi mi się zaiste bardzo niedobrze na wątrobie.

Pieprzyć sztampowe nudne hejciki, bo one co najwyżej wywołują jeno zew ziewania. Ale frapuje mnie, jak silne jest w narodzie dziwaczne przekonanie, że skoro coś znalazło się w internetach, to stanowi zaproszenie do wyrzygania się na to tytułem "prawa do wyrażenia opinii". Ostatnio spotkałam się na pewnym znanym blogerskim fanpejdżu z następującym schematem:

1.) blogerka wrzuca swoje foto w ramach demonstracji pewnego produktu kosmetycznego i zapytuje, czy czytelniczki znają ów produkt

2.) hieny rzucają się komciać... nie produkt kosmetyczny, ale : włosy, fryzurę, piercing, styl życia, osobę, sylwetkę owej blogerki... 

3.) blogerka na szczęście jest dziewczyną, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, i rzeczowo odpiera atak z armatek jadu nieproszone sugestie dotyczące jej wyglądu, przypominając, że chodziło jej o opinie dotyczące konkretnego produktu

4.) wielce urażona gawiedź chwyta za werbalne zbuczki i ciska nimi w blogerkę jeszcze zacieklej, wycierając sobie gęby rzekomą wolnością wypowiedzi na PUBLICZNYM fanpejdżu; blogerka otrzymuje etykietkę "najbardziej niesympatycznej" i niemiłej w internetach

... yyy. Łot de fak. 

Po pierwsze. Fakt, internety to wymarzone miejsce dla wszystkich maluczkich, zakompleksionych, sfrustrowanych, nieobdarzonych zbyt hojnie ani w intelekty ani w powaby, żałosnych osobników - tu nikt nie wie, gdzie mieszkasz, jak się nazywasz, ile klas podstawówki udało ci się skończyć, że maturę zrobiłeś na plebanijnej alma mater w niedzielę po nieszporach, nikt nie zna twojej fizjonomii, nikt nie wie, że w szkole byłeś lżony i nękany przez rówieśników, którzy cię "nie znają" i "nie rozumieją",nikt nie wie, jaką masz "fascynującą" osobowość, talent i potencjał (gdyby, na przykład, bogaci starzy albo jakiś sponsor wpakowali w ciebie wincyj hajsu!), na awatarek możesz sobie wybrać wszystko i nic, zapożyczyć twarz od skandynawskiej śnieżynki z tumblra lub postaci z anime, a co, niech godniej personifikują twą zajebistość niż twój własny krzywy... yyy przecież szanujesz swoją twarz i nie zwykłeś rzucać pereł przed jakieś nieznajome wieprze... :P Tak: jesteś młody, niedoceniony, wkurwiony i zbuntowany. Pałasz żądzą wzięcia krwawego odwetu za chujowy start w życie, za brak akceptacji w grupie, za "pecha", za realia życia w Absurdystanie, za WSZYSTKO, wszy-stko!

Albo jeszcze gorzej... w głębi duszy czujesz, że jesteś totalnie, aż do bólu przeciętny. I ta świadomość drąży twoje morale jak kornik.

Spoko, naprawdę - tylko... pliz, przekuj de pała of wkurw na coś, co popchnie CIEBIE w rozwoju, zamiast podsrywać (z tchórzliwej perspektywy bezpiecznego cieplutkiego stołka) ludziom, którzy coś osiągnęli. Cokolwiek, choćby tylko względną rozpoznawalność i posłuch w internetach... Albo... mieli szczęście urodzić się z korzystnym fenotypem. Albo - o zgrozo - jedno i drugie.

Nie, internet nie staje się w magiczny sposób odmiennym rodzajem przestrzeni publicznej, w której nagle magicznie usankcjonowane jest plucie na bliźnich, lub plucie pod płaszczykiem "troski" lub wygłaszania "obiektywnych subiektywnych prawd"- pseudo porady i sugestie, o które nikt nie prosił, ponieważ  - FYI - wklejenie własnej prywatnej gęby na swoim blogu lub fanpejdżu swojego bloga NIE JEST zaproszeniem do dyskusji na temat koloru włosów, atrakcyjności, kształtu brwi, nosa, stylu makijażu czy czegokolwiek innego... 

Owszem, posiadam odczucia estetyczne (doh, jak każdy), nawet powiedziałabym, że mam sporą wrażliwość estetyczną w temacie "Ludzie", i często obiekty na które patrzę narażają ów zmysł na nieprzyjemny rezonans - ale to, że dana osoba mi wizualnie nie odpowiada, nie znaczy, że cokolwiek mnie upoważnia do wysłania takiego komunikatu natychmiast w eter, a już szczególnie - pod adresem tej konkretnej osoby. No heloł. Uważam to za szczyt buractwa po prostu. I nie wiem doprawdy, dlaczego zdaniem niektórych okoliczności "wirtualne" mają zdejmować z takiego zachowania stygmat buractwa i chamstwa - bo co, bo tutaj nikt mi w zamian za uprzejmą i jakże cenną sugestię "chyba powinna pani schudnąć i wyleczyć syfy" nie wylutuje między oczy?? Skoro ludzie mają święte prawo wyjść do Biedry czy Lidla w godzinach szczytu, nie wstydząc się swojej fizis ni sylwetki ni łacha ni współmałżonka, i otwarte komentarze świadczyłyby tylko o chamstwie komentujących, to czemu nagle przełożenie takiej sytuacji na realia internetowe ma cokolwiek zmieniać? "Bo to publiczny fanpejdż" - Biedra i Lidl to też publiczne miejsca. "Bo blogerka wie, co wrzuca na bloga, i musi się liczyć z krytyką" - mhm, a gruba pryszczata delikwentka prawdopodobnie ma w domu lustro, zaś jeśli mimo to ośmiela się korzystać z chodnika zamiast z kanału, to prosi się o negatywnego komcia? Otóż - yyy... nie.

"Akceptujesz komplementy, to pokornie akceptuj też niepochlebne opinie!" - ekhm... nie. Dopóki nie proszę o jakiekolwiek opinie. Komplementy są przeważnie po prostu miłe i niewymuszone, nieszkodliwe. Krytyka powinna być warta wyartykułowania i wyartykułowana dyplomatycznie, inaczej jest czczym piardem zasmradzającym czyjąś przestrzeń - co z tego, że wirtualną. Osobom kulturalnym i empatycznym nie trzeba tego wyłuszczać. Dychotomia pochlebstwa vs. krytyka NIE JEST symetryczna, serio, trzeba być niezłym kmiotem bez wyobraźni, żeby "nie widzieć różnicy" - zazwyczaj podejście do obcej osoby ze słowami "pięknie pani wygląda, ma pani wspaniałe włosy" jest odbierane bardzo pozytywnie, może komuś po prostu umilić dzień, natomiast tekst "pani wybaczy, ale te rzadkie włosy wyglądają naprawdę beznadziejnie - ja tylko obiektywnie melduję" - jest zawsze zwyczajnie ZBĘDNY oraz ŻENUJĄCY. Sorry. 

Ciekawe, że jakoś raczej żadna z tych wirtualnych szczekaczek nie ośmieliłaby się "ruszyć" w ten sposób np. zdjęcia, na którym widnieje dana blogerska selebriti z małżonkiem oraz potomstwem - wyobrażacie sobie komcie typu "niezbyt przystojny partner życiowy", "powinnaś inaczej ubierać dziecko" itd.? :D No ale o co chodzi, w końcu wkleja na feja - a to implikuje, że można wszystko obfajdać! Nie..? No właśnie. Fuck logic. Ale do, za przeproszeniem, ryja, to zawsze się można przychrzanić, oł je.

"Gdyby nie fani byłabyś nikim!" - erm... no, akurat TA dziewucha zbudowała swoją blogerską pozycję sama, od podstaw, dzięki wieeelu godzinom poświęconym zgłębianiu danego zagadnienia i dzieli się swoją wiedzą dobrowolnie. Nie kupiła sobie tych fanów, sami do niej przyszli - i ZA DARMO korzystają z treści jej bloga. Znajdujesz coś dla siebie - super, nie interesuje cię to - też super, tylko nie zapomnij odlajkować fanpejdża. Niektórzy chyba myślą, że jak coś łaskawie zalajkowali, to należy im się prawo do wydziwiania i wystawiają blogerowi swoj roszczeniowy samozadowolony zad do całowania z wdzięczności za bycie pokemonem-statystą na fejsiku. Tymczasem - jajco się należy. Polajkowaliźwa z własnej nieprzymuszonej woli, możeta odlajkować, jeśli kontent nie spełnia oczekiwań.

Ta drobna wyizolowana sytuacyjka jest w zasadzie kompletnie nieistotna, ale stanowi przykład fenomenu, który występuje w natężeniu powalającym i to już naprawdę skręca kichy. To natarczywe krytykanctwo i oceniactwo.

Aha, i jeszcze jedna kwestia. Jak nie głaszczesz małp, które w ciebie ciskają bobkami, otrzymujesz etykietkę antypatycznej oraz NIEMIŁEJ. Again - blogerka to nie prostytutka, NIE MUSI być miła. 

Konkludując - uważam, że w internetach nadzwyczaj dobitnie, podobnież jak po alkoholu, z buraków wychodzi buractwo - w całej swej wątpliwej krasie. Mam taki mini apelik - nie bądźmy burakami, miarkujmy się. Igiełki za wiści ludzka (choć jednak niska) rzecz, ale im bardziej się skupimy na złapaniu własnego żywota za rogi, tym mniej będą dokuczać, w końcu - wcale. Obszczekiwanie każdej przechodzącej karawany to zajęcie godne znudzonych kundli całe życie uwiązanych na łańcuchu przy budzie. Chcemy być kundlami, czy ruszyć za kolorową karawaną..? ;)

3 komentarze:

  1. a ja znowu nie wiem co to za aferka :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Buractwo jest okropne ale trzeba się pocieszyć że przedstawia obraz samego buraka:)

    OdpowiedzUsuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger