15:51

Randomowe toyadzie życiówkowe popiardywanko.

Jak żech wspomniała, wjeżdża pościwo. O czem? Nie wiem jeszcze, bo będzie fristajl. Luźne myślobryzgi na poczekaniu.

***

Na początek może wspomnę, co u mnie. Pomijając nieprzyjemny pobyt na SORze z powodu przytkanej nerki (upały+kawa+klimatyzacja w biurze), u mnie wszystko okej, a nawet bardzo okej. Delektuję się sielską stabilizacją w sferze prywatnej, a w sferze zawodowej czeka mnie za parę tygodni dość radykalny apdejt (według wszelkich znaków na niebie i ziemi - baaardzo na plus), więc jestem cholernie podekscytowana... Gdzieśtam z otchłani mojego jestestwa cienko popiskuje ten lękliwy głosik, czy aby na pewno sobie poradzę w nowym anturażu, i że może jednak lepiej siedzieć dupskiem na wygrzanym stołeczku i narzekać zgodnym chórem z innymi, ale z dumą mogę powiedzieć, że to strachliwe kwękanie nie ma żadnego wpływu na moje decyzje. Gdyby miało, pewnie do dziś tkwiłabym w gównianej, toksycznej relacji i wmawiała sobie, że te winogrona tam na górze i tak są kwaśne... Że prawdziwa miełość to przecież ból i cierpienie, a ta wyniszczająca wieczna szarpanina to "pasja"... Co za bzdury.

Podsumowując - zmiany są zawsze warte ryzyka. Tym bardziej, jeśli obecna sytuacja w jakiś sposób gniecie i uwiera nasze mentalne jelito. 

***

Dalej! W kwestiach okołowizualnych - jak zawsze pociskam włosy do rośnięcia... ;) Tyle razy słyszałam o walorach Vitapilu, a jakoś dopiero ostatnio skusiłam się na zakup i... nie mogę związać włosów do góry, bo mi śmieszna falbanka bejbików wyłazi na czoło :D A to dopiero miesiąc kuracji. Fajnie! Teraz znowu zapuszczam włosy na równo, bo choć dobrze się czuję w boho shag'u, to jednak końcówki szybko się paskudzą i nie sposób tego uhodować na dłuższą metę... a marzę o herach do łokci... Więc... W salonie Avant Apres (polecam!) podcięto mi gorącymi nożyczkami hery na równo i będę powoli schodzić z warstw. Btw. jestem wybitnie zadowolona z tego zabiegu - mija drugi miesiąc, a końcówki świeżutkie i ani śladu kotwiczek. Wkurza mnie tylko mój naturalny kolor, który od głowy rośnie nobliwie chłodno-popielato-szatyński, a na długościach płowieje w jakiś zrudziały blond... :/ Fuj fuj. Nie wiem co z tym zrobić, nie chcę farbować całości, rozważam jakieś subtelne karmelowe refleksy, żeby to przynajmniej wyglądało jakoś spójnie. Wczoraj pyknęłam sobie końcówki na fojolet - przy pomocy kubka z gorącą wodą i skrawkami fioletowej bibuły zajumanej dziecku. Stary, pancurski, chałupniczy sposób, a działa lepiej niźli loreale i insze la riche za cinżki piniondz :P

Aaa. No i testuję kurację brwi... Jantarem do skalpu. I bardzo ładnie rosną na takim nawozie.

***

Od stycznia zrezygnowałam z rzęs 2:1. Dlaczego? Po pierwsze, mam mieszane uczucia do tej estetyki... Wydaje mi się, że ja miałam je robione w miarę subtelnie i naturalnie, i z moim typem urody (Flamboyant Gamine) jakoś to współgrało (FG może bezkarnie podkreślać gały, bo ma je dość wyraziste i "lalkowatą" fizjonomię), ale jednak... tak sobie ziorałam na dziołchy w zbiorkomie z tymi rzęsami... no i cóż, większość wygląda kiepsko - mam wrażenie, że im lasia ma niższy kontrast w urodzie i delikatniejszą oprawę oczu, tym namiętniej wali na powiekę czarny jak smoła siermiężny lambrekin rzęsiorów nie bacząc, że efekt jest groteskowy. Nie odżegnuję się całkowicie od skorzystania w przyszłości z tej metody, jednak na chwilę obecną mówię pas. Ogólnie utrzymuje się u mnie trend na świeży i naturalny look - świadoma pielęgnacja cery jest moim priorytetem, nie cierpię uczucia i widoku zaklajstrowanej podkładem twarzy, przerzuciłam się na podkład mineralny i bardzo sobie chwalę, eyeliner zawsze u mnie na propsie bo to od lat mój znak rozpoznawczy, podobnie jak zamaszyste brwi, a teraz także częściej sięgam po wyraziste pomadki, albowiem zęby z kompleksu ewidentnie ewoluują już w pewien walor ;) Wgl rozczaiłam ostatnio pośród tych upałów, co zrobić, żeby mejkap wytrzymał na fizys cały dzień i żeby nie wracać z pracy jak:


I pomyślałam sobie, że może zmacham Wam na ten temat pościwo, bo właścicielki tłustych/mieszanych cer mogą być żywo zainteresowane tematem.

 ***

Kiedyś złapała mnie ulewa jak wyszłam z biura i wskoczyłam do pobliskiego Rossmanna, żeby przeczekać. Kręciłam się między regałami bez celu, aż wpadły mi w ręce... uwaga... moskitiery na promce. A że mieszkamy na parterze z tarasem, to i owadziego dziadostwa mamy urodzaj... Ćmy wielkie jak smoki, komarzyska, muchy i inszy badziew. Wietrzenie tylko przy zgaszonym świetle. No i cóż... za parę groszy wzięłam bez przekonania tę siatkę na spróbowanie, no i okazało się, że to prawdziwy lifechanger :P Montaż nieskomplikowany, a jaki to nieoceniony komfort wietrzyć chałupę bez stresu, że zaraz jakaś franca wleci i zmąci mir domowy ;) I to dosłownie za parę groszy... Gdzieżeście były, moskitiery, przez całe moje życie? :D

***

Jak pewnie wiecie, od dawna już świadomie odcinam się od wszelkiego chłamu informacyjnego, moje konto na FB dogorywa bo zwyczajnie szkoda mi czasu, nie oglądam TV, nie słucham wiadomości, nie czytuję żadnych portali ani pisemek z plotami i bzdurami, nie nurkuję w komcie za jałowymi gównoburzami, omijam potencjalne dramy szerokim łukiem, unikam ludzi o negatywnej energii... I wiecie co - PO LE CAM. Zupełnie inna jakość życia. Jestem osobą o skłonnościach do przemóżdżania i stanów depresyjnych i lękowych (niestety, PTSD jako pokłosie przemocowej relacji), dlatego wewnętrzny spokój, wycentrowanie oraz poczucie bezpieczeństwa są dla mnie teraz filarem bytu, ot co. I po kilku latach ścisłej higieny mentalnej mogę stwierdzić, że TO DZIAŁA. Jestem o niebo stabilniejsza, mam więcej czasu np. na lekturę wartościowych rzeczy, potrafię się skutecznie zrelaksować, nie łapię dołów ani zwiech, nie mam problemów z asertywnym ustalaniem granic, mam więcej energii, wewnętrznej siły, dyscypliny, zyskałam zdrowy dystans do tych spraw, które kiedyś by mnie niezrowo "ruszały". Ot, by wymienić kilka plusów świadomego zarządzania uwagą i energią :)

***

Jak se coś przypomnę, to pewnie dopiszę.

Aha, mam zdezelowany kręgosłup lędźwiowy i testuję aktualnie jogę na poprawę jego kondycji. Nigdy nie kręciła mnie ta forma aktywności, ale coś czuję, że mogę zmienić zdanie, bo już po pierwszej sesyjce poczułam się fantastycznie rozluźniona i wyciszona. Hmm.

Dobra, spadam na razie. Trzymta się i uważajta na nery w te upały!

4 komentarze:

  1. Czekam na pościwo, a jantara wypróbuję!! :) Cóż, mentalny odpoczynek informacyjny bardzo dużo daje, niemniej jednak wiem, że muszę się ogarnąć psychiczno-naukowo bo to leży i jest źle..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba Tobie naumieć się sztuki ścisłej selekcji zadań... ;) Nie bierz sobie na garba więcej, niż dźwigniesz. Trzy "grubsze" taski dziennie wystarczą, a resztę potraktuj opcjonalnie. I powolutku, do przodu.

      Usuń
  2. Moja psycha kuleje na tyle, że wieczorem spać nie daje, a rano wstać >:-[ Skutki intensywnych ostatnich tygodni przed ślubem. Od dziś leci na noc pewien suplemencik co to ma wspomóc spanie, a ja odzyskuję pomału spokój ducha i odreagowuję sprzątając wszystkie kąty. Ale nie 5x dziennie, tylko tak normalnie ;-D Czuję potrzebę przywrócenia porządku w przestrzeni życiowej, wybebeszenia flaków, wysprzątanie, poukładanie na nowo ładnie i powrót do hobby, pasji, książek, muzyki, regularnych ćwiczeń...
    Takie wyeksploatowanie się fizyczne z psychicznym to śmiertelne kombo :-(
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo... Zmieniam pracę oraz takoż stan cywilny (btw. gratulacje!;)) i... Cieszę się, mega bardzo, ale wróciły kłopoty ze snem (polecam popić melatoninkę melisą i odpalić jakiegoś ulubionego ASMRa). Zauważyłam też, że ustalona rutyna i ogar w mieszkaniu, oraz przyjemne rytuały (np. pachnąca kąpiel wieczorem) - pomagają. Mam nadzieję, że jak te mordercze upały się skończą wróci mi energia do uskuteczniania w ramach kultury fizycznej czegokolwiek poza lajtową jogą. Kocham ciepełko i słońce, ale w okolicznościach typu "leżaczek, zimny drink i woda". Pozdrawiam <3

      Usuń

Komciaj śmiało, komcionauto :*

Copyright © 2016 teo.nana.kat , Blogger